Krzysztof Kolberger: Mogę Bogu dziękować.

Posted: 6 czerwca 2014 in Aktorzy

Krzysztof Marek Kolberger  – polski aktor i reżyser teatralny. Znany min. z serialu „Sfora”. Zmarł w 2011 roku. Kolberger był znanym interpretatorem poezji – m.in. Czesława Miłosza, Cypriana Kamila Norwida, Juliusza Słowackiego, Adama Mickiewicza i Karola Wojtyły. „Poezja bez przerwy mi towarzyszy” – podkreślał artysta. Pomimo wielu ról teatralnych i filmowych, za jedno ze swoich najważniejszych zadań aktorskich uważał odczytanie testamentu Jana Pawła II w czasie żałoby po śmierci papieża. Czytał też wielokrotnie „Tryptyk Rzymski” Karola Wojtyły oraz użyczył głosu ojcu świętemu w filmie „Jan Paweł II z Jonem Voightem.’

Krzysztof Kolberger

Krzysztof Kolberger

Świadectwo

Dzisiaj1 mówię o mojej chorobie świadomie. Po doświadczeniach wielu – i to jest ważne – osób publicznych. Ich świadectwo, dzielenie się swoimi przeżyciami powoduje, że ludzie inaczej zaczynają traktować chore osoby w swoim kręgu.

Chorzy zaczynają inaczej traktować siebie. Przykłady Kamila Durczoka, Krystyny Kofty czy tych, którzy przegrali walkę z chorobą – Marcina Pawłowskiego, ks. Józefa Tischnera. Warto te osoby wspomnieć. Czy jeszcze niezwykły wywiad, udzielony przez Andrzeja Grubbę, który oglądałem, w ogóle nie poznawszy go. Jak wspaniale z uśmiechem i ze spokojem mówił o swojej chorobie. Że już nie wspomnę o nie-zwykłym przykładzie chorowania, odchodzenia, cierpienia i traktowania choroby przez Ojca Świętego, jakże niezwykłą pracę wykonał Jan Paweł II, ucząc nas – właściwie – umierania. […]

Temat śmierci, oczywiście, jest dla mnie tematem w tej chwili… hm, ładnie to zabrzmi – z uśmiechem to mówię – bliski. […] Jest to temat rzeka, w tej chwili, oczywiście. Ciągle wierzę, że wszystko będzie dobrze, jestem aktorem, który chce uprawiać swój zawód i grać różne role. Mój zawód jest zawodem nieistniejącym bez odbiorcy, publiczności, słuchacza, widza. Mam świadomość, że nie wszyscy tematem wiary, śmierci, choroby są zafascynowani, co więcej… […] Boją się tego tematu. Mam też świadomość, że uciekają od tego tematu. To jest też taka nasza, chyba niesłuszna, „obrona”. Bardzo ładnie ksiądz Jan [Twardowski] w którymś momencie o tym wspomniał: […] „W XIX wieku modne były książeczki o przygotowaniu się na dobrą śmierć. Dzisiaj już się takich nie drukuje. Choć dawne książeczki wydają się staroświeckie, na chwilę śmierci i tak powinniśmy się przygotować”2.

Myślę, że kiedyś żyliśmy bardziej w zgodzie z pewnym rytmem biologicznym, z naturą, już choćby to, że istniały wielodzietne, wielopokoleniowe rodziny: była babcia, czasem prababcia. W naturalny sposób obcowano w związku z tym i z chorobą, i ze śmiercią. Dzieci rodziły się, a jednocześnie już w młodym wieku towarzyszyły momentom odchodzenia. Lekcja odbywała się jakby w naturalny sposób. Dzisiaj uciekamy od tego, nawet często oddając rodziców do domów starców, szpitali. Większość ludzi umiera dzisiaj w szpitalu, bez obecności bliskich. Takie nowe bóstwo się narodziło: młodość, siła, zdrowie.

Gabinety kosmetyczne, udawanie, że się nie starzejemy. I dobrze. Rozumiem to. Każdy chce być młody, zdrowy, szczęśliwy, bogaty i piękny. Jest to naturalne i mądre. Mieć szczęście, fantastyczną żonę albo męża, dużo pieniędzy… Może to jest naturalne i może tak trzeba. Łatwiej żyć, jeżeli wszystko to, o czym mówiłem, jest. Tylko jeżeli staje się jedyną ważną rzeczą… […]

