Archiwum dla Sierpień, 2013

Oto świadectwo Karola Bieleckiego, znakomitego szczypiornisty Vive Targów Kielce i reprezentacji Polski, wygłoszone podczas XI Świętokrzyskich Dni Profilaktyki.

bielecki

Karol Bielecki w barwach reprezentacji Polski.

Miłośnicy piłki ręcznej zachwycali się grą ponaddwumetrowego kolosa obdarzonego atomowym rzutem z dystansu. Miał na swym koncie srebrny i brązowy medal mistrzostw świata, był bohaterem rekordowego transferu do bundesligi. Cios przyszedł 11 czerwca 2010 r. Podczas towarzyskiego meczu reprezentacji Polski i Chorwacją „Kola” stracił oko.

– Ta jedna chwila pokazała mi, że w życiu nie ma nic pewnego, bo w jednej sekundzie wszystkie moje marzenia, plany zostały przekreślone. Miałem 28 lat, byłem w szczytowej formie, miałem podpisany nowy kontrakt na grę w topowym klubie. I nagle wszystko się zawaliło. Kiedy okulista otworzył mi oko i powiedział, że nie ma już nic, że wszystko wypłynęło, zemdlałem – przyznał Bielecki.

Kilka tygodni przed feralnym meczem był w kościele, bo jak podkreślił, wiara w Boga jest dla niego bardzo ważna. – Dziękowałem Mu, że z jego pomocą jestem silny i prosiłem go o siłę w dalszym życiu – wyznał sportowiec.

karol_bielecki_oko470

Bielecki podczas feralnego meczu, podczas którego stracił lewe oko.

Dodał, że także po ostatecznej diagnozie poprosił Boga o siłę. – Wiedziałem, że mam dwie drogi. Mogę walczyć i wrócić, albo zdecydować, że 11 czerwca 2010 roku skończyła się moja przygoda z piłką ręczną, z życiem. Ale pomyślałem, że to byłoby za łatwo, że za dużo pracy mnie to wszystko kosztowało, żeby teraz zrezygnować, nie walczyć.

Bielecki wrócił do sportu, do reprezentacji Polski. Już miesiąc po usunięciu oka po raz pierwszy od wypadku zagrał w meczu swojego niemieckiego klubu Rhein-Neckar Lowen i zdobył pierwszą bramkę. Wiele razy zastanawiał się, dlaczego Bóg tak go doświadczył: – Może chciał mi pokazać, że żyłem źle, że miałem za mało czasu dla innych. Bóg nie zsyła na nas ciężaru, którego nie moglibyśmy unieść. Do każdej sprawy trzeba podejść ze spokojem, przyjąć, że w każdym upadku jest pozytywna strona –-stwierdził Bielecki.

Jak teraz wygląda jego życie?

– Może nie mam jednego oka, ale teraz mam więcej czasu dla mojej rodziny, przyjaciół, nie tracę zdrowia na zgrupowaniach, które są bardzo obciążające dla organizmu. Dbam o drugie oko. Wiem, że stało się coś złego, trzeba siły, woli, trzeba szukać pozytywnych stron. Wprawdzie okulary ograniczają mi nieco pole widzenia, ale robię to, co kocham, mogę wyjść na boisko, spotkać się z kibicami, przyjaciółmi. Nie przegrałem. Czuję się zwycięzcą i cieszę się, że tu jestem.  Co jest dla niego najważniejsze?

– Postępować zgodnie ze swoim sumieniem. I zachować spokój w każdej sytuacji. Nawet, jeśli na pierwszy rzut oka sytuacja wydaje się beznadziejna, trzeba wierzyć, że będzie dobrze. Bo zawsze po nocy przychodzi dzień.

http://kosciol.wiara.pl/doc/1561581.Swiadectwo-wielkiego-sportowca

Guglielmo Marconi (1874-1937), włoski elektrotechnik i wynalazca. W latach 1895-1897 skonstruował radio, wynalazł antenę. Rozpoczął nawiązywanie łączności radiowej (1899 – przez kanał La Manche, 1901 – przez Ocean Atlantycki). Uhonorowany w 1909 (wraz z K.F. Braunem) Nagrodą Nobla w dziedzinie fizyki.

marconi

„Jako badacz praw natury wszędzie natrafiam na ślady cudów Bożej wszechmocy. Tylko z pomocą Boga, który rozliczne i tajemnicze siły natury stawia w służbie człowieka, zbudowałem ten przyrząd” – G. Marconi.

Z księżną Elettrą Marconi – córką wynalazcy radia – rozmawia Włodzimierz Rędzioch.

Włodzimierz Rędzioch: – Kim był Guglielmo Marconi?

Księżna Elettra Marconi: – Mój ojciec znany jest przede wszystkim jako wynalazca radia. Podróżował po całym świecie, by zakładać stacje radiowe (wystarczy powiedzieć, że aż 87 razy „przekroczył” Atlantyk!).

– Za swoje odkrycia otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie fizyki w 1909 r…

– Tak. Dla mnie osobiście natomiast był czułym i inteligentnym ojcem, który wyjaśniał mi to wszystko, co robił. Traktował mnie jak osobę dorosłą i chciał, bym zadawała mu pytania. Dlatego jego śmierć, gdy byłam jeszcze dzieckiem, była wielkim ciosem nie tylko dla mojej matki (moi rodzice byli w sobie bardzo zakochani), lecz i dla mnie.

– Jak to się stało, że ojciec Księżnej wybudował radiostację dla Watykanu?

– Moja matka pochodziła z arystokratycznego rodu Bezzi Scali, który był bardzo związany z Watykanem i papieżami. Mój dziadek Franciszek był oficerem papieskiej Gwardii Szlacheckiej i poślubił markizę Annę Sacchetti, córkę głównego kwatermistrza (foriere maggiore) Watykanu.

– Jednym słowem, matka pochodziła z „czarnej arystokracji” rzymskiej („nobilta nera”), tzn. arystokracji mającej związki z papieżami. Czy również rodzina ojca miała związki z Watykanem?

– Nie. Mój ojciec został ochrzczony w Kościele katolickim, ale jego matka była irlandzką protestantką. Mojego ojca zawsze fascynowało wszystko co włoskie, a katolicyzm był synonimem włoskości. Gdy poślubił moją matkę, wrócił na łono Kościoła katolickiego. To dzięki mojej matce Guglielmo Marconi poznał kard. Eugeniusza Pacellego, wielkiego przyjaciela rodziny (mój dziadek i młody prał. Pacelli byli członkami watykańskiej delegacji, która udała się do Londynu na koronację króla Jerzego V), oraz papieża Piusa XI. Tak zrodziła się przyjaźń między Piusem XI, który był także człowiekiem nauki, a moim ojcem. Pewnego dnia Papież poprosił go, by zbudował stację radiową dla Watykanu. Ojciec zaakceptował papieską propozycję z entuzjazmem i rozpoczął prace nad radiostacją, którą następnie podarował Papieżowi. Oczywiście, w tym czasie musiał mieszkać w Rzymie i był to najdłuższy pobyt naszej rodziny w Wiecznym Mieście. Chciałabym jeszcze dodać, że przed wybudowaniem radiostacji watykańskiej ojciec zainstalował u Piusa XI pierwszy na świecie przenośny radiotelefon na krótkie fale. Dzięki niemu Papież mógł się bezpiecznie porozumiewać z Watykanem, gdy przebywał na wakacjach w Castel Gandolfo (w owych czasach nie było możliwe „przechwycenie” i podsłuchiwanie tego typu rozmowy).

