Archiwum dla Styczeń, 2015

Seria „ARGUMENTY ZA WIARĄ” ma na celu pokazanie, że chrześcijaństwo i ogólnie wiara w Boga nie jest czymś co wymaga całkowitego wyłączenia myślenia. Cykl ten może nie da niezbitego 100% dowodu na istnienie Boga (nie taki jest jego cel), lecz powinien sprawić, aby przynajmniej niektóre osoby niewierzące zmieniły swoją postawę z bezmyślnego wyśmiewania chrześcijaństwa w założenie, że „być może coś w tym jest”. Z kolei osoby już wierzące być może wzmocnią swoją wiarę po kolejnych wpisach z tej serii.

1102009454_univ_lsr_lg

Wszyscy wiedzą, że jedną z cech Pisma Świętego są licznie występujące w nim proroctwa. W przypadku wielu z nich można wysuwać dwa zarzuty. Pierwszy mówi o tym, że proroctwo zostało spisane po wydarzeniu które przewiduje. Zarzut ten przytacza się np. w odniesieniu do Księgi Daniela. Drugi zarzut mówi, że np. dana osoba umyślnie zachowała się w określony sposób, aby w ten sposób proroctwo wypełnić. Istnieje jednak w ST proroctwo (jedno z największych), któremu nie można w żaden sposób postawić tych zarzutów. Wskazuje ono na to, że wiara w Boga Jahwe (wyznawana tylko przez małą grupkę żydów) rozejdzie się po całym świecie. Kilka cytatów:

Nie będziesz więc odtąd nazywał się Abram, lecz imię twoje będzie Abraham, bo uczynię ciebie ojcem mnóstwa narodów (Rdz 17:5)

Przez ciebie będą otrzymywały błogosławieństwo ludy całej ziemi (Rdz 12:3)

A potomstwo twe będzie tak liczne jak proch ziemi, ty zaś rozprzestrzenisz się na zachód i na wschód, na północ i na południe; wszystkie plemiona ziemi otrzymają błogosławieństwo przez ciebie i przez twych potomków. (Rdz 28:14)

Wszystkie ludy ziemi będą sobie życzyć szczęścia [takiego, jakie jest udziałem] twego potomstwa, dlatego że usłuchałeś mego rozkazu (Rdz 22:18)

A mówił: «To zbyt mało, iż jesteś Mi Sługą dla podźwignięcia pokoleń Jakuba i sprowadzenia ocalałych z Izraela! Ustanowię cię światłością dla pogan, aby moje zbawienie dotarło aż do krańców ziemi (Iz 42:6)

No i teraz pytanie: jakie było prawdopodobieństwo, że to właśnie ta niezwykła wiara Żydów rozejdzie się po całym świecie tak, jak to zostało przepowiedziane na wieki przed chrześcijaństwem? Tym bardziej, że w tamtych czasach istniała ogromna ilość różnych bóstw, których liczba wyznawców przekraczała niewyobrażalnie liczbę czcicieli Jahwe. Patrz np. kult Marduka w potężnym Babilonie. Co musieli myśleć Żydzi będąc w niewoli babilońskiej, kiedy to Nabuchodonozor doprowadził do ich uprowadzenia i zniszczenia Świątyni Jahwe? Marduk pokonał Jahwe! Sytuacja po ludzku wyglądała beznadziejnie. Dziś jednak nie ma ani wyznawców Marduka, ani Babilonu.

21 Przedłóżcie waszą sprawę sporną, mówi Pan, podajcie wasze mocne dowody, mówi Król Jakuba. 22 Niechaj przystąpią i niech Nam objawią to, co się ma zdarzyć. Jakie były przeszłe rzeczy? Objawcie, abyśmy to wzięli do serca. Albo oznajmijcie Nam przyszłe rzeczy, abyśmy mogli poznać ich spełnienie. 23 Objawcie to, co ma nadejść w przyszłości, abyśmy poznali, czy jesteście bogami. Zróbcie choć coś, czy dobrego, czy złego, żebyśmy to z podziwem wszyscy oglądali. 24 Otóż wy jesteście niczym i wasze dzieła są niczym; obrzydliwością jest ten, kto was wybiera. [Księga Izajasza rozdział 41, wersety od 21 do 24]

ZOBACZ TAKŻE–> https://znanichrzescijanie.wordpress.com/2014/11/29/argumenty-za-wiara51-6-faktow-dodajacych-wiarygodnosci-biblii/

Seria „ARGUMENTY ZA WIARĄ” ma na celu pokazanie, że chrześcijaństwo i ogólnie wiara w Boga nie jest czymś co wymaga całkowitego wyłączenia myślenia. Cykl ten może nie da niezbitego 100% dowodu na istnienie Boga (nie taki jest jego cel), lecz powinien sprawić, aby przynajmniej niektóre osoby niewierzące zmieniły swoją postawę z bezmyślnego wyśmiewania chrześcijaństwa w założenie, że „być może coś w tym jest”. Z kolei osoby już wierzące być może wzmocnią swoją wiarę po kolejnych wpisach z tej serii.

love-couple3

Na początek zajmijmy się prostszym przypadkiem, a mianowicie materializmem. Materializm jako wyjaśnienie świata odznacza się szaleńczą prostotą. Jego argumentacja charakteryzuje się tymi samymi cechami co argumentacja wariata; od razu czujemy, że kiedy wyjaśnia wszystko, tak naprawdę wszystko pomija. Zastanówmy się nad jakimś uczciwym i zdolnym materialistą, na przykład nad panem McCabem, a natychmiast ogarnie nas to niepowtarzalne uczucie. Jego rozum pojmuje wszystko, ale przy tym nie wydaje mu się, by cokolwiek było warte rozumienia. Jego kosmos może być doskonały do ostatniego gwoździa i trybu, a jednocześnie nigdy nie dorówna wielkością naszemu światu. Wydaje się, że jego schemat, podobnie jak przejrzysty schemat szaleńca, nie uwzględnia obcych energii i wielkiej obojętności ziemi; nie mówi w ogóle o tym, co jest na ziemi rzeczywiście prawdziwe – o waleczności narodów i matczynej dumie, o pierwszej miłości i strachu na morzu. Ziemia jest tak wielka, a kosmos tak mały. Kosmos to chyba najmniejsza dziura, w jakiej człowiek może schować głowę.

Należy przy tym rozumieć, że na razie nie zajmuję się odniesieniem tych doktryn do prawdy, a jedynie do zdrowia. W dalszym toku wywodu mam nadzieję zaatakować kwestię ich obiektywnej prawdziwości, tu jednak zajmę się tylko fenomenem z dziedziny psychologii. Jak dotąd nie staram się udowodnić Haecklowi, że materializm jest nieprawdziwy, tak samo jak nie starałbym się udowodnić człowiekowi, który uważa się za Chrystusa, że jego wysiłki opierają się na błędnym założeniu. Stwierdzam jedynie, że w obu przypadkach mamy do czynienia z taką samą wystarczalnością i niewystarczalnością zarazem. Można wyjaśnić zatrzymanie kogoś w Hanwell [zakład psychiatryczny] przez obojętne społeczeństwo, mówiąc, że jest to ukrzyżowanie boga, którego świat nie jest wart. Takie rozumowanie rzeczywiście tłumaczy zaistniała sytuację. Podobnie można wyjaśnić porządek wszechświata mówiąc, że wszystkie byty, nawet ludzkie dusze, są liśćmi nieuchronnie rozwijającymi się na nieświadomym niczego drzewie ślepego przeznaczenia materii.

To wyjaśnienie także wszystko tłumaczy, chociaż nie jest oczywiście tak wystarczające jak objaśnienie szaleńca. Najważniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że umysł ludzki nie tylko sprzeciwia się owym wyjaśnieniom, ale że sprzeciw, jaki wobec nich odczuwamy, jest bardzo podobny. Można by go streścić w stwierdzeniu, że jeżeli wariat z Hanwell jest bogiem, to kiepski z niego bóg. I analogicznie jeśli materialistyczny kosmos jest prawdziwym kosmosem, jest to dość kiepski kosmos. Samozwańcze bóstwo okazuje się mniej boskie niż wielu znanych nam ludzi, życie zaś (według Haeckla) okazuje się o wiele bardziej szare, ciasne i przyziemne niż wiele jego oderwanych aspektów. Części układanki okazują się większe niż całość.

——————————

Erwin Schrodinger (1887-1961) – jeden z najznamienitszych twórców mechaniki falowej oraz twórca jednego z najważniejszych równań w historii nauki, równania Schrodingera. W książce Nature and the Greeks wydanej przez Cambridge University Press w 1954 roku, oświadcza:

„Jestem bardzo zdumiony, że naukowy obraz realnego świata jest aż tak niepełny. Oferuje on bardzo wiele rzeczowych informacji, układa całe nasze doświadczenie w nadzwyczajnie spójnym porządku, ale zdumiewać może, że milczy o wszystkim bez wyjątku, co jest rzeczywiście bliskie naszemu sercu, co naprawdę ma dla nas znaczenie. Nie jest w stanie powiedzieć niczego o czerwonym i niebieskim, gorzkim i słodkim, fizycznym bólu i fizycznej przyjemności, nie wie niczego o pięknie i brzydocie, dobru i złu, o Bogu i wieczności. Nauka czasami udaje, że odpowiada na pytania z tego zakresu, ale odpowiedzi te często są tak niemądre, że nie jesteśmy skłonni traktować ich serio.”

Joseph McCabe (1867-1955) – ksiądz katolicki a następnie racjonalista zaciekle zwalczający chrześcijaństwo

Ernest Haeckel (1834-1919) – niemiecki biolog i filozof propagator darwinizmu, twórca filozoficznej koncepcji tzw. monizmu (połączenie materializmu przyrodniczego z ewolucjonizmem)

G.K. Chesterton – „Ortodoksja”

ignacy_loyolaCO NAUKA ZAWDZIĘCZA JEZUITOM (TOWARZYSTWO JEZUSOWE)

Duża ilość członków zakonu łączyła religie z pracą naukową. Niektórzy z nich, mieli wkład w rozwój nauki. Wyróżniali się miedzy innymi w takich dziedzinach jak astronomia, matematyka i sejsmologia, którą czasem nazywano „jezuicka nauka”. Wiele osób z zakonu takich jak Maksymilian Hell, Johann Schreck, Gyula Fenyi, Albert Crutz, Jacques de Billy, Orazio Grassi, Christoph Clavius, Giovanni Battista Zupi czy Franz de Paula Triesnecker byli astronomami, którzy przyczynili się rozwoju wiedzy na temat kosmosu. Byli odkrywcami takich zjawisk jak zaćmienie, okultacje, obieg planet wokół słońca, wpływ księżyca na zjawisko pływów, atmosferę Jowisza czy plam na słońcu. Międzynarodowa Unia Astronomiczna nazwała od ich imion kilka kraterów i rowów na księżycu za uznanie ich osiągnięć.