Nie chcę tutaj, broń Boże, żeby ktokolwiek, czytając te słowa, miał wrażenie, że oto siada jakiś mędrzec, bo mędrcem nie jestem, filozofem nie jestem, intelektualistą nie jestem. Mam swoje przeżycia, którymi chcę się w konkretnym celu podzielić, żeby komuś może coś ułatwić? Może przestrzec? Nawet nie przestrzec. Wiem z własnego doświadczenia i nie tylko, także swojego dziecka, bliskich osób, że pewnych rzeczy trzeba samemu doświadczyć, przefiltrować, przeżyć. Trzeba zostać czymś dotkniętym, żeby pewne rzeczy zrozumieć i przyjąć. Bo my wiele rzeczy rozumiemy, zakładamy teoretycznie, że istnieją, wiemy, że są, natomiast tak naprawdę dopiero w zetknięciu osobistym czy poprzez zetknięcie się w naszym kręgu, jeżeli coś się dzieje niedobrego, pewne rzeczy zaczynamy… nie chcę powiedzieć – rozumieć…

Nawet dzisiaj coś takiego pomyślałem sobie w pewnym momencie. Jak wspaniale Trójca – tutaj pozwolę sobie Trójcę, ale innego rodzaju, określić: Bóg – Los – Natura – nas stworzyła. Kiedy jest wszystko w porządku, kiedy jeszcze sami sobie nie zepsuliśmy tego naszego cudownego… [.] organizmu. Sami sobie go psujemy. Nasz organizm, kiedy funkcjonuje, kiedy wszystko jest dobrze, jest cudownym tworem. Ale to też człowiek stwierdza dopiero po czasie. Na co dzień nie docenia tego. Nie docenia, jakim bogactwem, jaką nieprawdopodobną wręcz instytucją jest człowiek stworzony na obraz i podobieństwo Boga, jak mówi Księga. […]

Skażeni cywilizacją zatracamy naturalną umiejętność słuchania organizmu i słuchania tego, co dla nas jest dobre i co złe.

Wydaje nam się, że nas to nie dotknie, a ja wręcz nawołuję! Nie czekajmy na to, aż choroba nas zaatakuje. Nawet nie mówię w tej chwili o ostateczności. Wszyscy wiemy, jak jest. Już nie mówię o tym, że gdy chorujemy, to często nie chcemy o tym wiedzieć. W najbliższym kręgu miałem podobny przypadek. Moja siostra wiedziała o chorobie. Nie chciała się leczyć. Z takimi wypadkami spotkałem się wielokrotnie: „Nie chcę wiedzieć, że jestem chora”. To jest zresztą syndrom nawet nazwany przez lekarzy. Unikamy wiedzy o tym, że jesteśmy chorzy, bo nam się wydaje, że wtedy będziemy zdrowi. [.]

Akurat ja jestem człowiekiem, który chce wiedzieć. Kiedy szesnaście lat temu miałem po raz pierwszy robione USG, od razu wiedziałem, że coś jest nie tak. Oczywiście nie wiedziałem co, gdzie, dlaczego, w jakim zasięgu. Pierwszy się odezwałem, bo wydawało mi się, że lekarz milczy o sekundę za długo: „Panie doktorze! Ja muszę wiedzieć, bo mam taką sytuację. Ja chcę wiedzieć”. Wtedy umierała już na raka moja siostra. Pod moją opieką miała zostać jej córka, samotnie przez nią wychowywana, że nie wspomnę o rodzicach, już wiekowych. I on mi wtedy powiedział. Od razu. Bez ukrywania. Jest zresztą takie bardzo piękne zdanie, też już gdzieś cytowałem, ale warto je powtarzać: „Świadomość i wola to klucze do uzdrowienia duszy i ciała”.

Nie zawsze tak jest. Byłoby to zbyt proste. Jeżeli jednak będziemy uciekać od tej świadomości, że może nas to dotknąć… Co gorsze, właśnie już wiedząc, że jesteśmy chorzy, czy podejrzewając, zrezygnujemy z walki, to wtedy na pewno nie wygramy.

Nawet jeżeli to ma dotyczyć roku, dwóch lat, warto walczyć. Mówimy tu o rzeczach bardzo ludzkich. […]

Wiem już, że czas jest dany i z jakiegoś powodu jest dany. Przynajmniej chcę i wierzę w to, a przede wszystkim chcę bardzo w to wierzyć. Inaczej musiałbym sobie zadać pytanie, które zadaje sobie wielu i filozofów, ale i przeciętnych ludzi: „Jaki to ma sens?”. Jeżeli moja mama od dobrych już kilku lat, mając w tej chwili osiemdziesiąt osiem, pyta: „Po co ja żyję? Tylko wam przynoszę kłopoty. Jestem ciężarem dla was” – gdyby to przyjąć, wtedy rzeczywiście nic nie miałoby sensu. Bo po co? Po co jesteśmy ciężarem dla innych ludzi? Po co tu jesteśmy, jeżeli wiemy, że za chwilę musimy umrzeć? […]

Skoro wiemy od urodzenia niemalże, nie dosłownie, ale powiedzmy tak w przenośni, że umrzemy – to właściwie… Po co żyć? Pracuję nie mniej, niż pracowałem przed zeszłoroczną operacją, a może nawet więcej… Co więcej! Pracuję ze świadomością, że nie należy robić rzeczy byle jakich, że nie wolno marnować czasu i że to jest niezwykłe doświadczenie. […] Nagle czas nabiera… Staje się niezwykle cennym kruszcem, ponieważ nie wiemy, ile go jeszcze mamy.

