ZARZUTY „Ziemia jest tylko pyłkiem we wszechświecie”.

Posted: 12 października 2014 in ZARZUTY WOBEC CHRZEŚCIJAŃSTWA

exo-planet-earth-from-space

Gdy patrzę na Twe niebo, dzieło Twych palców,
księżyc i gwiazdy, któreś Ty utwierdził:
czym jest człowiek, że o nim pamiętasz,
i czym – syn człowieczy, że się nim zajmujesz?
[Psalm 8]

Pod jednym względem, co nie uszło uwagi wielu chrześcijan, współczesna nauka przybliżyła się ostatnio do doktryny chrześcijańskiej, a oddaliła od materializmu w jego klasycznej postaci. Jeżeli cokolwiek jasno wynika z ustaleń współczesnej fizyki, to to, że natura nie jest wieczna. Wszechświat miał początek i będzie miał koniec. Wszystkie wielkie materialistyczne systemy przeszłości zakładały wieczność i, co za tym idzie, samoistność materii. Jak powiedział profesor Whittaker w wykładzie wygłoszonym w ramach „Riddell lectures” w 1942 roku: „Nigdy nie można było poważnie przeciwstawić się dogmatowi o Stworzeniu, nie utrzymując, że świat od zawsze istniał w swoim mniej więcej obecnym stanie” . Ta podstawowa zasada materializmu została dzisiaj wycofana. Nie powinniśmy wszakże zbyt mocno opierać się na tym, ponieważ teorie naukowe zmieniają się. W tej jednak chwili ciężar dowodzenia spoczywa raczej nie na nas, lecz na tych, którzy zaprzeczają temu, że natura ma jakąś przyczynę poza samą sobą.

W myśleniu potocznym – jak mniemam – przywiązywało się mniejszą wagę do pochodzenia wszechświata niż do jego atrybutów: ogromnych rozmiarów i pozornej obojętności, jeżeli nie wrogości, w stosunku do ludzkiego życia. Bardzo często cechy te robią tym większe wrażenie na ludziach, że wydają się nowym odkryciem – wspaniałym przykładem tego, o czym nasi przodkowie nie wiedzieli, a czego świadomość postawiłaby pod znakiem zapytania same początki chrześcijaństwa. Jest to zwykłe fałszowanie historii. Ptolemeusz wiedział tak samo dobrze jak Eddington , że Ziemia jest nieskończenie mała w porównaniu z tym wszystkim, co zawiera przestrzeń . Problem nie polega na tym, że wiedza urosła do rozmiarów, których ramy archaicznej myśli już nie są w stanie objąć. Problemem jest pytanie, dlaczego przestrzenna znikomość Ziemi, mimo że była czymś znanym przez wieki, miałaby nagle w ostatnim stuleciu stać się argumentem przeciwko chrześcijaństwu. Nie wiem, dlaczego tak się stało, ale bez wątpienia nie jest to oznaką większej jasności myślenia, ponieważ argument opierający się na rozmiarze jest, według mnie, argumentem bardzo słabym.

Kiedy lekarz podczas sekcji zwłok rozpoznaje zatrucie, wskazując na stan organów nieżyjącego człowieka – uzasadnienie jest racjonalne, ponieważ ma on jasny obraz tego, w jakim stanie znajdowałyby się narządy, gdyby nie było w nich trucizny. Analogicznie, jeżeli powołujemy się na ogromne rozmiary przestrzeni i małe rozmiary Ziemi po to, by zaprzeczyć istnieniu Boga, powinniśmy mieć jasny obraz tego, jakiego rodzaju wszechświata moglibyśmy oczekiwać, gdyby Bóg rzeczywiście istniał. Lecz czy dysponujemy takim obrazem? Przestrzeń, jakakolwiek by ona była – a oczywiście niektórzy współcześni uważają ją za skończoną – jest przez nas odbierana jako trójwymiarowa, w przestrzeni zaś trójwymiarowej nie możemy wyobrazić sobie granic. Z powodu samej natury naszego postrzegania musimy więc odczuwać, że żyjemy gdzieś w nieskończonej przestrzeni. Gdybyśmy w tej nieskończonej przestrzeni nie odkryli żadnych obiektów poza tymi, z których korzysta człowiek (nasze słońce i księżyc), to owa ogromna pustka służyłaby, rzecz jasna, jako mocny argument przeciwko istnieniu Boga. Jeżeli odkrywamy inne ciała astralne, to albo nadają się one do zamieszkania, albo nie: dziwnym jest tutaj to, że obie te hipotezy wykorzystuje się jako podstawę do odrzucania chrześcijaństwa. Jeśli bowiem wszechświat tętni życiem, to fakt ten, mówi się nam, sprowadza do absurdu chrześcijańskie twierdzenie – lub to, co jest uważane za chrześcijańskie twierdzenie – że człowiek jest istotą jedyną w swoim rodzaju, i chrześcijańską doktrynę, iż na tę jedną planetę Bóg zstąpił i przyjął ciało dla nas ludzi i dla naszego zbawienia. Jeżeli, z drugiej strony, ziemia jest naprawdę czymś niepowtarzalnym, dowodzi to tego, że życie jest tylko przypadkowym produktem ubocznym we wszechświecie, i również obala naszą religię. Rzeczywiście, trudno jest dogodzić człowiekowi. Traktujemy Boga tak, jak policja traktuje człowieka w areszcie; czegokolwiek by On nie robił, wszystko będzie świadczyć przeciwko Niemu. Nie sądzę, by należało to przypisywać naszej złośliwości. Podejrzewam, że jest coś w samym sposobie naszego myślenia, co sprawia, iż zawsze jesteśmy rozczarowani aktualną rzeczywistością, jakiegokolwiek charakteru by ona nie była. Być może stworzeniu skończonemu i przypadkowemu – stworzeniu, które mogłoby nie istnieć – zawsze będzie trudno pogodzić się z brutalnym faktem, że jest ono, tu i teraz, związane z istniejącym porządkiem rzeczy.