Zakon ma również zasługi w rozwoju Fizyki, przez historyków są opisywani jako Ci którzy „wnieśli największy wkład w rozwój fizyki eksperymentalnej w XVII wieku”.[1] Jezuici przyczynili się do rozpowszechnienia zegarów wahadłowych, barometrów, teleskopów zwierciadlanych i mikroskopów, co stwierdził Jonathan Wright. Mają oni również wkład w rozwój wiedzy o magnetyzmie i optyce, elektryczności i biologii. Jednym z najwszechstronniejszych uczonych wszech czasów był Athanasius Kircher, a Ruder Josip Baskovic – prekursorem geometrii nieeuklidesowej i teorii względności.

Pod koniec XVIII wieku prowadzili siedemset szkół średnich i wyższych na pięciu kontynentach oraz kształcili około 20% Europejczyków odbierających klasyczną edukację.[2]

Działający na dalekim wschodzie i w Ameryce łacińskiej jezuiccy misjonarze nie ograniczali się do posługi religijnej. Członkowie Towarzystwa, tacy jak na przykład Lorenzo Hervás y Panduro, Jean-François Gerbillon, Claude de Visdelou, Sabatino de Ursis, Diego de Pantoja, Joachim Bouvet, Jean Joseph Marie Amiot czy José de Acosta dogłębnie badali przyrodę, geografie, kulturę i historie krajów w których mieszkali. Bardzo ważnym było to, że rozpowszechniali tą wiedzę w gronie elit europejskich. Dzielili się również osiągnięciami Europy w krajach misyjnych, przyczyniając się do ich rozwoju. Najbardziej doceniali ich władcy Chin, którzy chętnie powierzali im funkcje na dworze. (mandaryn Johann Adam Schall von Bell).

Patricia Buckley Ebrey podaje iż Jezuici w Chinach, byli uważani za specjalistów w dziedzinie astronomii, kalendarza, matematyki, geografii i hydrauliki.[3]

———————————

[1] Lindberg David C., Numbers Ronald Leslie, God and nature. Historical essays on the encounter between Christianity and science, Berkeley, California: University of California Press, 1986.

[2] Chris Lowney, Heroiczne przywództwo. Tajemnice sukcesu firmy istniejącej ponad 450 lat, Wydawnictwo WAM.

[3] Buckley Ebrey Patricia, The Cambridge Illustrated History of China, Cambridge, New York and Melbourne: Cambridge University Press, 1996.

LISTA JEZUITÓW-NAUKOWCÓW–> http://en.wikipedia.org/wiki/List_of_Jesuit_scientists

ZOBACZ–>https://znanichrzescijanie.wordpress.com/2015/01/22/kosciol-katolicki-hamowal-rozwoj-nauki/

A TAKŻE–> https://znanichrzescijanie.wordpress.com/2015/01/23/zarzuty-kosciol-katolicki-hamowal-rozwoj-nauki-cz-ii/

1024px-Studying_astronomy_and_geometry

Pewien profesor historii zdobił zwykle swe wykłady takimi uwagami: „Księża są do niczego! Od wieków nienawidzili oni wiedzy, sztuki, a kochali zawsze wstecznictwo i ciemnotę”.

Raz po wykładzie przyszedł do niego student, dobry i zdolny chłopiec, który nie dał się łatwo zbić z tropu.

– Panie profesorze – rzekł – czy nie byłby pan tak dobry rozwiązać mi kilka wątpliwości, które mną owładnęły od chwili, gdy słucham pańskich wykładów?

– Dlaczego nie, kochany przyjacielu! Bardzo chętnie! O cóż to chodzi?

– Tylko kilka pytań, panie profesorze! Kto zachował nam dzieła starych klasyków? W jaki sposób nie zginęły one, gdy za czasów średniowiecza barbarzyństwo zalało cały świat kulturalny?

– Mnisi poodpisywali je w swych klasztorach i tym sposobem zdołali je uratować.

– Mnisi?

– Tak, mnisi, zwłaszcza benedyktyni.

– Ach te klechy! Więc to oni poodpisywali stare kodeksy i w ten sposób dla nas je uratowali! Musiała to być wielka i żmudna praca? No i naturalnie niejeden nabawił się suchot wśród pyłu bibliotecznego? Nie inaczej! Prawda, to było jeszcze wtenczas, gdy głowy panujące nie umiały się nawet podpisać? Dziwne, zaiste, czasy! I dziwni, zaiste, ci mnisi, że mieli ochotę przepisywać literę po literze z Liwiusza, Cezara, Cycerona, Wirgiliusza itp. A jak te kodeksy wyglądają? Starannie pisane, jak malowane, a inicjały – to istne dzieła sztuki! Przemierzłe klechy!

Po chwili znów drugie pytanie:

– Czy to prawda, że bez nich nie mielibyśmy także Kolumba ani Vasco De Gama? Pewien bowiem mnich, niejaki Fra Mauro, jak powiadają, narysował w roku 1450 ową sławną mapę, którą następnie posługiwał się Kolumb.

– Tak, to prawda, ale taka mapę mógłby narysować także kto inny.

– To się rozumie! Dlaczego by tylko klechom miały przychodzić takie pomysły?

– Czytałem też, panie profesorze, że zamiast niezgrabnych rzymskich cyfr, pewien papież wprowadził w arytmetyce cyfry arabskie.

– Papież Sylwester II. Byłby to uczynił kto inny! Cóż, kiedy papieże zawsze i wszędzie naprzód się pchali!

– Powiadają także, iż lunetę i teleskop też jakiś ksiądz wynalazł. Lecz może to nieprawda? Księża zawsze lubią przyswajać sobie różne rzeczy!

– Nie, to prawda. Franciszkanin Roger Bakon wymyślił te instrumenty.

– A, to przeklęty Bakon! Kiedy on żył właściwie?

– Umarł w roku 1294.

– Był wcześnie już postępowym, prawda?

– A jeszcze coś! Wszak to ksiądz pierwszy udowodnił, że słońce stoi, a ziemia się obraca?

– Tak, Mikołaj Kopernik.

– Przepraszam pana profesora. Dlaczego nazywają wiek, w którym wiedza, sztuka i literatura najwięcej kwitły, złotym wiekiem Leona X?

– Bo papież Leon X był prawdziwym protektorem uczonych, artystów owego czasu.

– Co, papież protektorem cywilizacji?

– Ej, zdaje mi się, mój chłopcze, że sobie ze mnie kpisz!

– Skądże! To wszystko są tylko wątpliwości, nieznośne wątpliwości! Chętnie bym klechom chciał przypiąć łatkę, że są i byli zawsze wstecznikami, lecz te wątpliwości nie dają mi spokoju. Czy prawda, panie profesorze, że pierwsze szkoły ludowe bezpłatne stworzył de la Salle?

– Tak jest, Francuz de la Salle!

– Ksiądz?

– Ksiądz!

– I że pierwszym, który się zajął głuchoniemymi, był Hiszpan ksiądz Pedro de Ponce, a po nim de l’Epée?…

– Niech się pan nie gniewa, panie profesorze! Cóż ja temu winien, że klechy w historii nie dają mi spokoju? Czytałem jeszcze i to: nie dość, że mnich Bertold Szwarz wynalazł proch, mnich Guido d’Arezzo – skalę i podstawowe reguły nauki o harmonii, mnich Tegeruss w Bawarii około roku 1000 malarstwo na szkle, jezuita Cavalieri (1747) polichromię, jezuita Secchi – analizę spektralną…

– Dosyć, do pioruna! Widzę teraz dobrze, że sobie ze mnie kpisz!

– Prawda, prawda! – pierwszy piorunochron nie został wynaleziony przez Franklina, lecz zrobił to już w roku 1754 mnich Premonstratensów proboszcz Prokop Divisch! O tym wspomina nawet Kürschner w leksykonie konwersacyjnym!

– Milcz, gaduło!

– Największym znawcą językowym naszych czasów był kardynał Mezzofanti!

– Ty wsteczniku!

– O nie! Największym wstecznikiem był najsławniejszy paleograf XIX wieku, kardynał Mur.

– Dosyć tych głupstw! Zaraz mi się wynoś!

– A w którym kierunku? Może to panu powiedzieć: diakon Flavio Gioia. On znacznie ulepszył kompas już w roku 1300!

– Tyś całkiem oszalał i masz rozpaloną głowę!

– Jeśli bym się zapalił, to musiałaby przybyć sikawka, by gasić pożar! Sikawki wprowadzili najpierw biali mnisi cystersi, a paryscy kapucyni byli aż do XVII wieku strażakami ogniowymi w Paryżu!

– Jeśli nie zamilkniesz, to wylecisz!

– Może w przestworza powietrzne? Prawda! Pierwszy balon wynalazł jeszcze na 60 lat przed Montgolfierem mnich Bertold Gusman, który w roku 1720 wobec całego dworu portugalskiego wzbił się w powietrze. – Czego pan szuka, panie profesorze? Okularów? – To także wynalazek księży! Okulary wynalazł w trzynastym stuleciu dominikanin Aleksander Spina! Czy pan się tak spieszy, że spogląda na zegarek? Zegarek to również wynalazek księży! Pierwszy zegarek mamy od kronikarza kościelnego Kassiodora (505 r.), ulepszył go Gerbert, późniejszy papież Sylwester II. Pierwszy zegar astronomiczny sporządził opat Ryszard Wallimford w roku 1316. No, ale teraz już idę! Palą się gazowe lampy. Jeszcze tylko słówko, panie profesorze! Pewnie pan wie, że światło gazowe wynaleźli jezuici. Z całą pewnością wynaleźli je jezuici! I w roku 1794 wprowadzili najpierw w Stonyhurst w Anglii, a jezuita Dunn otworzył w roku 1815 w Preston pierwsze towarzystwo gazowe. Do widzenia, panie profesorze! Co, rower także pan ma? Przedmiot ten wynalazł także ksiądz Pinaton, który już w roku 1845 jeździł na dwukołowcu!…

– Przepraszam jeszcze raz! Lecz prawda zostanie zawsze prawdą i tylko prawdę powinien głosić badacz historii!

Artykuł drukowany w „Rycerzu Niepokalanej” nr 1/1930  Rycerz Niepokalanej, 12 grudzień 1997 (498)

http://janusz.neon24.pl/post/112740,kosciol-sprzeciwia-sie-nauce

TUTAJ SPOJRZENIE Z PRZECIWNEJ STRONY–> http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,343

ZOBACZ TAKŻE–> https://znanichrzescijanie.wordpress.com/2015/01/22/kosciol-katolicki-hamowal-rozwoj-nauki/

faith-and-scienceNa pytanie „co sądzisz o relacjach pomiędzy Kościołem Katolickim i nauką” większość odpowie „Galileusz”. Gdyby spytać jednak dokładniej o co chodziło w sprawie Galileusza, to pojawiłby się już mały problem. Gdyby dalej spytać czy jest mimo wszytko jakiś pozytywny wpływ Kościoła na rozwój nauki, a jeśli tak to jaki, to wówczas byłaby zazwyczaj cisza. Prawdą jest nie tylko to, że wielu najwybitniejszych naukowców było chrześcijanami: Pascal, Kepler, Newton, Boyle, Faraday, Maxwell, Pasteur (i to bardzo gorliwymi, co widać po ich licznych tekstach mówiących o ich wierze). To niektórzy wiedzą, choć również najpewniej zdecydowana mniejszość. Faktem jest jednak również, że wśród samych duchownych była ogromna ilość osób, którym nauka zawdzięcza bardzo wiele. Poniżej lista niektórych z nich. Gdyby dodać do tego duchownych protestanckich i prawosławnych to byłaby zapewne dużo dłuższa.