– Jakie znaczenie dla Guglielma Marconiego miała budowa radia dla Ojca Świętego?

– Mój ojciec był osobą pobożną i darzył wielkim szacunkiem Piusa XI, dlatego też bardzo cieszyła go papieska propozycja. Poza tym zdawał sobie sprawę, jak wielkie znaczenie może mieć radio dla Stolicy Apostolskiej. To dzięki radiu głos Papieża mógł dotrzeć do najdalszych zakątków globu, a jego błogosławieństwo Urbi et Orbi – objąć wszystkie ludy świata. Guglielmo Marconi wybudował już wcześniej wiele stacji radiowych, lecz w budowę radia papieskiego włożył całe swoje serce. Po śmierci ojca moja matka pozostała w ścisłym kontakcie z Radiem Watykańskim; ja również jestem z Radiem związana i często oprowadzam moich zagranicznych przyjaciół po jego studiach.

– Jak wyglądało życie rodzinne Marconich?

– W 1919 r. ojciec kupił duży jacht „Elettra” i cała nasza rodzina mieszkała na nim. Morze było wielką pasją ojca, podobało mu się życie na statku, a poza tym miał tu dobre warunki do prowadzenia badań i robienia eksperymentów. Ja, jako mała dziewczynka, również mieszkałam na jachcie od marca aż do października. Zapamiętałam mojego ojca jako optymistę, człowieka dynamicznego i pełnego entuzjazmu, który przekazywał swą energię ludziom z otoczenia. Guglielmo Marconi był wielką miłością mojej matki. Gdy zmarł, matka była jeszcze młodą i piękną kobietą, lecz nie chciała powtórnie wyjść za mąż i pozostała sama przez następnych 57 lat.

Gdzie znajduje się teraz Wasz historyczny jacht „Elettra”?

– Po śmierci ojca wybuchła wojna. Podczas bombardowania jedna z bomb uszkodziła dziób statku. Po wojnie statek trzymano w porcie w Trieście. Wraz z matką wielokrotnie zwracałyśmy się do władz włoskich, by naprawiły statek i urządziły na nim muzeum. Niestety, nasze prośby nie zostały spełnione, a jacht pocięto na kilka części i przesłano do miejscowości związanych z działalnością mojego ojca. Dodam, że zarówno Anglicy, jak i Amerykanie zwracali się do władz włoskich o przekazanie im zabytkowgo statku, by uczynić z niego muzeum. Władze odmawiały, ponieważ twierdziły, że chodzi o „przedmiot chwały narodowej”.

– I wolały „przedmiot chwały narodowej” pociąć na części…

– To bardzo smutna sprawa i wspominam ją z wielkim bólem.

– Jaką rolę w życiu ojca Księżnej odgrywała wiara w Boga?

– Guglielmo Marconi głęboko wierzył w Boga. Od najmłodszych lat zwracał się do Najwyższego Bytu – Stwórcy świata, którego siły natury badał dla dobra ludzkości. Dziękował Bogu za wynalazek radia, które uważał za Boski dar. Pamiętam, jak często powtarzał: „Dziękuję Bogu, że z pomocą mojego wynalazku uratował tyle istnień ludzkich”. Ojciec dziękował Bogu za każde swe odkrycie – to było piękne i wzuszające.

– Dziś mówi się często, że nauki nie da się pogodzić z wiarą…

– To nieprawda. Mój ojciec był wielkim naukowcem, a równocześnie człowiekiem głębokiej wiary.

– Jakie jest dziedzictwo Guglielma Marconiego?

– Przede wszystkim wynalazek radia. Marconi wykonał pierwszą aparaturę nadawczą i odbiorczą, a następnie ciągle ją ulepszał. Pierwszy na świecie skonstruował także przenośny radiotelefon oraz zaprojektował radar. Przypominam sobie, że ojciec prowadził doświadczenia z radarem na jachcie „Elettra”: umieścił na statku aparaturę – prototyp radaru, a następnie sterował statkiem z kabiny komendanta, która przykryta była prześcieradłem; dzięki sygnałom z aparatu udawało mu się przepłynąć między dwiema bojami (nazywał to „ślepą nawigacją”). Odnalazłam dokumenty, które mówią, że w 1935 r. rząd brytyjski zakupił od mojego przedsiębiorstwa Marconi 5 stacji radarowych, a w 1937 r. następnych 20. Gdy rozpoczęła się wojna, stolica Wielkiej Brytanii była „chroniona” przez 27 stacji radarowych, tzw. chain home, które odegrały bardzo ważną rolę w bitwie o Londyn.

– Ojciec Księżnej odegrał też pewną rolę w historii słynnego, brytyjskiego transatlantyckiego parowca „Titanic”. Proszę powiedzieć coś na ten temat…

– Na statku „Titanic” zainstalowane było radio Marconiego. To dzięki sygnałom radiowym udało się uratować 700 rozbitków, gdy po zderzeniu z górą lodową statek zatonął. Uratowani pasażerowie byli bardzo wdzięczni ojcu, dlatego pojechał do Nowego Jorku, by się z nimi spotkać. Była to dla niego największa nagroda za jego wielką pracę. Ojciec żałował, że nie udało się uratować wszystkich pasażerów. Trzeba wyjaśnić, że statek „Californian”, który znajdował się najbliżej miejsca katastrofy – pół godziny żeglugi – miał na pokładzie radio, ale obsługujący je marynarz (marynarzy tych nazywano od nazwiska ojca marconi-man) udał się już na spoczynek i nie odebrał sygnału SOS. Sygnał ten natomiast odebrano na rosyjskim statku „Carpazia” (trzy i pół godziny żeglugi od miejsca zatonięcia transatlantyku) i dopiero ten statek odnalazł szalupy rozbitków. Dlatego w czasie procesu, który odbył się po zatonięciu „Titanica”, ojciec walczył o to, by na pokładzie każdego dużego statku było dwóch techników obsługujących całodobowo radio.

– Nazwisko Marconiego związane jest także z telewizją…

– Na początku pewien Amerykanin zaprezentował elektromechaniczny projekt telewizji. Mój ojciec natomiast prowadził badania nad systemem elektronicznym, który okazał się lepszy. Dlatego brytyjska stacja BBC wybrała patent Marconi-Emi. System Marconiego okazał się tak precyzyjny, że posługiwano się nim praktycznie aż do 1968 r., kiedy to został unowocześniony.

– Guglielmo Marconi był nie tylko wielkim naukowcem, ale również dobrym przedsiębiorcą – założył słynną firmę, która nosi jego nazwisko…

– Tak, to prawda. Mój ojciec dokonał pierwszego wynalazku w 1895 r., gdy miał 21 lat. We Włoszech nikt jednak nie brał go na serio. Dlatego zmuszony był opuścić Italię – wraz z matką Irlandką wyjechał do Londynu, gdzie zaprezentował swój wynalazek. W Anglii potraktowano go bardzo poważnie i dlatego już w 1897 r. mógł założyć towarzystwo akcyjne Marconi Wireless Telegraph Company. Ojciec nie tylko dobrze zarządzał swym przedsiębiorstwem, ale potrafił dbać również o reklamę swych wynalazków. Powiem dla przykładu, że w 1898 r. pojechał do Irlandii na regaty w Kingstown i przez dwa dni nadawał przez radio kronikę z regat. W następnym roku zaproszono go więc na słynne amerykańskie regaty American Cup. Zapewniało mu to sławę i było reklamą jego wynalazków.

– Czy firma Marconi jeszcze istnieje?