Jak by nie patrzeć, oczywiste jest, że cały argument rozmiaru opiera się na założeniu, iż różnice w rozmiarze powinny współgrać z różnicami w wartości: bo o ile tak nie jest, nie ma żadnego powodu, dla którego mikroskopijna Ziemia i jeszcze mniejsze istoty ludzkie na niej nie miałyby być najważniejszymi rzeczami we wszechświecie pełnym mgławic gwiezdnych. Czy wniosek ten jest racjonalny, czy też emocjonalny? Odczuwam, tak samo jak i wszyscy inni, absurdalność przypuszczenia, że galaktyka mogłaby mieć w oczach Boga mniejsze znaczenie niż taka drobina jak istota ludzka. Zauważam natomiast, że nie odczuwam podobnej absurdalności w przypuszczeniu, iż człowiek, który ma metr pięćdziesiąt wzrostu, może być ważniejszy od innego, który ma metr pięćdziesiąt osiem i pół centymetra – ani też, że człowiek może znaczyć więcej niż drzewo, a mózg więcej niż noga.

Innymi słowy, poczucie absurdu rodzi się dopiero wówczas, kiedy różnice w wielkości są bardzo znaczne. Lecz gdy jakąś relację może uchwycić rozum, powszechnie ona obowiązuje. Gdyby między wielkością a wartością istniało rzeczywiste powiązanie, małe różnice w rozmiarze towarzyszyłyby małym różnicom w wartości, tak samo jak duże różnice w rozmiarze dużym różnicom w wartości. Żaden rozumny człowiek nie mógłby jednak uważać, że tak jest w istocie. Nie sądzę, żeby wyższy człowiek był trochę bardziej wartościowy niż niższy. Nie przyznaję odrobiny wyższości drzewom nad ludźmi, aby ją potem pominąć, gdyż jest zbyt mała, żeby sobie zawracać nią głowę. Tak długo, jak długo mam do czynienia z małymi różnicami w rozmiarach, odczuwam, że nie mają one żadnego najmniejszego związku z wartością. Wyciągam stąd wniosek, że znaczenie przypisywane dużym różnicom w wielkości jest sprawą nie tyle rozumu co emocji – tej szczególnej emocji, którą wywołuje przewaga w wielkości dopiero po dojściu do pewnych bardzo znacznych rozmiarów.

Jesteśmy niepoprawnymi poetami. Kiedy ilość staje się ogromna, przestajemy ją już uważać za zwykłą ilość. Budzi się nasza wyobraźnia i zamiast zwyczajnej ilości, dostrzegamy teraz jakość – majestatyczność. Gdyby tak nie było, czysto arytmetyczny ogrom galaktyki nie wywoływałby większego wrażenia niż cyfry w książce telefonicznej. W pewnym więc sensie to z nas samych materialny wszechświat czerpie energię, by napełniać nas grozą. Dla umysłu, który by nie podzielał naszych emocji i nie posiadałby siły wyobraźni, argument rozmiaru byłby zupełnie pozbawiony sensu. Ludzie przyglądają się niebu usianemu gwiazdami ze czcią: małpy nie. „Wiekuista cisza nieskończonych przestrzeni przerażała” Pascala , a przerażała go dlatego, że był wielkim człowiekiem. Kiedy czujemy strach przed wielkością wszechświata, czujemy (prawie dosłownie) strach przed naszymi własnymi cieniami: dlatego te lata świetlne i miliardy wieków są zwykłą arytmetyką, dopóki cień człowieka, poety, twórcy mitów, nie padnie na nie. Nie twierdzę, że nie mamy słuszności, drżąc na widok tego cienia: jest to cień obrazu Boga. Jeżeli kiedykolwiek ogrom materii będzie chciał grozą przeszyć nasze dusze, trzeba pamiętać, że robi to materia uduchowiona. Wielka mgławica Andromedy w pewnym sensie zawdzięcza swoją wielkość drobnemu człowiekowi.