Gregor Mendel (1822-1884) – zakonnik, opat zakonu augustianów w Brnie na Morawach, prekursor genetyki.

Georges Lemaître (1894-1966) – belgijski ksiądz katolicki i astronom, jeden ze współtwórców współczesnej kosmologii relatywistycznej; współtwórca teorii Big-Bang.

Giuseppe Piazzi (1746-1826) – astronom włoski, założyciel obserwatorium w Palermo, odkrywca pierwszej planetoidy Ceres; W 1764 wstąpił do zakonu teatynów w Mediolanie.

René-Just Häuy (1743-1822) – francuski mineralog, wraz z Jeanem Baptiste Romé de l’Isle był twórcą krystalografii geometrycznej.

Christoph Scheiner (1573-1650) – niemiecki jezuita i astronom; jest uważany za autora koncepcji helioskopu. Za pomocą tego przyrządu w 1611 r. Scheiner jako pierwszy zaobserwował plamy słoneczne, na krótko przed Galileuszem.

Francesco Grimaldi (1616-1663) – włoski matematyk, fizyk, astronom i jezuita. Jest znany ze współpracy z Giovannim Batistą Ricciolim, któremu pomagał w badaniach dotyczących astronomii i fizyki. Jest uważany za odkrywcę zjawiska dyfrakcji optycznej.

Lazzaro Spallanzani (1729-1799) – ksiądz włoski; badając zjawisko zapłodnienia, jako pierwszy odkrył rolę plemników w tym procesie; ponadto badał płodność, trawienie, krążenie krwi i interesował się mikroorganizmami; w 1775 roku obalił teorię samorództwa.

Marin Mersenne (1588-1648) – francuski minimita, teolog, filozof, matematyk. Nauki pobierał w Le Mans i sławnym kolegium jezuickim w La Flèche, gdzie zawarł wieloletnią przyjaźń z Kartezjuszem. Prowadził ożywioną korespondencję naukową, m.in. z Fermatem i Pascalem. Interesował się także optyką, mechaniką i akustyką. Jako pierwszy zmierzył prędkość dźwięku w powietrzu.

Giovanni Riccioli (1598-1671) – włoski astronom i ksiądz katolicki; autor dzieła Almagestum Novum – najważniejszego tekstu astronomicznego XVII wieku; pisał o efekcie Coriolisa na długo przed Coriolisem.

Angelo Secchi (1818-1878) – włoski uczony i jezuita. Interesował i zajmował się głównie fizyką, matematyką i astronomią. Stosował metody spektroskopii do badania ciał niebieskich, był pionierem w klasyfikowaniu gwiazd ze względu na ich typ widmowy.

Nicholas Oresme (1320-1382) – był katolickim biskupem Lisieux; do jego osiągnięć zalicza się: stworzenie francuskiej terminologii naukowej, w matematyce – wprowadzenie potęgi o wykładniku ułamkowym, w astronomii – koncepcję dobowego ruchu Ziemi, w ekonomii – pionierskie prace na temat teorii pieniądza.

Girolamo Saccheri (1667-1733) – jezuita i matematyk. Krótko przed śmiercią opublikował Euclides ab omni noevo vindicatus, która uważana jest za pierwsze dzieło poświęcone geometrii nieeuklidesowej. Udowodnił nieprawdziwość hipotezy kąta rozwartego oraz równoważność hipotezy kąta prostego z aksjomatem Euklidesa. Dzieło to wyprzedzało swoją epokę i zaginęło, odkrył je ponownie dopiero Eugenio Beltrami.

Francesco Cavalieri (1598-1647) – był uczniem Galileusza, który powiedział o nim: „niewielu – od czasów Archimedesa – zagłębiło się w naukę geometrii tak głęboko jak Cavalieri”. Zajmował się głównie geometrią. Jako pierwszy zaczął stosować metody nieskończenie małych elementów do obliczania pól powierzchni i objętości. Miał istotny wkład w rozwój rachunku różniczkowego i całkowego.

Bernhard Bolzano (1781-1848) – został wyświęcony na księdza katolickiego w 1804; był pierwszym, który podał w pełni ścisłą definicję granicy ciągu. Wykazał także, że każdy ograniczony ciąg liczb rzeczywistych posiada podciąg zbieżny.

Nicolaus Steno (1638-1686) – duński anatom i geolog, biskup katolicki; w zakresie geologii Steno udowodnił, że część skał powstaje na drodze sedymentacji, czyli że są to skały osadowe. Sformułował także, obowiązujące do dziś, cztery podstawowe zasady stratygrafii. Wprowadził jeden z pierwszych podziałów dziejów Ziemi na epoki geologiczne. Prowadził także badania krystalograficzne odkrywając prawo stałości kątów w kryształach. Uznawany jest za ojca geologii i stratygrafii.

Sylwester II – francuski uczony, matematyk, filozof, papież. Uznawany za najwybitniejszego matematyka X wieku, rozpowszechnił w chrześcijańskiej Europie cyfry arabskie oraz system dziesiętny. Jako jeden z pierwszych uczonych europejskich zajmował się logiką formalną. Skonstruował abak Gerberta (abakus), a także pierwszy zegar mechaniczny.

Jan XXI (1210-1277) – papież w okresie od 8 września 1276 do 20 maja 1277; zajmował się dialektyką i logiką. Szczególnie jednak interesowała go filozofia Arystotelesa. W latach 1242-1252 studiował i wykładał medycynę na uniwersytecie w Sienie. Tam właśnie napisał swoje Summulae logicales, która przez następne trzysta lat była podstawowym traktatem na temat logiki.

Athanasius Kircher (1602-1680) – niemiecki teolog i jezuita, wynalazca i konstruktor, znawca języków orientalnych, badacz hieroglifów egipskich, medyk i teoretyk muzyki. Autor ponad 40 książek i 2000 listów. Uważany za ojca egiptologii.

Roger Joseph Bošković (1711-1787) – fizyk, astronom, matematyk, filozof, poeta i jezuita pochodzący z Raguzy. Pionier współczesnej fizyki atomistycznej (twierdził, że świat zbudowany jest z mikroskopijnych elementów). Zajmował się optyką, magnetyzmem, elektrycznością, chemią, architekturą, biologią, archeologią i wieloma innymi dziedzinami nauki.

Roger Bacon (1214-1292) – angielski franciszkanin naukowiec; filozof średniowieczny, uznawany za skrajnego empirystę. Czasem opisywany jako jeden z najwcześniejszych europejskich zwolenników nowoczesnej metody naukowej.

George Mary Searle (1839-1918) – amerykański astronom i ksiądz katolicki; odkrywca sześciu galaktyk i asteroidy Pandora 55.

http://www.firstthings.com/web-exclusives/2006/08/barr-christianitys-scientists

ZOBACZ TAKŻE–> http://www.pearceyreport.com/archives/2005/09/post_4.php

Seria „ARGUMENTY ZA WIARĄ” ma na celu pokazanie, że chrześcijaństwo i ogólnie wiara w Boga nie jest czymś co wymaga całkowitego wyłączenia myślenia. Cykl ten może nie da niezbitego 100% dowodu na istnienie Boga (nie taki jest jego cel), lecz powinien sprawić, aby przynajmniej niektóre osoby niewierzące zmieniły swoją postawę z bezmyślnego wyśmiewania chrześcijaństwa w założenie, że „być może coś w tym jest”. Z kolei osoby już wierzące być może wzmocnią swoją wiarę po kolejnych wpisach z tej serii.

isaiah

Zapis czatu z prof. Anną Świderkówną, który odbył się dnia 09.03.2008

KSIĄDZ: Witamy Panią Profesor. Dzisiaj wielkopostnie – temat o cierpiącym Słudze Jahwe z Izajasza…. Zapraszam do zadawania pytań i rozmowy.

ANNA ŚWIDERKÓWNA: I ja witam Państwa.

PYTANIE: Pieśni Sługi Jahwe powstały 500 lat przed Chrystusem. Kim był Sługa Jahwe według ich autora?

ANNA ŚWIDERKÓWNA: Bardzo chcielibyśmy umieć na to pytanie odpowiedzieć, ale ludzie mądrzejsi ode mnie nie znajdują na nie odpowiedzi. Musimy pogodzić się z faktem, że w Biblii nie wszystko można sobie ładnie wyobrazić.

Pierwszą próbą zrozumienia tego tekstu była xix-wieczna koncepcja Bernarda Duhma – uczonego niemieckiego – który zaproponował, by w rozdziałach 42, 49, 50 i 52-53 Księgi Izajasza wyróżnić Pieśni Sługi Jahwe – najprawdopodobniej cztery pieśni, które zostały do niej włożone. Od razu jednak pojawia się kilka pytań.

Zwykle, jeśli mamy do czynienia z pieśniami, możemy wyróżnić ich granice. W tym przypadku bardzo trudno jest określić zwłaszcza koniec każdej z nich. Wyjątkiem jest tu pieśń IV, której granice są oczywiste.

Drugim znakiem zapytania jest sam autor – pieśni Sługi Jahwe zostały wmontowane w tę część księgi Izajasza, którą nazywamy Drugim Izajaszem. O autorze tym wiemy tylko, kiedy żył – w 538 roku, kiedy Cyrrus zdobył Babilon i pozwolił wrócić Izraelitom do Jerozolimy, i nieco przed tym okresem.

Pytanie trzecie dotyczy właśnie tego, kim jest ów Sługa, i czy jest to ten sam Sługa we wszystkich czterech pieśniach. Jeśli próbujemy czytać Biblię bardzo często jednak okazuje się, że nie wiemy wszystkiego i nie potrafimy odpowiedzieć na nasze pytania. Po prostu trzeba się tym pieśniom przyjrzeć…

W pieśni pierwszej (Iz 42, 1-7) Jahwe sam opowiada o swoim Słudze, któremu dał swojego Ducha, podobnie jak dawał go prorokom i królom. Sługa ma przynieść Prawo narodom i pouczenie wyspom. Trzeba tu powiedzieć, że słowo „narody” w Biblii oznacza zawsze pogan. „Wyspy” również oznaczają pogan – na wyspach na Morzu Egejskim zwykle mieszkali poganie. Sługa ma być przymierzem dla ludzi i światłością dla narodów. Oznacza to, że Jego misja jest skierowana przede wszystkim do pogan.