– Istnieje, a ostatnio połączyła się z firmą szwedzką „Ericson”. Teraz „Ericson” przejął zarząd nad firmą, ale po połączeniu się firm zachowano nazwę, tzn. Ericson-Marconi. Jednym słowem – firma Marconi spod zarządu angielskiego przeszła pod zarząd szwedzki. Niedawno byłam w Sztokholmie, by zaprezentować film dokumentalny o moim ojcu i wygłosić wykład.

Dzień 12 listopada 1931 r. był w Rzymie słoneczny, choć zimny. Guglielmo Marconi wraz z żoną Marią Cristiną przyjechał do Ogrodów Watykańskich około godz. 15.30. Chciał dokonać jeszcze ostatniej kontroli stacji radiowej, którą budował przez ostatnie sześć miesięcy. Powoli wokół budynku gromadził się tłum zaproszonych gości: kardynałowie, papiescy dygnitarze i arystokracja rzymska. Piusa XI przywieziono do Ogrodów samochodem o godz. 16.20. Marconi oprowadził Papieża po pomieszczeniach stacji radiowej, a następnie obaj stanęli przed mikrofonem. Naukowiec zwrócił się do Ojca Świętego ze wzruszającym przemówieniem, po czym Pius XI rozpoczął swe pierwsze orędzie radiowe od słów brzmiących jak biblijne wersety: „Słuchajcie, o Niebiosa, tego, co wam powiem; słuchaj, Ziemio, słów moich ust… Usłyszcie i posłuchajcie, odległe narody” (Udite, o Cieli, quello che sto per dire; ascolti la Terra le parole della mia bocca… Udite ed ascoltate, o popoli lontani). Na zakończenie tego historycznego orędzia, które po raz pierwszy dotarło do ludzi dzięki falom radiowym, Pius XI udzielił wszystkim błogosławieństwa Urbi et Orbi.

http://www.niedziela.pl/artykul/80131/nd/75-lat-temu-Marconi-wybudowal-papieska

Niemiecki astronom i matematyk. Studiował w seminarium w Maulbronn oraz na uniwersytecie w Tybindze. Był niezwykle religijny oraz zainteresowany filozofią i teologią, studiował więc teologię. Dzięki profesorowi matematyki, Michaelowi Mastinowi, znakomitemu astronomowi a byłemu pastorowi wiejskiemu, zapoznał się z teorią kopernikańską. Z niej Kepler widział nie tylko teorię, ale i potwierdzenie harmonii Boskiej. Najbardziej znany ze stworzenia trzech praw Keplera.

kepler

Johannes Kepler

Poniżej jeden z bardzo wielu tekstów Keplera dotyczący Boga i otaczającego nas świata. Astronom nigdy nie miał problemu w godzeniu swojej niezwykłej inteligencji i wiedzy ze swoją chrześcijańską wiarą.

„Przed siedmioma miesiącami przyrzekłem napisać dzieło (…) poruszające sprawy najwyższej wagi (…) Nie ma niczego większego i obszerniejszego, aniżeli wszechświat. Czy ktoś pragnie czegoś wspaniałego? Nie ma niczego wspanialszego i piękniejszego, aniżeli nasza najjaśniejsza Świątynia Boża. Pragnie ktoś poznać tajemnice? Nic nie jest, ani nie było w naturze bardziej ukryte. Jedynie wówczas mój temat nie zadowoli wszystkich, gdy jego użyteczność nie jest jasna nieoświeconym. Chodzi tu o księgę przyrody, którą Pismo Święte tak mocno chwali. Paweł prezentuje ją poganom, by mogli w niej oglądać Boga, jak słońce w wodzie lub lustrze. Dlaczego zatem my, chrześcijanie, mamy w mniejszym stopniu czerpać przyjemność z tego oglądania, wszakże naszym zadaniem jest wielbić Boga prawdziwie, czcić Go i podziwiać? Nasz podziw jest tym głębszy, im lepiej poznajemy wielkość tego, co stworzone. Zaprawdę, ileż hymnów śpiewał Dawid, prawdziwy sługa Boży, Stwórcy, prawdziwemu Bogu! Natchnienia dostarcza mu do tego pełna podziwu obserwacja niebios. “Niebiosa opowiadają chwałę Boga”, powiedział. Będę oglądał Twoje niebo, dzieło Twoich rąk, księżyc i gwiazdy, które stworzyłeś. “Wielki jest Pan nasz i potężny w mocy; wyznacza liczbę gwiazd, wszystkim nadaje imiona.” W innym miejscu [Dawid] pełen Ducha Świętego i świętej radości wykrzykuje do wszechświata: “chwalcie Go, słońce i księżycu, chwalcie Go, gwiazdy świecące!” Czy niebo i gwiazdy mają głos? Czy mogą chwalić Boga, tak jak ludzie? Tak – powiadamy – one chwalą Boga w ten sposób, że dają człowiekowi natchnienie do chwalenia Boga. Na kolejnych stronach rozwiązujemy niebiosom i przyrodzie język i pozwalamy ich głosowi głośniej się rozlegać; i gdy czynimy to , niech nikt nas nie posądza o próżny i niepotrzebny trud.

Nie chcę mówić o tym, że mój przedmiot jest ważnym świadectwem w kwestii stworzenia – świadectwem, któremu filozofowie zaprzeczają. A więc widzimy tutaj, jak Bóg, przypominając architekta, przystępuje do założenia świata zgodnie z regułami i prawami i wymierza wszystko tak, że można by sądzić, iż sztuka nie bierze sobie na wzór przyrody, lecz sam Bóg spoglądał na dzieła człowieka, który jeszcze nie został [stworzony].

Lecz czy należy wartość Boskich spraw wyrażać groszami, jak jadło? Lecz proszę, powie ktoś, na cóż głodnemu wiedza o przyrodzie, na cóż cała astronomia? (…) Ale czy dobry Stwórca, który powołał do istnienia wszystko z niczego (…) ma pozbawić ducha człowieka, pana wszelkiego stworzenia, Jego własny obraz wszelkiej rozkoszy niebiańskiej? Wszak nie pytamy, na cóż ptakowi zda się śpiew (…) Nasz Twórca dał nam ducha prócz zmysłów (…) abyśmy wyszli poza to, co możemy w rzeczach oglądać oczami, i doszli do przyczyny ich istnienia i powstania, choć nie jest to konieczne. I jak inne istoty żywe, tak i człowiek utrzymuje się przy życiu dzięki jedzeniu i piciu; lecz dusza człowieka, będąc zupełnie czymś innym od innych jego części, poprzez odżywianie się wiedzą utrzymuje się przy życiu, wzbogaca się i rośnie.”

Dedykacja do Prodromus dissertationum cosmographicarum continens mysterium cosmographicum (1596).

*

Historycy Oświecenia traktowali sceptycznie jego metafizyczne i religijne wywody, ale późniejsi filozofowie ery Romantyzmu uważali je już za kluczowe dla jego sukcesu. William Whewell, w swojej History of the Inductive Sciences wydanej w 1837 roku, podawał Keplera jako archetypowy przykład naukowego geniusza. Podobnie Ernst Friedrich Apelt, który jako pierwszy przedstawił analizę dorobku Keplera, określił go jako pioniera „rewolucji w naukach”, łączącego matematykę, estetykę, fizykę i teologię w spójny światopogląd.

http://www.gdansk.kwch.pl/uczeni/

Sławomir Szmal – polski piłkarz ręczny, grający na pozycji bramkarza, reprezentant Polski (od października 2008 kapitan drużyny narodowej), uczestnik igrzysk olimpijskich (Pekin 2008), wicemistrz świata z 2007 i brązowy medalista Mistrzostw Świata 2009. Od sezonu 2011 zawodnik Vive Targi Kielce. Najlepszy piłkarz ręczny świata roku 2009.

szmal

Sławomir Szmal podczas meczu reprezentacji Polski.

