Archiwum dla Październik, 2014

Seria „ARGUMENTY ZA WIARĄ” ma na celu pokazanie, że chrześcijaństwo i ogólnie wiara w Boga nie jest czymś co wymaga całkowitego wyłączenia myślenia. Cykl ten może nie da niezbitego 100% dowodu na istnienie Boga (nie taki jest jego cel), lecz powinien sprawić, aby przynajmniej niektóre osoby niewierzące zmieniły swoją postawę z bezmyślnego wyśmiewania chrześcijaństwa w założenie, że „być może coś w tym jest”. Z kolei osoby już wierzące być może wzmocnią swoją wiarę po kolejnych wpisach z tej serii.

PAUL CLOUDEL – DRAMATURG FRNCUSKI PRZEŁOMU XIX/XX WIEKU

Paul_Claudel_cph.3b31258Po południu, nie mając nic lepszego do roboty, poszedłem na nieszpory. Chłopcy chóru katedralnego w białych komeżkach przy współudziale seminarzystów śpiewali właśnie, jak później się dowiedziałem „Magnificat”. Stałem w tłumie  przy drugim  filarze u wejścia do chóru, na prawo po stronie zakrystii.

Wtedy to zdarzył się fakt, który przesądził o całym moim życiu. W mgnieniu oka serce moje zostało porażone i UWIERZYŁEM. Uwierzyłem z taką mocą przekonania, z takim porywem całego jestestwa, z przeświadczeniem tak dogłębnym, z taką oczywistością nie dopuszczającą cienia wątpliwości, że od tej chwili żadne książki, żadne dowodzenia, żadne przygody burzliwego życia nie zdołały zachwiać mojej wiary, czy też  choćby jej  naruszyć.  Owładnęło mną nagle rozdzierające uczucie niewinności, wiekuistego dziecięctwa Bożego: niewysłowione doznanie! Gdy próbuję, po raz nie wiadomo który, odtworzyć sobie  sekundy,  które  nastąpiły bezpośrednio do tej chwili nie pojętej,  znajduję  tylko  porwane myśli,  które  wszakże wówczas stanowiły jeden błysk, jedną broń w ręku Boga, by porazić i rozewrzeć nareszcie serce biednego, zrozpaczonego chłopca: ,,Jakżeż szczęśliwi są ci, którzy wierzą! – A gdyby to jednak była prawda? – To jest prawda! – Bóg istnieje, jest tam. To ktoś tak konkretny jak ja, osoba. – On kocha mnie, woła mnie”. Z oczu moich trysnęły łzy, a rzewny śpiew kolędy „Adeste” potęgował jeszcze moje wzruszenie. Wzruszenie  jakże  słodkie, choć zmieszane z uczuciem przestrachu i niemal grozy. Albowiem moje przekonania filozoficzne pozostały nietknięte. Bóg zlekceważył je po prostu; nie widziałem, co by można w nich zmienić, religia katolicka wydawała mi się nadal istnym stekiem niedorzecznych klechd, księża i wierni budzili we mnie tę samą odrazę, która dochodziła do nienawiści i niemal wstrętu. Gmach moich poglądów i wiadomości stał niezachwiany i nie  widziałem  na  nim  żadnej rysy. I tylko tak się złożyło, że wyszedłem zeń ja. Objawił mi się ktoś nieznany i groźny, z przeraźliwymi wymaganiami w stosunku do młodzieńca i artysty we mnie i ja nie wiedziałem, jak go pogodzić z otaczającym mnie światem. Byłem jak człowiek, którego żywcem odarto by ze skóry i przeniesiono w obce ciało, w nieznany świat: oto jedyne porównanie, które narzuca mi się, ilekroć próbuję wyrazić ten stan dogłębnej rozterki. Co było najwstrętniejsze dla  moich poglądów i dla moich upodobań, właśnie było prawdą, właśnie z tym, chcąc nie chcąc, miałem się pogodzić. Muszę się przyznać, że zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, by stawić opór. Ten opór trwał cztery lata. Śmiem rzec, że była  to piękna  obrona,  walka lojalna i na całego. Nie zaniedbałem żadnego środka: jedna po drugiej wysuwała mi się z ręki bezskuteczna broń. Byt to największy przełom w moim życiu, ta ,,agonia  myśli”,  o  której  Artur Rimbaud pisze: ,,Walka duchowa jest tak brutalna jak trud bitewny. Twarda noc! Wyschła krew dymi na obliczu!” Młodzi ludzie, którzy tak łatwo rzucają wiarę, nie zdają sobie sprawy, jak ciężko ją odzyskać i za cenę jakich mąk! Idea piekła,  a  także  myśl  o  tych wszystkich przyjemnościach i urokach, których musiałbym się wyrzec, oto główne moje hamulce na drodze do prawdy. A jednak zaraz owego pamiętnego dnia, w katedrze Notre-Dame, gdy nareszcie powróciłem do domu słotnymi ulicami, które teraz oto wydały mi się takie inne, takie dziwne, wziąłem do rąk Biblię protestancką podarowaną ongiś mojej siostrze Kamili przez przyjaciółkę Niemkę i po raz pierwszy usłyszałem ten słodki i nieugięty głos, który odtąd nigdy już nie przestał rozbrzmiewać w moim sercu. Znałem tylko za pośrednictwem Renana historię Jezusa i – zgodnie z myślą tego oszczercy – nie wiedziałem nawet, że mienił się Synem Bożym.

Każde słowo, każdy wiersz z dostojną prostotą zadawały kłam bezwstydnym twierdzeniom apostaty i  zdzierały mi łuski z oczu. To prawda, wyznawałem wraz z setnikiem, tak, Jezus jest Synem Bożym. Mnie, Pawła, wpośród  wszystkich  innych  poraziła łaska; mnie przyrzekł swoją miłość. Lecz jednocześnie, o ile nie chciałbym iść za Nim, nie pozostawiał mi innego wyjścia krom potępienia. Ach, nie trzeba było mi tłumaczyć, czym jest piekło, sprawdziłem na sobie, co znaczy w nim ,,Pobyt”! Wystarczyło mi tych kilka godzin, by zrozumieć, że piekło jest wszędzie, gdzie nie ma Pana Jezusa. Cóż mnie obchodził cały świat wobec tego  gościa natrętnego, który wdarł się w mój dom? Tak mówił we mnie ,,nowy” człowiek, ale ,,stary” wierzgał ze wszystkich sił i nie chciał wyrzec się za nic tego życia, które stało przed nim otworem. Mamże być szczery? W gruncie rzeczy najbardziej hamował mnie w wyznaniu moich nowych przekonań ludzki wzgląd. Na samą myśl, że będę musiał przyznać się do swego nawrócenia, powiedzieć rodzicom, że chcę pościć w piątki, ogłosić się jednym z tych katolików tak zjadliwie wyszydzanych, oblewał mnie zimny pot; toteż gwałt, jaki mi zadawano, budził we mnie rzetelne oburzenie. Lecz czułem na sobie twardą rękę!

WIĘCEJ: http://www.recogito.pologne.net/recogito_12/poczta1.htm

ALFONS RATYZBONE – CZŁONEK SŁYNNEJ RODZINY ŻYDOWSKICH BANKIERÓW

AlphonseRatisbonneWydarzeniem, które poruszyło prawie cały świat połowy XIX wieku, było nawrócenie na katolicyzm pochodzącego z rodziny bankierów żydowskich Alfonsa Ratisbonne’a.

Starannie wykształcony wyznawca judaizmu z pogardą odnosił się do chrześcijaństwa, szczególnie zaś do katolicyzmu. Niechęć ta jeszcze się zwiększyła w momencie, gdy jego brat Teodor nawrócił się i został księdzem, a później przewodził Arcybractwu Serca Maryi. Alfons, spośród wszystkich członków rodziny, był najbardziej zawziętym przeciwnikiem nawróconego brata.

Pewnego roku młody Ratisbonne zatrzymał się w Rzymie, gdzie wspaniałe świątynie – pomniki chwały Kościoła katolickiego, jeszcze bardziej utwierdzały go w nienawiści do Chrystusa. Po latach wyznał: Żywiłem w sercu nienawiść do księży, świątyń, klasztorów, przede wszystkim zaś do jezuitów. Samo ich wspomnienie doprowadzało mnie do szału.

Goszcząc w Wiecznym Mieście, postanowił odwiedzić swego przyjaciela Gustawa de Bussieres, brata hrabiego Teodora de Bussieres. Jakiś czas potem, de Bussiers poszedł do Kosćioła załatwić pewne formalności. Alfons z kolei spacerował po kościele i przyglądał się poszczególnym ołtarzom. Ścierały się w nim skrajne uczucia. Z jednej strony był pełen podziwu dla piękna katolickiej świątyni, z drugiej zaś ciągle bardzo krytycznie nastawiony wobec Kościoła katolickiego, oskarżał go w duchu o wszelkie możliwe nieszczęścia swego narodu.

W pewnym momencie Ratisbonne spostrzegł, że chociaż w całym kościele było ciemno, to w kaplicy św. Michała pokazała się jakaś cudowna jasność. Jakież było jego zdumienie, gdy okazało się, że widzi Niepokalaną Dziewicę w takiej postaci jak na Cudownym Medaliku. Mimo woli zbliżył się do Niebieskiej Pani, upadł na kolana i pozostał tak przez długi czas nieruchomy. Ukazała mi się Maryja Dziewica, taka, jak przedstawiona na medaliku! – mówił później do swego przyjaciela. Alfons relacjonował, że Maryja dała mu znak, by uklęknął i wypowiedziała tylko jedno słowo: dobrze. To jednak wystarczyło, żeby Alfons zrozumiał wszystko i wszystko w swoim życiu zmienił. Wiarę, plany życiowe… Wszystko! Teodor de Bussieres znalazł go klęczącego z oczami zalanymi łzami przed jednym z ołtarzy. Musiał trącić go parę razy, zanim ten zauważył jego obecność.

Odmieniony Alfons Ratisbonne potem mówił:

O Boże! Pół godziny temu jeszcze bluźniłem, czując wściekłą nienawiść do religii katolickiej… Po ludzku sądząc, niemożliwym mi było zmienić religię: rodzina moja żydowska, narzeczona Żydówka… Jakże jestem szczęśliwy!… Jaka pełnia łaski i dobroci!