W pieśni drugiej zabiera głos sam Sługa Jahwe – zwraca się do wysp i ludów najdalszych, mówi o swoim powołaniu z łona matki i o swojej roli narzędzia w planach Bożych. Jednocześnie mówi też o rozterce wewnętrznej: „Próżno się trudziłem, na darmo, i na nic zużyłem swe siły”. Inaczej to jednak wygląda w oczach Jahwe: „A teraz przemówił Jahwe, który mnie ukształtował od początku na Swego Sługę, bym nawrócił do niego Jakuba i zgromadził Mu Izraela”. „Ustanowię Cię światłością dla pogan” – mówi Jahwe do Sługi – „aby moje zbawienie dotarło aż do krańców ziemi”. W tej pieśni jest już mowa o wielkim poniżeniu Sługi i zarazem o jego przyszłej chwale.

Przechodzimy teraz do najważniejszych tekstów: pieśń III (Iz 50, 9-11) przynosi nową wypowiedź Sługi, którego „Bóg obdarzył go językiem wymownym”, i każdego rana „budzi jego ucho, by słuchał jak ci, których uczą”. W tej pieśni znajdujemy jeszcze stwierdzenie, że Sługa – bity, opluwany i znieważany – zachowuje spokój, bo wspomaga go Jahwe.

Pieśń IV (Iz 52,13-53,12) jest najdłuższa i najtrudniejsza w interpretacji, a jednocześnie najbardziej doniosła. W pierwszej jej części (Iz 52, 11-15) mowa jest o „moim Słudze” (słyszymy w tych słowach samego Boga):

„Oto się powiedzie mojemu Słudze, wybije się, wywyższy i wyrośnie bardzo. Jak wielu osłupiało na jego widok, bo nieludzko został oszpecony jego wygląd i postać jego była niepodobna do ludzi. Tak mnogie narody się zdumieją, królowie zamkną przed nim usta, gdyż ujrzą coś, czego nigdy nie opowiadano i pojmą coś niesłychanego.”

Tutaj horyzont jest niezmiernie szeroki, pojawiają się mnogie narody i królowie. Sługa zostaje najpierw oszpecony, czy może okaleczony tak bardzo, że staje się niepodobny do człowieka. Potem jednak, przez jakąś nagłą odmianę sytuacji, dostępuje chwały, która każe wszystkim oniemieć ze zdumienia. To wywyższenie przez najgłębsze, rozpaczliwe poniżenie jest czymś niesłychanym, wydarzeniem bez żadnego precedensu. Otwiera to nową epokę.

Zaczyna się rozdział 53. Z tym początkiem zmienia się osoba mówiącego. Wcześniej podmiotem było „ja” teraz przechodzimy na „my”. Niełatwo odpowiedzieć na pytanie, kto się za tym „my” kryje, a to jest bardzo ważne. Możemy sobie zadać pytanie, czy ta wyjątkowa misja Sługi odnosi się tylko do samego Izraela, czy może do wszystkich narodów.

Druga cześć pierwszego wersetu wydaje się jednak wskazywać na powód, dla którego wydarzenie to jest prawdziwie niesłychane, chodzi o słowa „w kim objawia się ramię Jahwe?”. Ramię, to znaczy moc. Moc Boga objawia się w skrajnej słabości Sługi. Niemniej zadziwiające są dalsze słowa tej pieśni: „Wyrósł przed nami jak młode drzewo i jakby korzeń z wyschniętej ziemi, nie miał też wdzięku ani blasku, żebyśmy zwrócili na niego uwagę, ani wyglądu by się nam podobać. Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, mąż boleści, oswojony z cierpieniem, jak ktoś, przed kim się twarz zakrywa. Wzgardzony tak, że mieliśmy go za nic.”

„A było to nasze cierpienie, którym się obarczył, nasze boleści, które dźwigał, my zaś uznaliśmy, ze Bóg go ukarał, uderzył i upokorzył. Lecz on został przebity za nasze grzechy, zmiażdżony za nasze niegodziwości, spadła nań chłosta, która jest naszym pokojem, a w jego ranach nasze zdrowie. Wszyscy pobłądziliśmy jak owce, każdy z nas zwrócił się ku własnej drodze, a Jahwe zwalił na niego winy nas wszystkich.” (Iz 53, 2-6),

Co jest charakterystyczne: wszystkim, którzy nań patrzą Sługa wydaje się niegodny uwagi (warto zauważyć, że Biblii zwykle, jeśli ktoś jest wybrany przez Boga, Bóg mu daje także piękny wygląd, dla autorów biblijnych piękność jest znakiem Bożego błogosławieństwa). Spadają na niego same ciosy, jest wzgardzony i odepchnięty przez ludzi.

W wersecie czwartym następuje przedziwna zmiana – ten, kto przemawia, odkrywa niespodziewanie, że to poniżenie ma głęboki sens dla nas samych. Sługa nie jest – jak to sądzili wcześniej – ukarany przez Boga, on dźwiga ich własne cierpienia, został zmiażdżony za ich własne niegodziwości, a wszystko po to, aby przynieść im zdrowie i pokój. Trzeba tylko dodać, że pokój – po hebrajsku szalom – to nie tylko brak wojny, ale ogólna harmonia, obejmująca cały świat.

Czytelnik nie zauważa na ogół rewolucyjności tego tekstu, bo nawet jeśli nie jest chrześcijaninem odruchowo tłumaczy te słowa na sposób chrześcijański, i dlatego nie dziwi się, że Sługa został zabity za cudze grzechy. Chrześcijanie przecież wierzą, że Chrystus umarł za grzechy wszystkich ludzi. Trzeba sobie jednak powiedzieć, że Biblia hebrajska zna ofiary ekspiacyjne, jednak zawsze są to ofiary ze zwierząt. Nie wolno składać ofiar z ludzi. Nigdy tez nie słyszymy, żeby człowiek mógł cierpieć za innych lub wziąć na siebie cudze grzechy.

Warto wrócić jeszcze do pewnych fragmentów tekstu:

„Dręczony, pokornie się poddawał, nawet nie otworzył ust swoich, jak baranek na rzeź prowadzony. Po udręce i sądzie został usunięty, a kto się przejmuje jego losem? Tak, został zabrany z ziemi żyjących, uderzony za grzechy swojego ludu. Grób mu wyznaczono między bezbożnymi, a w śmierci swej był na równi z bogaczami, chociaż nikomu nie wyrządził krzywdy.”

W tym momencie tekst nie jest do końca jasny nawet jeśli czyta się po hebrajsku. Warto jednak przyjrzeć się przynajmniej zakończeniu: „Spodobało się Jahwe zmiażdżyć go cierpieniem. Jeśli wyda swe życie na ofiarę za grzechy ujrzy potomstwo, dni swe przedłuży, a wola Jahwe spełni się przez niego. Po udrękach swej duszy ujrzy światło i nim się nasyci. Będąc sam sprawiedliwy usprawiedliwi wielu, ponieważ dźwigał ich nieprawość. Dlatego w nagrodę przydzielą mu tłumy i posiądzie możnych jako zdobycz, ponieważ sam się na śmierć ofiarował i policzony został pomiędzy przestępców. On zaś wziął na siebie grzech wielu i wstawia się za przestępcami (Iz 53,10-12).

Oczywiście nie mamy czasu, by analizować każde słowo. Najważniejsze jest jednak to, co powraca wielokrotnie – że Sługa cierpi, a nawet umiera. Śmierć Sługi nie oznacza jednak końca wszystkiego. Autorowi – jak się wydaje – brak jeszcze słów, żeby wypowiedzieć to, co chyba chciałby powiedzieć. Nie ma jeszcze słów na zmartwychwstanie.

Pojecie zmartwychwstania dojrzeje dopiero w II wieku przed Chrystusem i po raz pierwszy zostanie sformułowane w Księdze Daniela (Dn 12, 2) i w drugiej Księdze Machabejskiej (2 Mch 7, 9.14 oraz 12, 43)

O samym Słudze słyszymy niewiele – że ujrzy potomstwo i dni swe przedłuży, co znaczy, że będzie żył otoczony błogosławieństwem Boga. Ale jak może żyć, skoro umarł i został pogrzebany?

Trzeba się zastanowić, kim w takim razie jest ten cierpiący Sługa Jahwe, a przede wszystkim, kim on był dla autora owych pieśni? Były takie pomysły, że skoro autor nie chciał nam tego powiedzieć, to może tego nie dochodźmy, trudno się jednak pogodzić z taką niewiedzą. Pytanie pozostaje. Niektórzy sądzą, że Sługa jest osobowością zbiorową – że chodzi o lud Izraela lub przynajmniej tzw. Resztę – ci nieliczni, którzy pozostali wierni Bogu. Pomysłów tu jest bardzo dużo.

Chrześcijanom narzuca się widzenie tej w postaci Chrystusa. W Dziejach Apostolskich, w rozdziale 8, Filip – jeden z diakonów – słyszy głos Anioła, który każe mu udać się na drogę prowadzącą do Gazy. Tam spotyka urzędnika dworskiego królowej Etiopii. Eunuch ten wraca z Jerozolimy, dokąd się udał złożyć pokłon Jahwe, należał bowiem do „bojących się Boga” – pogan, którzy nie chcieli przyjąć wszystkich zasad judaizmu, ale przyjeżdżali do Jerozolimy oddać pokłon Bogu.

Ten pobożny Etiop czytał właśnie IV pieśń Sługi Jahwe – a w starożytności jeśli ktoś czytał, to zawsze czytał głośno. Wtedy podszedł do niego Filip i zapytał: Czy rozumiesz, co czytasz? Na to Etiop odpowiedział: „Skąd mam wiedzieć, skoro mnie nikt nie pouczył?” Wtedy Filip zaczyna go pouczać, przekazuje mu Dobrą Nowinę o Jezusie wychodząc właśnie od tekstu Izajasza.

Jeszcze nie ma spisanej żadnej Ewangelii, a Filip wykorzystuje Księgę Izajasza, by wytłumaczyć temu barbarzyńcy najgłębsze prawdy zbawienia i Jezusa. W czasach, gdy jeszcze nie było Nowego Testamentu, pierwsi chrześcijanie posługiwali się z upodobaniem drugą księgą Izajasza by wyjaśnić Dobrą Nowinę

PYTANIE: W Pieśniach Sługi Jahwe nie ma utożsamienia tej postaci z Mesjaszem – pomazańcem. Czy Sługa Jahwe ma cechy Mesjasza, albo czy można odnaleźć Jego rysy w innych proroctwach mesjańskich?

ANNA ŚWIDERKÓWNA: W tym kontekście warto zajrzeć do tzw. drugiego Zachariasza. Jest to druga część tej niewielkiej księgi (Za 9-14). Ten tekst najprawdopodobniej powstał w końcu IV wieku przed Chrystusem, i na pewno nie jest dziełem proroka Zachariasza, który działał w Jerozolimie na przełomie VI i V wieku przed Chrystusem.

