Archiwum dla Luty, 2014

Pieniądze szczęścia nie dają. Nie dają go także uroda i sława – tak wydaje się przemawiać do nas Maria Magdalena XX wieku, słynna aktorka francuska o niezwykłej urodzie – Ewa Lavalliere.

d17b62cc58Miała wszystko, o co zabiega współczesny człowiek: niezwykłą urodę, talent, sławę i potężny majątek. Żyła jak we śnie, hołubiona przez rzesze wielbicieli. A jednak to nie było to, o czym marzyła. Czego jej brakowało?

Ewa Lavalliere, używająca pseudonimu estradowego Eugenie Fenoglio, urodziła się w Tulonie, we Francji w 1866 r. Dzieciństwa nie miała szczęśliwego. Ojciec alkoholik często miewał napady złości i zazdrości o żonę. W końcu, na oczach córki zastrzelił matkę, a później popełnił samobójstwo. Ewa zaznała biedy i osamotnienia…

Jednak niezwykła uroda, piękny głos i dystyngowane ruchy sprawiły, że trafiła do najlepszych teatrów w Paryżu. Szybko też zyskała uznanie publiczności i stała się bożyszczem tłumów. Cały świat ją podziwiał. Niemal wszyscy interesowali się tym, co robiła, jak się czesała, jakich używała perfum. Niemal wszystkie kobiety ją naśladowały. Kupowały kosmetyki, perfumy i ubrania á la Lavalliere.

Król Karol z Portugalii, król Leopold II z Belgii, król Edward VII z Wielkiej Brytanii, dyplomaci, magnaci, księżniczki i książęta przychodzili na spektakle, w których grała. Szczerze ją podziwiali. Nie dziwi więc fakt, że ta oszałamiająca kariera zawróciła Ewie w głowie. Ale Ewa nie zaznała szczęścia.

Miałam wszystko…

Wspominała w swoim pamiętniku: Miałam wszystko, co tylko może zaoferować świat. Wszystko, czego mogłam zapragnąć. A mimo to, czułam się najnieszczęśliwszą z dusz.

Pomimo życia w paryskim pałacyku pełnym przepychu, czuła wyrzuty sumienia. Przynajmniej kilka razy usiłowała popełnić samobójstwo. Raz nawet, tuż po wspaniałym występie w Londynie.

Nie potrafiła dać szczęścia kochającemu mężowi i córce. Z biegiem lat stawała się coraz bardziej kapryśna, zmienna i nieczuła. W jej życiu zaczęli pojawiać się kolejni mężczyźni, zawsze z zasobnymi portfelami.

Nigdzie nie jest mi dobrze…

Ani w jej najbliższym otoczeniu, ani wśród oklaskującej ją publiczności nikt nie domyślał się, jak bardzo cierpiała. Promienna i uśmiechnięta w blaskach scenicznych świateł, nosiła w sercu wciąż wzbierającą gorycz.

– Nigdy i nigdzie nie jest mi dobrze – powiedziała kiedyś. – Gdziekolwiek się znajdę, zawsze zamykam się w sobie, chyba że jestem na scenie. Jej dorastająca córka Jeanne coraz wyraźniej schodziła na złą drogę. Mężczyźni, którzy ją otaczali, w końcu zawsze rozczarowywali i zadawali ból.

Szatan naprawdę istnieje!

W czerwcu 1917 r. Ewa chciała odpocząć z dala od świata, przygotowując się do występu w Nowym Jorku. W tym celu wynajęła pałac Porcherie w Chanceux, blisko Tours. Przebywała tam ze swoją powiernicą Leonią, młodą Belgijką, która opuściła kraj podczas I wojny światowej.

Zarządcą pałacyku był proboszcz, o. Chasteigner, bardzo surowy, ale świątobliwy człowiek, gorliwie zabiegający o dusze dla Pana Boga.

Kapłan zauważył, że nowa mieszkanka pałacu, która przybyła w niedzielę, wcale nie pojawiła się na Mszy św. Poprosił ją więc do siebie, aby wyrazić zatroskanie. Ewa obiecała mu, że w następną niedzielę na pewno będzie na Mszy. Zrobiła tak, jak obiecała, tylko, że jej zachowanie było skandalicznie lekceważące.

Nie uszło to uwagi proboszcza:

– Szkoda, że nie ma pani wiary – powiedział.

– Wiara, wiara! Jaki sens ma wiara? – spytała pogardliwie.

Później opowiedziała mu o swoich doświadczeniach spirytystycznych. Przyznała się, że skorzystała z okazji, by poprosić szatana o przywrócenie jej młodości i o uzdrowienie z dolegliwości jelitowych. Szatan naturalnie obiecał jej, że to zrobi pod warunkiem, że mu się odda. Ewa zgodziła się, mówiąc, że w zamian za te „dary” przyprowadzi mu nowych adeptów.

Kilka dni później znowu była na seansie spirytystycznym. Zbeształa szatana za to, że nie spełnił danej jej obietnicy. Na kolejnym spotkaniu krzyknęła, że jest „wielkim oszustem”. Uznała także, że spirytyzm jest jedną wielką farsą, a szatan wcale nie istnieje.

Wiejski proboszcz wysłuchał opowieści światowej sławy aktorki. Na koniec powiedział krótko:

– Zapewniam panią, że szatan naprawdę istnieje! – wsiadł na rower i odjechał.

Poruszona jego stanowczością, Ewa zaczęła rozmyślać: Jeśli szatan istnieje, to Bóg także musi istnieć A jeśli Bóg istnieje, to co ja robię z życiem, które od niego otrzymałam?.

Przemiana Ewy

Następnego ranka kapłan ponownie pojawił się przed pałacem. Przyniósł „Żywot Marii Magdaleny” pióra księdza Lacordaire’a.

– Madame – rzekł. – To, co mi pani powiedziała wczoraj, nie dawało mi spokoju. Muszę się przyznać, że większą część nocy spędziłem na modlitwie, prosząc Boga, aby zainspirował mnie, w jaki sposób mógłbym pani pomóc. Odprawiłem również Mszę świętą w tej intencji. Przywiozłem pani książkę o św. Marii Magdalenie, napisaną przez księdza Henryka Lacordaire’a. Proszę ją przeczytać na kolanach, a przekona się pani, co Bóg potrafi uczynić z duszą taką, jak pani.

Ewa Lavalliere tuż po obiedzie usiadła w pobliżu kuchni z otwartą książką i zaczęła głośno czytać tak, aby służba mogła ją słyszeć. Żywot św. Marii Magdaleny bardzo ją wciągnął. – Jeszcze nigdy nie czytała z takim przejęciem – opowiadała później Leonia. Wszyscy byli głęboko poruszeni. Głos Ewy łamał się. Do końca dnia obie kobiety pozostały wyciszone.

10 czerwca, podczas kolejnej Mszy św., Ewa była już zupełnie odmieniona. Leonia oznajmiła, że chciałaby móc przystąpić do Pierwszej Komunii. Miała już 23 lata i nigdy wcześniej nie przyjmowała Pana Jezusa do serca.

Ewa bardzo poruszona, zaoferowała swoją pomoc w przygotowaniach. Sama też zapragnęła po wielu latach przyjąć Komunię św.

Ksiądz ucieszony tą nowiną, obiecał przynieść Leonii katechizm. Już miał wyjść, gdy w drzwiach zatrzymała go Ewa.

– A ja, czcigodny ojcze?

– Pani?!

– Obiecałam tej młodej pannie, że jej pomogę przygotować się i że sama też przystąpię do Komunii św.

– Ale…

– Tak, doskonale wiem. Jestem grzesznicą i nie żyłam jak chrześcijanka. Mam jednak nadzieję, że nadal mam prawo powrotu do Boga?! I nie zważając na nic, zaczęła publicznie obnażać się ze wszystkich grzechów, niemal biegnąc za wiejskim proboszczem. Kapłan był bardzo zakłopotany.

– Proszę zaczekać… Przede wszystkim, proszę tak nie krzyczeć!

– Czekać? Na co mam czekać? Czy ja nie mam prawa do szczęścia, jak Leonia?

– Chodzi o to… chodzi o to, że Leonia jest dzieckiem w porównaniu z panią. Jej przypadek jest prosty. A pani jest Ewą Lavalliere… słynną aktorką. Pani życie jest publiczne. Nie mogę traktować pani w taki sam sposób, jak Leonię. Ponadto, zabawiała się pani w spirytyzm, a to jest grzech specjalny. Aby udzielić rozgrzeszenia, muszę najpierw uzyskać pozwolenie od arcybiskupa – powiedziawszy to, ksiądz wsiadł na rower i obiecał wrócić tak szybko, jak to tylko będzie możliwe.

Spełniona prośba

Ewa wspominała później, że kilkugodzinne czekanie na powrót księdza Chasteigner z miasteczka było jednym z najgorszych momentów w jej życiu. Ogarnęło ją potworne przerażenie na myśl, że Bóg odrzuci ją na zawsze. Zbawienie jej duszy wisiało na włosku. Kiedy w oddali zobaczyła zbliżającą się sylwetkę ojca Chasteigner, radośnie wymachującego swoim czarnym biretem, stało się jasne, że Bóg okazał jej miłosierdzie.

– Pokój Naszego Pana z Tobą, moja córko – powiedział uśmiechnięty od ucha do ucha kapłan, zsiadając z roweru. – Arcybiskup dał mi wszystkie potrzebne pełnomocnictwa.

Spowiedź i Komunia św. były wielkim wydarzeniem w życiu obu kobiet.