WIĘCEJ: http://www.pch24.pl/nawrocenie-alfonsa%E2%80%93ratisbonnea-,19318,i.html

BLAISE PASCAL – UCZONY FRANCUSKI

Blaise_Pascal_VersaillesW listopadzie 1654 roku Pascal stał się prawdopodobnie jednym z uczestników wypadku na moście Neuilly-sur-Seine, gdzie konie prowadzące karetę przeskoczyły barierę, niemalże pociągając za sobą do rzeki pojazd. Szczęśliwie wodze pękły i kareta zawisła na krawędzi mostu, pozwalając pasażerom na wyjście z niebezpiecznej sytuacji bez szwanku. Wrażliwy filozof jednak, przerażony bliskością śmierci, zemdlał i przez pewien czas pozbawiony był świadomości. Piętnaście dni później, 23 listopada pomiędzy 10:30 a 12:30 w nocy doświadczył wizji religijnej, której treść natychmiast zapisał w krótkiej notatce, zaczynającej się słowami: „Ogień. Bóg Abrahama, Bóg Izaaka, Bóg Jakuba, a nie filozofów i uczonych…” i zakończonej cytatem z Księgi Psalmów 119:16: „Nie zapomnę mów twoich. Amen”. Po przeżyciu tym ostrożnie wszył notkę, znaną dziś jako Pamiątka, w swój płaszcz i zawsze przekładał ją do ubrania, które aktualnie miał na sobie; po jego śmierci została ona przypadkiem odnaleziona przez jednego ze służących[. Niektórzy biografowie Pascala kwestionują jednak tezę, jakoby historia z karetą miała doprowadzić go do objawienia opisanego w Pamiątce.

„Pamiątka
w roku łaski 1654,
w poniedziałek 23 listopada, święto Św. Klemensa, Papieża i Męczennika oraz innych Męczenników,
w wigilię św. Chryzogonusa, Męczennika i innych,
od około wpół do jedenastej wieczorem do pół godziny po północy
Ogień!
Boże Abrahama, Boże Izaaka, Boże Jakuba (Wy 3,6; Mt 22,32)
Nie filozofów czy uczonych.
Pewność. Pewność. Uczucie. Radość. Pokój.
Boże Jezusa Chrystusa.
„Twój Boże i mój Boże” (J20,17)
Zapominanie o świecie i wszystkim za wyjątkiem Boga.
Jego możemy znajdywać jedynie na sposoby nauczane w Ewangelii.
Wielkość Ludzkiej Duszy.
„Ojcze sprawiedliwy! Świat Ciebie nie poznał, lecz ja Ciebie poznałem” (J17,25)
Radość, radość, radość, łzy radości.
Oddzieliłem się od Niego.
„Opuścili Mnie, źródło żywej wody” (Jer 2,13)
„Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?” (Mt 27,46)
Niech nie będę oddzielony od Niego wiecznie.
„A to jest życie wieczne: aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga, oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa” (J17,3)

Jezus Chrystus
Oddzieliłem się od Niego,
Uciekłem od Niego,
Zaparłem się Go,
Ukrzyżowałem Go,
Obym nigdy nie był od Niego oddzielony.
Posiadamy Go tylko przez sposoby opisane W Ewangelii.
Wyrzeczenie się, zupełne i słodkie.
Pełne poddanie Jezusowi Chrystusowi i mojemu przewodnikowi.
Wiecznie w radości za dzienne szkolenie na ziemi.
„Słów Twoich nie zapomnę” (Ps 119,16) Amen

ANDRE FROSSARD – SŁYNNY DZIENNIKARZ FRANCUSKI „LE FIGARO”

frossardAndré Frossard – francuski dziennikarz, pisarz i filozof katolicki pochodzenia żydowskiego (jego babcia była Żydówką), syn Ludwika Oscara Frossarda – założyciela Francuskiej Partii Komunistycznej. Wieloletni felietonista „Le Figaro”, publikujący na pierwszej stronie. Jako ateista doznał nawrócenia w 1935 roku po przypadkowej wizycie w kościele.

Frossard wszedł do kościoła. Bez żadnych zmartwień miłosnych ani niepokoju, ani ciekawości. Religia była dla niego jak to powiedział „starą chimerą, a chrześcijanie gatunkiem opóźnionym na drodze historycznej ewolucji”. Kiedy spojrzał na główny ołtarz, jego uwagę przykuł wystawiony Najświętszy Sakrament. Nie wiedział, co to jest, gdyż po raz pierwszy w życiu widział monstrancję z Najświętszym Sakramentem. Nagle, w sposób niewytłumaczalny i całkowicie niezależny od niego, Frossard czuje, że w jego wnętrze wnika jakaś tajemnicza moc, która uwalnia go od duchowej ślepoty spowodowanej przez ateizm i umożliwia mu doświadczenie istnienia innego świata, bardziej rzeczywistego aniżeli ten, który poznajemy naszymi zmysłami. „Przede wszystkim zostają mi dane słowa duchowego życia – pisze Frossard – (…) słyszę je jakby wypowiadane obok mnie cichym głosem przez osobę, która widzi, czego ja jeszcze nie widzę”. Po usłyszeniu tych słów Frossard zostaje ogarnięty nadprzyrodzoną rzeczywistością, promieniującą wprost od Najświętszego Sakramentu. „Jest to niezniszczalny kryształ o nieskończonej przejrzystości – próbuje opisać to doświadczenie A. Frossard – jasności prawie nie do zniesienia lekko niebieskiego światła (jeden stopień więcej byłby mnie uśmiercił). To jest inny świat o takim blasku i realności, że nasz świat wydaje się przy nim podobny do rozwiewających się cieni sennych marzeń. Tę nową rzeczywistość i prawdę widzę z ciemnego brzegu, na którym stoję. To jest ład we wszechświecie, a na jego szczycie jest Oczywistość Boga, która jest Obecnością i Osobą. Jeszcze przed sekundą zaprzeczałem Jej istnienia. Chrześcijanie nazywają ją »naszym Ojcem«. Doświadczam Jej łagodnej dobroci i łaskawości, której nie jest w stanie dorównać żadna inna. Łagodność ta jest zdolna przemienić każde ludzkie serce – również takie, które jest twardsze od najtwardszego kamienia. Temu wtargnięciu rzeczywistości Boga towarzyszy radość, która jest entuzjazmem uratowanego od śmierci, w samą porę wydobytego z oceanu rozbitka. Dopiero teraz uświadamiam sobie, w jakim błocie byłem pogrążony, i dziwię się, jak mogłem tam żyć i oddychać. Jednocześnie zostałem obdarowany nową rodziną, a jest nią Kościół katolicki. Jego zadaniem jest prowadzenie mnie tam, dokąd muszę iść, gdyż pozostaje mi do przebycia jeszcze kawał drogi (…). Kościół jest wspólnotą; w niej obecny jest Jedyny, którego imienia nigdy więcej nie będę mógł napisać bez trwogi, że zranię Jego miłość. Stoję przed Nim jak dziecko, któremu przypadło w udziale szczęście otrzymania przebaczenia” (Istnieje inny świat, ss. 39-40).

– Frossard bulwersuje, niewątpliwie — mówił paryski pisarz agnostyk. — Ale gdyby „spotkanie”, o którym mówi, było tylko złudzeniem, pomyłką, czy jego skutki nie rozwiałyby się szybko? A tymczasem przez pięćdziesiąt lat ten człowiek żyje tak, jak w ciągu tych kilku minut mu „wskazano”. Jest to może jedyny możliwy dowód na to, że się nie pomylił.

WIĘCEJ: https://znanichrzescijanie.wordpress.com/2014/02/15/andre-frossard-najslynniejszy-publicysta-polityczny-francji/

ZOBACZ TAKŻE: https://znanichrzescijanie.wordpress.com/2014/08/26/argumenty-za-wiara45-mistyka/

biblia

W starożytności, literacka strona Biblii stanowiła dla wielu wykształconych Greków i Rzymian wielką przeszkodę w ich drodze do wiary. Pismo Święte wydawało im się tekstem prostackim, bez smaku, literacką miernotą. Wystarczy przypomnieć pochodzące z roku 384 wyznanie świętego Hieronima, że choć był już gorliwym chrześcijaninem i z całego serca oddawał się postom oraz modlitwie, z przyjemnością czytał Cycerona czy Plauta, „kiedy natomiast zaczynałem czytać Proroków, budziła we mnie odrazę ich mowa niewykwintna i – ponieważ ślepymi oczami nie widziałem światła – myślałem, że wina to nie oczu, lecz słońca”.

Już w roku 177 Celsus z Aleksandrii przeciwstawiał pospolitość i brak elegancji ksiąg biblijnych „przepięknemu i starannemu stylowi Platona i jemu podobnych”. Na zarzut ten Orygenes przytomnie odpowiadał, że styl Pisma Świętego nie jest prostacki, tylko prosty, i to właśnie dzięki temu jego przesłanie nie jest ograniczone do wąskiego grona wtajemniczonych, ale jest zrozumiałe zarówno dla ludzi niewykształconych, jak dla narodów barbarzyńskich. Warto jednak wiedzieć, iż za zarzutem prostactwa kryło się ponadto oskarżenie, że w Piśmie Świętym jest wiele miejsc ciemnych i niezrozumiałych, a mówiąc dosadnie – bełkotu.

Spróbujmy zobaczyć, jak ten wynikający z ówczesnej kultury odruch niechęci na literacką stronę Pisma Świętego potrafił bardzo pozytywnie wykorzystać święty Augustyn.

Augustyn niewierzący

Zacznę od tego, że on sam owej niechęci wobec „prostactwa” Biblii doświadczał. Pismo Święte – spowiadał się w Wyznaniach – „wydało mi się nie dość dostojne, gdy je porównywałem z monumentalną prozą Cycerona. Moja pycha nie chciała się pogodzić z właściwą Pismu miarą stylu”.

Nowych uprzedzeń wobec Pisma Świętego dołożyli Augustynowi manichejczycy, którzy uważali Stary Testament za dzieło diabła, a co do Nowego Testamentu, wprawdzie nie głosili tego publicznie, „raczej skrycie nam szeptali, że sfałszowali go pewni ludzie, którzy chcieli do wiary chrześcijańskiej wprowadzić prawo żydowskie. Ale żadnych egzemplarzy nie sfałszowanych jakoś nam nie pokazywali” (5,11;82).

Augustyn przyjmował początkowo w dobrej wierze manichejskie oszczerstwa przeciwko Staremu Testamentowi. Zwierza się na przykład w Wyznaniach, jakim zdumieniem napełniło go to, że święty Ambroży wierzy w Boga absolutnie transcendentnego wobec materii. Manichejczycy wmówili mu przedtem, jakoby katolicy – wierzący, że Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo – pojmowali Boga antropomorficznie (6,3;90).