W tej księdze ten, w którym niewątpliwie Zachariasz upatrywał Mesjasza, ma trzy oblicza: jest Królem, ale pokornym królem pokoju, który wjeżdża do Jerozolimy na oślątku, źrebięciu oślicy (Za 9, 9-10). Jest też dobrym Pasterzem (Za 11, 4-17), a Pasterz ten zostanie odrzucony i zabity, i jego ofiara przyczyni się do odnowienia przymierza. Jest też Kimś nienazwanym, zostaje przebity i jest opłakiwany, a stanie się źródłem Ducha Łaski.

Tu padają znamienne słowa, które wracają pod koniec Ewangelii według Św. Jana: „Będą patrzeć na tego, którego przebodli, i boleć będą nad nim, jak się boleje nad jedynakiem, i płakać będą nad nim, jak się płacze nad pierworodnym. W owym dniu wytryśnie źródło dla domu Dawida i dla mieszkańców Jerozolimy, na obmycie grzechu i zmazy” (Za 12,10 i 13,1).

Otóż w tym szczególnym tekście łatwo jest rozpoznać rysy cierpiącego Sługi Jahwe. Trudność polega na tym, że bibliści do dziś nie potrafią rozstrzygnąć, czy ta postać ma charakter królewski, czy profetyczny, i nie wiadomo, czy można ją powiązać z tradycją mesjaniczną. Wydaje się jednak niewątpliwe to, że autor drugiej części księgi Zachariasza znał pieśni Cierpiącego Sługi Jahwe i takie powiązania widział i starał się ukazać.

KSIĄDZ: I tyle na dzisiaj 🙂 Jak widać problematyka jest na tyle skomplikowana, że odpowiedzi na pytania wymagają niemalże całego wykładu.

PODSUMOWANIE

Do dzisiaj zaskakuje tak duża precyzja proroctwa i niektóre sformułowania wręcz rewolucyjne jak na czasy, w których zostały napisane. Opisane w czwartej części wywyższenie Sługi poprzez jego poniżenie było rzeczą absolutnie bez precedensu wśród żydów, którzy wierzyli, iż łaska Boga objawia się powodzeniem w doczesnym życiu, a choroby i cierpienie spotykające człowieka są karą za grzechy. Sługa był oszpecony, wzgardzony i odtrącony przez ludzi. A jednak nie była to kara za grzechy, tylko ofiara za występki i grzechy wszystkich ludzi. Wszystko po to, aby przynieść tym ludziom pokój. Wyjaśnić należy, iż hebrajskie słowo szalom (pokój) ma dużo szersze znaczenie niż w języku polskim. W języku hebrajskim słowo to zawiera w sobie również takie znaczenia jak: dobrobyt, szczęśliwy los, zdrowie itd. Zatem hebrajski pokój to pełna harmonia we wszystkich sferach życia. Sługa Jahwe niesie więc ludziom szczęście poprzez ofiarę z samego siebie. I właśnie ta ofiara jest drugą niespotykaną wśród ludu Izraela rzeczą. Bo choć Stary Testament zna ofiary ekspiacyjne, to jednak zawsze są one pod postacią zwierząt. Nie składano ofiar przebłagalnych z ludzi. Tymczasem Sługa Jahwe bierze na siebie grzechy jego ludu i ginie.

Tu pojawia się trzeci i najbardziej zaskakujący element tekstu. Śmierć i pogrzebanie sługi nie oznaczają ostatecznego końca. Autor Pieśni jeszcze nie potrafi w pełni wyrazić tego co, jak się wydaje, pragnie czytelnikowi przekazać. Pojęcie zmartwychwstania pojawi się bowiem dopiero 4 wieki później – w II w. p.n.e. – w Księgach Daniela i 2 Machabejskiej. A jednak Sługa Jahwe będzie oglądał potomstwo i dni swe przedłuży. Nie tylko więc będzie żył, ale będzie się cieszył szczególnymi względami Boga: oglądać będzie światłość, poznaniem Jahwe będzie nasycony oraz odziedziczy wielkie rzesze jako zdobycz. Sens tej przepowiedni jest absolutnie unikalny w całym Starym Testamencie. Żadna inna starotestamentowa zapowiedź mesjańska nie obejmuje żadnego z tych trzech, tak ważnych dla chrześcijan, elementów [1]:

[A] wywyższenia poprzez poniżenie,
[B] złożenia samego siebie w ofierze za grzechy ludzi,
[C] zwycięstwa poprzez śmierć i zmartwychwstanie.

———————————

Któż uwierzy temu, cośmy usłyszeli?
Na kimże się ramię Jahwe objawiło?
On wyrósł przed nami jak młode drzewo
i jakby korzeń z wyschniętej ziemi.
Nie miał On wdzięku ani też blasku,
aby na Niego popatrzeć,
ani wyglądu, by się nam podobał.
Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi,
mąż boleści, oswojony z cierpieniem,
jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa
wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic.
Lecz On się obarczył naszym cierpieniem,
On dźwigał nasze boleści,
a myśmy Go za skazańca uznali,
chłostanego przez Boga i zdeptanego.
Lecz On był przebity za nasze grzechy,
zdruzgotany za nasze winy.
Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas,
a w Jego ranach jest nasze zdrowie.
Wszyscyśmy pobłądzili jak owce,
każdy z nas się obrócił ku własnej drodze;
a Jahwe zwalił na Niego
winy nas wszystkich.
Dręczono Go, lecz sam się dał gnębić,
nawet nie otworzył ust swoich.
Jak baranek na rzeź prowadzony
jak owca niema wobec strzygących ją,
tak On nie otworzył ust swoich!
Po udręce i sądzie został usunięty;
a kto się przejmuje Jego losem?
Tak! zgładzono Go z krainy żyjących;
za grzechy mego ludu został zbity na śmierć.
Grób Mu wyznaczono między bezbożnymi,
i w śmierci swej był [na równi] z bogaczem,
chociaż nikomu nie wyrządził krzywdy
i w Jego ustach kłamstwo nie postało.
Spodobało się Jahwe zmiażdżyć Go cierpieniem.
Jeśli wyda swe życie na ofiarę za grzechy,
ujrzy potomstwo, dni swe przedłuży,
a wola Jahwe spełni się przez Niego.
Po udrękach swej duszy,
ujrzy światło i nim się nasyci.
Zacny mój Sługa usprawiedliwi wielu
ich nieprawości On sam dźwigać będzie.
Dlatego w nagrodę przydzielę Mu tłumy,
i posiądzie możnych jako zdobycz,
za to, że Siebie na śmierć ofiarował
i policzony został pomiędzy przestępców.
A On poniósł grzechy wielu.
i oręduje za przestępcami (Iz 53).

Była to ostatnia z czterech pieśni o tzw. Cierpiącym Słudze Jahwe.

[1] http://www.studiuje-biblie.pl/index.php?co=piesn_o_sludze

http://biblia.wiara.pl/doc/422890.Cierpiacy-Sluga-Jahwe

Destruction of Jerusalem by Ercole de' Roberti

Powierzchowne czytanie lub słuchanie eschatologicznej mowy Jezusa musi budzić wrażenie, że z chronologicznego punktu widzenia zburzenie Jerozolimy Jezus połączył bezpośrednio z końcem świata. Nasila się ono wtedy szczególnie, gdy u Mateusza czytamy: „Zaraz po ucisku owych dni słońce się zaćmi (…). Wówczas ukaże się na niebie znak Syna Człowieczego…” (24,29n). To bezpośrednie powiązanie końca Jerozolimy z końcem całego świata zdają się jeszcze bardziej potwierdzać słowa znajdujące się kilka wersetów dalej: „Zaprawdę powiadam wam: Nie przeminie to pokolenie aż się to wszystko stanie” (23,34).

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że powiązanie to rozluźnił jeden Łukasz. Czytamy u niego:

„Jedni polegną od miecza, a drugich zapędzą w niewolę między wszystkie narody. A Jeruzalem będzie deptane przez pogan, aż czasy pogan się wypełnią” (21,24).

Między zburzeniem Jerozolimy a końcem świata pojawiają się „czasy pogan”. Łukaszowi zarzucano, że w ten sposób przesunął chronologiczną oś Ewangelii i pierwotnego nauczania Jezusa, koniec czasów uczynił czasem pośrednim i tym sposobem wynalazł czas Kościoła jako nowy okres historii zbawienia. Jeśli jednak przyjrzymy się dokładniej, okaże się, że owe „czasy pogan” są zapowiedziane także u Mateusza i Marka, z tym, że innymi słowami oraz w innym miejscu mowy Jezusa.

U Mateusza znajdujemy następujące słowa Pana:

„A ta Ewangelia o królestwie będzie głoszona po całej ziemi na świadectwo wszystkim narodom. I wtedy nadejdzie koniec” (24,14).

U Marka zaś czytamy:

„Lecz najpierw musi być głoszona Ewangelia wszystkim narodom” (13,10).

Wynika stąd najpierw, że przy tworzeniu powiązań w tej mowie Jezusa trzeba zachować daleko posuniętą ostrożność. Została ona ułożona przez połączenie kilku przekazanych fragmentów, które należy czytać nie jako jedną całość, lecz tak jakby zostały one włączone w siebie. Do tego redakcyjnego problemu, mającego duże znaczenie dla należytego rozumienia tekstu, wrócimy w trzecim punkcie („Proroctwo i apokalipsa…”) i tam obszerniej go omówimy.

Z merytorycznego punktu widzenia oczywiste się staje, że wszyscy trzej synoptycy wiedzą coś o czasie pogan. Koniec świata może nastąpić dopiero wtedy, gdy Ewangelia zostanie ogłoszona wszystkim narodom. Czas pogan – czas Kościoła złożonego z narodów całego świata – nie jest wynalazkiem świętego Łukasza; to spuścizna tradycji wspólna wszystkim Ewangeliom.

W tym miejscu ponownie napotykamy powiązanie tradycji Ewangelii z podstawowymi motywami teologii Pawła. W swej mowie eschatologicznej Jezus zapowiada, że najpierw wszystkim narodom musi zostać ogłoszona Ewangelia, i wtedy dopiero może nastąpić koniec. Niemal dokładnie to samo twierdzenie znajdujemy u Pawła w Liście do Rzymian:

„Zatwardziałość dotknęła tylko część Izraela aż do czasu, gdy wejdzie [do Kościoła] pełnia pogan. I tak cały Izrael będzie zbawiony…” (11,25n).

Pełnia pogan i cały Izrael: w formule tej ukazuje się uniwersalizm Bożej woli zbawienia. W naszym kontekście istotne znaczenie ma jednak fakt, że również Pawłowi znany jest czas pogan, który biegnie już teraz i musi się dopełnić aby plan Boży osiągnął swój cel.

Wczesne chrześcijaństwo nie mogło mieć chronologicznie dokładnej idei długości owych kairoi („czasy”), i było z pewnością przekonane, że będą one krótsze; jest to jednak sprawa drugorzędna. Istotne znaczenia ma samo zasadnicze potwierdzenie i zapowiadanie takiego czasu, który uczniowie – bez obliczania jego długości – musieli rozumieć i rzeczywiście rozumieli przede wszystkim jako zadanie realizowania teraz tego, co zostało powiedziane i nakazane, czyli niesienia Ewangelii wszystkim narodom.

