Paul Cloudel – poeta i dramaturg francuski.

Posted: 12 listopada 2013 in Pisarze
Tagi:

PPaul_Claudel_01aul CLAUDEL (1868–1955), francuski poeta, dramatopisarz, dyplomata; długo pozostawał pod wpływem symbolistów, później Biblii, mistyków hiszpańskich i wschodnich.; pisał dramaty oraz poezje, a także prace teoretyczne o poezji. Jest autorem m.in. „Punktu przecięcia” 1905, „Sztuki poetyckiej” 1907 „Zwiastowania” 1912, „Dziennika 1904–1955”. Jego utwory na język polski tłumaczyli Stefan Napierski i Adam Ważyk.

Niezwykłe świadectwo nawrócenia, jakie pozostawił po sobie Paul Claudel, jest zarazem swoistą mini-autobiografią, zapisem duchowych poszukiwań poety i dramaturga, autora wielu szkiców poświęconych Biblii i sztuce religijnej. W 105 lat, jakie minęły od wydarzenia z paryskiej katedry Notre-Dame, „Moje nawrócenie” zachowuje szczególną świeżość i siłę przekonywania.

MOJE NAWRÓCENIE

Urodziłem się 6 sierpnia 1868 roku. Moje nawrócenie dokonało się 25 grudnia 1886.  Miałem wtedy osiemnaście lat. Ale charakter mój był już wówczas wyraźnie  skrystalizowany.  Choć  zarówno po mieczu jak i po kądzieli wywodziłem się z pokoleń wierzących, które dały Kościołowi kilku księży, rodzina moja była religijnie obojętna, a po przybyciu do Paryża oddaliła się zupełnie od spraw wiary. Przedtem przystąpiłem do pierwszej komunii, która (jak dla większości chłopców) była jednocześnie uwieńczeniem i zakończeniem praktyk religijnych.

Wychowywałem się, a raczej kształciłem najpierw u nauczyciela szkoły katolickiej, potem w jednym z laickich gimnazjów prowincjonalnych, wreszcie w liceum Ludwika Wielkiego.  Zaraz po przestąpieniu progu tej uczelni straciłem wiarę, która wydawała mi się nie do pogodzenia z Wielością Światów (!!!). „Życie Jezusa” Renana dostarczyło mi nowych argumentów dla tej zmiany pokoleń, którą zresztą wszystko wokół mnie ułatwiało i  pobudzało.

Wspomnijmy te smutne lata u schyłku XIX wieku, epokę pełnego rozkwitu literatury naturalistycznej. Nigdy jarzmo materii nie ciążyło twardym  brzemieniem. Wszystko, cokolwiek w sztuce, w nauce, w literaturze cieszyło się wzięciem, było z gruntu areligijne. Wszyscy (rzekomo) wielcy ludzie tej  epoki  wyróżniali  się  w  pierwszym rzędzie wrogim stosunkiem do Kościoła. Renan królował. On to przewodniczył ostatniemu rozdawnictwu nagród w liceum Ludwika Wielkiego, w którym brałem udział i ja, i zdaje mi się, że odznaczył mnie własnoręcznie. Victor Hugo zstąpił z widowni w apoteozie. A więc mając osiemnaście lat wierzyłem w to, w co wierzyła większość ówczesnych tak zwanych  wykształconych ludzi. Mocne pojęcie osobowości i konkrety były we mnie przyćmione w całej rozciągłości, wierzyłem, że wszystko poddane jest  „Prawom”  i  że  świat ten polega  na  mocnym  sprzężeniu przyczyn i skutków, które nauka rychło  najgruntowniej  rozplącze.