Ale też w miejscu, w którym poczuł się najbardziej oszukany, rozpoczęło się pojednanie Augustyna z Pismem Świętym. Mianowicie zaczęły go pasjonować katolickie wykłady na temat Starego Testamentu (systematyczne objaśnianie kolejnych ksiąg biblijnych stanowiło zwyczajną część pracy duszpasterskiej starożytnego Kościoła). Przyciągały go zwłaszcza wykłady wspomnianego przed chwilą Ambrożego.

„Cieszyłem się, że przedstawiano mi dawne księgi Prawa i Proroków w świetle zupełnie odmiennym od tego, w którym przedtem wydawały mi się one absurdalne – wtedy gdy krytykowałem, [ Boże,] Twoich świętych za poglądy, jakie ja sam im przypisywałem. A oni mieli poglądy zupełnie odmienne. Z radością też słyszałem, że w kazaniach Ambroży często powoływał się na tekst: <Litera zabija, a duch ożywia> – jakby to była reguła, którą szczególnie mocno chciał podkreślić. Kiedy wyjaśniał takie teksty, które wtedy, gdy je brałem według litery, zdawały się głosić naukę przewrotną, i uchylając zasłony tajemnicy, odsłaniał ich sens duchowy, nic w tym, co mówił, nie budziło mojego sprzeciwu, chociaż z drugiej strony nie wiedziałem jeszcze, czy jest to prawdą” (6,4;91).

Długą drogę musiał jeszcze Augustyn odbyć, zanim w Piśmie Świętym rozpoznał słowo Boże. Drążyło go pytanie: „Skąd wiesz, że te księgi zostały dane ludzkości z natchnienia Ducha jedynego prawdziwego Boga, który kłamać nie może?” (6,5;92). Ostatecznej pewności co do tego nabrał Augustyn dopiero w momencie, kiedy Jezus stał się Panem jego serca. Rozpoznawszy w Jezusie Zbawiciela, niepojęty Dar Boga dla ludzkości, Augustyn z całą oczywistością zobaczył Kościół, a w Kościele Pismo Święte i sakramenty jako podstawowe narzędzia, którymi posługuje się Bóg, ażeby tym Darem, którym jest Jezus Chrystus, mogły być obdarzane kolejne pokolenia i poszczególni ludzie.

Warto jednak nieco podglądnąć zmagania się niewierzącego Augustyna z pytaniem, skąd on może mieć pewność, że Biblia jest Pismem Świętym. Cztery momenty, pozornie niewiele wspólnego mające z tym pytaniem, okazały się dla niego ważne w jego poszukiwaniu odpowiedzi na to pytanie.

Po pierwsze, nigdy nie zgubił Augustyn fundamentalnej intuicji, że istnieje Bóg: „Żadne, najbardziej nawet napastliwe i oszczercze tezy nie zdołały nigdy wydrzeć mi mojej wiary w to, że Ty istniejesz – chociaż nie wiedziałem, czym jesteś – i że rządzisz ludzkimi sprawami. W to, że jesteś i że się troszczysz o nas, wierzyłem czasem mocniej, czasem słabiej, ale jednak zawsze wierzyłem, chociaż nie wiedziałem, jak należy pojmować Twoją substancję ani jaką drogą idzie się do Ciebie i jaką się do Ciebie wraca” (6,5;92).

Po wtóre, szyderstwa manichejczyków z wiary (nie tylko z wiary katolickiej, ale w ogóle z wiary jako postawy religijnej, która prowadzi do poznania tego, co ostateczne) uprzytomniły Augustynowi człowieczą niemożność obywania się bez wiary. Bardzo zraziło go do manichejczyków to, że walcząc z wiarą autentycznie religijną, doszli do – jak odczuwał, niegodnej człowieka – wiary w absurdy i własne fantazje.

Po trzecie, doświadczał Augustyn wielkiego rozczarowania do filozofii. Poświęcił jej tyle czasu i serca, a okazało się, że nie jest ona w stanie doprowadzić człowieka do prawdy. Co prawda, nie miał on w sobie zadatków na – jak to byśmy dzisiaj powiedzieli – postmodernistę. W gorszącym go gąszczu wzajemnie się zwalczających systemów filozoficznych, jednak platonizm go zafascynował. Dopiero z perspektywy wiary chrześcijańskiej będzie go krytykował jako „zarozumiałość… tych, którzy wiedzą, dokąd iść, lecz nie znają wiodącej tam drogi” (7,20;127).

Wreszcie po czwarte, znaczące zaczęły mu się wydawać popularność i autorytet, jakimi Pismo Święte cieszy się wśród różnych narodów i warstw społecznych. W fakcie tym zaczął domyślać się palca Bożego: „Zacząłem pojmować, że na pewno nie nadałbyś Pismu Świętemu tak wielkiej powagi we wszystkich już krajach, gdyby nie miało ono być dla nas środkiem szukania Ciebie” (6,5;92).

Gorszącą go niegdyś prostotę Pisma Świętego Augustyn – jeszcze niewierzący – zaczął teraz postrzegać jako podstawę jego uniwersalnej komunikatywności: „Chociaż wszyscy ludzie mogą je czytać z łatwością, ma ono jednak taką głębszą warstwę, gdzie spoczywają jego wielkie tajemnice. Dzięki słowom najzwyklejszym i prostemu stylowi Pismo Święte jest dostępne dla wszystkich, a jednocześnie pochłania całą uwagę ludzi o umysłach poważnych. Dlatego przygarnia do siebie wszystkich ludzi, a niektórym pozwala przejść przez wąskie furtki do Ciebie, nielicznym, lecz byłoby ich o wiele mniej, gdyby ono nie jaśniało tak wzniosłym blaskiem, jednocześnie przyciągając do siebie takie tłumy swoją świętą pokorą” (6,5;93).

Jednak sporo czasu miało jeszcze upłynąć, zanim Augustyn został chrześcijaninem i nauczył się czytać Pismo Święte jako słowo Boże.

Czytanie Pisma Świętego w wierze

Znamy dokładnie to miejsce Pisma Świętego, przy którym Augustyn został obdarzony wiarą. Swoje nawrócenie opisał w ósmej księdze Wyznań. Był już w pełni przekonany o prawdzie wiary katolickiej, a jednak wiedział, że jest jeszcze człowiekiem niewierzącym. Czuł, że powinien się rzucić Bogu w ramiona, a wciąż tego nie potrafił.

I właśnie wówczas usłyszał owe dwa słowa jakiegoś tajemniczego dziecka: Tolle, lege – „weź i czytaj!” Kiedy chwycił Biblię, pierwsze słowa, na jakie natrafił, zawierały odpowiedź na jego niepokoje, czy zdoła żyć w pełnej zgodzie z Bożymi przykazaniami. Były to słowa Listu do Rzymian 13,13n: „…nie w ucztach i pijaństwie, nie w rozpuście i rozwiązłości, nie w zwadzie i zazdrości. Ale przyobleczcie się w Pana Jezusa Chrystusa, a nie ulegajcie staraniom o ciało i jego pożądliwości” (8,12;150).

Z perspektywy już chrześcijańskiej, Augustyn zrozumiał, że jego dawnym zainteresowaniom Biblią brakowało właśnie pokory. A bez pokory można w ogóle nie zauważyć tego, jak bardzo Pismo Święte przerasta nas swoim bogactwem. „Wchodzi się tam nad niskim progiem, a potem wznosi się nad nami wyniosłe sklepienie, spowite w tajemnice” (3,5;38).

http://www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TD/tajemnice_biblii/b_augustyna.html#

Seria „ARGUMENTY ZA WIARĄ” ma na celu pokazanie, że chrześcijaństwo i ogólnie wiara w Boga nie jest czymś co wymaga całkowitego wyłączenia myślenia. Cykl ten może nie da niezbitego 100% dowodu na istnienie Boga (nie taki jest jego cel), lecz powinien sprawić, aby przynajmniej niektóre osoby niewierzące zmieniły swoją postawę z bezmyślnego wyśmiewania chrześcijaństwa w założenie, że „być może coś w tym jest”. Z kolei osoby już wierzące być może wzmocnią swoją wiarę po kolejnych wpisach z tej serii.

jesus_face_3Istnieje kontrowersyjny pogląd, jakoby nauka o boskości Pana Jezusa pojawiła się dopiero w Ewangelii Jana, a trzy wcześniejsze Ewangelie tej prawdy nie znały.

Warto wiedzieć, że sto lat temu Adolf Harnack, skądinąd bardzo zasłużony badacz początków chrześcijaństwa, był jeszcze bardziej radykalny, mianowicie przesuwał ugruntowanie się wśród chrześcijan wiary w boskość Jezusa na wiek IV. Była to jednak teza kompletnie ideologiczna, skoro w samej tylko Ewangelii Jana Pan Jezus z całą otwartością nazywany jest po prostu Bogiem (por. J 1,1 i 18; 10,33; 20,28).

Ale również trzy pierwsze Ewangelie nie pozostawiają wątpliwości co do tego, że są dobrą nowiną o Synu Bożym, Bogu prawdziwym. Ci, którzy twierdzą, że Jezus był tylko zwyczajnym wędrownym nauczycielem żydowskim, jakich w tamtych czasach było wielu, powinni się zastanowić, czy którykolwiek z tych wędrownych nauczycieli mógłby powiedzieć o sobie to, co mówił o sobie Jezus: że „nikt nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn, i ten, komu Syn zechce objawić” (Mt 11,27; por. Łk 10,22).

Czymże innym niż przypisaniem sobie boskości były Jego słowa o tym, że „Syn Człowieczy jest Panem szabatu” (Mk 2,28; Mt 12,8)? Albo Jego deklaracja, że „Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów” (Mt 9,6; Mk 2,10; Łk 15,24)? Albo obietnica, że „Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło” (Łk 19,10)? Przecież jeden tylko Bóg mógł stawiać radykalne żądanie: „Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien” (Mt 10,37)

Czy którykolwiek z wędrownych nauczycieli żydowskich mógł mówić o sobie, że jest Panem aniołów? A Jezus tak właśnie o sobie mówił. Mówił, że przy końcu świata „Syn Człowieczy pośle aniołów swoich” (Mt 13,41; por. 16,27; Mk 8,38; Łk 9,26). Co więcej, On jednoznacznie mówił o sobie, że przyjdzie sądzić wszystkie narody (por. Mt 25,31–46).