Nazywam się Sławomir Szmal. Chcę wam napisać kilka słów o sobie i mojej rodzinie,  jak wiara w Pana Boga towarzyszy mi w mojej karierze sportowej i życiu rodziny. Wychowałem się w małym miasteczku Zawadzkim w wielodzietnej rodzinie. Była nas czwórka i oczywiście kochani rodzice. To oni wychowali nas w wierze katolickiej. Dlatego słowo rodzina tak wiele dla mnie znaczy. Sport interesował mnie od najmłodszych lat, po pewnym czasie stał się moim zawodem, sposobem na życie. Nie było by to możliwe, gdyby nie moja żona Aneta, która niejednokrotnie w trudnych momentach wspierała mnie podczas mojej kariery. Dała mi najpiękniejszy dar, naszego synka Filipa, którego staramy się wychowywać w wierze katolickiej. Podczas mojej kariery sportowej poznałem wiele osób, kolegów i przyjaciół. Byli też tacy, na których się zawiodłem. 
Poznałem ludzi, którzy pomogli mi stać się jeszcze lepszym człowiekiem, mężem i ojcem. Nie wiem czy mogę ich wymienić, ale myślę, że się nie obrażą, jeśli to zrobię. Jestem dumny, że poznałem Księdza Edwarda Plenia, któremu dziękuję za jego kazania i przyjaźń; Piotra Wyszomirskiego, któremu dziękuję za jego codzienne świadectwo wiary do Pana Boga. Można by wymieniać wiele osób, których czyny i słowa były i są dla mnie przykładem i dają motywacje w życiu.

I ZA TO WSZYSTKO DZIĘKUJE PANU BOGU.

http://www.sport.episkopat.pl/dokumenty/?type=swiadectwo&id=132

Prof. Bernard Nathanson wykonał w życiu 75 000 aborcji. Był jednym z założycieli ruchu proaborcyjnego w USA. I przyszedł taki dzien………….

nathanson

Bernard Nathanson.

 (…) Pozwólcie, że na moment cofnę się do lat sześćdziesiątych i wytłumaczę, w jaki sposób mała, rewolucyjna grupa (było nas zaledwie kilku) wywróciła do góry nogami prawo dotyczące aborcji w Stanach Zjednoczonych.  Jedna z naszych podstawowych taktyk prowadziła do tego, aby zdobyć dla siebie ludzi mediów. Okazało się to bardzo łatwe, ponieważ w tamtych czasach media były zdominowane przez bardzo młodych ludzi o nastawieniu radykalnym i feministycznym.  Innym, bardzo istotnym elementem naszej taktyki, było fabrykowanie danych statystycznych w oparciu o rzekome badania opinii publicznej; mieliśmy bardzo nas wspierającego specjalistę statystyka, który podawał nam całkowicie nieprawdziwe dane, np. ile kobiet umiera rocznie wskutek nielegalnej aborcji, albo ile nielegalnych aborcji dokonuje się w ciągu roku. Podawał np., że rocznie na skutek nielegalnej aborcji umiera 10 tyś. kobiet. Jak się potem dowiedzieliśmy, prawdziwa liczba wynosiła 200 – 300 osób. Podawał też, że rocznie dokonuje się w USA około l mln nielegalnych aborcji. Tymczasem rzeczywista liczba to mniej więcej 150 tys.  Przez ciągłe powtarzanie tych nieprawdziwych danych i nagłaśnianie sztucznie opracowanych statystyk udało nam się w końcu przekonać społeczeństwo, by uwierzyło w podawane przez nas liczby. To chyba Hitler powiedział, że wielkie kłamstwo jest bardzo efektywne; a to niewątpliwie było wielkie kłamstwo. (…)  Byliśmy rewolucyjną grupą. Wykorzystując ducha buntu przeciwko wszystkim autorytetom lat sześćdziesiątych, w ciągu pięciu lat z pomocą pieniędzy i przy współpracy ze środkami masowego przekazu, wywróciliśmy do góry nogami prawo dotyczące aborcji w Stanach Zjednoczonych. (…)  Od czasu gdy stałem się obrońcą życia, media me chcą mnie słuchać ani widzieć i systematycznie krytykują filmy, które stworzyłem, a także książki, które napisałem. Nawet gdy Radio Maryja transmitowało również na teren Stanów Zjednoczonych moją konferencję prasową, został wyłączony satelita, który nadaje do USA. (…)

 Ostatnio politycy w Kongresie USA byli wystarczająco odważni, aby głosować przeciwko tzw. aborcji poprzez częściowy poród. Jest to technika stosowana między dwudziestym szóstym a trzydziestym tygodniem ciąży. W tej procedurze rozrywa się pęcherz płodowy, rozszerza szyjkę macicy i chwyta dziecko za nóżki. W zasadzie płód jest częściowo urodzony, tylko główka jest jeszcze uwięziona, ponieważ nie ma odpowiedniego rozwarcia i jest za duża, żeby przejść przez drogi rodne, zwłaszcza w tych warunkach. Przykłada się więc do tyłu główki dziecka ostry instrument i wbija się go w mózg. Potem tkanka mózgu zostaje wyssana, czaszka zapada się i rodzone są resztki główki. Na skutek mojego upierania się i nacisku, politycy, tak jak i media, zaczęli nazywać to po imieniu, już nie słowem aborcja, tylko jako częściowy poród. Oczywiście to nie jest aborcja; jest to niewątpliwie dzieciobójstwo, zabijanie nowo narodzonego dziecka. Nic dziwnego, że satelita zawiódł, bo nie chcieli usłyszeć jeszcze raz, co o tym myślę. (…)

źródło: „Prof. Bernard Nathanson w Polsce. Świadek życia”, Wydawnictwo Sióstr Loretanek

UWAGA: PONIŻSZE NAWRÓCENIE EMILA ZOLI NIE MIAŁO MIEJSCA. OSOBĄ, KTÓRA W 1896 ROKU POWRÓCIŁA DO WIARY W BOGA BYŁ SALUTORE ZOLA – ZAŁOŻYCIEL WOLNOMULARSTWA W EGIPCIE. ZA WPROWADZENIE W BŁĄD PRZEPRASZAM.

https://znanichrzescijanie.wordpress.com/2014/03/29/solutore-zola-zalozyciel-wolnomularstwa-w-egipcie/

* * *

Emil Zola urodził się w Paryżu 2 kwietnia 1840 roku jako syn inżyniera pochodzenia włoskiego. Swoje dzieciństwo i wczesną młodość spędził w Aix-en-Provence.

Emil-Zola

Emil Zola.

Bardzo wcześnie stracił ojca. W 1858 roku wraz ze swoją matką powrócił do Paryża, gdzie nie udało mu się zdać matury. Po krótkim okresie bezrobocia i nędzy przyjął posadę w wydawnictwie Hackette’a, współpracując jednocześnie z dziennikami republikańskimi jako kronikarz i krytyk.

W 1865 roku opuścił Hackette’a i odtąd żył wyłącznie z pióra. Zasłynął jako wielki powieściopisarz, publicysta, dramaturg i najwybitniejszy oraz najbardziej konsekwentny reprezentant francuskiego naturalizmu.