Od 19 czerwca 1917 r. życie Ewy zaczęło się zmieniać. Wyrzekła się raz na zawsze teatru, pozbyła się biżuterii i wszystkiego, co przypominało jej światowe życie. Mówiła: – To dzięki diabłu przyszłam do Boga.

Wkrótce potem wyjechała z Paryża, by nie ulegać pokusom. Wyjechała na krótko na misje, ale ze względu na słabe zdrowie, wróciła do kraju. Prosiła Boga, by zesłał jej więcej cierpienia, by szybciej mogła odpokutować za swoje grzeszne życie.

Pan Bóg spełnił jej prośbę. Cierpiała w różny sposób. Najpierw nie przyjęto jej do zakonu, ze względu na grzechy, a później po czterech latach posługi jako pielęgniarka w Tunisie, schorowana musiała wrócić do Francji.

Cierpię i jestem szczęśliwa!

Największego cierpienia doświadczyła jednak pod koniec życia. W sierpniu 1928 roku 62-letnia Ewa poważnie zachorowała na zapalenie otrzewnej. Lekarz opiekujący się chorą polecił wezwać jej córkę. Wiedział, że kochała swoje dziecko tym bardziej, im bardziej stawało się ono zagubione i zdeprawowane. Jeanne rzeczywiście przyjechała, lecz nie po to, aby opiekować się umierającą matką. Ukradkiem zaczęła podawać jej kokainę, by łatwiej wyciągnąć pieniądze na spłatę ogromnych długów. Doktor Grosjean odkrył zabójczą „kurację” po ośmiu dniach i osobiście wyrzucił Jeanne z domu.

Ostatni rok Ewa Lavallière przeżyła w wielkim cierpieniu. Twarz spuchła jej nie do poznania, wypadły wszystkie zęby, trzeba było zaszyć jej powieki. Kobieta była przytomna i zdawała sobie sprawę, że bezpowrotnie utraciła urodę, której kiedyś zawdzięczała sławę i pieniądze: – Dobry Panie, grzeszyłam tymi darami. Teraz zaś dzięki Ci, że przez te cierpienia pozwalasz mi odpokutować moje grzechy – mówiła.

Tuż przed śmiercią, paryski dziennik opublikował wywiad z nią.

– Czy pani bardzo cierpi?

– Tak, strasznie.

– Czy ma pani nadzieję na uzdrowienie?

– Nie, ale jestem szczęśliwa… Nawet trudno to Panu sobie wyobrazić, jak bardzo, pomimo tego cierpienia, a nawet głównie z jego powodu… Jestem w rękach Boga… Proszę powiedzieć moim przyjaciołom z przeszłości, że spotkał pan najszczęśliwszą osobę na świecie. Całe moje życie i cała moja wola znowu zwróciły się ku ostatecznemu celowi, ku miłości, ku Bogu, który mnie bardzo kocha, pomimo całej mojej przeszłości i obecnej nędzy.

Zmarła 10 lipca 1929 w wieku 63 lat. Na jej nagrobku widnieje napis: „Wyrzekłam się wszystkiego dla Boga. On sam mi wystarcza. Boże, któryś mnie stworzył, miej litość nade mną”.

oprac. Agnieszka Stelmach

http://www.piotrskarga.pl/dlaczego-zapieramy-sie-jezusa-,6951,7955,p.html

Jakub_KoseckiJakub Kosecki  – polski piłkarz występujący na pozycji pomocnika w Legii Warszawa. Syn Romana Koseckiego – jednego z najlepszych polskich piłkarzy ostatnich 25 lat. Uważany jest za jednego z najbardziej obiecujących piłkarzy młodego pokolenia.

W programie „AS Wywiadu”, emitowanym w telewizji SportKlub powiedział – „Jestem osobą wierzącą, choć całej Biblii nigdy nie przeczytałem. Grając w ŁKS-ie w jednym z meczów nie trafiłem do bramki z dwóch metrów. Wtedy sięgnąłem po Biblię, poczytałem różne fragmenty i to mi pomogło, pokrzepiło mnie. W kolejnych spotkaniu w Wodzisławiu strzeliłem dwa gole. Noszę ze sobą różaniec, niektórzy się śmieją, że mam przy sobie koraliki. Trudno, niech się śmieją, wiara jest ważną częścią mojego życia”.

Młody piłkarz swoją wiarę odziedziczył po swoim ojcu, który również nie ukrywał przywiązania do Boga – „Od najmłodszych lat byłem blisko Boga i Kościoła. Tak było w czasie mojej kariery piłkarskiej, tak też jest i teraz. Wraz z ks. Mariuszem Zapolskim zakładaliśmy duszpasterstwo sportowców. Dzięki modlitwie nie załamywałem się”. Przed tym, jak kandydował na prezesa PZPN-u i zarzucano mu to, że jest człowiekiem Schetyny, oznajmił wszystkim, że nie jest niczyim człowiekiem. Jest synem Celiny i Wacława, mężem Jadwigi i należy do Pana Boga. Można spokojnie zastosować w tym miejscu powiedzenie – „Jaki ojciec, taki syn”.

http://ekstraklasa.net/bog-w-futbolu,artykul.html?material_id=512503949a22ddbc5a000000#zamknij

maleckiPatryk Adrian Małecki – jeden z najzdolniejszych piłkarzy młodego pokolenia występujący na pozycji pomocnika w polskim klubie Pogoń Szczecin. Małecki jest wychowankiem Wigier Suwałki, skąd w 2001 roku trafił do Wisły Kraków. Z klubem tym trzykrotnie zdobył mistrzostwo Polski, będąc w międzyczasie wypożyczanym do Zagłębia Sosnowiec oraz Eskişehirsporu. Od stycznia 2014 roku zawodnik Pogoni.

Patryk Małecki podobnie jak wielu innych młodych piłkarzy nie wstydzi się swojej wiary. Mimo, iż niejednokrotnie mogliśmy go poznać jako osobę, która w dość ekspresyjny i nie zawsze odpowiedni sposób okazuje swoje sportowe i pozasportowe emocje. Na swoim przedramieniu, ma wytatuowanego Jana Pawła II. To jemu zawdzięcza najwięcej w swoim życiu – „Były czasy, kiedy stwarzałem problemy. Częściej myślałem o dziewczynach, dyskotekach i alkoholu niż o piłce nożnej. Między innymi dzięki Papieżowi zmieniłem się w dobrego człowieka. Czytam książki o Janie Pawle II, na przedramieniu zrobiłem sobie tatuaż z jego wizerunkiem. On pomógł mi stać się dobrym człowiekiem. Kiedy babcia go zobaczyła, była szczęśliwa, bo wie, że młodzi ludzie często robią sobie tatuaże diabłów lub innych dziwnych symboli. Moja babcia jest osobą religijną”. Piłkarz zaskakuje także inną wypowiedzią – „Jestem człowiekiem religijnym. Dziadek i babcia codziennie chodzą do kościoła. Mama też stara się, aby każdego dnia w nim być. Pochodzę z bardzo religijnej rodziny. Również chodzę codziennie rano, albo wieczorem na Mszę świętą, w zależności od tego, o której mam trening”.

http://ekstraklasa.net/bog-w-futbolu,artykul.html?material_id=512503949a22ddbc5a000000#zamknij

André Frossard – francuski dziennikarz, pisarz i filozof katolicki pochodzenia żydowskiego (jego babcia była Żydówką), syn Ludwika Oscara Frossarda – założyciela Francuskiej Partii Komunistycznej. Wieloletni felietonista „Le Figaro”. Jako ateista doznał nawrócenia w 1935 roku po przypadkowej wizycie w kościele.

andre-frossardFragment z książki “Pytania o chrześcijaństwo” Vittorio Messoriego.

Przypadek André Frossarda, pisarza i dziennikarza jednego z najsławniejszych we Francji (każdego rana publikuje na pierwszej stronie „Le Figaro” ostry felieton) jest jednym z najbardziej tajemniczych i niepokojących: gwałtowne nawrócenie na katolicyzm, którego w żaden sposób nie było można przewidzieć. Jego babka była Żydówką, matka protestantką, a ojciec nie był nawet ochrzczony. Ten ojciec, Ludwik Oskar Frossard, był zaalpejskim Gramscim: niegdyś lider socjalistów, w 1920 roku założył Francuską Partię Komunistyczną, której był pierwszym sekretarzem generalnym. Syn André, również ateista, w wieku dwudziestu lat, wszedłszy przypadkowo do kościoła katolickiego w poszukiwaniu przyjaciela, został zaskoczony niewysłowionym doznaniem: zasłona, która się rozdziera, widzenie „twarzą w twarz” Boga, zaświatów, życia wiecznego.

— Wszedłem do tej kaplicy przypadkowo, bez metafizycznych niepokojów, zmartwień, problemów osobistych, miłosnych przykrości: byłem tylko spokojnym ateuszem, marksistą, beztroskim młodzieńcem, trochę powierzchownym, który miał na ten wieczór w programie randkę — opowiadał to także mnie. — Wyszedłem stamtąd po dziesięciu minutach, tak bardzo zaskoczony tym, iż stałem się niespodziewanie katolikiem, jak byłbym zdumiony odkrywając, iż jestem żyrafą lub zebrą po wyjściu z ogrodu zoologicznego. Właśnie dlatego, iż wiedziałem, że by mi nie uwierzono, milczałem przez ponad trzydzieści lat, pracowałem intensywnie, aby wyrobić sobie nazwisko jako dziennikarz i pisarz i aby mieć w ten sposób nadzieję, że nie zostanę wzięty za szaleńca, gdybym spłacił swój dług: opowiedział to, co mi się wydarzyło.