Niestrudzoną aktywność Pawła śpieszącego do pogan, ażeby wszystkim im zanieść orędzie i polecenie to, na ile możiew, wypełnić jeszcze za swego życia, uzasadnia jedynie świadomość historycznego i eschatologicznego znaczenia głoszenia tego orędzia”: świadom jestem ciążącego na mnie obowiązku. Biada mi bowiem, gdybym nie głosił Ewangelii!” (1Kor 9:16).

Tak więc widoczna w pokoleniu apostolskim pilna potrzeba ewangelizacji wynika nie tyle z pytania o to, czy poznanie Ewangelii przez każdego jednego człowieka jest konieczne do zbawienia, ile raczej z określonej koncepcji historii, wyrażającej się w przekonaniu, ze świat osiągnie cel wtedy dopiero, gdy Ewangelia dotrze do wszystkich narodów. W niektórych okresach dziejów odczuwanie tej pilnej potrzeby wyraźnie słabło, aby później na nowo wybuchnąć jasnym płomieniem i stać się zarzewiem nowego dynamizmu ewangelizacji. W tym kontekście zawsze pojawia się także pytanie o misję Izraela. Dzisiaj z przerażeniem widzimy , jak wiele brzemiennych w następstwa nieporozumień nagromadziło się tutaj w minionych wiekach. Nowe przemyślenia prowadzą jednak teraz do wniosku, że w każdym zaciemnieniu można na nowo odnaleźć przesłanki poprawnego rozumienia.

Chciałbym tu zwrócić uwagę na to, co w tej sprawie Bernard z Clairvaux doradził swemu uczniowi papieżowi Eugeniuszowi III. Przypomniał mu, że została mu powierzona troska nie tylko o chrześcijan: Jesteś „także dłużnikiem niewierzących, Żydów, Greków i pogan” (De cons, III/I,2). Zaraz jednak poprawił się i uściślił: „Rozumiem oczywiście, że w sprawie Żydów tłumaczy się czas, bo dla nich został ustalony określony termin, którego nie można uprzedzić. Przed nimi muszą wejść w pełnej liczbie poganie. Co jednak powiesz o samych poganach? (…) Co przyszło do głowy twoim poprzednikom, że (…) przerwali ewangelizację, mimo iż ciągle jeszcze szerzyła się niewiara. Z jakiego powodu (…) szybko mknące słowo zamilkło? (De cons. III/I,3, cyt. za Winklerem, I, s. 707).

Hildegarda Brem tak komentuje te słowa: „Mając na uwadze List do Rzymian 11,25, Kościół nie musi się zajmować nawracaniem Żydów, ponieważ musi oczekiwać nadejścia określonej przez Boga chwili, <<aż do czasu, gdy wejdzie [do Kościoła] pełnia pogan>> (Rz 11,25). Przeciwnie, sami Żydzi są żywym kazaniem, na które musi wskazywać Kościół, ponieważ przywodzą nam na myśl Mękę Chrystusa (zob. Ep. 363)…” (Winkler, I, s. 834).

Zapowiedź czasu pogan i wynikające stąd zadanie stanowi centralny punkt eschatologicznego orędzia Jezusa. Szczególne zadanie ewangelizacji pogan, które Paweł otrzymał od zmartwychwstałego, jest solidnie zakorzenione w orędziu przekazanym uczniom przez Jezusa przed Męką. Czas pogan – czas Kościoła – o którym, jak widzieliśmy, jest mowa we wszystkich Ewangeliach stanowi istotny element eschatologicznego orędzia Jezusa.

PRZYPOWIEŚCI

Wydaje mi się zupełnie jasne, że wiele przypowieści Jezusa, na przykład przypowieść o sieci pełnej dobrych i złych ryb (Mt 13,47-50) i przypowieść o chwastach wyrastających na roli (Mt 13,24-30), mówi o tym czasie Kościoła [ewangelizacji świata]; interpretowane w perspektywie rychłego nadejścia eschatologii są one pozbawione jakiegokolwiek sensu.

Mt 13,47-50

47 Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do sieci, zarzuconej w morze i zagarniającej ryby wszelkiego rodzaju. 48 Gdy się napełniła, wyciągnęli ją na brzeg i usiadłszy, dobre zebrali w naczynia, a złe odrzucili. 49 Tak będzie przy końcu świata: wyjdą aniołowie, wyłączą złych spośród sprawiedliwych 50 i wrzucą w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów.

Mt 13,24-30

24 Inną przypowieść im przedłożył: «Królestwo niebieskie podobne jest do człowieka, który posiał dobre nasienie na swej roli. 25 Lecz gdy ludzie spali, przyszedł jego nieprzyjaciel, nasiał chwastu między pszenicę i odszedł. 26 A gdy zboże wyrosło i wypuściło kłosy, wtedy pojawił się i chwast. 27 Słudzy gospodarza przyszli i zapytali go: „Panie, czy nie posiałeś dobrego nasienia na swej roli? Skąd więc wziął się na niej chwast?” 28 Odpowiedział im: „Nieprzyjazny człowiek to sprawił”. Rzekli mu słudzy: „Chcesz więc, żebyśmy poszli i zebrali go?” 29 A on im odrzekł: „Nie, byście zbierając chwast nie wyrwali razem z nim i pszenicy. 30 Pozwólcie obojgu róść aż do żniwa; a w czasie żniwa powiem żeńcom: Zbierzcie najpierw chwast i powiążcie go w snopki na spalenie; pszenicę zaś zwieźcie do mego spichlerza”».

—————————–

PS [admin] Na sam koniec można jeszcze dodać jeden aspekt mów Jezusa: czuwajcie! Motyw czuwania pojawia się u Nazarejczyka wiele razy. Słyszymy jak koniec świata ma przyjść nagle, niepostrzeżenie. „Kiedy będą mówić pokój i bezpieczeństwo…”, „Albowiem jak w czasie przed potopem jedli i pili, żenili się i za mąż wydawali aż do dnia, kiedy Noe wszedł do arki, i nie spostrzegli się, aż przyszedł potop i pochłonął wszystkich, tak również będzie z przyjściem Syna Człowieczego”. Jakże te wypowiedzi mają się do zburzenia Jerozolimy, a więc wydarzenia dającego się przewidzieć i związanego z ucieczką a nie czuwaniem? Benedykt XVI wspomniał o problemie redakcyjnym w którym dwa rożne wydarzenia zostały połączone przez ewangelistów w jedno (zburzenie Jeruzalem i koniec świata). Dlaczego twórcy tych tekstów tak postąpili? Związane mogło to być min. z nastrojami apokaliptycznymi powszechnie panującymi w I wieku n.e. jak i pragnieniem jak najszybszego powtórnego przyjścia Chrystusa. Faktem jednak jest, że po całościowym spojrzeniu na NT (jak to ukazał BXVI) wyraźnie widać, że Jezus mówił, że przed końcem świata będzie trwać „czas pogan”, czyli ewangelizacji, a także, że ów koniec przyjdzie niepostrzeżenie, co wyklucza zrównanie zburzenia Jerozolimy z końcem rzeczy.

42 Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie. 43 A to rozumiejcie: Gdyby gospodarz wiedział, o której porze nocy złodziej ma przyjść, na pewno by czuwał i nie pozwoliłby włamać się do swego domu. 44 Dlatego i wy bądźcie gotowi, bo w chwili, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie [Mt 26:42-44].

Joseph Ratzinger – „Jezus z Nazaretu cz II” s. 52-56

ZOBACZ TAKŻE–> http://www.teologiapolityczna.pl/ostatnia-noc-swiata-c-s-lewis/

Wydaje się rzeczą niezmiernie interesującą, a na ogół szerszym kręgom nieprofesjonalistów nieznaną, w jaki sposób współcześni teolodzy i bibliści żydowscy odczytują NT i jakie są ich poglądy na Osobę Chrystusa, Jego działalność, śmierć i zmartwychwstanie. Odpowiedź na te pytania rodzi bowiem kolejne pytanie czy i w jakim zakresie wyniki egzegezy judaistycznej tekstów NT rozszerzają widnokrąg chrześcijańskiego poznania.

jesus-resurection1

Obszernych informacji na ten temat dostarcza bogaty dorobek naukowy Pinchasa Lapide (1922 – 1997), teologa, biblisty i religioznawcy, kierownika Instytutu na Uniwersytecie Bar-Ilan w Izraelu, profesora (Gastprofessor) wykładającego także na wydziałach teologii uniwersytetów w Niemczech i Szwajcarii, autora wielu monograficznych opracowań wybranych tematów z ewangelii. Charakterystyczną cechą pisarstwa profesora Lapide jest fascynacja Osobą Chrystusa, którego postrzega jako Syna Izraela „najbardziej żydowskiego ze wszystkich Żydów”, ze względu na Jego niezwykle silne, przejawiające się w całej działalności, sposobie myślenia i nauczaniu zakorzenienie w wielowiekowej żydowskiej obyczajowości i tradycji opartych na Piśmie Świętym. W notach redakcyjnych i recenzjach zwraca się uwagę na to, że poglądy prof. Lapide dowodzą jak głębokie przemiany dokonały się po drugiej wojnie światowej w sposobie myślenia, ocenach i opiniach teologów judaistycznych dotyczących Osoby i nauczania Chrystusa, co daje dobrą podstawę do owocnego dialogu chrześcijan i Żydów.

Lapide odczytuje ewangelie dokonując egzegezy jej fragmentów dających pole do różnych interpretacji, na podstawie stosowanej w biblistyce metody porównawczej opartej na językowym znaczeniu poszczególnych pojęć i wyrażeń w języku oryginalnym: aramejskim lub hebrajskim, wymagającej niekiedy powrotnego tłumaczeniu na te języki zachowanego tekstu greckiego. W szerokim kontekście historycznym, ważnym dla zrozumienia analizowanego tekstu Lapide wzbogaca argumentację przytaczając, w miarę potrzeby, także wykładnię i opinie rabinistyczne. Przyczynia się to niejednokrotnie do przekonywającego wyjaśnienia znaczeniowo niejasnych fragmentów lub użytych zwrotów, które w tłumaczeniu greckim lub łacińskim są mało zrozumiałe lub dają pole do przypisywania im sensu dalekiego od ich pierwotnego znaczenia.