Jak wiemy, proroctwa wielokrotnie zapowiadały, że Mesjasz będzie synem Dawida, i w Ewangeliach Pan Jezus często jest tak nazywany. Jednak On sam zwraca uwagę na to, że jest kimś więcej niż synem Dawida, bo przecież Dawid w Psalmie 110 nazywa Go swoim Panem (por. Mt 22,42–45; Mk 12,35–37; Łk 20,41–44). Świadectw boskości Pana Jezusa jest we wszystkich trzech Ewangeliach synoptycznych naprawdę bez liku.

Istnieje ponadto w Nowym Testamencie niezmiernie interesujący typ cytatów starotestamentalnych, które dotyczą naszego tematu. Chodzi mianowicie o te przytoczenia ze Starego Testamentu, w których Jezus utożsamiony jest z Bogiem Starego Testamentu. Jest np. w Księdze Joela zdanie: „Każdy, kto wezwie imienia Jahwe, będzie zbawiony” (Jl 3,5). Otóż Apostoł Paweł odnosi je do Pana Jezusa (Rz 10,13)

Z kolei Ewangelia Marka rozpoczyna się wezwaniem, aby przygotować drogę dla Pana i prostować ścieżki na Jego przyjście – Ewangelista ma tu niewątpliwie na myśli przygotowanie dróg dla Jezusa Chrystusa. Tymczasem u Izajasza, z którego św. Marek cytuje te słowa, przytoczone zdanie brzmi nieco inaczej: „Drogę dla Jahwe przygotujcie na pustyni, wyrównajcie na pustkowiu gościniec naszemu Bogu” (40,3). Tego typu cytatów jest w Nowym Testamencie znacznie więcej (por. np. Iz 45,23 oraz Flp 2,10).

Znajdujące się w Ewangeliach synoptycznych świadectwa boskości Pana Jezusa można przytaczać bez końca. „Kim właściwie On jest – pytają apostołowie, zdumieni Jego wszechmocą – że nawet wichrom i wodzie rozkazuje, a są Mu posłuszne” (Łk 8,25; por. Mt 8,27; Mk 4,41). On sam przypisuje sobie boską wszechobecność: „Oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28,20), i podobnie: „Gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam Ja jestem pośród nich” (Mt 18,20).

W Nowym Testamencie – jak już wspomniano – właściwie nieustannie natrafiamy na świadectwa boskości Zbawiciela. Weźmy taki oto szczegół: Najwięksi z proroków pamiętali, że są jedynie sługami Boga i żaden z nich nie odważył się głosić słowa Bożego swoim własnym autorytetem. Swoje nauki poprzedzali obwieszczeniem, że „to mówi Pan”, że taka jest „wyrocznia Pańska”. Inaczej Pan Jezus. On jedyny spośród proroków głosi słowo Boże swoim własnym autorytetem: „Słyszeliście, że powiedziano przodkom [przez proroków mówiących w imieniu Boga]: Nie zabijaj… A Ja wam powiadam: Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi” (Mt 5,21n); „Uczył ich jak ten, który ma władzę, a nie jak ich uczeni w Piśmie” (Mt 7,29).*

Już Ojcowie Kościoła zwracali uwagę na różnice między poszczególnymi Ewangeliami i ogromnie się cieszyli, kiedy jakiś szczegół znajdujący się w jednej Ewangelii pomagał im głębiej zrozumieć tekst z innej Ewangelii (na przykład tylko w Ewangelii Łukasza napisano, że na Górę Przemienienia Jezus wyszedł, aby się modlić, a z Mojżeszem i Eliaszem rozmawiał tam o swoim odejściu – Łk 9,28 i 31). Również w czasach Ojców Kościoła zdawano sobie sprawę z tego, że Ewangelia Jana – napisana mniej więcej ćwierć wieku po Ewangeliach synoptycznych – tak istotnie uzupełnia ich przekaz i dziękowano Bogu za to.

Jednak tylko nieliczący się z faktami i myślący życzeniowo ideologowie mogą twierdzić, jakoby ewangeliści Mateusz, Marek i Łukasz wierzyli w jakiegoś innego Jezusa niż ewangelista Jan. Podane wyżej teksty z Ewangelii synoptycznych jeszcze raz potwierdzają prawdę słów zapisanych w Liście do Hebrajczyków, że „Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam także na wieki” (Hbr 13,8). [o.Jacek Salij]

——————————–

* KAZANIE NA GÓRZE JEZUSA JEST JEGO NAJWAŻNIEJSZĄ MOWĄ JEŚLI CHODZI O NAUKĘ MORALNOŚCI. JUŻ SAM SPOSÓB MÓWIENIA WSKAZUJE JEDNOZNACZNIE, ŻE CHRYSTUS STAWIA SIEBIE W MIEJSCU BOGA.

W czym tkwi różnica między słowem proroków a słowem Syna? Prorocy wprowadzali swoje słowa przy pomocy formuł: „Tak mówi Pan», lub: „Wyrocznia Pana!». Jezus rozpoczyna mówiąc: „Ja wam powiadam». Więcej, Jezus niejeden raz wzmacnia to swoje „Ja», poprzedzając wypowiedź słowem Amen: „Zaprawdę (Amen), powiadam wam…» (Mk 3,28). Nie spotyka się tego nigdzie w literaturze hebrajskiej. „W Amen, które poprzedza „ja wam powiadam», jest zawarta w zarodku cała chrystologia” (H. Schlier); tym słowem Jezus wyraża całkowitą pewność mówienia w imieniu Boga, z władzą Boga.

Jezus mówił w imieniu własnym, a nie komentował nauczycieli, jak to czynili wszyscy rabini Jego czasów. Stawiał się nawet ponad Pismem, nie wahając się w razie potrzeby poprawić je i udoskonalić; całe Jego Kazanie na Górze zbudowane jest według schematu: „Słyszeliście, że powiedziano…; a Ja wam powiadam» (por. Mt 5,21nn). Wrażenie, jakie musiał robić taki sposób mówienia było ogromne. Było ono mniej więcej takie, jakby pewnego dnia jakiś kapłan, przemawiając do ludzi w kościele zaczął zmieniać Ewangelię, mówiąc: „Jezus Chrystus wam powiedział…; a ja wam mówię…». Dlatego zrozumiała jest reakcja słuchaczy: „Zdumiewali się Jego nauką: uczył bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie» (Mk 1,22). Wrażenie nowości, jakie robiło słowo Jezusa wyrażano najczęściej terminem „władza» (por. także Mk 11,28). Strażnik posłany, aby Go aresztować, mówił prosto: „Nigdy jeszcze nikt nie przemawiał w ten sposób, jak ten człowiek przemawia» (J 7,46).

http://www.currenda.diecezja.tarnow.pl/archiwum/2-96/o-2.htm

* * *

# JAKO CIEKAWOSTKĘ NR 1 NALEŻY WSPOMNIEĆ TUTAJ O ŚWIADECTWIE PISARZA RZYMSKIEGO PLINIUSZA MŁODSZEGO, KTÓRY JUŻ NA POCZĄTKU II WIEKU (112 n.e.) NAPISAŁ, ŻE CHRZEŚCIJANIE UWAŻALI JEZUSA JAKO BOGA:

Caius Plinius Caecilius Minor (62-114), czyli Pliniusz Młodszy, był w latach 111-113 wielkorządcą i namiestnikiem Pontu i Bitynii. Z tego okresu pochodzi 9 ksiąg listów Pliniusza będących cennym historycznym źródłem do poznania ówczesnego życia. Nas szczególnie interesuje List 96 dlatego, że znajdujemy w nim informacje dotyczące chrześcijaństwa. Co się z niego dowiadujemy? Najpierw, że w prowincji Bitynii w owym czasie była już znacząca liczba chrześcijan. Mieli oni duży wpływ na otoczenie, w którym żyli, bo wielu pogan przyjmowało chrześcijaństwo. W wyniku licznych nawróceń pustoszały pogańskie świątynie, co bardzo zaniepokoiło władze rzymskie, ponieważ coraz mniej złota wpływało z tych świątyń do ich kasy. Trzeba pamiętać, że był to okres zwycięskich wojen Trajana z Dakami i Partami, co wymagało ogromnych funduszy. Ogólny ton listu jest pisany z pozycji nieprzychylnej chrześcijaństwu, chociaż trzeba podkreślić pozytywną opinię o chrześcijanach wyrażoną w liście do cesarza Trajana. Tak pisał Pliniusz:

„Błąd i wina chrześcijan polegała na tym, że mieli zwyczaj w wyznaczonym dniu zbierania się przed świątynią i wygłaszania modlitwy pochwalnej na cześć Chrystusa jako Boga. Następnie zobowiązywali się pod przysięgą, że nie będą kradli ani prowadzili rozbojów, że nie będą cudzołożyli ani zapierali się wiary, że będą oddawać wszystko, co wezmą na przechowanie… Tak więc nic w nich nie znalazłem ponad głupi i bezmyślny zabobon”.

Gdyby Pliniusz dowiedział się od chrześcijan, że Chrystus jest dla nich tylko Bogiem napisałby: śpiewają hymn do swego Boga Chrystusa. Jeśli jednak pisze: do Chrystusa jako Boga to oczywiście dlatego, że wie, iż Chrystus jest dla chrześcijan nie tylko Bogiem ale i człowiekiem. Takie postępowanie chrześcijan, niezgodne z obyczajami rzymskimi było czymś złym. Według prawa rzymskiego o oddawaniu człowiekowi czci boskiej mógł decydować tylko senat. Tak było z Juliuszem Cezarem, która 2 lata po swojej śmierci, na mocy orzeczenia senatu, został włączony w poczet bogów. Zatem według świadectwa Pliniusza Chrystus był człowiekiem, któremu chrześcijanie bityńscy oddawali cześć jako Bogu.

http://adonai.pl/jezus/?id=24

# JAKO CIEKAWOSTKĘ NR 2 NALEŻY WSPOMNIEĆ,  ŻE POCZĄTEK EWANGELII ŚW. JANA MÓWIĄCY WYRAŹNIE O JEZUSIE JAKO BOGU:

 1Na początku było Słowo,
a Słowo było u Boga,
i Bogiem było Słowo

14A Słowo stało się ciałem
i zamieszkało wśród nas.
I oglądaliśmy Jego chwałę,
chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca,
pełen łaski i prawdy.