Zrobił to, zachęcony między innymi przez Francois Mauriaca, dopiero w 1969 roku, kiedy wyszła książka (wszędzie natychmiast tłumaczona, stała się głośnym bestsellerem, którego sukces jeszcze trwa) Dieu existe, je l’ai rencontré (Bóg istnieje, spotkałem Go) 1. Ze zdziwieniem, świat odkrył apologetę chrześcijaństwa o nadzwyczajnej skuteczności i prestiżu; kogoś, kto, gdy mówił, nie robił tego na podstawie teorii lub rozumowania, ale ponieważ „widział i dotykał”. Nie przypadkiem pewnego dnia Jan Paweł II polecił wezwać André Frossarda i powiedział mu: „Proszę mi zadać jakieś pytania”. Powstał z tego pierwszy w historii wywiad z papieżem, drugi światowy bestseller pod znamiennym tytułem: Nie lękajcie się!

Byłem redaktorem odpowiedzialnym działu prasowego wydawnictwa, które opublikowało włoskie wydanie Bóg istnieje, spotkałem Go. Do mnie więc należało organizowanie autorowi konferencji prasowych, wywiadów, dyskusji. Znaliśmy się więc; nigdy jednak nie mogliśmy porozmawiać w cztery oczy, o jego nadzwyczajnym doświadczeniu, tak osobliwym dla kogoś, kto poszukuje prawdy chrześcijaństwa, ponieważ pali argumentacje i dowody teoretyczne, aby uczynić ją konkretnością życia. Nadarzyła mi się okazja, kiedy Frossard po obwieszczeniu, że „Bóg istnieje”, i po chęci udowodnienia, że istnieje życie pozagrobowe (Il y a un autre monde 2), zamierzał także dowieść istnienia diabła, publikując kolejną książkę pod prowokacyjnym tytułem: 36 preuves que le diable existe 3.

Udałem się więc, aby odwiedzić go w jego domu przy głównej alei paryskiego przedmieścia Neuilly-sur-Seine. Kiedy taksówka przemierzała Étoile z Łukiem Triumfalnym, aby skierować się na Défense, skupiska drapaczy chmur, gdzie Paryż małpuje Nowy Jork, myślałem, że nie jest łatwo uporać się z Frossardem. „Konwertyci bywają zawadą i są nudni: dla niewierzących, ale również dla niektórych wierzących”, stwierdził kilkakrotnie. Dla jednych ten człowiek jest problemem, dla innych zagadką: dziennikarz obdarzony sukcesem, jeden z najbardziej znanych i budzących lęk we Francji (jeden jego artykuł może wpędzić w kłopoty potężnych w kraju), wydający książkę, w której oznajmia, z nieugiętą pewnością, że Bóg jest oczywistością, faktem, Osobą spotkaną nieoczekiwanie na ulicy!…

Pewnie, może zdarzyć się czytanie podobnych rzeczy: ale w broszurach drukowanych prywatnie, pod firmą nieznanych wizjonerów; nie w książkach publikowanych przez największych wydawców świata i podpisanych przez mającego stałą kolumnę dziennikarza, oklaskiwanego i ironicznego. Jest zrozumiałe, dlaczego wielu byłoby zainteresowanych pozbyciem się tego człowieka: niektórzy katolicy, ponieważ takie tajemnicze nawrócenie nie wchodzi w zakres schematu chrześcijaństwa obecnie zracjonalizowanego, które wyklucza „piorun” z Nieba; wielu laików, ponieważ samo istnienie Frossarda stanowi niepokojący znak zapytania. Coś, co skłania niemało ludzi do stawiania sobie pytania, może z dreszczem niepokoju: „A jeżeli to jest prawda? A jeżeli Frossard ma rację?”

Za wielkimi szybami jego domu rozmawialiśmy o reakcjach (odmiennych, ale zawsze skrajnych, entuzjazmach i wybuchach gniewu), jakie wywołują jego książki.

— Ale co ja mogę zrobić? — powtarza wsuwając któryś z kolei papieros w czarną cygarniczkę (tylko groźba ekskomuniki ze strony papieża mogłaby go skłonić do zaprzestania… — mówi żona). — Co mogę zrobić, skoro Bóg istnieje, skoro chrześcijaństwo jest prawdziwe, skoro jest życie pozagrobowe? Co mogę tutaj zrobić, skoro istnieje Prawda i ta Prawda jest Osobą, która chce być poznaną, która nas kocha i która nazywa się Jezus Chrystus? Nie mówię tego na podstawie hipotez, w sposób wyrozumowany, na podstawie tego, co słyszałem, iż mówiono. Mówię o tym z doświadczenia. Widziałem. Nie wiem, dlaczego wybrano właśnie mnie, abym był świadkiem naocznym tego, co się ukrywa za powierzchownością świata. Wiem tylko, że mam obowiązek świadczenia.

I jeszcze:

— Jestem skazany na mówienie, jestem przynaglany z łagodnością, ale uporczywie potrzebą recytowania lekcji, jakiej Bóg mi udzielił w owym wstrząsającym spotkaniu, latem 1935 roku, w nieznanej kaplicy w centrum Paryża.

Potem, jakby skandując słowa:

— Kiedy się wie, że Bóg istnieje, że Jezus jest jego Synem, że jesteśmy oczekiwani po śmierci, że na tej ziemi nigdy nie będzie innej nadziei poza Ewangelią; kiedy się to wie: trzeba o tym mówić. Zrobiłem to i w dalszym ciągu będę to robił, aż do chwili, kiedy pójdę kontemplować na zawsze to, co było mi dane zobaczyć podczas owych minut, kiedy czas został dla mnie zatrzymany.

Podczas tego nadzwyczajnego doświadczenia (ale, chwilami, także przez jakiś czas potem) Frossard „widział” tamten świat, który jest ledwie za zasłoną, rzeczywistość, która czeka nas wszystkich:

— Na ulicach spostrzegałem wyraźnie, że przechodnie chodzili na krawędzi nieskończoności, że prędzej lub później wpadną w to światło niezniszczalnego kryształu, nieskończonej przeźroczystości, jasności i słodyczy nie do zniesienia, które było mi dane zobaczyć, rozumiejąc natychmiast, że było to światło Tego, którego chrześcijanie nazywają Ojcem naszym.

— Ale dlaczego — zapytałem go — ten dostrzeżony Bóg był Bogiem chrześcijańskim, a nie Bogiem innych monoteizmów: judaizmu, islamu?

— Nie, nie mógłbym spotkać Allacha: jego się nie spotyka, jest Niedostępny z definicji. Ani Jahwe, Boga Izraela (a w jednej czwartej jestem Żydem), tego, który co kilka wieków mówił do jakiegoś proroka, który wywoływał w nim przede wszystkim okropny strach. Tylko Bóg chrześcijański czyni spotkanie możliwym: jest jedynym Bogiem, qui se proportionne à nous 4, Bogiem tak bardzo pokornym, że daje się nam na pokarm. Bóg Starego Testamentu ukazuje się spowity i oddzielony od nas zasłoną Sacrum. Właśnie tylko dzięki Chrystusowi kurtyna świątyni, która zasłaniała Sancta Sanctorum, się rozdziera. Dzięki niemu alliance, przymierze z Izraelem, staje się alliage (mianowicie stopem, jakby metalu), w którym Bóg i cała ludzkość są stopieni w sposób nierozerwalny.

Ale czy był umieszczony przez Jezusa, czy jedynie przez Boga w tym wstrząsającym zjawisku, w którym wszystko stało się dla niego jasne na zawsze?

— Tylko Ojciec był przedmiotem oczywistości. Chrystus był konieczną konsekwencją wyciągniętą z doświadczenia tego Boga.

Przeszedł więc do Boga chrześcijańskiego: ale dlaczego on, młody Frossard, syn szefa komunistów, również komunista, dał się nagle poznać, całkowicie, na zawsze, jako katolik, a nie protestant, prawosławny lub członek jakiejkolwiek innej wspólnoty o tradycji, która powołuje się na Chrystusa?

— Nie wiem: wiem, że nie wybrałem naprawdę niczego. Ani wiary, ani tym bardziej Kościoła katolickiego. Mogę tylko powiedzieć, że poczułem z absolutną wyrazistością, iż ten Kościół stał się odtąd na przyszłość moim adresem domowym. Po tym przeżyciu pewien ksiądz objaśnił mi katechizm: odkryłem w ten sposób, że Rzym już od wieków ujął w formuły to, co ja zobaczyłem nagle w kaplicy. Wiedziałem już wszystko, jeszcze przed uczeniem się: byłem szukającym po tym, jak już znalazłem.

Przybywszy tutaj, do tego mieszkania na spokojnym przedmieściu leżącym na obrzeżach paryskiego chaosu, z powodu pomyłki co do godziny spotkania, musiałem trochę czekać. Odbywał się akurat ruch ludzi: mężczyzn i kobiet, młodych i w podeszłym wieku. Z dyskrecją, ale z wytrwałością, Frossard jest doradcą duchowym dusz chwiejnych, przeżywających kryzys, poszukujących. Odkryłem, że przez ten dom przewijają się księża, siostry zakonne, chrześcijanie, ale także sławne i będące poza podejrzeniem nazwiska z kultury „laickiej”. Przychodzą tutaj, często anonimowo, aby znaleźć siłę lub szukać drogi, przyciągani przez wiarę, która opiera się na oczywistości. Wiarę, poza tym, wypróbowaną przez ponad pół wieku doświadczenia i świadectwa.