Wszystko razem wydawało mi się zresztą nader smutne i nudne. Co do pojęcia kantowskiego, które w nas wpajał profesor filozofii  F. Burdeau, przyznam się, że jakoś nigdy  nie  mogłem  go strawić. Wiodłem zresztą życie niemoralne i stopniowo grzęzłem w rozpacz. Śmierć dziadka, którego na moich oczach przez długie miesiące toczył rak żołądka,  napełniła mnie głębokim przerażeniem i myśl o śmierci nie opuszczała mnie odtąd ani na chwilę. Religia stała mi się czymś zupełnie obcym; nie miałem zresztą o niej zielonego pojęcia. Pierwszy przebłysk prawdy dało mi zetknięcie z dziełami wielkiego poety, któremu jestem  winien wdzięczność  dozgonną i który na kształtowanie mojej myśli wywarł wpływ zasadniczy: mam na myśli Artura Rimbaud. Lektura „Zachwyceń”, a parę miesięcy potem „Pobytu w piekle” stała się dla  mnie  zdarzeniem kapitalnym. Po raz pierwszy książki te zrobiły wyłom w mojej katordze materialistycznej, dając mi wrażenie żywe i niemal fizyczne nadprzyrodzonego świata. Mimo to trwałem nadal w otępieniu i rozpaczy. Tak wyglądał biedny chłopiec, który w dniu 25 grudnia 1886 roku wstąpił do katedry Notre-Dame, by przyjrzeć się nabożeństwu. Właśnie wówczas zaczynałem pisać i sądziłem, że w katolickich obrzędach znajdę podnietę i materiał do dekadenckich gryzmołów.

W takim nastroju, potrącany łokciami i rozgniatany przez tłum, z mierną uciechą przetrwałem sumę. Po południu, nie mając nic lepszego do roboty, poszedłem na nieszpory. Chłopcy chóru katedralnego w białych komeżkach przy współudziale seminarzystów śpiewali właśnie, jak później się dowiedziałem „Magnificat”. Stałem w tłumie  przy drugim  filarze u wejścia do chóru, na prawo po stronie zakrystii.

Wtedy to zdarzył się fakt, który przesądził o całym moim życiu. W mgnieniu oka serce moje zostało porażone i UWIERZYŁEM. Uwierzyłem z taką mocą przekonania, z takim porywem całego jestestwa, z przeświadczeniem tak dogłębnym, z taką oczywistością nie dopuszczającą cienia wątpliwości, że od tej chwili żadne książki, żadne dowodzenia, żadne przygody burzliwego życia nie zdołały zachwiać mojej wiary, czy też  choćby jej  naruszyć.  Owładnęło mną nagle rozdzierające uczucie niewinności, wiekuistego dziecięctwa Bożego: niewysłowione doznanie! Gdy próbuję, po raz nie wiadomo który, odtworzyć sobie  sekundy,  które  nastąpiły bezpośrednio do tej chwili nie pojętej,  znajduję  tylko  porwane myśli,  które  wszakże wówczas stanowiły jeden błysk, jedną broń w ręku Boga, by porazić i rozewrzeć nareszcie serce biednego, zrozpaczonego chłopca: ,,Jakżeż szczęśliwi są ci, którzy wierzą! – A gdyby to jednak była prawda? – To jest prawda! – Bóg istnieje, jest tam. To ktoś tak konkretny jak ja, osoba. – On kocha mnie, woła mnie”. Z oczu moich trysnęły łzy, a rzewny śpiew kolędy „Adeste” potęgował jeszcze moje wzruszenie. Wzruszenie  jakże  słodkie, choć zmieszane z uczuciem przestrachu i niemal grozy. Albowiem moje przekonania filozoficzne pozostały nietknięte. Bóg zlekceważył je po prostu; nie widziałem, co by można w nich zmienić, religia katolicka wydawała mi się nadal istnym stekiem niedorzecznych klechd, księża i wierni budzili we mnie tę samą odrazę, która dochodziła do nienawiści i niemal wstrętu. Gmach moich poglądów i wiadomości stał niezachwiany i nie  widziałem  na  nim  żadnej rysy. I tylko tak się złożyło, że wyszedłem zeń ja. Objawił mi się ktoś nieznany i groźny, z przeraźliwymi wymaganiami w stosunku do młodzieńca i artysty we mnie i ja nie wiedziałem, jak go pogodzić z otaczającym mnie światem. Byłem jak człowiek, którego żywcem odarto by ze skóry i przeniesiono w obce ciało, w nieznany świat: oto jedyne porównanie, które narzuca mi się, ilekroć próbuję wyrazić ten stan dogłębnej rozterki. Co było najwstrętniejsze dla  moich poglądów i dla moich upodobań, właśnie było prawdą, właśnie z tym, chcąc nie chcąc, miałem się pogodzić. Muszę się przyznać, że zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, by stawić opór. Ten opór trwał cztery lata. Śmiem rzec, że była  to piękna  obrona,  walka lojalna i na całego. Nie zaniedbałem żadnego środka: jedna po drugiej wysuwała mi się z ręki bezskuteczna broń. Byt to największy przełom w moim życiu, ta ,,agonia  myśli”,  o  której  Artur Rimbaud pisze: ,,Walka duchowa jest tak brutalna jak trud bitewny. Twarda noc! Wyschła krew dymi na obliczu!” Młodzi ludzie, którzy tak łatwo rzucają wiarę, nie zdają sobie sprawy, jak ciężko ją odzyskać i za cenę jakich mąk! Idea piekła,  a  także  myśl  o  tych wszystkich przyjemnościach i urokach, których musiałbym się wyrzec, oto główne moje hamulce na drodze do prawdy. A jednak zaraz owego pamiętnego dnia, w katedrze Notre-Dame, gdy nareszcie powróciłem do domu słotnymi ulicami, które teraz oto wydały mi się takie inne, takie dziwne, wziąłem do rąk Biblię protestancką podarowaną ongiś mojej siostrze Kamili przez przyjaciółkę Niemkę i po raz pierwszy usłyszałem ten słodki i nieugięty głos, który odtąd nigdy już nie przestał rozbrzmiewać w moim sercu. Znałem tylko za pośrednictwem Renana historię Jezusa i – zgodnie z myślą tego oszczercy – nie wiedziałem nawet, że mienił się Synem Bożym.