Kiedy tworzył, odszedł daleko od Boga i naigrawał się z wiary katolickiej. Jeżeli pewnego dnia odwiedził jakiś wiejski kościół, to nie po to, aby się modlić, lecz aby „naśmiewać się z głupiego ludu”, który tam przebywa. 20 sierpnia 1892 roku Emil Zola przyjechał do Lourdes pociągiem wiozącym chorych z Paryża. Wśród nich były dwie umierające kobiety w ostatnim stadium gruźlicy: Marie Lebranche i Madę Lermarchand. Szukały ostatniej szansy ratunku. Zola natomiast przybył z zamiarem zebrania materiałów demaskujących oszustwa kleru katolickiego, które jego zdaniem dokonywano w Lourdes. Spotkało go tu wyjątkowe szczęście. Na oczach obie Marie zostały cudownie uzdrowione. Reakcja Zoli w obliczu ewidentnego cudu była po ludzku niewytłumaczalna i szokująca. Nie można zrozumieć dlaczego on, człowiek wielkiego intelektualnego formatu, w swojej książce „Lourdes” zanegował nie tylko fakt cudownego uzdrowienia dwóch kobiet, ale posunął się do absurdalnego kłamstwa pisząc, że jedna z nich zmarła. Kobieta, która według książki Zoli już nie żyła, w rzeczywistości mieszkała dalej w Paryżu i cieszyła się wyśmienitym zdrowiem. Pisarz jednak chciał za wszelką cenę uwiarygodnić swoje kłamstwa, dlatego osobiście udał się do tej kobiety i nakłaniał ją, aby przeprowadziła się do Belgii. Chciał w ten sposób pozbyć się niewygodnego świadka, by móc upowszechnić swój światopogląd, w którym nie było miejsca dla Boga i możliwości zaistnienia cudu. Pomimo tego, że wielokrotnie zostały mu publicznie wykazane ewidentne kłamstwa zawarte w jego książce o Lourdes, to jednak na te zarzuty nie odpowiedział.

W 1895 roku. ukazał się w „Civiltr Catolica” artykuł Owoce kalumnii Zoli, w którym autor pisze o paradoksie, że podobnie jak szatan, który wbrew sobie w ostateczności przyczynia się do oddawania chwały Bogu w świecie, tak samo masoneria poprzez Zole przyczyniła się do zwiększenia kultu Matki Bożej w Lourdes.

A jednak Bóg nigdy nie odwraca się od swego stworzenia. Czeka tylko na stosowny moment, aby się z nim zetknąć. Ten moment nastąpił u Zoli, gdy w dojrzałym wieku złamał sobie nogę. Mijały miesiące, a rana mimo leczenia nie zabliźniła się, lecz przeciwnie – powiększała. Lekarze widząc, że ich wysiłki są daremne, powzięli zamiar amputacji nogi.

W wigilię Bożego Narodzenia Zola leży w łóżku. Wydaje mu się, że wchodzi do kościoła, widzi na ścianie Panią z Dzieckiem w ramionach i śpiewa we śnie kolędę. Gdy w dniu następnym jego żona zanuciła tę samą kolędę Zola poprosił ją, by poszła do kościoła i zapaliła świecę przed obrazem Matki Bożej. Pani Zola spełniła to życzenie. W tym samym dniu pisarz odczuł jakieś niezwykłe darcie w chorej nodze. Spróbował powstać i z wielkim zdumieniem stwierdził, że jego noga jest zdrowa. Został cudownie uleczony.

Emil Zola nie tylko opisał to uzdrowienie, ale również nawrócił się na wiarę, którą dotychczas tak zniesławiał. 18 kwietnia 1896 roku ogłosił, rodzaj publicznej spowiedzi. Oto wyjątek tego dziwnego dokumentu:

„Obecnie, gdy przekonałem się całkowicie, że przez trzydzieści lat byłem w błędzie, gdy poznałem, na czym się opiera cały system masoński, którego doktrynę rozpowszechniałem, doprowadzając również innych do jej rozpowszechniania, tak że wielka masa ludzi poszła za mną w błędzie – szczerze tego żałuję. Oświecony w tym względzie przez Boga, zdaję sobie sprawę ze wszystkiego zła, które przez to popełniłem i w konsekwencji odrzucam masonerię i zrywam z nią więzy solidarności oraz uznaję ze skruchą, wobec Kościoła swe błędy. Proszę Boga o przebaczenie wszelkiego zła , jakim gorszyłem w czasie swej przynależności do loży masońskiej, i błagam naszego Najwyższego Pasterza Jego Świątobliwość Papieża Leona XIII o przebaczenie … „

Po trzydziestu latach, w czasie których był kolejno założycielem, członkiem i wielkim mistrzem loży masońskiej, Emil Zola w wieku 56 lat zdystansował się publicznie do niej, jako do „najbardziej cynicznego kłamstwa”, nawrócił się definitywnie do Boga i związał na nowo z Kościołem katolickim. Nawrócenie to wywołało swego czasu wielki szum, ale dzisiaj jest mało znane.  Zola zmarł nagle 28 września 1902 roku w wyniku zaczadzenia.

Ks. Józef Orchowski

http://www.iwonicz.przemysl.opoka.org.pl/gazetka/lipiec2007/emil_zola.htm

Seria “ARGUMENTY ZA WIARĄ” ma na celu pokazanie, że chrześcijaństwo i ogólnie wiara w Boga nie jest czymś co wymaga całkowitego wyłączenia myślenia. Cykl ten może nie da niezbitego 100% dowodu na istnienie Boga (nie taki jest jego cel), lecz powinien sprawić, aby przynajmniej niektóre osoby niewierzące zmieniły swoją postawę z bezmyślnego wyśmiewania chrześcijaństwa w założenie, że “być może coś w tym jest”. Z kolei osoby już wierzące być może wzmocnią swoją wiarę po kolejnych wpisach z tej serii.

Poniższy artykuł jest kontynuacją innego tego samego autora. Link poniżej:

https://znanichrzescijanie.wordpress.com/2013/08/09/argumenty-za-wiara5-autentycznosc-nowego-testamentu/

——————————

Jak się przedstawia kwestia historyczności Chrystusa? Wiadomo przecież, że swojego czasu istniały różne teorie o mityczności osoby Chrystusa (Paul-Louis Couchoud czy Bruno Bauer). Mamy więc prawo pytać, czy Chrystus istniał rzeczywiście, czy mamy na to jakieś dowody, czy też może Chrystus rzeczywiście jest tylko postacią mityczną.

Niezależne od siebie doniesienia wskazują na to, że w czasach starożytnych nawet przeciwnicy chrystianizmu nigdy nie powątpiewali w historyczność Jezusa, którą po raz pierwszy, i to bez dostatecznych podstaw, kilku autorów zakwestionowało dopiero pod koniec XVIII wieku, a potem w wieku XIX i na początku XX stulecia.
The New Encyclopadia Britannica (1976), Macropadia

feng-shui-true-or-falsePrzed przystąpieniem do właściwych argumentów warto zastanowić się chwilę nad naturą mitu. Czym charakteryzuje się mit? Otóż mit:

•odnosi się do jakichś odległych, ściśle niesprecyzowanych czasów (można tu porównać choćby np. mity greckie);

•charakteryzuje się długim na ogół procesem powstawania; niekiedy trzeba aż kilku pokoleń, żeby mit się ostatecznie uformował;

•przedstawia swego bohatera w sposób bardzo ogólny, a poszczególne relacje o tym bohaterze nierzadko są między sobą sprzeczne;

•mało się przejmuje prawdopodobieństwem historycznym.