— Frossard bulwersuje, niewątpliwie — mówił paryski pisarz agnostyk. — Ale gdyby „spotkanie”, o którym mówi, było tylko złudzeniem, pomyłką, czy jego skutki nie rozwiałyby się szybko? A tymczasem przez pięćdziesiąt lat ten człowiek żyje tak, jak w ciągu tych kilku minut mu „wskazano”. Jest to może jedyny możliwy dowód na to, że się nie pomylił.

Frossard, powiedziałem mu, jest oskarżany coraz częściej o to, że jest jak te stare wina, które nie znoszą dojrzewania, mówią o nim, że staje się coraz bardziej agresywny w artykułach i książkach, powiadają, że teraz popisuje się pesymizmem. Odpowiedział spokojnie:

— Jeżeli pesymistą jest ktoś, kto uważa, że rzeczy nie będą mogły skończyć się dobrze, wtedy chrześcijanin nie może być pesymistą. Chrześcijanin jest optymistą: ale apokaliptycznym. Wie, że w każdym przypadku wszystko skończy się dobrze. Ale nie tutaj. Tak, liberté, fratérnité, égalité skończą się triumfalnie, ale po spełnieniu pewnej małej formalności. Mianowicie po przejściu nie tylko przez koniec naszego życia ziemskiego, ale przez koniec samej ludzkości: przez drugi, ostateczny powrót Chrystusa. Oto czego oczekują wszyscy chrześcijanie, zgodnie z ich wiarą, w przyszłości, a co natomiast Kościoły „oficjalne” usiłują dzisiaj niejako ukryć, pozostawiając w ten sposób wolne pole dla rozpętywania się fantazji i majaczeń eschatologicznych sekt.

Jego stosunki z niektórymi francuskimi katolikami nie są dobre, ale jak się wydaje, zupełnie go to nie martwi:

— Dzisiaj w Kościele francuskim wielu, nawet biskupów, nie lubi Jana Pawła II. Tak więc, nie ośmielając się mówić o nim źle wprost, zdobywają się na to wobec przeprowadzającego z nim wywiad. Lub nawet wobec jego prefekta Kongregacji Wiary, kardynała Ratzingera, strzegącego ortodoksji katolickiej, którą wielu chciałoby dzisiaj zniszczyć.

— Wielu jednak zarzuca mu — zauważyłem — że nie bierze dostatecznie na serio Soboru.

— Wiem, wiem, i uważam to za bardzo śmieszne. Znudziłem się marksizmem już w 1935 roku: dostatecznie wcześnie, aby widzieć pierwszych księży zakochujących się w Karolu Marksie. To prawda, nie bardzo się podniecałem tym, co określano jako „rewolucyjne nowości” Soboru: wolność myśli, koniec antysemityzmu, ekumenizm, tolerancja… W sumie cały bagaż rewolucji francuskiej, odkryty przez katolików z prawie dwustuletnim opóźnieniem. Jeżeli byłem trochę nieuważny, to dlatego, że to były „nowości” może dla klerykałów, ale bynajmniej nie dla mnie. Byłem przekonany o tych rzeczach, odkąd zacząłem rozumieć, dzięki mojemu ojcu oraz ludzi ze środowiska socjalistycznego i komunistycznego. Proszę zważyć, że nikt nie może oskarżać mnie o to, iż jestem „tradycjonalistą”, ponieważ moją tradycją życiową i kulturalną nie są dekrety Soboru Trydenckiego, lecz Kapitał Marksa.

W tym pełnym życia człowieku jest jakby nadmiar pasji, duch polemiczny, który z trudem ulega ewangelicznemu napominaniu do łagodności.

— Dzisiaj krążą różne typy katolików — mówił między innymi. — Są urzędowi, dla których tym, co się liczy, jest aparat, machina kościelna; tradycjonaliści, którzy zamykają się w swojej wieży z kości słoniowej coraz bardziej grożącej zawaleniem; postępowcy, którzy rozpraszają wiarę w polityce i oklepanych frazesach socjologji. I następnie są ci, najliczniejsi, wzięci między wiele ogni, niepewni i skonsternowani. To właśnie wśród nich znajduję uszy skłonne do słuchania mnie. Interesuję się chrześcijaninem anonimowym, tym, który nie interesuje nikogo i jest przez wszystkich opuszczony. Walczę o zdrowy rozsądek w Kościele, o prostotę wiary, przeciwko mitom i utopiom oraz komplikacjom próżnującego intelektualisty.

— Czy chodzi o całą tę dyskusję o relacjach ze „światem”, o ponowne chrześcijańskie odkrycie, że Wcielenie wymaga, aby historia ludzi była traktowana na serio?

— A tymczasem nie, nie przypisuję światu całej powagi, jakiej żądałby od nas. Gdy spotyka się Boga, pierwszym odkryciem jest nieważność wszystkich rzeczy, które jeszcze dzisiaj chrześcijanie, z wyjątkiem oczywiście świętych, tak śmiesznie traktują na serio.

— Ale problemy społeczne, engagement, zaangażowanie polityczne wierzącego?

— Sądzę, że Bóg chrześcijański potrafi liczyć tylko do jednego: nie interesuje się masami, nie chodzi na kongresy ani tym mniej na zgromadzenia. Interesuje się tylko poszczególnymi, konkretnymi osobami. Pracuje za kulisami, w ciszy, sam na sam. Jest jedna historia, którą wszyscy widzimy, historia krwi, zamieszania, wściekłości. I jest historia ukryta, niewidzialna, z którą tylko co pewien czas zdarza się nam spotkać: historia miłosierdzia, miłości Boga do człowieka i miłości człowieka do Boga i do braci. To jest jedyny wymiar historii, który mnie interesuje.

Jak Frossard czyta Biblię, on, który mówi, iż odnajduje w niej wymiar, jaki poznał przez bezpośrednie doświadczenie?

— Czytam Pismo Święte w sposób możliwie najbardziej dosłowny, z prostego rozumowania: albo jest ono natchnione, a więc jest dziełem samego Boga, który posługuje się ludźmi jako pośrednikami; albo też nie jest natchnione. I wtedy jest książką historyczną, jak inne, chociaż dużo starszą, bardziej malowniczą.

— Ten sposób podchodzenia do Biblii — zwracam mu uwagę — wygląda tak, jakby ignorował całą mozolną pracę egzegetyczną ostatnich dwóch wieków.

— No tak, niektórzy bibliści, biedaczyska, często nie mają żadnego wyczucia tego, co Boskie. Zamknięci w uczonych badaniach, nie mają żadnego pojęcia o wspaniałości Boga. Ci panowie, którzy chcą „demitologizować” Biblię! Ils me font rigoler, sprawiają, że umieram ze śmiechu! Chcą Pismo Święte przekształcić w pewnego rodzaju La Fontaine’a tamtych czasów. Uważają, iż uczynią je bardziej zrozumiałe, a tymczasem czynią je niezrozumiałe i niepotrzebne, chyba że dla siebie i dla swoich katedr.

Śmieje się:

— Dziękuję Ci, Ojcze, że ukryłeś te rzeczy przed intelektualistami, a więc przed pewnymi teologami, przed pewnymi egzegetami!

Wierzyć we „wszystko” w Piśmie Świętym, czytać je w sposób tak dosłowny, to znaczy wierzyć także w diabła; poświęcił mu książkę, w której chce ostrzec przed jego okropnym powrotem do nas.

— Pewnie, że wierzę w diabła: jak można być chrześcijaninem i nie traktować poważnie rzeczywistości, która jest 147 razy wymieniona w Ewangeliach? I niech sobie gadają tak zwani eksperci, którzy, jak zwykle, mówią o „formach wyobrażeniowych”, o mitach związanych z pojęciami czasów starożytnych, ale dla uspokojenia przede wszystkim siebie.

— Jak Frossard widzi przyszłość chrześcijaństwa?

— Żyjemy w momencie nadzwyczaj poważnym, trzeba poświęcić wiele uwagi obronie wiary tych, którzy ją zachowali. Wierzyć dzisiaj z pewnością nie jest łatwo, wierzyć i chcieć postępować jak ryba, która wychodzi z wody, aby mieć wyobrażenie o świecie istniejącym ponad morzem.

Nowe zainteresowanie młodych, powrót do Sacrum rozczarowanych pokoleń?

— Młodzi są otwarci, ale, wydaje mi się, niezbyt przyciągani przez chrześcijaństwo. Może dlatego, że nie potrafimy przedstawić go, może dlatego, że zagubiliśmy już pasję przekonywania, świadczenia, nawracania.

— Jaka stronica, jakie słowo Chrystusa jest panu najbardziej drogie?

— Wszystkie, wszystkie: każde ma coś do powiedzenia każdemu człowiekowi, w każdej chwili życia. Powiem więcej: jak jestem przekonany o tym, iż Bóg zwraca się do jednostki, tak jestem również przekonany, że w Piśmie Świętym znajduje się jakieś słowo natchnione specjalnie dla każdego z nas. Ale gdybym został naprawdę przyciśnięty i musiał wybrać jedną przypowieść, wtedy opowiedziałbym się za przypowieścią o niewiernym włodarzu, o słudze, który kradnie i zostaje pochwalony przez pana. To jest wspaniałe: jest to wspaniałomyślność Boga nieskończenie bogatego, który chce być okradanym.