Każde słowo, każdy wiersz z dostojną prostotą zadawały kłam bezwstydnym twierdzeniom apostaty i  zdzierały mi łuski z oczu. To prawda, wyznawałem wraz z setnikiem, tak, Jezus jest Synem Bożym. Mnie, Pawła, wpośród  wszystkich  innych  poraziła łaska; mnie przyrzekł swoją miłość. Lecz jednocześnie, o ile nie chciałbym iść za Nim, nie pozostawiał mi innego wyjścia krom potępienia. Ach, nie trzeba było mi tłumaczyć, czym jest piekło, sprawdziłem na sobie, co znaczy w nim ,,Pobyt”! Wystarczyło mi tych kilka godzin, by zrozumieć, że piekło jest wszędzie, gdzie nie ma Pana Jezusa. Cóż mnie obchodził cały świat wobec tego  gościa natrętnego, który wdarł się w mój dom? Tak mówił we mnie ,,nowy” człowiek, ale ,,stary” wierzgał ze wszystkich sił i nie chciał wyrzec się za nic tego życia, które stało przed nim otworem. Mamże być szczery? W gruncie rzeczy najbardziej hamował mnie w wyznaniu moich nowych przekonań ludzki wzgląd. Na samą myśl, że będę musiał przyznać się do swego nawrócenia, powiedzieć rodzicom, że chcę pościć w piątki, ogłosić się jednym z tych katolików tak zjadliwie wyszydzanych, oblewał mnie zimny pot; toteż gwałt, jaki mi zadawano, budził we mnie rzetelne oburzenie. Lecz czułem na sobie twardą rękę!

Nie znałem w ogóle księdza. Wśród moich przyjaciół nie było ani  jednego  katolika.  Zacząłem studiować religię z rosnącym zainteresowaniem. Rzecz znamienna!  Dusza  budziła się we mnie jednocześnie z talentem, na przekór  moim  uprzedzeniom i dziecinnym  lękom.  Wtedy to właśnie napisałem pierwszą wersję dwu dramatów: „Złotą Głowę” i „Miasto”. Choć jeszcze nie praktykowałem, już brałem udział w życiu Kościoła; oddychałem nareszcie i życie wstępowało we mnie wszystkimi porami. Spośród książek najbardziej dopomogły mi wówczas „Myśli” Pascala – nieocenione dzieło dla  szukających wiary, choć wpływ jego niekiedy bywał szkodliwy; „Rozmyślania o Ewangelii” Bossueta oraz inne jego dzieła; poemat Danta i prześliczne opowieści Siostry Emmerich. „Metafizyka” Arystotelesa wymiotła mi umysł i wprowadziła mnie w świat prawdziwego rozumu. „Naśladowanie” było jeszcze na poziomie zbyt wysokim.