Jeżeli chcemy nadać temu wszystkiemu, co tu robimy, naszemu krótkiemu w historii dziejów wszechświata, ziemi nawet, czy roślin, czy drzew, życiu… Inaczej. Jeżeli nie nadamy tym chwilom, temu czasowi SENSU – to tylko się zabić! […] Jeżeli się znajdzie Sens, wtedy nie będziemy się zabijali, bo zrozumiemy, że to nie my decydujemy. Uwierzymy, że „gdy sensu już nie ma to sens się zaczyna”3. […] Zresztą i tak życie zostało nam dane przez Kogoś i ten Ktoś ma prawo je odebrać… […] Nie my decydujemy.

W momencie, kiedy przychodzą takie myśli: „Ile czasu jeszcze mam?”, a właściwie wiedząc, że mam go coraz mniej, przecież i tak wszyscy musimy odejść, zyskuję niezwykłą radość i chęć życia, paradoksalnie – a może nie paradoksalnie? – niezwykłą aktywność. Przynajmniej w moim wypadku są to momenty niezwykle mobilizujące. Przynajmniej mnie. To jest jeden z powodów, dla których o tym wszystkim pozwalam sobie w ogóle mówić publicznie. Mając świadomość, że jest to inaczej odbierane, kiedy mówi to osoba znana.

Sam zresztą pamiętam, jak po raz pierwszy powiedziałem w wywiadzie telewizyjnym o moim zetknięciu z chorobą. Przywołałem sobie na myśl Singera. Akurat czytałem jego, nie pamiętam już którą, autobiograficzną książkę. W każdym razie człowiek utożsamiany przeze mnie ze szczęściem, sławą, Nagrodą Nobla, na pewno z dużymi pieniędzmi, szczęśliwym życiem (bo tak oceniamy przecież tych wielkich), nagle w tej książce opo-wiada o sobie, swoich kompleksach, zahamowaniach, trudnościach, niewiarach, słabościach. I pomyślałem: „Może, jak to mówi się uczenie: to-utesproportions gardees, pomogę komuś, komu moja pozycja wydaje się lepsza, że jestem właśnie na świeczniku, popularny, właściwie samo szczęście…”. I tak zresztą ludzie potem mówili: „Wie pan? Pan nam się kojarzy z tym, że panu się wszystko tak fantastycznie układa. Teraz, jak już wiemy, że nie, to jest pan nam bliższy”.

To raz. A dwa: „Bardzo nam pan pomaga, bo przez to porównanie czujemy, że nie jest z nami tak źle, że to jest normalne dla wszystkich i dotyczy wszystkich”. I to jest kolejny powód – powód nie-powód? – dla którego w ogóle ośmieliłem się zajmować swoją osobą, przeżyciami, chorobami uwagę innych. Broń Boże, nie dla… epatowania chorobą. Z kolei mam też na to już konkretne dowody, jak wielu osobom pomógł mój sposób traktowania choroby, siebie w niej.

Niedawno znajoma przyprowadziła swoją koleżankę chorą na nowotwór na przedstawienie wyreżyserowane przeze mnie zaraz po zeszłorocznej chorobie… Sztuka Kocham O’Keeffe. O amerykańskiej malarce i jej mężu. […] Ta koleżanka nie chciała się leczyć. Kiedy zobaczyła mnie na scenie, powiedziała: „Jeżeli pan Krzysztof parę miesięcy po operacji może tak «szaleć» na scenie, to ja też chcę walczyć”. Praca nad tą rolą, a przy-padkowo również nad – przypadkowo-nieprzypadkowo – zbudowaniem całego przedstawienia od strony reżyserskiej, dodała mi niewiarygodnej siły w walce o szybszy powrót do zdrowia. Niezwykłe zadanie, którego bym się może w normalnych warunkach nie podjął.