Najbardziej reprezentatywna dla poznania poglądów Pinchasa Lapide jest jego rozprawa pt. „Zmartwychwstanie – żydowskie doświadczenie wiary”. W przekonaniu autora Chrystus jako Wierzący Żyd wierny Prawu był Człowiekiem Bożym, który ofiarował Swoje życie za grzechy na odkupienie i zbawienie świata i w Swoim nauczaniu był tym, który przygotował drogę (Wegbereiter) na przyjście Mesjasza. Samo zmartwychwstanie (Auferweckung, Auferstehung) jako akt sprawczy woli i mocy Boga jest osadzone głęboko w tradycji judaistycznej i samym Piśmie Świętym, w którym znane jest wskrzeszenie z martwych i dlatego dla Żydów zmartwychwstanie nigdy nie było i nie jest powodem zgorszenia, w przeciwieństwie do niektórych biblistów chrześcijańskich, sprawiających wrażenie, że wstydzą się uznać Zmartwychwstanie Chrystusa za fakt realny, którego istnienie albo podważają albo interpretują w zawiły i wręcz niezrozumiały sposób. Tymczasem każde poznanie jest albo aktem wiedzy albo wiary. Wiedza i wiara nie pokrywają się ale wiara daje pewność poznania, podczas gdy wiedza ograniczająca rzeczywistość wyłącznie do jej fizycznego, rozumowego i „namacalnego” zakresu, zawodzi. Zmartwychwstanie Chrystusa jest dla Pinchasa należycie udokumentowanym w Ewangeliach faktem historycznym tajemnicy paschalnej, który wszakże nie dowodzi Jego Mesjańskiej godności, gdyż tradycja judaistyczna nie wiąże jej ze zmartwychwstaniem.

Główne argumenty przemawiające, zdaniem autora, za autentycznością faktu zmartwychwstania Chrystusa, to realistyczny sposób, w jaki ewangelie przedstawiają mękę konania i śmierć Ukrzyżowanego. Zamieszczone w nich relacje kobiet o pustym grobie dodatkowo podbudowują prawdziwość przekazów ewangelicznych, bowiem gdyby ich żydowscy autorzy chcieli stworzyć fikcję, to nie powoływaliby się na relacje kobiet, które w judaizmie uchodziły za osoby niewiarygodne i niezdolne do dawania świadectwa, czy składania zeznań. Podstawowym argumentem, który skłonił autora do zmiany pierwotnego stanowiska (z saducejskiego na faryzejskie) i uznania zmartwychwstania Chrystusa za fakt autentyczny był proces, jaki nastąpił w zachowaniu się Jego uczniów po ukrzyżowaniu. Otóż racjonalnie wytłumaczymy w jaki sposób garstka przestraszonych prostych rybaków i pasterzy, psychicznie załamanych, salwujących się ucieczką i powracających do swych dawnych zajęć, rozczarowanych i zawiedzionych w ich mesjańskich rachubach pokładanych w Ukrzyżowanym nagle i niespodziewanie przeobraziła się w grupę pewnych siebie i świadomych swojej misji nauczycieli nieporównanie skuteczniejszych w nauczaniu, niż miało to miejsce przed wydarzeniem Wielkiego Piątku. Nie byłoby to możliwe, gdyby zmartwychwstanie było tylko intelektualną wizją lub indywidualną halucynacją. Taka wizja lub halucynacja wystarczałaby może do założenia sekty religijnej, ale z całą pewnością nie do poprowadziłaby do powstania chrześcijaństwa jako wielkiej religii światowej, która tylko dzięki zmartwychwstaniu podbiła wkrótce całą Europę. Zdaniem autora doświadczenie zmartwychwstania stanowiło akt założycielski Kościoła. Było to niewątpliwie częścią Bożego planu zbawienia, dzięki któremu chrześcijaństwo poniosło wspólną wiarę w Boga Izraela do pogan. Opinię taką wyraził także taki autorytet rabinistyczny, za jakiego jest uważany Majmonides, w swoim podstawowym dziele „Miszna i Tora”, a pogląd ten podzielają także inni wielcy rabini. Ich zdaniem chrześcijaństwo jest nie tylko w pełni ważną drogą do zbawienia, ale jest także przygotowaniem do spełnienia obietnicy mesjańskiej (praeparatio messianica). Dlatego też „sprawa Jezusa” jest w gruncie rzeczy „sprawą Izraela”.

Swoje rozważania Lapide zamyka stwierdzeniem, że tam, gdzie kończy się ziemskie życie Chrystusa, tam rozpoczynają się, dzięki tajemnicy paschalnej zmartwychwstania, dzieje Kościoła. Na tym właśnie zasadza się i dla Żydów i dla chrześcijan kwintesencja wiary w zmartwychwstanie Chrystusa. Taki sposób widzenia zmartwychwstania i jego niezwykłych implikacji powinien, zdaniem autora, stanowić punkt wyjścia dla dialogu chrześcijaństwa z oczekującym nadejścia Mesjasza judaizmem. Ten punkt wyjścia określił Lapide w prologu do „Zmartwychwstania…” w następujących słowach:

„Na podstawowe pytanie, co dzieli chrześcijan i Żydów nieunikniona jest odpowiedź: Żyd Między nami od dwóch tysięcy lat stoi pobożny, bogobojny Żyd, który chciał wprowadzić Królestwo Boże w zgodzie i pokoju a z pewnością nie w nienawiści, podziale, czy wręcz rozlewie krwi.

Być może najbardziej żydowską cechą Nazarejczyka była nieśmiertelna siła nadziei, która poprzez Krzyż i Grób znalazła swoje ukoronowanie w wierze w Jego zmartwychwstanie – wierzę, która na niezbadanych Bożych drogach zbawienia doprowadziła do narodzenia Chrześcijaństwa.

W miarę rozchodzenia się dróg naszej wiary zmartwychwstanie stało się pomiędzy braćmi Jezusa i jego uczniami przedmiotem skandalu, który, jak wiele przyczyn naszych rozłamów może zostać przezwyciężony, jeżeli powrócimy do jego źródeł. W tym bowiem, co niegdyś stało się w Jerozolimie „na trzeci dzień” chodzi ostatecznie o Boże doświadczenie, które jak sam Bóg, uchyla się wszelkiemu dowodzeniu po to, aby otworzyć się wierze. Przeżycie wiary nie da się ani zakwestionować ani udowodnić, można je tylko posiąść wyczuloną myślą.

Bóg nasz jest Bogiem, który ocala. Bóg, Pan nasz ratuje nas przed śmiercią. (Psalm 68, 21).

Taka postawa profesora Lapide, który określa siebie mianem „żydowskiego teologa czytającego ewangelie”, jego rzetelność i bezstronność a przy tym uparte dążenie do prawdy znamionuje całą jego naukową twórczość i jest probierzem jego wykładni tekstów NT. Warto byłoby umożliwić polskiemu czytelnikowi bliższe jej poznanie.

http://www.magazyn.ekumenizm.pl/content/article/20030729094026848.htm

ZOBACZ TAKŻE–> znanichrzescijanie.wordpress.com/2014/12/28/argumenty-za-wiara52-realizm-w-opisach-kluczowych-wydarzen-nt/

FreeGreatPicture.com-9899-hd-wheat-crop-material

Zadaje się teraz często pytanie, czy nie moglibyśmy mieć chrześcijaństwa pozbawionego jego cudownych elementów lub, jak mówią ludzie o to pytający, „uwolnionego” od nich, chrześcijaństwa z przemilczanymi cudami. Wydaje mi się jednak, że tą jedyną religią na świecie, a w każdym razie jedyną znaną mi, z którą nie można tego zrobić, jest chrześcijaństwo. W religii takiej jak buddyzm usunięcie cudów przypisywanych w niektórych bardzo późnych źródłach Gautamie Buddzie nie przyniosłoby żadnej straty, w istocie bardzo by dobrze tej religii zrobiło, ponieważ w jej przypadku cuda przeważnie pozostają w sprzeczności z jej nauką. Nawet w przypadku religii takiej jak mahometanizm, gdyby usunąć wydarzenia cudowne, nic istotnego nie uległoby zmianie. Mielibyśmy nadal wielkiego proroka głoszącego swoje dogmaty bez wprowadzania jakichkolwiek cudów; mają one tylko charakter dygresji czy iluminowanych inicjałów.

Pod żadnym pozorem nie można tego uczynić z chrześcijaństwem ponieważ przekaz chrześcijański jest właśnie opowieścią o jednym wielkim cudzie, chrześcijańska afirmacja dotyczy tego, co istnieje poza wszelką przestrzenią i czasem, nie stworzone przez nikogo, nieśmiertelne, co weszło w naturę, w ludzką naturę, zstąpiło do swojego własnego wszechświata i znowu wzniosło się, zabierając naturę, ze sobą. Oto właśnie jeden wielki cud, jeżeli go usunąć, nie pozostanie nic specyficznie chrześcijańskiego. Można będzie mówić o wielu wspaniałych ludzkich elementach, które chrześcijaństwo dzieli z innymi systemami na świecie, ale nie pozostanie nic, co by było specyficznie chrześcijańskie. I odwrotnie, jeżeli człowiek raz zaakceptuje ten wielki cud, to zobaczy, że wszystkie inne uznane chrześcijańskie cuda, bo oczywiście istnieją nie uznane chrześcijańskie cuda, istnieją chrześcijańskie legendy, tak samo jak pogańskie legendy lub współczesne legendy dziennikarskie – zobaczy, że wszystkie uznane chrześcijańskie cuda stanowią jego część, że wszystkie one albo przygotowują na Wcielenie, albo je obrazują, albo z niego wynikają. Podobnie jak każde naturalne wydarzenie ukazuje całościowy charakter wszechświata w danym punkcie i czasie, tak każdy cud obrazuje charakter Wcielenia.

Jeżeli ktoś stawia kwestię, czy ten centralny wielki cud w chrześcijaństwie jest jako taki prawdopodobny czy nie, musi mieć jasność, że tutaj nie da się zastosować rodzaju prawdopodobieństwa propagowanego przez Hume’a . Nie można tu mówić o prawdopodobieństwie opartym na statystyce, zgodnie z którą im częściej rzecz miała miejsce, tym większe jest prawdopodobieństwo, że zaistnieje ponownie (im częściej doświadczało się niestrawności po jakiejś potrawie, tym bardziej prawdopodobne, iż po ponownej jej konsumpcji znowu czeka nas niestrawność). Oczywiście nie można rozpatrywać prawdopodobieństwa Wcielenia w tym znaczeniu. W samej jego naturze leży to, że wydarzyło się tylko raz. Ale też w samej naturze historii tego świata leży to, iż wydarza się ona tylko raz: a jeżeli Wcielenie w ogóle miało miejsce, to jest ono głównym rozdziałem tej historii. Jest ono nieprawdopodobne w ten sam sposób, w jaki nieprawdopodobna jest cała natura, ponieważ istnieje ona tylko raz i jej historia wydarzy się tylko raz. Tak więc, należy zastosować w stosunku do niego zupełnie inne kryterium.