Zastanawia się w milczeniu, a potem mówi:

— Jest słowo Jezusa, które sprawia, iż zagłębiam się w otchłani. Mówiłem, że w moim doznaniu, tam w kaplicy, tylko Bóg był oczywistością, do Chrystusa musiałem dochodzić przez analogię, przez dedukcję. A więc, jest jedno jego słowo, które przekonało mnie na zawsze o jego boskości. Jest to owo straszne: „Boże mój, Boże mój, dlaczegoś mnie opuścił?” Czyż teologia nie twierdzi, że w osobie Jezusa współistniały dwie natury: boska i ludzka? A więc, na krzyżu — to on sam woła — że Bóg go opuścił. Przeto zrezygnował także ze swojej części boskości, ze swojego kontaktu z Ojcem. Tylko Bóg może posunąć się aż do tego stopnia rezygnacji, może uczynić z siebie dar tak całkowity. My zawsze zatrzymujemy coś dla siebie. On nie zachował niczego.

Chciał powrócić do owej większości wierzących, do owego fundamentu katolickiego, któremu pragnie pomóc w ocaleniu wiary, narażonej na niebezpieczeństwo także przez ataki mniejszości postępowców i konserwatystów.

— Chce pan wiedzieć, czym się różnią między sobą? „Postępowiec” jest to ktoś, kto spełnia wolę wszystkich, oprócz woli Boga; „konserwatysta” natomiast to ktoś, kto zawsze spełnia wolę Boga, czy Bóg chce, czy nie…

Ten człowiek złośliwy, o inteligencji bystrej i kpiarskiej, w rodzaju Voltaire’a, ten autor artykułów żrących jak kwas, sprawia rzeczywiście wrażenie pokonanego ateisty, nagiętego do wierzenia w to, w co bez tego mocnego uderzenia nigdy by nie wierzył.

— Jak może pozostać żywym człowiek, na którym spoczęło spojrzenie Boga? — pytał siebie współczesny filozof. Kieruję to pytanie do Frossarda. Śmieje się, odprowadzając mnie do drzwi:

— Wystarczy nie brać siebie na serio. Wystarczy zdawać sobie sprawę z tego, że jest się mało znaczącym pionkiem w tajemniczej grze, której reguł nie znamy.

1 Polskie wydanie pt. Spotkanie Boga, Paryż 1972.
2 Franc. — Istnieje inny świat, wydanie polskie — Wrocław 1988 i 1991.
3 Franc. — 36 dowodów na istnienie diabła, wydanie polskie — Poznań 1987 i 1988.
4 Franc. — który przystosowuje się do nas (przyp. tłum.).

http://mateusz.pl/ksiazki/vm-poch/poch_07.htm

—————————

W 1935 r. dwudziestoletni André Frossard pracował w Paryżu jako początkujący dziennikarz. Chociaż był ateistą, to jednak zaprzyjaźnił się z praktykującym katolikiem Andrzejem Villeminem, który bezskutecznie starał się doprowadzić go do wiary w Boga. Ósmego czerwca 1935 r. Villemin zaprosił Frossarda na obiad. Pojechali do centrum Paryża rozklekotanym samochodem. Zatrzymali się na rue d’Ulm przed małym kościołem, w którym trwała nieustająca adoracja Najświętszego Sakramentu. Villemin poprosił Frossarda, aby na niego poczekał kilka minut, ponieważ ma ważną sprawę do załatwienia w kościele. Po pewnym czasie zniecierpliwiony czekaniem Frossard wszedł do kościoła. Stanął z tyłu i patrząc na klęczących ludzi, bezskutecznie próbował odnaleźć swojego przyjaciela.

Kiedy spojrzał na główny ołtarz, jego uwagę przykuł wystawiony Najświętszy Sakrament. Nie wiedział, co to jest, gdyż po raz pierwszy w życiu widział monstrancję z Najświętszym Sakramentem. Nagle, w sposób niewytłumaczalny i całkowicie niezależny od niego, Frossard czuje, że w jego wnętrze wnika jakaś tajemnicza moc, która uwalnia go od duchowej ślepoty spowodowanej przez ateizm i umożliwia mu doświadczenie istnienia innego świata, bardziej rzeczywistego aniżeli ten, który poznajemy naszymi zmysłami. „Przede wszystkim zostają mi dane słowa duchowego życia – pisze Frossard – (…) słyszę je jakby wypowiadane obok mnie cichym głosem przez osobę, która widzi, czego ja jeszcze nie widzę”. Po usłyszeniu tych słów Frossard zostaje ogarnięty nadprzyrodzoną rzeczywistością, promieniującą wprost od Najświętszego Sakramentu. „Jest to niezniszczalny kryształ o nieskończonej przejrzystości – próbuje opisać to doświadczenie A. Frossard – jasności prawie nie do zniesienia lekko niebieskiego światła (jeden stopień więcej byłby mnie uśmiercił). To jest inny świat o takim blasku i realności, że nasz świat wydaje się przy nim podobny do rozwiewających się cieni sennych marzeń. Tę nową rzeczywistość i prawdę widzę z ciemnego brzegu, na którym stoję. To jest ład we wszechświecie, a na jego szczycie jest Oczywistość Boga, która jest Obecnością i Osobą. Jeszcze przed sekundą zaprzeczałem Jej istnienia. Chrześcijanie nazywają ją »naszym Ojcem«. Doświadczam Jej łagodnej dobroci i łaskawości, której nie jest w stanie dorównać żadna inna. Łagodność ta jest zdolna przemienić każde ludzkie serce – również takie, które jest twardsze od najtwardszego kamienia. Temu wtargnięciu rzeczywistości Boga towarzyszy radość, która jest entuzjazmem uratowanego od śmierci, w samą porę wydobytego z oceanu rozbitka. Dopiero teraz uświadamiam sobie, w jakim błocie byłem pogrążony, i dziwię się, jak mogłem tam żyć i oddychać. Jednocześnie zostałem obdarowany nową rodziną, a jest nią Kościół katolicki. Jego zadaniem jest prowadzenie mnie tam, dokąd muszę iść, gdyż pozostaje mi do przebycia jeszcze kawał drogi (…). Kościół jest wspólnotą; w niej obecny jest Jedyny, którego imienia nigdy więcej nie będę mógł napisać bez trwogi, że zranię Jego miłość. Stoję przed Nim jak dziecko, któremu przypadło w udziale szczęście otrzymania przebaczenia” (Istnieje inny świat, ss. 39-40).

A. Frossard wielokrotnie opisywał swoje doświadczenie spotkania z nadprzyrodzoną rzeczywistością, gdyż miał świadomość, jak bardzo ubogi i nieporadny jest w tym względzie ludzki język. Warto zapoznać się z innym opisem jego nawrócenia, w którym zostały uwydatnione inne aspekty tego nadzwyczajnego doświadczenia. W książce Bóg i ludzkie pytania czytamy: „Wszedłem do kaplicy jako ateista, a w kilka minut później wyszedłem z niej jako chrześcijanin – i byłem świadkiem swojego własnego nawrócenia, pełen zdumienia, które ciągle trwa”.

Frossard podkreśla, że to doświadczenie nie było jakimś odkryciem intelektualnym, ale miało charakter doświadczenia fizycznego i prawie laboratoryjnego: „Byłem (…) ateistą, kiedy przechodziłem przez drzwi kaplicy, i pozostawałem nim nadal w jej wnętrzu. Obecni tam ludzie, widziani pod światło, rzucali tylko cienie, między którymi nie mogłem odróżnić swojego przyjaciela, i coś w rodzaju słońca promieniowało w głębi kaplicy. Nie wiedziałem, że był to Najświętszy Sakrament. Nie doznałem nigdy zmartwień miłosnych ani niepokoju, ani ciekawości. Religia była starą chimerą, a chrześcijanie gatunkiem opóźnionym na drodze historycznej ewolucji. (…) Jeszcze dzisiaj widzę tego dwudziestoletniego chłopca, którym wtedy byłem. Nie zapomniałem jego osłupienia, kiedy nagle wyłaniał się przed nim z głębi tej skromnej kaplicy świat, inny świat – o blasku nie do zniesienia, o szalonej spoistości, którego światło objawiało i jednocześnie zakrywało obecność Boga, tego samego Boga, o którym jeszcze przed chwilą przysięgałby, że istnieje tylko w ludzkiej wyobraźni. Jednocześnie spływała na niego fala słodyczy zmieszanej z radością – o mocy, która może skruszyć serce i której wspomnienie nigdy nie zaniknie, nawet w najgorszych chwilach życia, niejednokrotnie przenikniętych lękiem i nieszczęściem. Odtąd nie stawia sobie innego zadania, jak tylko świadczyć o tej słodyczy i o tej rozdzierającej czystości Boga, który mu pokazał owego dnia przez kontrast, z jakiego błota został ulepiony… Owym światłem, którego nie ujrzałem cielesnymi oczyma, nie było to, jakie nas oświeca lub powoduje opalanie. To było światło duchowe, tzn. światło pouczające – jakby żar prawdy. Odwróciło ono definitywnie porządek rzeczy. Od chwili kiedy je ujrzałem, mógłbym powiedzieć, że dla mnie tylko Bóg istnieje, a wszystko inne jest jedynie hipotezą (…). Podkreślam: to było obiektywne doświadczenie, prawie z dziedziny fizyki, i nie mam nic cenniejszego do przekazania, jak tylko to: poza tym światem, który nas otacza i którego cząstką jesteśmy, odsłania się inna rzeczywistość, nieskończenie bardziej konkretna niż ta, w której na ogół pokładamy ufność. Jest ona ostateczną rzeczywistością, wobec której nie ma już pytań” (ss. 21-24).

http://www.milujciesie.org.pl/nr/temat_numeru/istnieje_inny_swiat.html

ZOBACZ TAKŻE INNE PRZYPADKI NAWRÓCEŃ ZNANYCH ATEISTÓW, NIECHRZEŚCIJAN W WYNIKU DOŚWIADCZEŃ MISTYCZNYCH:

### Paul Cloudel – wybitny dramatopisarz francuski końca XIX wieku: http://www.recogito.pologne.net/recogito_12/poczta1.htm

### Alfons Ratyzbone ze słynnej bankierskiej rodziny żydowskiej: http://www.pch24.pl/nawrocenie-alfonsa–ratisbonnea-,19318,i.html

### Eugenio Zolli – Wielki Rabin Rzymu: http://www.tajemnicamilosci.pl/znani-ateisci/wielki-rabin-rzymu-nawrocil-sie-na-katolicyzm.html

Malcolm Muggeridge był jednym z najwybitniejszych angielskich dziennikarzy. Przez długie lata pracował w BBC i największych angielskich i amerykańskich gazetach. W swoich programach miał za swoich rozmówców postacie z pierwszych stron gazet: Gandhiego, de Gaulle’a, Chruszczowa, Nixona, Eisenhovera czy Kennedy’ego. Jego ojciec – socjalista wychowywał go w duchu ateistycznym. Malcolm nawrócił się jednak na chrześcijaństwo, by pod koniec swego życia zostać katolikiem, z wielką odwagą zwalczającym wszelkie przejawy moralnego relatywizmu. Niebagatelną rolę w jego nawróceniu odegrała Matka Teresa z Kalkuty.

malcolm-muggeridge-e1385012069439„Prawda” i prawda

Sowiecka rzeczywistość okazała się zupełnie inna niż to, o czym marzył i to, o czym czytał w peanach zachodnioeuropejskich „intelektualistów”, bolszewickiej „Prawdzie” i kłamliwych artykułach dziennikarzy, dla których „mistrzem” był skorumpowany przez Sowietów Amerykanin Walter Duranty.

Rozczarował się, ale opisał prawdę – stalinowskie okrucieństwa kolektywizacji i „rozkułaczania”, ludobójczy głód w „spichlerzu Europy” jakim była niegdyś Ukraina, dokąd wyruszył łamiąc obowiązujące obcokrajowców przepisy. Pisał o „wieśniakach klęczących w śniegu i proszących o chleb”, o więźniach wtłaczanych do bydlęcych wagonów, o ludziach ginących bezpowrotnie za bramą więzienia na Łubiance. Angielski dziennikarz otrzymał wówczas niezapomnianą lekcję, czym jest w istocie realny socjalizm i komunizm ucieleśniony w „wielkim radzieckim eksperymencie” „robotniczym raju”, jak z sympatią podówczas pisano. Oczywiście w Anglii uznano, że w swoich „histerycznych tyradach” przesadza i przejaskrawia. Wielu uznało, że… kłamie. Wrócił do Anglii. W 1934 na podstawie swoich przeżyć napisał nowelę „Winter in Moscow”. Za rzetelne opisanie Wielkiego Głodu na Ukrainie został pośmiertnie nagrodzony przez prezydenta Ukrainy w 2009.

„Święte krowy” i „ziemskie raje”

Kolejnym etapem kariery Muggeridge’a była praca w „Calcutta Statesman”. W czasie II wojny światowej Muggeridge służył w wywiadzie we Włoszech, Mozambiku i Francji. W 1942 r. dostrzegł bezsens swojego dotychczasowego życia i usiłował popełnić samobójstwo. Po wojnie został waszyngtońskim korespondentem londyńskiego „Daily Telegraph” i zapoczątkował współpracę z radiem i telewizją. W latach 1953-57 został szefem znanego angielskiego czasopisma satyrycznego „Punch”. Dał się wkrótce poznać jako satyryk i prześmiewca – jedna z najbardziej kontrowersyjnych postaci ówczesnego czasu. Nie oszczędzał nikogo – nie wyłączając angielskich „świętych krów” – Winstona Churchila czy rodziny królewskiej. Bezlitośnie obnażał ludzką głupotę i duchową pustkę. Potrafił być również poważny.

Współpracując z BBC i największymi gazetami w Anglii i Ameryce miał za swoich rozmówców postacie z pierwszych stron gazet: Gandhiego, de Gaulle’a, Chruszczowa, Nixona, Eisenhovera czy Kennedy’ego. Znał wszystkich, jeździł po całym świecie. Nie było wydarzeń, o których by nie napisał i których by nie skomentował swoim ciętym językiem. Jednocześnie Muggeridge przyglądał się z uwagą panującym na świecie ideologiom. Uznał wkrótce, że wszystkie wizje utworzenia ziemskiego raju czynią życie „koszmarem”. Prawdziwe, odrażające oblicze socjalizmu, komunizmu, narodowego socjalizmu i imperializmu poznał jeszcze w młodości. Potem przyszła pora na liberalizm (w 1950 pisał o nim jako o „destrukcyjnej sile tego wieku” i systemie opartym na błędnej – zbyt optymistycznej – wizji człowieka) i teorie państwa opiekuńczego („Państwo opiekuńcze – pisał – jest pewnego rodzaju ogrodem zoologicznym, który zapewnia swoim podopiecznym komfort i wygodę, czyniąc ich nieprzystosowanymi do życia w ich naturalnym środowisku”). Za największych niszczycieli chrześcijańskiej cywilizacji zachodniej uznał Marksa i Freuda – „pierwszego z nich za zastąpienie ewangelii miłości ewangelią nienawiści, drugiego – za podważenie podstawowej zasady odpowiedzialności człowieka.” Podążając od jednego rozczarowania do drugiego, krok po kroku odkrywał Inny Świat – królestwo Chrystusa. Duże wrażenie wywierały na nim lektury – Chesterton a zwłaszcza „Mere Christianity” (Chrześcijaństwo po prostu) Clive’a S. Lewisa.

„Duchowy syn” Matki Teresy

Przełomowy okazał się dla niego koniec lat 60. Jako dziennikarz zainteresował się wówczas fenomenem Misjonarek Miłosierdzia. Zastanawiał się co przyciąga młode kobiety do tego zgromadzenia, co powoduje, że potrafią poświęcić wszystko i służyć najbiedniejszym, z troską opatrywać śmierdzące rany, pochylać się nad ludźmi pogardzanymi i wyrzuconymi przez ten świat na „śmietnik”. W ich motywacji dostrzegł coś więcej niż tylko współczucie. W 1969 r. zrealizował program dokumentalny „Coś pięknego dla Boga” („Something Beautiful for God”), w którym objawił całemu światu współczesną świętą – Matkę Teresę z Kalkuty. Zaprzyjaźnił się z nią. Poprzez swoje listy, modlitwę i przykład ofiarnego życia skromna, zupełnie „niemedialna” misjonarka zmieniła dumnego ateistycznego prześmiewcę w apologetę chrześcijaństwa. Stopniowo jego wiara stawała się coraz mocniejsza. Z „religijnego maniaka bez religii”, „zauroczonego religią, w którą nie może uwierzyć” stał się wierzącym chrześcijaninem. Przez długi czas miał jednak mieszane uczucia w stosunku do katolicyzmu. Odstręczała go instytucjonalna, powierzchowna, ludzka strona Kościoła. Nie podobały mu się sekularyzacyjne trendy drążące Kościół po Soborze Watykańskim II.

Matka Teresa przekonywała go w swoich listach, że „to, co dzieje się dziś na powierzchni Kościoła przeminie”. Przez długie lata Muggeridge zastanawiał nad jej słowami: „Jesteś dla mnie niczym Nikodem… dopóki nie staniesz się dzieckiem… Jestem pewna, że wszystko świetnie zrozumiesz, gdybyś tylko stał się dzieckiem w rękach Boga… Ta drobna trudność, która masz wobec Kościoła, ma skończony wymiar. Pokonaj to co skończone nieskończonym.

Niezwykle ważna dla jego duchowego rozwoju była również służbowa podróż do Ziemi Świętej w 1967 r.. „To wtedy, gdy przebywałem w Ziemi Świętej dla nakręcenia trzech programów TV dla BBC, owładnęła mnie niezwykła, niemalże magiczna pewność dotycząca narodzenia Jezusa, Jego nauczania i Ukrzyżowania… Uświadomiłem sobie, że naprawdę był człowiek, Jezus, który także był Bogiem – czułem Jego obecność. On naprawdę wyrzekł te wzniosłe słowa – ja je słyszałem. On naprawdę umarł na krzyżu i powstał z martwych. W przeciwnym razie jakże mogło by być możliwe, aby Go spotkać – tak jak ja Go spotkałem?… Słowa, które wyrzekł Jezus, to słowa żywe, tak odpowiednie dzisiaj, jak i wtedy, kiedy zostały wypowiedziane po raz pierwszy; światło, które rozsiewa, dalej lśni jasnym blaskiem, jak zawsze – pisał w „Jesus Rediscovered”.

Wypływanie na głębię

Za którą wizją się opowiadamy? Z jednej strony – jako wzór naszej wspólnej egzystencji – mamy hodowlę brojlerów lub przemysłową farmę, gdzie chodzi wyłącznie o dobrą fizyczną kondycję bydła oraz finansowy zysk przedsięwzięcia; z drugiej – ludzkość jako rodzinę, której wszyscy członkowie, bez względu na swoje fizyczne czy duchowe walory lub ułomności jednakowo zasługują na uwagę w oczach swojego Stwórcy, i których istnienie ma wartość, nie samo w sobie ani wyłącznie w relacji do historii, ale w odniesieniu do przeznaczenia sięgającego poza czas do wieczności. Albo mówiąc prościej – z jednej strony jakość życia, z drugiej – jego świętość.