ZNAJDUJE SIĘ NA PAPIRUSACH DATOWANYCH NA KONIEC II WIEKU – PAPIRUS BODMER XIV-XV (P75) I BODMER II (P66). TO ODNOŚNIE TEORII, ŻE BOSKOŚĆ JEZUSA ZOSTAŁA WYMYŚLONA I SPISANA W IV WIEKU ZA CZASÓW KONSTANTYNA (KŁANIA SIĘ MIN. „KOD DA VINCI” DANA BROWNA BRANY PRZEZ NIEKTÓRYCH NAPRAWDĘ NA POWAŻNIE).

# JAKO CIEKAWOSTKĘ NR 3 NALEŻY WSPOMNIEĆ, ŻE OJCOWIE KOŚCIOŁA NA DŁUGO PRZED IV WIEKIEM PISALI O JEZUSIE JAKO BOGU:

„Nasz Bóg, Jezus Chrystus, został, zgodnie z zamierzeniem Boga, poczęty w łonie Maryi, z rodu Dawida, za sprawą Ducha świętego” (List św. Ignacego z Antiochii do Efezjan ( rozdz. 35), 107 r. n.e.).

„Gdybyście zrozumieli słowa proroków, nie wątpilibyście, że On (Jezus) był Bogiem, Synem jedynego, najwyższego Boga” (Rozmowa z Trifonem św. Justyna Męczennika (rozdz. 100), 165 r. n.e.).

„On (Jezus Chrystus) jest świętym Panem, Mądrym, Cudownym, Przepięknym, Wszechpotężnym Bogiem, który zstąpił z nieba, aby sądzić ludzi” (Kontra herezjom św. Ireneusza z Lyonu (tom 3, rozdz. 130), 200 r. n.e.).

„On (Jezus Chrystus) jest tak Bogiem, jak i Człowiekiem, źródłem wszelkiego dobra” (Ekshortacja do Greków św. Klemensa z Aleksandrii, 190 n.e.).

„Tylko Bóg jest bezgrzeszny. Jedynym człowiekiem bez grzechu jest Chrystus, również Bóg” (O Duszy Tertuliana (41,3), 210 r. n.e.).

„Chociaż (Syn) był Bogiem, przybrał ciało; i stając się człowiekiem, nadal był Bogiem” (Doktryny Fundamentalne Orygenesa (I:0:4, rozdz. 185), 254 r. n.e.).

http://opusdei.pl/pl-pl/article/rzeczywistosc-historyczna-deformowana-przezkod-leonarda-da-vinci/ Patrz też tu.

TAK WIĘC TO, CO WIEMY ODNOŚNIE CHRYSTOLOGII, TO TO, ŻE:

1. OJCOWIE KOŚCIOŁA W II I III WIEKU MÓWILI O JEZUSIE JAKO BOGU.

2. CHRZEŚCIJANIE NA POCZĄTKU II WIEKU ODDAWALI CZEŚĆ JEZUSOWI JAKO BOGU.

3. EWANGELIA ŚW. JANA POWSTAŁA POD KONIEC I WIEKU MÓWI O JEZUSIE JAKO BOGU.

4. EWANGELIE SYNOPTYCZNE POWSTAŁE OKOŁO 20-25 LAT PRZED NIĄ MÓWIĄ O JEZUSIE JAKO BOGU.

5. LISTY ŚW. PAWŁA I INNE POWSTAŁE PRZED EWANGELIAMI (I OKOŁO 20-30 LAT PO UKRZYŻOWANIU CHRYSTUSA) MÓWIĄ O JEZUSIE JAKO BOGU.

Benedykt XVI : Już mniej więcej 20 lat po śmierci Jezusa w hymnie ku czci Chrystusa w Liście do Filipian (2,6-11) znajdujemy zaawansowaną chrystologię, która o Jezusie mówi, że był równy Bogu, jednak ogołocił się, stał się człowiekiem, uniżył się aż do śmierci na krzyżu i dlatego należy mu się taki kosmiczny hołd i uwielbienie, jakie należą się Jemu [Bogu Ojcu] tylko – takie, które Bóg zapowiada u proroka Izajasza (45,23).

Badania krytyczne słusznie stawiają sobie pytanie: co takiego stało się w ciągu tych dwudziestu lat od ukrzyżowania? Jak mogła powstać taka chrystologia? Oddziaływanie anonimowych czynników wspólnoty kościelnej niczego przecież nie wyjaśnia i nadaremnie szuka się ich podmiotów. Jak takie kolektywne czynniki mogłyby być tak twórcze? Tak przekonujące i dynamiczne? Czy również z historycznego punktu widzenia nie jest o wiele bardziej logiczne, że ta wielkość tkwi  już w samych początkach i że postać Jezusa rzeczywiście rozsadzała wszystkie dostępne kategorie i można ją zrozumieć tylko w perspektywie tajemnicy Boga? [Jezus z Nazaretu s.13-14]

exo-planet-earth-from-space

Gdy patrzę na Twe niebo, dzieło Twych palców,
księżyc i gwiazdy, któreś Ty utwierdził:
czym jest człowiek, że o nim pamiętasz,
i czym – syn człowieczy, że się nim zajmujesz?
[Psalm 8]

Pod jednym względem, co nie uszło uwagi wielu chrześcijan, współczesna nauka przybliżyła się ostatnio do doktryny chrześcijańskiej, a oddaliła od materializmu w jego klasycznej postaci. Jeżeli cokolwiek jasno wynika z ustaleń współczesnej fizyki, to to, że natura nie jest wieczna. Wszechświat miał początek i będzie miał koniec. Wszystkie wielkie materialistyczne systemy przeszłości zakładały wieczność i, co za tym idzie, samoistność materii. Jak powiedział profesor Whittaker w wykładzie wygłoszonym w ramach „Riddell lectures” w 1942 roku: „Nigdy nie można było poważnie przeciwstawić się dogmatowi o Stworzeniu, nie utrzymując, że świat od zawsze istniał w swoim mniej więcej obecnym stanie” . Ta podstawowa zasada materializmu została dzisiaj wycofana. Nie powinniśmy wszakże zbyt mocno opierać się na tym, ponieważ teorie naukowe zmieniają się. W tej jednak chwili ciężar dowodzenia spoczywa raczej nie na nas, lecz na tych, którzy zaprzeczają temu, że natura ma jakąś przyczynę poza samą sobą.

W myśleniu potocznym – jak mniemam – przywiązywało się mniejszą wagę do pochodzenia wszechświata niż do jego atrybutów: ogromnych rozmiarów i pozornej obojętności, jeżeli nie wrogości, w stosunku do ludzkiego życia. Bardzo często cechy te robią tym większe wrażenie na ludziach, że wydają się nowym odkryciem – wspaniałym przykładem tego, o czym nasi przodkowie nie wiedzieli, a czego świadomość postawiłaby pod znakiem zapytania same początki chrześcijaństwa. Jest to zwykłe fałszowanie historii. Ptolemeusz wiedział tak samo dobrze jak Eddington , że Ziemia jest nieskończenie mała w porównaniu z tym wszystkim, co zawiera przestrzeń . Problem nie polega na tym, że wiedza urosła do rozmiarów, których ramy archaicznej myśli już nie są w stanie objąć. Problemem jest pytanie, dlaczego przestrzenna znikomość Ziemi, mimo że była czymś znanym przez wieki, miałaby nagle w ostatnim stuleciu stać się argumentem przeciwko chrześcijaństwu. Nie wiem, dlaczego tak się stało, ale bez wątpienia nie jest to oznaką większej jasności myślenia, ponieważ argument opierający się na rozmiarze jest, według mnie, argumentem bardzo słabym.

Kiedy lekarz podczas sekcji zwłok rozpoznaje zatrucie, wskazując na stan organów nieżyjącego człowieka – uzasadnienie jest racjonalne, ponieważ ma on jasny obraz tego, w jakim stanie znajdowałyby się narządy, gdyby nie było w nich trucizny. Analogicznie, jeżeli powołujemy się na ogromne rozmiary przestrzeni i małe rozmiary Ziemi po to, by zaprzeczyć istnieniu Boga, powinniśmy mieć jasny obraz tego, jakiego rodzaju wszechświata moglibyśmy oczekiwać, gdyby Bóg rzeczywiście istniał. Lecz czy dysponujemy takim obrazem? Przestrzeń, jakakolwiek by ona była – a oczywiście niektórzy współcześni uważają ją za skończoną – jest przez nas odbierana jako trójwymiarowa, w przestrzeni zaś trójwymiarowej nie możemy wyobrazić sobie granic. Z powodu samej natury naszego postrzegania musimy więc odczuwać, że żyjemy gdzieś w nieskończonej przestrzeni. Gdybyśmy w tej nieskończonej przestrzeni nie odkryli żadnych obiektów poza tymi, z których korzysta człowiek (nasze słońce i księżyc), to owa ogromna pustka służyłaby, rzecz jasna, jako mocny argument przeciwko istnieniu Boga. Jeżeli odkrywamy inne ciała astralne, to albo nadają się one do zamieszkania, albo nie: dziwnym jest tutaj to, że obie te hipotezy wykorzystuje się jako podstawę do odrzucania chrześcijaństwa. Jeśli bowiem wszechświat tętni życiem, to fakt ten, mówi się nam, sprowadza do absurdu chrześcijańskie twierdzenie – lub to, co jest uważane za chrześcijańskie twierdzenie – że człowiek jest istotą jedyną w swoim rodzaju, i chrześcijańską doktrynę, iż na tę jedną planetę Bóg zstąpił i przyjął ciało dla nas ludzi i dla naszego zbawienia. Jeżeli, z drugiej strony, ziemia jest naprawdę czymś niepowtarzalnym, dowodzi to tego, że życie jest tylko przypadkowym produktem ubocznym we wszechświecie, i również obala naszą religię. Rzeczywiście, trudno jest dogodzić człowiekowi. Traktujemy Boga tak, jak policja traktuje człowieka w areszcie; czegokolwiek by On nie robił, wszystko będzie świadczyć przeciwko Niemu. Nie sądzę, by należało to przypisywać naszej złośliwości. Podejrzewam, że jest coś w samym sposobie naszego myślenia, co sprawia, iż zawsze jesteśmy rozczarowani aktualną rzeczywistością, jakiegokolwiek charakteru by ona nie była. Być może stworzeniu skończonemu i przypadkowemu – stworzeniu, które mogłoby nie istnieć – zawsze będzie trudno pogodzić się z brutalnym faktem, że jest ono, tu i teraz, związane z istniejącym porządkiem rzeczy.