A jak jest w wypadku Pana Jezusa? Św. Łukasz zaczynając relacje o jego publicznej działalności, poprzedzonej przez wystąpienie Jana Chrzciciela, notuje znamienne słowa:

„Roku piętnastego panowania Tyberiusza cesarza, gdy Piłat Poncjusz zarządzał Judeą i Herod był tetrarchą Galilei, a Filip, brat jego, tetrarchą Iturei i krainy Trachonickiej, gdy Lizaniasz był tetrarchą Abileny, za najwyższych kapłanów Annasza i Kajfasza…” (Łk 3,1-2).

Stojąc przed tego rodzaju aparaturą historyczną, można by się zapytać już nie o ilość mitów, ale o ilość dzieł historycznych, które by z taką skrupulatną dokładnością notowały czas opisywanych przez siebie wydarzeń. A trzeba dodać, że dane – wymienione w cytowanym tekście Łukasza – zostały potwierdzone przez badania historyczne.

Ale chodzi tu nie tylko o to dokładne, typowo „niemityczne” określenie czasu działalności Pana Jezusa. Jeszcze ciekawsze jest to, że Ewangelie były napisane i rozpowszechniane w czasie tak bardzo bliskim od opisywanych wydarzeń. Czy w takiej sytuacji w ogóle istniała możliwość powstania mitu? Tutaj nie trzeba wielkich argumentów, odpowiedź wskazuje sam zdrowy rozsądek, zwłaszcza gdy weźmie pod uwagę, że 1) chodziłoby tutaj o stworzenie mitycznej postaci przez to samo pokolenie, do którego miałaby należeć owa nie istniejąca osoba, 2) przy tym ów absurdalny mit miałby się stać nie tylko pustym wierzeniem, ale w ogóle całym sensem życia wielu ludzi. Ludzie ci nierzadko za ten mit mieliby oddawać życie.

Hipoteza mityczności Chrystusa zawiera w sobie zbyt wiele sprzeczności, by ją poważnie traktować – w tego rodzaju okolicznościach mit nie miałby żadnych szans przetrwania.

### C.S. Lewis (nawrócony autor “Opowieści z Narnii” i krytyk literacki) : Jako historyk literatury jestem święcie przekonany, że Ewangelie na pewno nie są legendami. Odznaczają się zbyt małym artyzmem. (…) Większa część życia Jezusa pozostaje nieznana, a twórcy legendy by na to nie pozwolili.

* * *

Weźmy inny fakt: Czy można wytłumaczyć czymś innym niż historycznym istnieniem Pana Jezusa ten nagły „wybuch” kultu Jego osoby, który miał miejsce w trzydziestych i czterdziestych latach I w.? Chodzi tu o „wybuch” w prawie dosłownym znaczeniu. Bo z jednej strony wówczas po raz pierwszy pojawiło się w historii ludzkości imię Jezusa Chrystusa – do tej pory nikt nigdy o człowieku tego imienia ani nie mówił, ani nawet nie słyszał. A z drugiej strony imię to od razu zdobyło sobie szeroką popularność: w ciągu niewielu lat potworzyły się liczne grupy wyznawców Jezusa Chrystusa nie tylko w Palestynie, ale też w Azji Mniejszej, w Rzymie, na Bałkanach, w Egipcie, Etiopii.

Grupy te były tak liczne, że już w latach 43-44 doszło do ich prześladowania za czasów Heroda Agryppy, a w dwadzieścia lat później do wielkiego prześladowania za czasów Nerona.

To, że problem Jezusa Chrystusa powstał w zupełnie określonym czasie, prawie nagle, i że od razu nabrał szerokiej popularności jest następnym argumentem za historycznością tej Jedynej w dziejach świata Osoby. Bo przecież mity powstają zupełnie inaczej.

——————————-

europe-development-of-christianity-to-1300-1956-map-66774-p

Rozwój chrześcijaństwa do 1300r.

Weźmy pod uwagę inną okoliczność: Jakkolwiek dzisiaj wszystkie pisma Nowego Testamentu są wydawane często razem, to jednak są to dzieła zupełnie odrębne – różne osoby są ich autorami, powstawały w różnych miejscowościach i w różnych okolicznościach. Jedno jest w tym wszystkim najbardziej zadziwiające: w swoich relacjach o osobie Jezusa Chrystusa są one całkowicie zgodne.

Zgodnie przedstawiają życie Pana Jezusa wszystkie cztery Ewangelie. Zgodnie z Ewangeliami przedstawiają Chrystusa również pozostałe pisma Nowego Testamentu, co jest tym ciekawsze, że ich celem nie jest opis życia Chrystusa, i jedynie ubocznie zawierają o tym pewne wzmianki. Zgodność ta jest tak daleka, że nawet gdyby nie było Ewangelii, bylibyśmy w stanie odtworzyć życie Pana Jezusa, przynajmniej w głównych zarysach.

Te pozaewangelijne dane Nowego Testamentu o Chrystusie zebrał Józef Ricciotti w swoim dziele „Życie Jezusa Chrystusa”. Dlatego pozwolę sobie przytoczyć go tutaj dosłownie wraz z odpowiednimi odnośnikami: Jezus nie był bynajmniej niebieskim eonem, ale „człowiekiem” (Rz 5,15), „powstałym z niewiasty” (Ga 4,4) jako potomek Abrahama (por. Ga 3,16), z pokolenia Judy (por. Hbr 7,14), z domu Dawida (por. Rz 1,3).

Matka Jego miała imię Maryja (Dz 1,14), nazywano Go Nazarejczykiem (Dz 2,22) lub mówiono o nim „ten z Nazaretu” (Dz 10,38).

Miał „braci” (Dz 1,14), z których jeden nosił imię Jakub (Ga 1,19). Był ubogi (2 Kor 8,9), cichy i łaskawy (2 Kor 10,1). Został ochrzczony przez Jana Chrzciciela (Dz 1,22).

Zebrał uczniów, z którymi żył w stałej łączności (Dz 1,21-22); dwunastu z nich nosiło miano „apostołów” i do tej grupy należeli m.in. Kefas, tj. Piotr i Jan (1 Kor 9,5; 15,5-7; Dz 1,13,26).

W swym życiu dokonał wielu cudów (Dz 2,22) i przeszedł dobrze czyniąc (Dz 10,38). Raz ukazał się swym uczniom chwalebnie przemieniony (2 P 1,16-18).

Został zdradzony przez Judasza (Dz 1,16-19). W nocy, w której został wydany, ustanowił Eucharystię (1 Kor 11,23-25), umierał modląc się (Hbr 5,7). Urągano Mu (Rz 15,3), i był mniej ceniony niż zbrodniarz (Dz 3,14); umarł za Heroda i Poncjusza Piłata (1 Tm 6,13; Dz 3,13; 4,27; 13,28).

Był ukrzyżowany (Ga 3,1; 1 Kor 1,13,23; 2,2; Dz 2,36; 4,10) poza bramą miasta (Hbr 13,12). Został pogrzebany (1 Kor 15,4; Dz 2,29; 13,29). Zmartwychwstał trzeciego dnia (1 Kor 15,4; Dz 10,40). Potem ukazał się wielu (1 Kor 15,5-8; Dz 1,3; 10,41; 13,31) i wstąpił do nieba (Rz 8,34; Dz 1,9-10; 2,33-34).