I znowu wtym czasie po operacji pomyślałem: „A, zaryzykuję. Nie wiadomo, jak to będzie. Może już nie będzie na to czasu?”. […] Otrzymana propozycja spotkała się z moją determinacją, aby to zrobić. Wtedy nawet nie była to już odwaga. Strasznie się bałem tego momentu. Moment ten jednak dał nagle inną siłę, inną odwagę, inną chęć, inną radość, już nie tylko pracy. Nagle człowiek w tym zapędzeniu zaczyna zauważać, że jest jeszcze tyle wspaniałych rzeczy na świecie. […]

Też i inny jeszcze, już nie powód, ale dobrodziejstwo, płynie z tego mówienia. Z takiej właściwie publicznej spowiedzi trochę. Paradoksalnie, daje mi to siłę! Może to trochę takie zawodowe, w bardzo dużym cudzysłowie, a nawet w dwóch… Nie wiem, czy jest taka figura drukowana? -chorowanie „na pokaz”.

Pan profesor, który mnie operował, kiedy go kiedyś przywitałem: „Witam mistrza!”, powiedział: „Mistrzem to pan jest. W chorowaniu”. To był dla mnie wielki komplement i wielkie zobowiązanie. Wielka motywacja do właśnie takiego, anie innego zachowywania i innego traktowania siebie, a może bardziej wszystkich wokół mnie. Na tym polega czasem trudność z chorowaniem, że człowiek, kiedy choruje, cierpi – staje się dużym egoistą. Zaczyna wymagać. Zaczyna domagać się tego, czego może nie dostał w życiu wcześniej: opieki, troski, miłości, koncentracji na swojej osobie.

Albo mam to w naturze, albo się tego nauczyłem, albo to sobie wymyśliłem. Nie ma znaczenia. Efekt jest taki, jaki jest. To, że się mną ludzie opiekują, pomagają mi, odwiedzali mnie, kiedy byłem w szpitalu, „tracili” czas, myślę… tracili, bo musieli go urywać innym osobom, innym swoim zajęciom, sobie, to oczywiste.

Nie wiem, jak będzie dalej. Nie wiem, jak się potoczą dalsze losy. Na ile będę w stanie dalej, kolejny duży cudzysłów, „udawać dzielnego”, dziarskiego, pracować często ponad siły – co dotąd dawało mi – też paradoksalnie, o czym już mówiliśmy – energię. Bo mój zawód wyzwala energię, której człowiek normalnie nie uruchamia na co dzień. Myślę, że my jesteśmy naprawdę bardzo silnym zwierzęciem. W naszej psychice istnieje niezwykła moc.

Właściwie na przestrzeni wieków świadczą o tym wszystkie dzieje ludzi, których dzisiaj nazywamy świętymi, bohaterami. W każdym razie osobami jakoś dla nas niezwykłymi, które zachowują się nie na naszą codzienną miarę, czy przekraczają – w naszym wyobrażeniu – miarę człowieka. Jeżeli więc robią to ludzie, znaczy, że moc tkwi w człowieku! […]

Muszę przyznać – i to z czystym sumieniem mogę powiedzieć – że otrzymałem ostatnio tyle dowodów i sympatii, i takiego… już nie mówię o modlitwach, podnoszeniu na duchu czy o wspieraniu myślą, dobrymi życzeniami w związku z moimi doświadczeniami chorobowymi. W ciągu całego życia miałem poczucie niezwykłych objawów sympatii, życzliwości, czegoś dobrego. Nawet w takich drobiazgach, że ktoś mi sam chciał coś ułatwić, pomóc. […]

Mogę Bogu dziękować, […] że poprzez ludzi, tego wszystkiego, o czym mówiliśmy przed chwilą, doświadczam. Z jednej strony jestem doświadczany przeżyciami, zdrugiej – powodują one, że dostrzegam istniejące dobro, życzliwość, chęć niesienia pomocy. W tym wypadku mnie konkretnie, ale przecież nie tylko mnie to dotyczy. Na szczęście. Są to takie naczynia połączone, które muszą wyrównać zło i dobro.

1 Fragmenty wypowiedzi Krzysztofa Kolbergera z wywiadu przeprowadzonego przez Aleksandrę Iwanowską, „K. Kolberger, Przypadek nie-przypadek. Rozmowa między wierszami księdza Jana Twardowskiego”, Edycja Świętego Pawła, Częstochowa 2007.
2 J. Twardowski, „Śmierć na śmierć nie umiera. Myśli wybrane”, Warszawa 2005, s. 24.
3 J. Twardowski, „Jesteś”, [w:] „K. Kolberger, Przypadek nie-przypadek”, dz. cyt., s. 97.

Powyższy wybór wypowiedzi Krzysztofa Kolbergera ukazał się w „Życiu Duchowym” nr 59/2009.

http://www.deon.pl/religia/duchowosc-i-wiara/zycie-i-wiara/art,347,moge-bogu-dziekowac.html

Advertisements

Możliwość komentowania jest wyłączona.