Jak by nie patrzeć, oczywiste jest, że cały argument rozmiaru opiera się na założeniu, iż różnice w rozmiarze powinny współgrać z różnicami w wartości: bo o ile tak nie jest, nie ma żadnego powodu, dla którego mikroskopijna Ziemia i jeszcze mniejsze istoty ludzkie na niej nie miałyby być najważniejszymi rzeczami we wszechświecie pełnym mgławic gwiezdnych. Czy wniosek ten jest racjonalny, czy też emocjonalny? Odczuwam, tak samo jak i wszyscy inni, absurdalność przypuszczenia, że galaktyka mogłaby mieć w oczach Boga mniejsze znaczenie niż taka drobina jak istota ludzka. Zauważam natomiast, że nie odczuwam podobnej absurdalności w przypuszczeniu, iż człowiek, który ma metr pięćdziesiąt wzrostu, może być ważniejszy od innego, który ma metr pięćdziesiąt osiem i pół centymetra – ani też, że człowiek może znaczyć więcej niż drzewo, a mózg więcej niż noga.

Innymi słowy, poczucie absurdu rodzi się dopiero wówczas, kiedy różnice w wielkości są bardzo znaczne. Lecz gdy jakąś relację może uchwycić rozum, powszechnie ona obowiązuje. Gdyby między wielkością a wartością istniało rzeczywiste powiązanie, małe różnice w rozmiarze towarzyszyłyby małym różnicom w wartości, tak samo jak duże różnice w rozmiarze dużym różnicom w wartości. Żaden rozumny człowiek nie mógłby jednak uważać, że tak jest w istocie. Nie sądzę, żeby wyższy człowiek był trochę bardziej wartościowy niż niższy. Nie przyznaję odrobiny wyższości drzewom nad ludźmi, aby ją potem pominąć, gdyż jest zbyt mała, żeby sobie zawracać nią głowę. Tak długo, jak długo mam do czynienia z małymi różnicami w rozmiarach, odczuwam, że nie mają one żadnego najmniejszego związku z wartością. Wyciągam stąd wniosek, że znaczenie przypisywane dużym różnicom w wielkości jest sprawą nie tyle rozumu co emocji – tej szczególnej emocji, którą wywołuje przewaga w wielkości dopiero po dojściu do pewnych bardzo znacznych rozmiarów.

Jesteśmy niepoprawnymi poetami. Kiedy ilość staje się ogromna, przestajemy ją już uważać za zwykłą ilość. Budzi się nasza wyobraźnia i zamiast zwyczajnej ilości, dostrzegamy teraz jakość – majestatyczność. Gdyby tak nie było, czysto arytmetyczny ogrom galaktyki nie wywoływałby większego wrażenia niż cyfry w książce telefonicznej. W pewnym więc sensie to z nas samych materialny wszechświat czerpie energię, by napełniać nas grozą. Dla umysłu, który by nie podzielał naszych emocji i nie posiadałby siły wyobraźni, argument rozmiaru byłby zupełnie pozbawiony sensu. Ludzie przyglądają się niebu usianemu gwiazdami ze czcią: małpy nie. „Wiekuista cisza nieskończonych przestrzeni przerażała” Pascala , a przerażała go dlatego, że był wielkim człowiekiem. Kiedy czujemy strach przed wielkością wszechświata, czujemy (prawie dosłownie) strach przed naszymi własnymi cieniami: dlatego te lata świetlne i miliardy wieków są zwykłą arytmetyką, dopóki cień człowieka, poety, twórcy mitów, nie padnie na nie. Nie twierdzę, że nie mamy słuszności, drżąc na widok tego cienia: jest to cień obrazu Boga. Jeżeli kiedykolwiek ogrom materii będzie chciał grozą przeszyć nasze dusze, trzeba pamiętać, że robi to materia uduchowiona. Wielka mgławica Andromedy w pewnym sensie zawdzięcza swoją wielkość drobnemu człowiekowi.

To popycha mnie do stwierdzenia raz jeszcze, że trudno nam dogodzić. Gdyby świat, w którym się znaleźliśmy, nie był wielki i na tyle dziwny, by obdarować nas przerażeniem Pascala, jakże biednymi istotami byśmy byli! Będąc tym, kim jesteśmy, racjonalnymi, lecz również obdarzonymi psychiką stworzeniami o podwójnej naturze, które zaczynają od świata zmysłowego i docierają przez mit i metaforę do świata duchowego, nie widzę, jak moglibyśmy dojść do poznania wielkości Boga bez tej wskazówki, jakiej dostarcza nam wielkość materialnego wszechświata. Jeszcze raz pytam, jakiego rodzaju wszechświata się domagamy?! Gdyby był on dostatecznie mały, by być przytulnym, nie byłby wystarczająco duży, by być majestatycznym. Jeżeli jest on wystarczająco wielki, byśmy mogli rozwinąć w nim skrzydła naszego ducha, musi być również na tyle wielki, by nas napełniać niepokojem. W świecie, jak byśmy go sobie nie wyobrażali, musimy być ograniczeni lub przerażeni, jedno z dwojga. Ja wolę przerażenie. Dusiłbym się we wszechświecie, którego krańce mógłbym widzieć. Czy nigdy, spacerując po lesie, rozmyślnie nie zawróciliście z drogi w obawie, że moglibyście wyjść z jego drugiej strony, przez co w waszej wyobraźni zakodowałby się on na zawsze jako nędzne, zwykłe pasmo drzew? [1943]

—————————————

– To wszystko drobiazgi – powiedział mój przyjaciel. – Widzisz, rzeczywiste zarzuty sięgają dużo głębiej. Cały obraz wszechświata, jaki odsłoniła nam nauka, sprawia, że bzdurą byłoby wierzyć, iż kryjąca się za nim Potęga mogłaby być zainteresowana nami, malutkimi stworzonkami pełzającymi po jakiejś mało ważnej planecie! Jest rzeczą zupełnie oczywistą, że wszystko to zostało wymyślone przez ludzi, którzy wierzyli, że Ziemia jest płaska, a gwiazdy oddalone od niej tylko o milę czy dwie.

– Kiedy ludzie w to wierzyli?

– No wiesz! Wszyscy ci dawni chrześcijańscy jegomoście, o których ciągle mówisz, w to wierzyli. Mam tu na myśli Boecjusza i Augustyna, i Tomasza z Akwinu, i Dantego.

– Wybacz, przyjacielu – powiedziałem – ale to jest akurat jeden z kilku tematów, na których się trochę znam. – Sięgnąłem ręką na półkę z książkami. – Widzisz tę książkę? – zapytałem.

– To Almagest Ptolemeusza. Czy wiesz, co to jest?

– Wiem – odparł. – Jest to klasyczny podręcznik astronomii, którego używano przez całe średniowiecze.

– A zatem przeczytaj to tylko – poprosiłem, wskazując księgę I, rozdział 5.

– „Ziemia – czytał mój przyjaciel trochę niezdecydowanie, jako że tłumaczył z łaciny – Ziemia w stosunku do odległości od stałych gwiazd ma rozmiar niedostrzegalny i należy ją traktować jako punkt matematyczny!” Znowu nastąpiła chwila milczenia.

– Czy oni naprawdę wiedzieli to już wtedy? – spytał mój przyjaciel. – Przecież… przecież żadna z historii nauk przyrodniczych, żadna ze współczesnych encyklopedii nigdzie nie wspomina o tym fakcie.

– No właśnie. Pozostawiam tobie zastanowienie się nad przyczyną. Prawie wygląda na to, że komuś zależało na zatuszowaniu tego, nieprawdaż? Ciekaw jestem, czemu?

Znowu nastąpiła chwila milczenia.

– W każdym razie – powiedziałem – teraz dokładniej możemy postawić problem. Ludzie zwykle uważają, że sprawa polega na tym, jak pogodzić to, co wiemy na temat rozmiarów wszechświata, z naszymi tradycyjnymi ideami religijnymi. Okazuje się, iż nie jest to żadnym problemem. Prawdziwy problem polega na tym, że ogromny rozmiar wszechświata i znikomość Ziemi były znane przez wieki i nigdy nikomu się nie śniło, że fakty te mają jakiś związek ze sprawą religii. Po czym, niecałe sto lat temu, zostają one nagle sprokurowane jako argumenty przeciwko chrześcijaństwu. A ludzie, którzy je prokurują, dokładnie tuszują fakt, iż były one znane od dawien dawna. Czy nie wydaje ci się, że wy, wszyscy ateiści, jesteście bardzo mało dociekliwymi ludźmi? [1945]

„Bóg na ławie oskarżonych” – C.S. Lewis

jesus-walking-on-water_2

18 Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego.1Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie.2Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: «Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło.2Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów». 2A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez Proroka: 23 Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel, to znaczy: „Bóg z nami”. [Mat 1:18-22]

——————————-

Jest jednak coś, co często zdarza nam się mówić o naszych przodkach, a czego mówić nie powinniśmy. Nie powinniśmy mówić: „Oni wierzyli w cuda, ponieważ nie znali praw natury”. Jest to czysty nonsens. Kiedy święty Józef odkrył, że jego Oblubienica jest brzemienna, „zamierzał oddalić Ją potajemnie”. Na tyle znał się na biologii. Gdyby tak nie było, z pewnością nie uważałby ciąży za znak niewierności. Kiedy przyjął chrześcijańskie wyjaśnienie, uznał to za cud właśnie dlatego, że wystarczająco znał prawa natury, by wiedzieć, iż w tym momencie zostały one zawieszone. Gdy uczniowie zobaczyli Chrystusa kroczącego po jeziorze, zlękli się: strach by ich nie ogarnął, gdyby nie znali praw natury i nie wiedzieli, że dzieje się coś niemożliwego. Jeśliby człowiek nie miał żadnego wyobrażenia na temat normalnego porządku w naturze, wtedy oczywiście nie mógłby dostrzegać odstępstw od tego porządku: podobnie jak jakiś nieuk, niezdolny połapać się w normalnym metrum poematu, pozostałby również nieświadomy wprowadzonych przez poetę odchyleń od niego. Nic nie jest cudowne, jeśli nie jest nienormalne, i nic nie jest nienormalne, dopóki nie zrozumiemy, co jest normą. Całkowita nieznajomość praw natury uniemożliwiałaby percypowanie zjawisk cudownych w takim samym stopniu, jak kompletna niewiara w nadprzyrodzoność, a może nawet w większym. Podczas gdy materialista musiałby przynajmniej szukać wyjaśnienia cudów, człowiek zupełnie nie znający praw natury po prostu by ich nie dostrzegł [„Bóg na ławie oskarżonych” – C.S. Lewis].