Również i ten fakt całkowitej zgodności w relacjach o osobie Pana Jezusa wyklucza wątpliwości co do jej historyczności, zwłaszcza że pozaewangelijne relacje Pisma św. o Panu Jezusie zostały wypowiedziane zupełnie mimochodem, tzn. w innym celu niż dla podania szczegółów biograficznych.

————————–

200px-Tiberius_bust

Cesarz Tyberiusz (42 p.n.e. – 37 n.e.)

Powiedzieliśmy na wstępie tego rozdziału, że mit mało się przejmuje prawdopodobieństwem historycznym. Jak problem ten wygląda w wypadku Chrystusa Pana? Cesarz August, cesarz Tyberiusz, namiestnik Piłat, najwyżsi kapłani Annasz i Kajfasz, jeden i drugi król Herod – to tylko najważniejsze znane nam skądinąd historyczne osoby, których imiona się przewijają w przekazanych nam przez Ewangelie danych biograficznych o Chrystusie. Dane te są podane przy tym zupełnie prawidłowo, bez błędów chronologicznych.

A dalej – nie tylko dla biblistów, ale również dla znających Palestynę niefachowców, jest rzeczą oczywistą, jak bardzo prawdziwe są ewangelijne opisy różnych miejscowości, związanych z życiem i działalnością Pana Jezusa. Chodzi tu nie tylko o położenie geograficzne, ale również o krajobrazy, o odległości i o różne specyficzne właściwości, po których jeszcze dziś można rozpoznać prawdziwość zawartych w Ewangeliach opisów.

Archeologowie i historycy stwierdzają prawdziwość ewangelijnych opisów świątyni jerozolimskiej, samego miasta i innych jego zabytków i osobliwości. Ta prawdziwość opisów nawet w szczegółach nie jest czymś bagatelnym – jak wiadomo w r. 70 Jerozolima została zdobyta przez rzymskie legiony i prawie zrównana z ziemią, a cały kraj został splądrowany. Fakt ten czyni jeszcze bardziej nieprawdopodobnym przypuszczenie, aby historia życia Jezusa Chrystusa była zwykłym zmyśleniem. – Jak na zmyślenie jest to historia zbyt szczegółowa i zbyt wrośnięta we wszystkie ówczesne warunki; u jeszcze dziwniejszy byłby brak w niej niekonsekwencji i „potknięć”, od których powinnaby się roić, zwłaszcza jeżeli się zważy na wydarzenia z r. 70.

—————————–

Warto jeszcze zwrócić uwagę na inny szczegół, przedtem jednak małe porównanie. Wyobraźmy sobie, że w naszym polskim Krakowie pojawia się grupa osób, która bardzo propaguje, czy to słowem, czy to pismem, już nawet nie kult, ale zwykłą ludzką wielkość (czy jak by to nazwać?) jakiegoś człowieka. Dziwni ci ludzie twierdzą przy tym, że człowiek ów, przed rokiem czy, powiedzmy sobie, choćby nawet przed dziesięciu laty, był w Krakowie powszechnie znany, że znane były jego wielkie czyny, a jego tragiczna śmierć była dużym przeżyciem dla całego miasta.

Wyobraźmy przy tym sobie, że człowiek ów w ogóle nie istniał. Pomijając nawet kwestię, czy jest psychologicznie możliwe stać się w takich warunkach propagatorem podobnego ruchu, można by zapytać, czy ruch ten miałby w Krakowie jakiekolwiek szanse powodzenia, czy miałby choć minimalne szanse na to, by nie zostać rozpoznanym jako zwykle oszustwo, a w następstwie wyśmianym i skazanym na zapomnienie.

A przecież w takiej sytuacji znajdowaliby się pierwsi głosiciele religii Chrystusowej w stosunku do mieszkańców Jerozolimy, gdyby nie było prawdą historyczne istnienie Pana Jezusa. Przecież oni bardzo często ułatwiali sobie pracę ewangelizacyjną w Jerozolimie nawiązywaniem do osoby Chrystusa i przypominaniem, że Chrystus zupełnie niedawno działał i umarł w Jerozolimie, który to fakt przypominali Jerozolimczykom jako powszechnie znany.

talmud01

Talmud – święta księga wyznawców Judaizmu, pomimo wrogości do chrześcijan potwierdza istnienie Chrystusa.

Weźmy pod uwagę inny fakt: Wiadomo, z jaką niechęcią, a nieraz i nienawiścią odnosili się do pierwotnego chrześcijaństwa starozakonni Żydzi. Mówią o tym nie tylko pierwsi pisarze chrześcijańscy, ale wskazują na to również Talmud i Midrasz – księgi zawierające tradycję żydowską. Otóż proszę sobie wyobrazić fakt, że owi zdecydowani przeciwnicy chrześcijaństwa jakoś nie wpadli na ten niezwykle prosty koncept, aby swą walkę oprzeć na tak świetnym argumencie, że chrześcijanie są mitomanami, bo wierzą w człowieka, którego nigdy nie było.

Zwolennicy Starego Prawa wysuwali różne, często sprzeczne ze sobą argumenty, mające na celu zniesławienie pochodzenia Jezusa i całej Jego osoby (o czym można się dowiedzieć choćby z pisanych przez ówczesnych chrześcijan apologii), nigdy jednak nie zaprzeczają Jego historycznego istnienia. Sytuacja paradoksalna.

Skąd ten paradoks? Bo fakt istnienia Chrystusa był wówczas dla wszystkich – zarówno dla Jego przyjaciół, jak i dla wrogów – niewątpliwy, dla wielu zaś był znany nawet z autopsji: widzieli Chrystusa własnymi oczami.

o. Jacek Salij

http://www.nonpossumus.pl/biblioteka/jacek_salij/szukajacym_drogi/007.php

ZOBACZ TAKŻE –> http://www.znanichrzescijanie.wordpress.com/2014/03/02/argumenty-za-wiara7a-sceptyczni-historycy-o-absurdzie-teorii-jezus-mit/

Skoczek narciarski Kamil Stoch oraz była mistrzyni i rekordzistka świata w rzucie młotem Anita Włodarczyk promowali „Ewangelię dla sportowca i kibica”, wydaną przez Edycję Świętego Pawła księży paulistów. Promocja książki, opublikowanej z okazji EURO 2012 i olimpiady w Londynie, odbyła się 29 maja w warszawskim Muzeum Sportu i Turystyki.

wlodarczyk-121442

Anita podczas ceremonii wręczenia medali na Igrzyskach Olimpijskich – Londyn 2012.

Dyrektor wydawnictwa, ks. Tomasz Lubaś SSP poinformował, że książka zawiera tekst Nowego Testamentu z komentarzami, modlitewnik oraz świadectwa takich wybitnych sportowców, jak: Marcin Gortat, Adam Kszczot, Leszek Blanik, Marcin Dołęga, Jerzy Dudek, Tomasz Wałdoch czy Mariusz Wlazły. Ujawnił, że do ostatniej chwili czekano (bezskutecznie) na obiecane teksty od Agnieszki Radwańskiej i Roberta Kubicy.

Młociarka Anita Włodarczyk wyznała, że obecność Boga w jej życiu jest czymś normalnym. Zwraca się do Niego nie tylko w chwilach ciężkich, ale także wtedy, kiedy przeżywa radość. W swoim środowisku stara się zwracać uwagę, gdy ktoś nie zachowuje się zgodnie z duchem Ewangelii. Anita Włodarczyk nie ma problemu, aby pogratulować zwycięstwa innej rywalce, choć jej niemiecka przeciwniczka, rekordzistka świata Betty Heidler nie zdobyła się nigdy na taki gest, kiedy Polka z nią wygrywała.