Pierwsze dwie księgi wydały mi się okrutnie surowe. Lecz wielką księgą, która stała przede mną otworem, podręcznikiem moim szkolnym byt Kościół. Niechaj będzie pochwalona na wieki ta Matka dostojna, u której kolan nauczyłem się wszystkiego, co umiem! Spędzałem niedziele w katedrze Notre-Dame, a w ciągu tygodnia wpadałem tam jak mogłem najczęściej. Bytem wówczas nieukiem i tyle wiedziałem o swojej religii, co o buddyzmie, i oto święty dramat rozgrywał się przede mną z przepychem przerastającym wszelkie moje wyobrażenia. Ach, nie byty to już ubogie ględy książek dewocjonalnych, lecz najgłębsza, najwspanialsza poezja, najwznioślejsze gesty, jakie kiedykolwiek zostały zawierzone człowiekowi. Nie mogłem się napatrzeć widowisku mszy i każdy ruch księdza wrażał się głęboko w mój umysł i serce. Liturgia Zaduszek i Bożego Narodzenia,  obrzędy  wielkotygodniowe, przecudny hymn „Exsultet”, przy którym najzawrotniejsze strofy Pindara i Sofoklesa wydały mi się  mdłe  –  wszystko to przepełniało mnie czcią, radością, wdzięcznością, skruchą i uwielbienie.

Stopniowo, powoli i z trudem świtało w sercu moim myśl, ze sztuka l poezja to także Boska rzecz, i ze rozkosze zmysłowe nie tylko nie są tu nieodzowne, lecz przeciwnie, wręcz szkodliwe. Jakżeż zazdrościłem wiernym, którzy komunikowali! Co do mnie, ledwie śmiałem wślizgnąć się pomiędzy tych, którzy w piątki wielkopostne całowali Koronę Cierniową?

Tymczasem lata mijają i położenie moje stawało się coraz nieznośniejsze. Modliłem się do Boga w tajemnicy i ze łzami, lecz nie śmiałem otworzyć ust. A jednak z każdym dniem trudności moje topniały, a Boże wymagania stawały się bardziej naglące. Ach, jakżeż dobrze znałem te chwile, jakżeż działanie Jego w mojej duszy było mocne! Skąd wziąłem siły, by stawiać Mu opór? W trzecim roku przeczytałem „Pisma pośmiertne” Beaudelaire’a i ujrzałem, ze poeta najbliższy mi wśród francuskich wieszczów odnalazł wiarę w ostatnich latach swego życia i szamotał się z tymi samymi trudnościami i z tymi samymi wyrzutami, co ja. Zebrałem się wreszcie na odwagę i pewnego popołudnia podszedłem do konfesjonału w moim kościele parafialnym Saint-Médard. Chwile oczekiwania na księdza należą chyba do najcięższych w moim życiu. Ksiądz, poczciwy staruszek, niezbyt przejął się historią, która mnie wydawała się taka interesująca; mówił mi o ,,wspomnieniach mojej pierwszej komunii” (ku mojemu głębokiemu rozdrażnieniu) i kazał mi przed rozgrzeszeniem wyznać rodzinie swoje nawrócenie:, w czym dziś muszę mu przyznać rację. Wyszedłem z drewnianego pudla upokorzony i zagniewany, i powróciłem dopiero po roku, gdy izostatem ostatecznie przyparty do muru i doprowadzony do ostateczności.

Tam, w tymże samym kościele Saint-Médard, zastałem młodego i miłosiernego kapłana, pełnego braterskiego współczucia, który pojednał mnie z Bogiem, później zaś księdza Villaume, który był moim kierownikiem i ojcem umiłowanym i którego opiekę z nieba, gdzie dziś się znajduje, wciąż czuję nad sobą. Po raz drugi w życiu przystąpiłem do komunii świętej w tym samym dniu Bożego Narodzenia, 25 grudnia 1980 roku, w katedrze Notre-Dame.

Paul CLAUDEL
Przełożyła Maria WINOWSKA

„Moje nawrócenie” ukazało się w „Naszej Rodzinie” 7-8 (454-455) 1982, s. 11-12.

http://www.recogito.pologne.net/recogito_12/poczta1.htm

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s