Seria „ARGUMENTY ZA WIARĄ” ma na celu pokazanie, że chrześcijaństwo i ogólnie wiara w Boga nie jest czymś co wymaga całkowitego wyłączenia myślenia. Cykl ten może nie da niezbitego 100% dowodu na istnienie Boga (nie taki jest jego cel), lecz powinien sprawić, aby przynajmniej niektóre osoby niewierzące zmieniły swoją postawę z bezmyślnego wyśmiewania chrześcijaństwa w założenie, że „być może coś w tym jest”. Z kolei osoby już wierzące być może wzmocnią swoją wiarę po kolejnych wpisach z tej serii.

miracles-of-jesus1

Owszem, Jezus dokonywał licznych cudów, ale po pierwsze: nie wszyscy je widzieli, więc mogli traktować wieści o nich jako nie sprawdzone pogłoski, a po drugie, ważniejsze: było i jest wielu ludzi, którzy dokonywali różnych dziwnych rzeczy graniczących z cudami, i to wcale nie mocą Bożą! Byli przecież ludzie, jak chociażby Cagliostro czy współcześni bioenergoterapeuci, którzy może również dokonywali niezwykłych wyczynów.

Nie przepisałem tego fragmentu Pańskiego listu, z którego wynika, że jest Pan osobiście człowiekiem głęboko wierzącym, a pragnie Pan tylko bronić dobrej woli tych, którzy w Jezusa nie uwierzyli. Ze swej strony dziękuję Panu za danie mi okazji do zastanowienia się nad cudami Pana Jezusa.

Za punkt wyjścia niech nam posłuży uwaga, jaką w roku ok. 178 rzucił na ten temat Celsus, autor pierwszego w dziejach traktatu przeciwko chrześcijanom. Porównał on Pana Jezusa do kuglarzy jarmarcznych i magików egipskich, „którzy za kilka oboli sprzedają na rynku swe cudowne umiejętności, wypędzają z ludzi demony, zamawiają choroby, wywołują dusze bohaterów, pokazują stoły zastawione drogimi potrawami i przysmakami, które w rzeczywistości nie istnieją, wprawiają w ruch martwe przedmioty, tak że wskutek złudzenia poruszają się one jak żywe istoty” (Orygenes, Przeciw Celsusowi, 1,68). I pyta Celsus zjadliwie: „Czyż musimy uważać od razu za synów Bożych ludzi, którzy dokonują takich rzeczy?”

Pożytecznie jest nieraz przypatrzeć się myśleniu kogoś, kto – jak Celsus – z góry odrzuca chrześcijaństwo i wyklucza samą nawet możliwość, że Jezus jest Synem Bożym i Zbawicielem. W tym przypadku spróbujmy spokojnie ustalić, czego w cudach Pana Jezusa Celsus, w swoim antychrześcijańskim daltonizmie, w ogóle nie był w stanie zauważyć.

Mógł Celsus nie wierzyć w Pana Jezusa, mógł odrzucać realność Jego cudów albo ich moc przekonującą, ale jednego nie mógłby nie zauważyć, gdyby Ewangelie czytał rzetelnie: że Pan Jezus był postacią par excellence religijną i wszystkie Jego cuda (co by Celsus o nich nie sądził) są w Ewangeliach przedstawione w kontekście Jego religijnego posłannictwa. Toteż porównując Go do kuglarzy jarmarcznych, Celsus daje tylko świadectwo swojej nonszalancji i nieuczciwości.

Zobaczmy więc, co w opisach cudów Pana Jezusa powinien zauważyć nawet Celsus, człowiek chrześcijaństwu nieżyczliwy, gdyby Ewangelię czytał uczciwie. Po pierwsze, nie znajdziemy w cudach Pana Jezusa nawet śladu popisywania się, chęci budzenia podziwu, a nawet zyskiwania sobie zwolenników. Do popisywania się kusił Go na pustyni szatan, podsuwając Mu pomysł efektownego skoku ze szczytu świątyni (Mt 4,5n). Do jakiegoś cudu na zawołanie próbowali Go namówić faryzeusze (Mk 8,11n), a kiedy wisiał na krzyżu, wrogowie szyderczo obiecywali Mu, że w Niego uwierzą, jeśli potrafi zstąpić z krzyża (Mt 27,42n). Trudno sobie nawet wyobrazić, że Syn Boży mógłby podjąć tak niegodne propozycje.

Jezus nie tylko nigdy nie uczynił cudu dla samego cudu, ale z całą świadomością zmniejszał zasięg oddziaływania swoich cudów, jeśli istniało niebezpieczeństwo, że ludzie nie zauważą w nich dzieła Bożej miłości. Toteż świadkom cudu oraz cudownie uzdrowionym Jezus nieraz zakazywał mówić o tym (Mk 1,44; 5,43; 7,36), unikał bowiem taniej popularności zwłaszcza gdyby ona miała wzmacniać jakieś rozpowszechnione wówczas fałszywe wyobrażenia na temat Mesjasza. Dlatego też, kiedy po cudownym rozmnożeniu chleba chciano „Go porwać i obwołać królem” (J 6,15), Jezus zdemaskował całą powierzchowność takiej fascynacji swoją Osobą (J 6,26) i pokazał głęboki, sięgający życia wiecznego, sens dokonanego cudu, co zresztą doprowadziło do gwałtownego spadku Jego popularności (J 6,60-66).

Po wtóre, celem cudów Jezusa jest zawsze dobro człowieka. „Dobrze uczynił wszystko – zapisuje Ewangelista Marek reakcję tłumu na uzdrowienie głuchoniemego – nawet głuchym słuch przywraca i niemym mowę” (7,37). Jednak Jezus czyniący cuda nie jest dobroczyńcą tylko doczesnym, Jego cuda są darem zbawczym, darem na życie wieczne. Dlatego oczekuje od uzdrowionych nowego życia: „Oto wyzdrowiałeś – mówi uzdrowionemu z paraliżu – nie grzesz już więcej, aby ci się coś gorszego nie przydarzyło” (J 5,14). Warto zauważyć, że bardzo podobne słowa usłyszała cudzołożnica, którą Zbawiciel uwolnił od jej prześladowców (J 8,11).

Dary, jakich Pan Jezus udzielał ludziom swoimi cudami, były często znakiem lub zapowiedzią darów daleko większych, przynoszących życie wieczne. Przede wszystkim daru wiary. Udzielał Jezus tego daru w sposób głęboko zgodny z naszą ludzką godnością, wzywając zainteresowanych do aktywnego ubiegania się o ten dar (Mt 9,28; Mk 5,36; <MI> 9,23) lub dobrotliwie wypominając im niedowiarstwo (Mt 8,26; 14,31). Z kolei niewidomy, którego Zbawiciel obdarzył wzrokiem, otrzymał dar wiary jako nieoczekiwane uwieńczenie doznanego cudu (J 9,35-38).

Jednak ostatecznym darem, którego obietnicę zawierały w sobie cuda Pana Jezusa i na którego przyjęcie przygotowywały, był On sam. To bardzo znamienne, że po rozmnożeniu chleba Jezus wypowiada słowa, które odsłaniają najgłębszy sens tego cudu: „Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba; jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki” (J 6,51). Analogiczne słowa poprzedzają cud uzdrowienia niewidomego: „Ja jestem światłością świata; kto idzie za Mną, nie będzie chodził w ciemności, lecz będzie miał światło życia” (J 8,12). Bardzo podobne słowa zabrzmiały tuż przed wskrzeszeniem Łazarza: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem; kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie” (J 11,25).

To prawda, że nie tylko Jezus czynił cuda. Miłość ze swojej natury lubi czynić cuda. Każdy, kto stara się żyć według programu miłości, jakoś wie o tym z własnego doświadczenia. Jednak Pan Jezus jest nie tylko kimś kochającym, On jest Synem Bożym i naszym Zbawicielem. Toteż Jego cuda nie tylko obdarzały dobrem. One obdarzały dobrem skierowanym aż ku życiu wiecznemu. Mało tego: dobro, jakie otrzymywali ludzie dzięki cudom Jezusa, stanowiło zapowiedź, że ostatecznie chce On im udzielić w darze samego Siebie.

To prowadzi nas do trzeciej istotnej cechy cudów Pana Jezusa: one jawnie zwracały ludzi do Boga i kończyły się Jego uwielbieniem. Ewangeliczne opisy cudów rozbrzmiewają wysławianiem Boga. „Tłumy zdumiewały się widząc, że niemi mówią, ułomni są zdrowi, chromi chodzą, niewidomi widzą. I wielbiły Boga Izraela” (Mt 15,31). Tłumy wielbiły Boga po uzdrowieniu paralityka (Mt 9,8) i po wskrzeszeniu młodzieńca z Nain (Łk 7,16). Uzdrowiony pod Jerychem „szedł za Nim, wielbiąc Boga; tak że cały lud, który to widział, oddał chwałę Bogu” (Łk 18,42). Zgrzytem w epizodzie uzdrowienia dziesięciu trędowatych było to, że aż dziewięciu zapomniało uwielbić za to Boga, toteż wprawdzie dziesięciu zostało uzdrowionych na ciele, ale tylko jeden z nich doznał również uzdrowienia duchowego (Łk 17,17-19).

Podsumujmy: nie w tym, że Jezus czynił cuda, należy szukać potwierdzenia Jego posłannictwa i Jego nauki, ale w tym, że czynił takie cuda, w taki sposób i z takimi skutkami duchowymi.

Jezus cały był Świadkiem miłości Ojca Przedwiecznego do nas ludzi – o miłości Bożej do nas świadczyły nie tylko Jego cuda, również Jego nauka, Jego postępowanie i całe Jego życie. „Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca” (J 14,9) – powiedział kiedyś sam o Sobie. Toteż Samarytanie uwierzyli w Niego, choć nie widzieli żadnego cudu. „Wierzymy nie dzięki twemu opowiadaniu – powiedzieli swojej krajance, dzięki której mogli zaprosić Jezusa do siebie – ale na własne uszy usłyszeliśmy i jesteśmy przekonani, że On jest prawdziwie Zbawicielem świata” (J 4,42).

Czyż my, którzy wierzymy w Jezusa dzisiaj, nie odczuwamy podobnie, jak owi Samarytanie? Przecież Jezus wywiązuje się ze swojej obietnicy i rzeczywiście jest z nami po wszystkie dni, aż do skończenia świata. Naucza nas dróg Bożych, uzdrawia nas z naszej ślepoty i trądu, i paraliżu, karmi nas własnym Ciałem. Również my sami możemy mówić to, co napisał kiedyś Apostoł Jan: że wierzymy w to, „co było od początku, cośmy usłyszeli o Słowie życia, co ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały ręce nasze – bo Życie nam się objawiło” (1 J 1,1n).