„Wierzę w Boga, kocham Go, jestem Mu oddana. Wierzę, że moje istnienie ma sens i nie skończy się śmiercią fizyczną. W moim życiu było wiele sytuacji, w których szczególnie odczuwałam obecność Boga i w wielu przypadkach wiedziałam, że mi pomógł” – zaznaczyła Włodarczyk, podkreślając przywiązanie do wartości przekazanych jej przez rodziców Marię i Andrzeja.

Sportowców pytano jak uchronić się przed gwiazdorstwem i pokusą pychy.

„Staram się myśleć tak, jak to robiłam przed sukcesem” – deklarowała Anita Włodarczyk.

http://ekai.pl/diecezje/warszawska/x55166/warszawa-gwiazdy-sportu-promowaly-ewangelie-dla-sportowca-i-kibica/?print=1 http://www.zabno.diecezja.tarnow.pl/index.php/8-nowoci/newsy/2157-swiadectwa-wiary-znanych-sportowcow

Skoczek narciarski Kamil Stoch oraz była mistrzyni i rekordzistka świata w rzucie młotem Anita Włodarczyk promowali „Ewangelię dla sportowca i kibica”, wydaną przez Edycję Świętego Pawła księży paulistów. Promocja książki, opublikowanej z okazji EURO 2012 i olimpiady w Londynie, odbyła się 29 maja w warszawskim Muzeum Sportu i Turystyki.

052792_net14210134_4

Dyrektor wydawnictwa, ks. Tomasz Lubaś SSP poinformował, że książka zawiera tekst Nowego Testamentu z komentarzami, modlitewnik oraz świadectwa takich wybitnych sportowców, jak: Marcin Gortat, Adam Kszczot, Leszek Blanik, Marcin Dołęga, Jerzy Dudek, Tomasz Wałdoch czy Mariusz Wlazły.

Kamil Stoch wyznał, że ma za co być wdzięczny Bogu, co odczuwa zwłaszcza doznając „wspaniałości lotu”. Jego zdaniem skoczkowie narciarscy, uprawiający bardzo niebezpieczny sport, „żyją w z zgodzie z Panem Bogiem”.

„Bóg pomaga nam w każdej sytuacji, nawet wtedy kiedy myślimy, że nie. Przed każdymi zawodami modlę się o bezpieczne lądowanie dla mnie i rywali” – powiedział mistrz Polski.

Jak wspomniał, podczas wizyty Jana Pawła II w Zakopanem usłyszał słowa „nie wstydźmy się naszego krzyża”.

„Początkowo ich nie rozumiałem. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałem znaczenie tych słów” – powiedział na prezentacji publikacji „Ewangelia dla sportowca i kibica” w Muzeum Sportu i Turystyki pięciokrotny zwycięzca konkursów Pucharu Świata w minionym sezonie.

Odnosząc się do powiedzenia: „Jak trwoga, to do Boga”, Kamil Stoch zażartował: „Słyszałem plotkę, że odkąd zacząłem wygrywać, Austriacy załatwili sobie kapelana”.

Sportowców pytano jak uchronić się przed gwiazdorstwem i pokusą pychy. Skoczek mówił, że bardzo ważną rzeczą jest to, jakimi ludźmi sportowiec się otacza.

„Powtarzam moim najbliższym: jeżeli zobaczycie u mnie oznaki wody sodowej, powiedzcie mi o tym”.

Kamil Stoch 9 lutego 2014 roku został złotym medalistą olimpijskim w zawodach rozgrywanych w rosyjskim Sochi. Parę dni później powtórzył osiągnięcie przechodząc w ten sposób do historii jako trzeci skoczek, któremu udało się zdobyć dwa indywidualne złote medale olimpijskie na jednych Igrzyskach.

http://ekai.pl/diecezje/warszawska/x55166/warszawa-gwiazdy-sportu-promowaly-ewangelie-dla-sportowca-i-kibica/?print=1 http://www.zabno.diecezja.tarnow.pl/index.php/8-nowoci/newsy/2157-swiadectwa-wiary-znanych-sportowcow

Nie napisze już żadnej powieści gotyckiej, choć zrobiła na nich majątek. W Ameryce ukazała się autobiografia Anne Rice, w której autorka „Wywiadu z wampirem” opisała swoje odejście i powrót do wiary katolickiej. Krytycy nie są zachwyceni, ale książka sprzedaje się dobrze.

rice

Ann Rice.

Rice, która niedawno obchodziła 67. urodziny, twierdzi, że pisanie pamiętników jest o wiele trudniejsze niż tworzenie fikcji. Książka „Called Out Of Darkness. A Spiritual Confession”, zgodnie ze swym tytułem, traktuje głównie o wierze. Anne straciła ją jako nastolatka, pod wpływem lektury dzieł modnych wówczas egzystencjalistów: Martina Heideggera, Alberta Camusa i Jean-Paula Sartre’a. Religia katolicka, w której został wychowana, wydała się jej zbyt restrykcyjna.

Sukces literacki Rice odniosła będąc ateistką. Napisała 27 powieści, które rozeszły się w nakładzie ponad 100 milionów egzemplarzy. Największą sławę przyniósł jej „Wywiad z wampirem”, wydany w 1976 roku. Stał się on początkiem całego cyklu o godnych współczucia krwiopijcach. Rice pisała także o czarownicach, duchach oraz erotycznej edukacji Śpiącej Królewny.

Dzisiaj Rice przekonuje, że wszystkie te książki na swój sposób traktowały o religii. Powrót pisarki do Kościoła przyśpieszyła śmierć jej męża, który był pierwowzorem najsłynniejszego z jej bohaterów – wampira Lestata. Rice przeżyła serię objawień podczas podróży do Izraela oraz odwiedzając europejskie katedry i gigantyczną statuę Jezusa w Rio de Janeiro.

Krytyk New York Times nazwał „Called Out Of Darkness” literackim odpowiednikiem tortury wodnej, stosowanej ponoć przez amerykańskie służby specjalne. Bardziej oględny był magazyn „Time”, którego zdaniem „Rice może rywalizować z C.S. Lewisem jako apologetka wiary”. Publikacja pamiętników oderwała Amerykankę od pracy nad zbeletryzowaną biografią Jezusa, pisaną w pierwszej osobie. Jej pierwsza część: „Chrystus pan: Wyjście z Egiptu” doczekała się już polskiego tłumaczenia, całość ma liczyć cztery tomy.

W zeszłym roku Rice opublikowała esej „O naturze moich wcześniejszych prac”. Zapewniła w nim, że nie wyrzeka się powieści, „w których bohaterami były wampiry, wiedźmy i inne nadnaturalne stworzenia”, ponieważ „wszystkie one zawierają w sobie silny moralny kompas”, a ich głównym tematem jest „nieustająca walka przeciwko złu oraz poszukiwanie dobra”.

Autorka „Królowej potępionych” zapewnia, że nie wierzy w wampiry. Żałuje nawet, ze używała tego słowa. Nie ma też zamiaru zachęcać „chrześcijańskich czytelników” do lektury swoich dawnych książek. Anne Rice, a właściwie Howard Allen O’Brien, urodziła się i wychowała w Nowym Orleanie. Tam też rozgrywa się akcja większości jej książek. Po zniszczeniu miasta przez huragan Katrina przeprowadziła się do Kalifornii.

http://kultura.dziennik.pl/ksiazki/artykuly/82030,nawrocenie-anne-rice.html