To popycha mnie do stwierdzenia raz jeszcze, że trudno nam dogodzić. Gdyby świat, w którym się znaleźliśmy, nie był wielki i na tyle dziwny, by obdarować nas przerażeniem Pascala, jakże biednymi istotami byśmy byli! Będąc tym, kim jesteśmy, racjonalnymi, lecz również obdarzonymi psychiką stworzeniami o podwójnej naturze, które zaczynają od świata zmysłowego i docierają przez mit i metaforę do świata duchowego, nie widzę, jak moglibyśmy dojść do poznania wielkości Boga bez tej wskazówki, jakiej dostarcza nam wielkość materialnego wszechświata. Jeszcze raz pytam, jakiego rodzaju wszechświata się domagamy?! Gdyby był on dostatecznie mały, by być przytulnym, nie byłby wystarczająco duży, by być majestatycznym. Jeżeli jest on wystarczająco wielki, byśmy mogli rozwinąć w nim skrzydła naszego ducha, musi być również na tyle wielki, by nas napełniać niepokojem. W świecie, jak byśmy go sobie nie wyobrażali, musimy być ograniczeni lub przerażeni, jedno z dwojga. Ja wolę przerażenie. Dusiłbym się we wszechświecie, którego krańce mógłbym widzieć. Czy nigdy, spacerując po lesie, rozmyślnie nie zawróciliście z drogi w obawie, że moglibyście wyjść z jego drugiej strony, przez co w waszej wyobraźni zakodowałby się on na zawsze jako nędzne, zwykłe pasmo drzew? [1943]

—————————————

– To wszystko drobiazgi – powiedział mój przyjaciel. – Widzisz, rzeczywiste zarzuty sięgają dużo głębiej. Cały obraz wszechświata, jaki odsłoniła nam nauka, sprawia, że bzdurą byłoby wierzyć, iż kryjąca się za nim Potęga mogłaby być zainteresowana nami, malutkimi stworzonkami pełzającymi po jakiejś mało ważnej planecie! Jest rzeczą zupełnie oczywistą, że wszystko to zostało wymyślone przez ludzi, którzy wierzyli, że Ziemia jest płaska, a gwiazdy oddalone od niej tylko o milę czy dwie.

– Kiedy ludzie w to wierzyli?

– No wiesz! Wszyscy ci dawni chrześcijańscy jegomoście, o których ciągle mówisz, w to wierzyli. Mam tu na myśli Boecjusza i Augustyna, i Tomasza z Akwinu, i Dantego.

– Wybacz, przyjacielu – powiedziałem – ale to jest akurat jeden z kilku tematów, na których się trochę znam. – Sięgnąłem ręką na półkę z książkami. – Widzisz tę książkę? – zapytałem.

– To Almagest Ptolemeusza. Czy wiesz, co to jest?

– Wiem – odparł. – Jest to klasyczny podręcznik astronomii, którego używano przez całe średniowiecze.

– A zatem przeczytaj to tylko – poprosiłem, wskazując księgę I, rozdział 5.

– „Ziemia – czytał mój przyjaciel trochę niezdecydowanie, jako że tłumaczył z łaciny – Ziemia w stosunku do odległości od stałych gwiazd ma rozmiar niedostrzegalny i należy ją traktować jako punkt matematyczny!” Znowu nastąpiła chwila milczenia.

– Czy oni naprawdę wiedzieli to już wtedy? – spytał mój przyjaciel. – Przecież… przecież żadna z historii nauk przyrodniczych, żadna ze współczesnych encyklopedii nigdzie nie wspomina o tym fakcie.

– No właśnie. Pozostawiam tobie zastanowienie się nad przyczyną. Prawie wygląda na to, że komuś zależało na zatuszowaniu tego, nieprawdaż? Ciekaw jestem, czemu?

Znowu nastąpiła chwila milczenia.

– W każdym razie – powiedziałem – teraz dokładniej możemy postawić problem. Ludzie zwykle uważają, że sprawa polega na tym, jak pogodzić to, co wiemy na temat rozmiarów wszechświata, z naszymi tradycyjnymi ideami religijnymi. Okazuje się, iż nie jest to żadnym problemem. Prawdziwy problem polega na tym, że ogromny rozmiar wszechświata i znikomość Ziemi były znane przez wieki i nigdy nikomu się nie śniło, że fakty te mają jakiś związek ze sprawą religii. Po czym, niecałe sto lat temu, zostają one nagle sprokurowane jako argumenty przeciwko chrześcijaństwu. A ludzie, którzy je prokurują, dokładnie tuszują fakt, iż były one znane od dawien dawna. Czy nie wydaje ci się, że wy, wszyscy ateiści, jesteście bardzo mało dociekliwymi ludźmi? [1945]

„Bóg na ławie oskarżonych” – C.S. Lewis

Advertisements

Możliwość komentowania jest wyłączona.