Jeśli dobrze wgłębimy się w okoliczności i cel cudów Jezusa, sami będziemy umieli odróżniać cuda prawdziwe od fałszywych. Pozostawmy na boku, jako dla naszego tematu mniej ważne, różne wydarzenia nadzwyczajne, które zdają się nie mieć żadnego sensu, ani bożego, ani bezbożnego. Otóż sam Pan Jezus przestrzegał nas przed fałszywymi mesjaszami i fałszywymi prorokami, którzy „działać będą wielkie znaki i cuda, by w błąd wprowadzić, jeśli to możliwe, także wybranych” (Mt 24,24). Apostoł Paweł fałszywe cuda przypisywał szatanowi (2 Tes 2,9-11). W Apokalipsie wyraźnie mówi się o tym, że celem fałszywych cudów jest doprowadzenie ludzi do tego, ażeby zaczęli kłaniać się Bestii (13,13n; 16,13n).

Krótko mówiąc, fałszywość cudów poznaje się zwłaszcza po tym, że wprowadzają one zamęt w nasze relacje z Bogiem, a nawet podpowiadają nam odejście od Boga do takich lub innych służb bałwochwalczych. Dodatkowym kryterium fałszywości cudu jest egocentryzm cudotwórcy lub jego daltonizm na prawa miłości oraz na obietnicę życia wiecznego.

http://www.nonpossumus.pl/biblioteka/jacek_salij/praca_nad_wiara/49.php

———————————————

Cuda dokonywane przez Chrystusa Pana nie były typu: zamiana krzesła w wielbłąda czy rozpłynięcie się w powietrzu. Odzwierciedlały one głównie procesy, które naprawdę występują w naturze tylko w wolniejszym tempie.

Istnieje działalność Boga sprawowana w świecie stworzonym, powiedzmy sobie, całościowa działalność, której ludzie nie chcą rozpoznać. Cuda dokonane przez Boga wcielonego, który żył jako człowiek w Palestynie, dotyczą dokładnie tych samych rzeczy co całościowa działalność, tyle że dokonują się w innym tempie i na mniejszą skalę. Jednym z ich głównych celów jest to, by ludzie zobaczywszy rzecz dokonaną przez indywidualną, osobową moc w małej skali, mogli uznać – kiedy ujrzą tę samą rzecz dokonaną w dużej skali – że moc stojąca za nią jest również osobową i że w rzeczywistości chodzi tu o tę samą Osobę, która żyła pośród nas dwa tysiące lat temu. Cuda są w istocie rzeczy przepisywaniem drobnymi literkami dokładnie tej samej historii, która jest pisana w całym świecie literami zbyt dużymi, by niektórzy z nas mogli je zobaczyć. Z tego dużego zapisu część jest już widoczna, część wciąż pozostaje przed nami zakryta. Innymi słowy, niektóre z cudów sprawiają w wymiarze ograniczonym to, co Bóg już uczynił w skali uniwersalnej, inne dotykają tego, czego On jeszcze nie uczynił, lecz niechybnie sprawi. W tym sensie, i z naszego ludzkiego punktu widzenia, niektóre są przypomnieniami, a inne proroctwami.

Bóg stwarza winorośl i uczy ją, by przez korzenie wciągała wodę do góry i żeby z pomocą słońca zamieniała wodę w sok, który sfermentuje i nabierze określonych właściwości. W ten sposób co roku od czasów Noego po dziś dzień Bóg zamienia wodę w wino. Tego ludzie nie potrafią dostrzec. Albo – jak poganie – wiążą ten proces z jakimś określonym duchem, Bachusem czy Dionizosem, albo też – jak współcześni – przypisują rzeczywistą i ostateczną przyczynowość chemicznym i innym materialnym zjawiskom, które są wszystkim, czego nasz umysł może się w tym dopatrzyć. Lecz kiedy Chrystus w Kanie przemienia wodę w wino, zdejmuje zasłonę z całego tego procesu . Jeżeli cud ten przekonuje nas jedynie o tym, że Chrystus jest Bogiem, to jego oddziaływanie na nas jest połowiczne: będzie ono pełne, gdy patrząc na winnice albo pijąc wino, za każdym razem będziemy pamiętać, że to działa On, Ten, który był na przyjęciu weselnym w Kanie. Co roku Bóg zamienia małą ilość zboża w dużą; sieje się ziarno, ono się rozmnaża, a ludzie, zgodnie ze zwyczajem swojej epoki, mówią: „Oto Ceres, oto Adonis, oto Król Zboża”; lub też: „Oto prawa natury”. Skondensowaną, przetransponowaną formą tego corocznego cudu jest nakarmienie pięciu tysięcy . Chleb nie powstaje tam z niczego. Nie jest zrobiony z kamieni, jak to pewnego razu na próżno diabeł proponował Chrystusowi Panu . Mała ilość chleba zostaje zamieniona w dużą ilość chleba. Syn nie uczyni niczego, jeżeli nie widzi, by czynił to Ojciec. Istnieje tu coś, co można nazwać rodzinnym, familijnym stylem.

Cuda uzdrawiania są podporządkowane tej samej zasadzie. Bywa to czasem niezrozumiałe dla nas z powodu nieco magicznego punktu widzenia, jaki mamy w odniesieniu do zwykłego lekarstwa. Lekarze patrzą na to inaczej. Siła magiczna nie spoczywa w lekarstwie, lecz w ciele pacjenta. Rola lekarza polega na stymulowaniu naturalnych funkcji organizmu lub na usuwaniu przeszkód. W pewnym sensie, choć wygodniej jest nam mówić o wyleczeniu rany, każda rana leczy się sama; żaden opatrunek nie spowoduje, by skóra zasklepiła się nad raną na ciele zmarłego. Ta sama tajemnicza siła, którą nazywamy grawitacyjną, gdy steruje planetami, i biochemiczną, kiedy leczy ciało, stanowi przyczynę sprawczą wszystkich wyzdrowień, a jeżeli Bóg istnieje, to siła ta, pośrednio lub bezpośrednio, należy do Niego. Wszyscy, którzy zostają wyleczeni, są wyleczeni przez Niego, uzdrowiciela od wewnątrz. Lecz kiedyś zechciał On to uczynić w sposób widzialny; jako Człowiek spotykający się z człowiekiem.

Proszę sobie nie wyobrażać, że staram się uczynić cuda mniej cudownymi. Nie dowodzę, że są one bardziej prawdopodobne przez to, że są mniej niepodobne do zdarzeń naturalnych; próbuję odpowiedzieć tym, którzy uważają je za arbitralne, teatralne, niegodne Boga, bezsensowne zakłócenia ogólnego porządku. Dla mnie pozostają w pełni cudami. Uczynienie w sposób natychmiastowy z ziarnem, które jest już nieżywe i upieczone w bochenki, tego, co normalnie dzieje się powoli z żywym ziarnem, jest cudem tak samo wielkim jak zrobienie chleba z kamieni; cudem równie wielkim choć innego rodzaju. Na tym rzecz polega.

Kiedy otwieram karty książek Owidiusza czy braci Grimm, znajduję ten rodzaj cudów, które rzeczywiście byłyby arbitralne. Drzewa mówią, domy zamieniają się w drzewa, magiczne pierścionki wyczarowują w odludnych miejscach stoły suto zastawione jedzeniem, statki stają się boginiami, a ludzie przemieniają się w węże, ptaki lub niedźwiedzie. Przyjemnie się to czyta, ale najmniejsze podejrzenie, iż rzecz naprawdę miała miejsce, zamieniłoby tę przyjemność w koszmar. Tego rodzaju cudów nie znajduje się w Ewangeliach. Takie rzeczy, gdyby istniały, świadczyłyby o tym, że jakaś obca moc dokonała inwazji na naturę; w najmniejszym stopniu nie mogłyby one być dowodem na to, iż była to ta sama moc, która stworzyła naturę i kieruje nią każdego dnia. Prawdziwe natomiast cuda wyrażają nie po prostu jakiegoś boga, ale Boga: tego, który jest poza naturą nie jako ktoś obcy, lecz jako jej monarcha. Cuda te ogłaszają nie tylko, że jakiś król odwiedził nasze miasto, lecz iż jest to ten Król, nasz Król.

„Bóg na ławie oskarżonych” – C.S. Lewis

—————————

PS Na sam koniec jedno spostrzeżenie. Wrogowie chrześcijaństwa w starożytności nie zaprzeczali temu, że Jezus czynił cuda lub coś, co na nie wyglądało. Uważali po prostu, że była to tylko jakaś magia, iluzja, sztuczki itp. Załóżmy jednak, że Jezus nie czynił żadnych cudów i to co opisują ewangeliści zostało przez nich wymyślone. O cudach napisali tylko po to, aby dodać niezwykłości Nazarejczykowi. W Ewangeliach znajdują się pewne dwa ciekawe fragmenty związane z cudami. Jednym z nich jest pewnego rodzaju niepowodzenie* Jezusa w dokonaniu cudów w jego rodzinnej Galilei. Drugim wydarzeniem nas interesującym jest ten cud, który jest największy – Zmartwychwstanie. Otóż co zobaczymy jak spojrzymy na opis tego drugiego cudu w NT? Nic. Największy, najbardziej spektakularny cud nie jest w ogóle opisany. Ani jednego słowa. Po prostu stwierdzono, że grób jest pusty. I teraz pytanie. Czy ludzie wymyślający cuda w życiu Chrystusa, aby podkreślić Jego wyjątkowość, umieściliby jednocześnie dwa tak dziwne opisy wydarzeń? Co ich powstrzymywało (poza uczciwością), przed stworzeniem jakiegoś spektakularnego opisu Jezusa opuszczającego grób. Po co wzmianka o niepowodzeniu Chrystusa w Galilei w dokonywaniu cudów?

* Jezus nie czynił cudów dla popisywania się. Ich celem miało być nawrócenie ludzi ku Bogu i odstąpienie od grzechu.  Niestety usposobienie moralno-duchowe niektórych ludzi jest takie, że nawet cud ich nie zmieni. Jezus to wiedział, dlatego nie czynił cudów w Galilei. Nie dałyby one żadnych owoców. „Nie rzucajcie pereł między wieprze”.