„Powrót do domu”

„To właśnie niewzruszona postawa Kościoła Katolickiego przeciwna antykoncepcji i aborcji ostatecznie zadecydowała o moim przyjęciu katolicyzmu… Postawa Kościoła jest całkowicie słuszna. Wieczna mu chwała za przeciwstawianie się antykoncepcji, nawet jeśli to nie przynosi sukcesu. Sądzę, że z perspektywy historii ludzie uznają, że były to szlachetne wysiłki dla zapobieżenia moralnej katastrofie” – pisał. Wstąpienie do Kościoła katolickiego było jednym z najważniejszych etapów jego chrześcijańskiej drogi. Nastąpiło ono 27 listopada 1982 r. w kaplicy Matki Bożej Wspomożycielki Wiernych w niewielkiej wiosce Hurst Green, niedaleko ich domu. Wraz z nim na ścieżkę prawdziwej wiary wkroczyła jego żona. „Nasze przystąpienie do Kościoła jest postanowione, przez co odczuwam nie tyle radosne podniecenie, co głęboki pokój duszy, aby zacytować moje własne słowa: poczucie powrotu do domu, podjęcia nici zagubionego życia, odpowiedzenia na głos od dawna dźwięczącego dzwonu, zajęcia miejsca przy stole, które od dawna stoi puste” – napisał w ostatniej swej książce – „Confessions of 20th-Century Pilgrim”. Pod koniec życia Malcolm Muggeridge został publicystą katolickiego czasopisma „New Oxford Review”. W lipcu 1990 r. w ciężkim stanie trafił do szpitala. „Ojcze, przebacz mi!” – wołał w nocy leżąc na szpitalnej sali. Opatrzony sakramentami angielski dziennikarz zmarł nad ranem 14 listopada 1990 r.

Henryk Bejda, (tłum. cytatów z książek Muggeridge’a – ZRK)

http://www.cudaboze.pl/2004/rozdzial.php?numer=9&rozdzial=2

Louis Pauwels – francuski dziennikarz i pisarz, piszący dla takich dzienników jak Esprit czy Variété. Założyciel magazynu Planete. Dyrektor „Le Figaro Magazine” z którego zrobił najbardziej poczytny tygodnik we Francji. Nawrócony w Acapulco w Meksyku.

louis-pauwelsFragment z książki „Pytania o chrześcijaństwo” Vittorio Messoriego.

Od konwertyty z lewicy, z marksizmu, z ateizmu, jakim jest André Frossard, do innego konwertyty — także z zaskoczenia, nieoczekiwanie — ale z radykalnej prawicy, z religijności pogańskiej. Spotkanie miało miejsce także w Paryżu.

Wypadało mi przejść przez liczne sita — woźnych, sekretarki — aby dotrzeć do biura innego z pisarzy najbardziej znanych, dziennikarzy najpotężniejszych, ludzi najbardziej niepokojących we Francji: Louisa Pauwelsa, charyzmatycznego dyrektora „Le Figaro Magazine”. Z tego, co było tylko starym dodatkiem do dziennika paryskiego mieszczaństwa, Pauwels zrobił tygodnik najbogatszy, najbardziej poczytny, najbardziej wpływowy w kraju. Tygodnik popularny, zarazem kulturalny i polityczny, z dokładnie określonym kierunkiem rozwijanym w każdym numerze: zwalczanie lewicy, socjalistycznej i komunistycznej, oraz spór o zasady nowoczesnego liberalizmu. Wiedząc, że jestem w Paryżu i pragnąc zadać mi kilka pytań na temat mojej książki dopiero co przetłumaczonej na francuski, Pauwels przekazał mojemu wydawcy chęć spotkania się ze mną.

Poszedłem; nieco uprzedzony, z różnymi wątpliwościami. Jego książki są znane w całym świecie, ale towarzyszy im — jak to powiedzieć? — pewien zapach siarki, atmosfera tajemnicy, silna woń pogaństwa. Z okultystą i ezoterystą Jacques Bergierem (również z zespołu międzynarodowego pisma „Planète”) Pauwels firmował bestsellery fascynujące a zarazem gwałtownie dyskutowane, jak Poranek magów lub Człowiek wieczny. Dzieła, które stanowią część ekwipunku owej Nowej Prawicy, która chciałaby skończyć z chrześcijaństwem i powrócić do indoeuropejskich bogów i herosów, w klimacie naznaczonym okultyzmem, jaki Pauwels uprawiał. Stąd moja sceptyczna ostrożność, której jednak towarzyszyła ciekawość: od jakiegoś czasu mówiło się o niespodziewanym nawróceniu pisarza na katolicyzm. Czy to możliwe? Sprawa, którą sami księża francuscy uważają za „niemodną” — i rzeczywiście niekiedy, to zadziwiające, do niej zniechęcają — jak nawrócenie? A poza tym, na katolicyzm? I to tego najbardziej zażartego międzynarodowego obrońcę pogaństwa? Podczas rozmowy poprosiłem więc samego Pauwelsa o potwierdzenie tych pogłosek. I zaskoczony, usłyszałem go mówiącego z prostotą: „Oui, je suis un converti. Tak, jestem nawróconym”. A więc także on, jak Frossard, ale przychodząc z „prawicy”, odkrył nagle chrześcijaństwo w jego pełni. A nawet najbardziej ortodoksyjny katolicyzm.

Po tym nieoczekiwanym wyznaniu, spontanicznie, bez nalegania z mojej strony (był jeszcze w tej fazie żarliwości, w której jest pragnienie podzielenia się z tak wielu, jak tylko możliwe, wiadomością, iż odkryło się radość) Pauwels dodał:

— Ten, kto mnie podejrzewał, iż jestem poganinem, miał rację. W tradycji judeochrześcijańskiej, ja, Europejczyk pochodzenia celtyckiego, instynktownie wyczuwałem coś radykalnie obcego. Jako bliskich odczuwałem filozofów epikurejskich, stoików grecko-rzymskich, byłem zafascynowany hinduizmem (najbardziej zhierarchizowaną i „rasistowską” spośród religii, z systemem kastowym), ale byłem alergicznie uczulony na profetyzm semicki. Proszę pomyśleć, kiedy stała się ta „Sprawa”, pisałem powieść pod tytułem Le malheur de famille: tym „nieszczęściem rodziny” był później syn patrycjusza rzymskiego z II wieku, który miał nieszczęsny pomysł nawrócenia się na chrześcijaństwo. Nie trzeba mówić, że stałem po stronie rodziców, którzy starali się wszelkimi sposobami zniechęcić młodzieńca do tego…

„Sprawa” wydarzyła się w Południowej Ameryce, na kongresie: upadek na cementowe obrzeże basenu, złamanie, bardzo długie oczekiwanie na pomoc.

— Byłem sam, wszyscy powrócili do hotelu na obiad. Gdy waliłem się na ziemię, czułem, że nie upadam przypadkowo: poczułem wyraźnie, że „Ktoś” mnie popchnął. I zrobił to, aby mi „coś” powiedzieć. Leżałem opuszczony na cemencie, połamany, ból był rozdzierający: a jednak byłem owładnięty ogromną, niewytłumaczalną radością. Kiedy wreszcie ktoś przybiegł i wyniesiono mnie na noszach, ciało było zranione, ale dusza nie posiadała się z radości. Było tak, jak gdyby narodzenie Chrystusa wydarzyło się dla mnie, w tym samym momencie: było to moje Boże Narodzenie, Boże Narodzenie we wrześniu. Po raz pierwszy w moim życiu doznawałem radości.

Tylko jego twarz wyrafinowanego i sławnego intelektualisty była oświetlona abażurem na stylowym stoliku. Za drzwiami słychać było zamieszanie sekretarek, redaktorów, gońców, których posyłano po korekty i depesze z agencji. Nacisnął guzik, powiedział, że nie chce, aby mu przeszkadzano.

— Poszedłem odwiedzić arcybiskupa Paryża, Lustigera. On także jest konwertytą: on z judaizmu, ja z pogaństwa. Zrozumiał mnie, podczas gdy wielu tak zwanych chrześcijan drwiło sobie ze mnie. Na koniec rozmowy, kardynał Lustiger powiedział, że chce mi podarować książkę, która jest mu bardzo droga. Myślałem, że chodzi o jeden z wielu jego esejów. Tymczasem był to egzemplarz katechizmu Soboru Trydenckiego. Wybór, który mi się bardzo spodobał: przez całe życie przeciwstawiałem się ideom konformistów; a na pewno nie jest konformistą kardynał dający ci w prezencie katechizm trydencki, który kształtował katolików przez ponad cztery wieki, teraz zaś jest wyrzucany na śmieci przez wielu wierzących posoborowych.

Jeżeli przedtem zaskakiwał, teraz stawał się niepokojący:

— Istnieje światowy spisek sił antychrześcijańskich, które dążą do osłabienia (a jeżeli to możliwe, do rozpuszczenia w humanizmie pięknych, ale bezsilnych słów), wiary katolików, do podzielenia Kościoła, do doprowadzenia do schizmy.

Nie mogłem przynajmniej nie wyrazić mojego zakłopotania tego rodzaju „zakulisologią”.

— Écoutez — odpowiedział prędko. — Proszę posłuchać: ja także byłem, i to przez całe życie, wrogiem chrześcijaństwa, Kościoła. Może mi pan wierzyć, gdy mówię o sprzysiężeniu potężnych sił, które knują w cieniu. Mówię to ze znajomością rzeczy. Nie dodaję niczego. Pan, który coś wie o mojej przeszłości, potrafi zrozumieć. Teraz, gdy prawda została mi dana, chcę poświęcić cały czas, jaki mi pozostaje, na bronienie przed wrogami zewnętrznymi i wewnętrznymi starego, cudownego Kościoła katolickiego. Dla tego, kto jest na zewnątrz, wydaje się on największą przeszkodą do przyjęcia Ewangelii. Przez długi czas tak było także dla mnie. Ale w chwili, w której „popchnięto mnie” abym upadł, zrozumiałem, jak w przebłysku, że tam teraz jest mój nowy, prawdziwy dom. Tak, właśnie Kościół jest trwałym cudem, który mnie teraz przyciąga. Pod warunkiem, że się uwolni od złudzenia, za którym gonili w tych latach niektórzy jego ludzie, iż zdobędą na nowo masy, wybierając łatwość, powierzchowność. W życiu duchowym nigdy nie zdobywa się w szerokości tego, co się traci w głębokości i w wysokości.

Staliśmy już, zielone światło wreszcie zwalniało tłumek za drzwiami. Ale coś jeszcze leżało mu bardzo na sercu, chciał mi to powiedzieć:

— Kiedy byłem młody, słyszałem jak mówiono, że chrześcijaństwo powinno być także społeczne. Później mówili mi, że powinno być przede wszystkim społeczne. Teraz, ktoś mówi, że powinno być wyłącznie społeczne. Co do mnie, nie zgadzam się z tym. Nie wybrałem, że zostanę chrześcijaninem, zostałem popchnięty (dosłownie) przez Kogoś, abym odkrył Ewangelię, której tak bardzo nie ufałem, abym wszedł do Kościoła. I abym w ten sposób zbawił się na wieczność, a nie bym zaczął być syndykalistą lub partyzantem. Dla historii wystarcza polityka: istotnie, po nawróceniu niczego nie zmieniłem w swoich dziennikarskich artykułach wstępnych. Dla życia pozagrobowego potrzebna i niezbędna jest religia.

Milczałem, zakłopotany. Powiedział jeszcze, otwierając drzwi:

— W wierze to, co jest proste, jest słuszne; to co jest skomplikowane, jest fałszywe. Zrozumienie tego otrzymałem w jednej chwili, na obrzeżu owego południowoamerykańskiego basenu.

http://mateusz.pl/ksiazki/vm-poch/poch_07.htm

Roman Jacek Kosecki  – polski piłkarz, występujący na pozycji napastnika oraz ofensywnego pomocnika, kapitan reprezentacji narodowej, założyciel klubu sportowego Kosa Konstancin, od 2012 wiceprezes zarządu ds. szkolenia PZPN.

kosaa„Od najmłodszych lat byłem blisko Boga i Kościoła. Tak było w czasie mojej kariery piłkarskiej, tak też jest i teraz. Wraz z ks. Mariuszem Zapolskim zakładaliśmy duszpasterstwo sportowców. W czasach, kiedy grałem w <<Legii>>, ks. Zapolski był naszym kapelanem. Trenowałem reprezentację polskich księży. Byliśmy w Rzymie, gdzie polscy księża grali z Gwardią Szwajcarską i reprezentacją Watykanu.”

„Piłkarz ma dużo stresów, potrzebuje pewnego wyciszenia. Konieczny jest moment uspokojenia, stanięcia przed Bogiem. Kiedy jest ważny mecz, szanujemy przeciwnika, ale potrzebujemy koncentracji i zwrócenia się do Boga. Często piłkarze, czy inni sportowcy, uciekają się do modlitwy. To ich motywuje, pozwala rozładować stres i osiągnąć maksymalną koncentrację. W czasie mojej kariery często się modliłem. Przed meczami, które rozgrywane były w niedzielę, z kolegami z drużyny chodziliśmy do kościoła, by uczestniczyć we Mszy Św. Życie wiarą i z Bogiem jest bardzo ważne dla wielu sportowców. Często na ekranach telewizorów widzimy piłkarzy, którzy czynią znak krzyża po zdobytym golu lub po udanym zagraniu. Wielu sportowców przed meczem też czyni znak krzyża. To krótkie zwrócenie się do Boga – oddanie Mu swego wysiłku podczas rywalizacji – jest bardzo potrzebne sportowcom.”

„Czasem modliłem się na Różańcu, choć przyznam szczerze, że nie za często. Na początku kariery miałem poważną kontuzję. Nie grałem w piłkę przez pół roku. Był to dla mnie czas intensywnej modlitwy, która podtrzymywała mnie na duchu. Po pół roku wróciłem do gry. Dzięki modlitwie nie załamywałem się.”

http://www.tajemnicamilosci.pl/paradoksy-wiary/rozaniec-na-szyi-a-pustka-w-sercu-wiara-w-boga-w-zyciu-gwiazd-sportu.html

Seria “ARGUMENTY ZA WIARĄ” ma na celu pokazanie, że chrześcijaństwo i ogólnie wiara w Boga nie jest czymś co wymaga całkowitego wyłączenia myślenia. Cykl ten może nie da niezbitego 100% dowodu na istnienie Boga (nie taki jest jego cel), lecz powinien sprawić, aby przynajmniej niektóre osoby niewierzące zmieniły swoją postawę z bezmyślnego wyśmiewania chrześcijaństwa w założenie, że “być może coś w tym jest”. Z kolei osoby już wierzące być może wzmocnią swoją wiarę po kolejnych wpisach z tej serii.

newtonPrzyrodę i jej prawa skrywał nocy cień.
Bóg rzekł: Newtonie, bądź. I nastał dzień.
Aleksander Pope

Sir Isaac Newton  – angielski fizyk, matematyk, astronom, filozof, historyk, badacz Biblii i alchemik.

W swoim słynnym dziele Philosophiae naturalis principia mathematica (1687 r.) przedstawił prawo powszechnego ciążenia, a także prawa ruchu leżące u podstaw mechaniki klasycznej. Niezależnie od Gottfrieda Leibniza przyczynił się do rozwoju rachunku różniczkowego i całkowego.

Jako pierwszy wykazał, że te same prawa rządzą ruchem ciał na Ziemi, jak i ruchem ciał niebieskich. Jego dociekania doprowadziły do rewolucji naukowej i powszechnego przyjęcia teorii heliocentryzmu. Podał matematyczne uzasadnienie dla praw Keplera i rozszerzył je udowadniając, że orbity (w większości – komet) są nie tylko eliptyczne, ale mogą być też hiperboliczne i paraboliczne. Głosił, że światło ma naturę korpuskularną, czyli że składa się z cząstek, którym towarzyszą fale decydujące o ruchu rozchodzenia się światła. Był pierwszym, który zdał sobie sprawę, że widmo barw obserwowane podczas padania białego światła na pryzmat jest cechą padającego światła, a nie pryzmatu, jak głosił 400 lat wcześniej Roger Bacon.

Rozwinął prawo stygnięcia. Sformułował twierdzenie o dwumianie i zasady zachowania pędu oraz momentu pędu. Zajmował się też pomiarami prędkości dźwięku w powietrzu i ogłosił teorię pochodzenia gwiazd. Jako pierwszy opisał matematycznie zjawisko pływów morskich (1687).

Prawo powszechnego ciążenia stało się najbardziej znanym odkryciem Newtona. Przestrzegał on jednak przed używaniem go w celu patrzenia na Wszechświat jak na pewien rodzaj maszyny np. wielkiego zegara. Pisał on: „Grawitacja wyjaśnia ruch planet, ale nie jest w stanie wyjaśnić, kto umieścił planety w ruchu. Bóg rządzi wszystkimi rzeczami i wie wszystko o tym, co może być zrobione”.

Biblia, a nie nauka, była największą pasją Newtona. Poświęcał więcej czasu Pismu Świętemu niż nauce. Napisał: „Jestem przekonany, że Biblia jest Słowem Bożym, napisanym przez tych, których On inspirował. Studiuję ją codziennie” oraz: „Żadna inna nauka nie jest tak potwierdzona, jak nauka Biblii”.

 Fragment z Jezus Chrystus (rękopis):

„Bóg uczynił świat i rządzi nim w niewidzialny sposób, a nam nakazał kochać i wielbić Jego, a nie żadnego innego boga;
(…) Tą samą mocą, jaką dał życie najpierw każdemu gatunkowi zwierząt, jest On w stanie wzbudzić zmarłego do życia i tą samą mocą wzbudził do życia Jezusa Chrystusa, naszego Zbawcę, który wstąpił do nieba,”

Fragment z Krótki zarys prawdziwej religii(rękopis):

„Przeciwieństwem pobożności jest ateizm w wyznaniu i bałwochwalstwo w praktyce. Ateizm jest tak bezsensowny i odpychający dla ludzkości, że nigdy nie miał wielu wyznawców. Czyż może być przypadkiem, że wszystkie ptaki, zwierzęta i ludzie mają prawą i lewą stronę podobnie ukształtowaną (prócz jelit); tylko dwoje oczu, nie więcej, po obu stronach twarzy; i nos z dwiema dziurkami; (…) Czy przypadkowe siły wiedzą, że było światło i jaka była jego refrakcja i dostosowały oczy wszystkich stworzeń w najbardziej osobliwy sposób by uczynić z tego użytek? Te i temu podobne rozważania zawsze decydowały i będą decydować, że ludzkość wierzy, że istnieje Istota, która wszystko stworzyła i wszystko ma pod swoją kontrolą, dlatego należy mieć dla niej respekt. (…)

Powinniśmy więc uznać jednego Boga, nieskończonego, wiecznego, wszechobecnego, wszechwiedzącego, Stwórcę wszystkich rzeczy, najmędrszego, najsprawiedliwszego, najświętszego.”

Źródło: D. Brewster, Memoris of the life, writings, and discoveries of Sir Isaac Newton, Edinburgh 1850, 347-8, 354.

http://biblest.com.pl/instytut/NAUKA/nauka_2.html