Uważam, iż stać nas na to. Załóżmy, że mamy przed sobą rękopis jakiegoś wielkiego dzieła, symfonii albo powieści. Przychodzi ktoś i mówi: „Znalazłem nowy urywek tego rękopisu; jest to główny fragment tej symfonii czy też główny rozdział tej powieści. Tekst bez niego jest niekompletny. Oto brakujący fragment, który stanowi naprawdę centrum całego dzieła”. Jedyna rzecz, jaką można by zrobić, to umieścić nowy urywek rękopisu w tym centralnym miejscu i wtedy zobaczyć, jak oddziałuje na resztę utworu. Gdyby całym swoim brzmieniem bądź wymową nadawał nowe znaczenie pozostałej części dzieła, gdyby powodował dostrzeganie w niej rzeczy do tej pory niezauważalnych, to sądzę, że uznałoby się go za autentyczny. Z drugiej strony, gdyby nie spełnił tego zadania, wtedy bez względu na to, jak by był atrakcyjny sam w sobie, zostałby odrzucony.

Co jest tym brakującym rozdziałem w naszym przypadku, rozdziałem, który proponują chrześcijanie? Historia Wcielenia jest historią zstąpienia i zmartwychwstania. Kiedy używam tu słowa „zmartwychwstanie”, nie mam na myśli tylko pierwszych kilku godzin czy pierwszych kilku tygodni związanych z faktem Zmartwychwstania. Mówię o tym całym ogromnym wzorcu zstąpienia głęboko w dół, a potem wstąpienia z powrotem do góry. Zmartwychwstaniem zazwyczaj nazywamy, że tak to określę, sam ów punkt, w którym następuje zmiana kierunku. Zastanówmy się, czym jest zstąpienie. Zejściem nie tylko w człowieczeństwo, lecz w te dziewięć miesięcy, które poprzedzają narodziny człowieka, w ciągu których podobno wszyscy powtarzamy w skrócie dziwne przedludzkie i podludzkie formy życia, i zejściem jeszcze niżej do formy martwego ciała, czegoś, co wkrótce – gdyby ruch wstępujący się nie rozpoczął – przestałoby w ogóle istnieć w postaci organicznej i cofnęłoby się do stanu nieorganicznego, jak się to dzieje ze wszystkimi zmarłymi ciałami. Można tu posłużyć się obrazem kogoś schodzącego na sam dół i pogłębiającego dno morskie. Albo obrazem silnego człowieka próbującego dźwignąć bardzo duży, trudny do uchwycenia ciężar. Nachyla się do ziemi i z wysiłkiem wsuwa się pod niego tak, że sam niknie nam z oczu: a wtedy z wolna wyprostowuje się i rusza z miejsca z całym tym ciężarem kołyszącym się na jego barkach. Można też przywołać obraz nurka, który po kolei zrzuca części garderoby, rozbiera się do naga, po czym mignie tylko w powietrzu i już sunie w dół poprzez zieloną, ciepłą, rozświetloną słońcem wodę, opuszcza się niżej w wodę czarną jak smoła, zimną, lodowatą, na sam dół, w muł i szlam; a potem znów kieruje się ku górze, jego płuca prawie pękają, zmierza znowu do zielonej i ciepłej, nasłonecznionej wody, a w końcu wydostaje się na światło słoneczne, trzymając w ręku coś ociekającego, po co schodził w dół. To coś to ludzka natura, ale też związana z nią cała natura, nowy wszechświat. To powiązanie między ludzką naturą a naturą w ogólności jest zagadnieniem, którego żadną miarą nie jestem w stanie rozwinąć dzisiejszego wieczoru, bo trzeba by tu wygłosić odrębne kazanie. Brzmi to zaskakująco, ale wierzę, że tak jest.

Kiedy więc pomyślimy o tym obrazie – wzorcu ogromnego nurkowania do dna, w głębiny wszechświata, i o powrocie do góry, do światła, natychmiast dostrzeżemy, jak jest on naśladowany i odwzorowywany w elementach świata natury: w zejściu ziarna w glebę i jego wznoszeniu się znowu w pędach roślin. Jest również wiele różnych spraw w naszym życiu duchowym, gdzie coś musi zostać unicestwione lub złamane, po to, by mogło odrodzić się jasne, mocne i wspaniałe. Analogia jest oczywista. W tym sensie ta doktryna pasuje doskonale, w istocie tak doskonale, że natychmiast przychodzi na myśl podejrzenie. Czy nie pasuje ona zbyt dobrze?

Innymi słowy, czy przekaz chrześcijański nie pokazuje wzorca schodzenia i ponownego wznoszenia się, ponieważ należy to nieodłącznie do wszystkich na świecie religii przyrody? Czytaliśmy o tym w Złotej gałęzi . Słyszeliśmy wszyscy o Adonisie i znamy opowieści o całej reszcie tego dość nudnego towarzystwa; czyż ta opowieść nie jest jeszcze jednym wariantem o tym samym, o „umierającym Bogu”? Owszem tak, i to czyni problem delikatnym. To, co zawsze twierdzi antropologiczna krytyka chrześcijaństwa, jest całkowitą prawdą. Chrystus jest postacią, tego rodzaju. I w tym oto miejscu widzimy coś bardzo osobliwego.

Kiedy po raz pierwszy, wyrósłszy z dzieciństwa, czytałem Ewangelie, miałem głowę pełną tego wszystkiego, mitów o umierającym Bogu, treści Złotej gałęzi, i tak dalej. Idea ta wtedy jawiła mi się jako bardzo poetyczna, tajemnicza i ożywiająca. Nigdy nie zapomnę, swego rozczarowania i zniechęcenia, kiedy sięgnąwszy po Ewangelię, nie znalazłem prawie zupełnie nic na ten temat. W Nowym Testamencie metafora ziarna padającego w ziemię występuje w związku z tym tematem chyba dwa razy , o reszcie raczej nie ma mowy. Wydało mi się to zadziwiające. Był tu umierający Bóg zawsze symbolizujący zboże: widzimy Go trzymającego w ręku przetworzone ziarna zboża, czyli chleb, i mówiącego: „To jest Ciało moje” : z mego punktu widzenia, tak jak to wtedy rozumiałem, chyba On nie uświadamiał sobie, co mówi. Oczywiście jeżeli gdziekolwiek, to właśnie tam owo powiązanie między przekazem chrześcijańskim a zbożem musiałoby się pojawić: domagał się tego cały kontekst. Wszystko jednak toczy się tak, jak gdyby główny aktor, a zwłaszcza Jego otoczenie było całkowicie nieświadome tego, co robi. Mamy tu sytuację taką, jak gdyby doskonały opis węża morskiego przedstawiali nam ludzie sprawiający wrażenie, że nigdy nie słyszeli o wężach morskich. Ujmując to inaczej, dlaczego tak się stało, iż jedyny przypadek „umierającego Boga”, który można by przyjąć za historyczny, zdarzył się u ludu (i to jedynego w całym świecie śródziemnomorskim), który nie wykazywał żadnych śladów tej religii przyrody i chyba rzeczywiście nic o niej nie wiedział? Dlaczego więc nagle wśród niego wszystko to ma miejsce?

Główny aktor, mówiąc z ludzkiego punktu widzenia, robi wrażenie, jakby nie miał pojęcia, jakim echem odbiją się jego słowa (i cierpienia) w pogańskim umyśle. No cóż, jest jedna hipoteza, która może to wytłumaczyć. Może Król Zboża, nie występuje w tej księdze, ponieważ występuje w niej Ten, którego obrazem był Król Zboża? Może wyobrażenie jest nieobecne, ponieważ tu nareszcie jest obecna rzecz wyobrażana? Może brak jest cieni, gdyż przedmiot rzucający cień sam się pojawił? Zboże jako takie stanowi daleką imitację rzeczywistości nadprzyrodzonej; czegoś, co umiera i znowu powraca do życia, zstępuje i ponownie wznosi się ponad wszelką naturę. Element ten występuje w naturze, ponieważ najpierw istniał w samym Bogu. W ten sposób wychodzimy poza religie przyrody i poza naturę do Kogoś, kogo się nie tłumaczy, lecz który tłumaczy, nie co prawda bezpośrednio religie przyrody, lecz całe to charakterystyczne funkcjonowanie natury, na którym opierały się religie przyrody. Taki był pierwszy powód mojego zdziwienia. Wszystko to układało się w bardzo szczególny sposób, mówiąc mi coś o naturze w sposób pełniejszy niż to, co przedtem dostrzegałem, jednocześnie zaś samo pozostawało zupełnie na zewnątrz i ponad religiami przyrody.

Jest jeszcze druga sprawa. My, z naszymi dzisiejszymi demokratycznymi i arytmetycznymi założeniami, życzylibyśmy sobie i wręcz oczekujemy równego startu dla wszystkich w ich poszukiwaniu Boga. Pokutuje w nas obraz wielkich dróg zbiegających się ze wszystkich kierunków, a na nich życzliwie usposobionych ludzi, myślących podobnie i coraz bardziej zbliżających się ku sobie. Jakże szokującym przeciwieństwem tego jest opowieść chrześcijańska! Jeden naród wybrany spośród wszystkich innych; naród ciągle doświadczany i wystawiany na próby. Niektórzy giną na pustyni jeszcze przed dotarciem do Palestyny; inni żyją w Babilonie: jeszcze inni obojętnieją. Wszystko to coraz bardziej się zawęża, aż wreszcie schodzi się w małym punkciku, tak maleńkim jak zakończenie włóczni: widzimy modlącą się żydowską panienkę. Oto do czego zawęziła się cała ludzka natura, zanim następuje Wcielenie. Zupełnie inaczej niż tego oczekiwaliśmy, ale wcale rzecz jasna nie inaczej niż zdaje się wyglądać – jak pokazuje przyroda – ogólny Boży sposób działania.

Wszechświat jest dość szokująco selektywnym, niedemokratycznym miejscem, gdzie pośród najwyraźniej nieskończonej przestrzeni stosunkowo małą część zajmuje materia wszelkiego rodzaju. Spośród gwiazd może tylko jedna ma planety: spośród zaś planet w ogóle tylko jedna, jak wiele na to wskazuje, jest w stanie podtrzymywać życie organiczne. Spośród zwierząt tylko jeden gatunek jest rozumny. Selekcja, jaką obserwujemy w naturze, i przerażające spustoszenie, które ona za sobą pociąga, z ludzkiego punktu widzenia wydaje się czymś strasznym i niesprawiedliwym. Selekcyjność, z jaką mamy do czynienia w historii chrześcijańskiej, nie należy jednak do tego samego rodzaju. Ludzie, którzy zostali wybrani, są w pewnym sensie niesprawiedliwie wybrani do najwyższego zaszczytu, ale jest to również największe brzemię. Lud Izraela zdaje sobie sprawę z tego, że to jego cierpienia zbawiają świat.

Również da się zaobserwować, jakie możliwości nierówność ta stwarza w łonie społeczności ludzkiej dla wszelkiego rodzaju tyranii i służalstwa. Z drugiej jednak strony daje się zauważyć, że sprzyja też możliwości zaistnienia czegoś bardzo dobrego – pokory i dobroci, i tej ogromnej radości podziwu. (Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, jak zaradzilibyśmy nudzie świata, w którym nigdy nie można by spotkać nikogo bardziej inteligentnego, piękniejszego czy silniejszego od nas. Nawet te tłumy, które szaleją za sławami piłkarskimi i gwiazdami filmowymi, są zbyt mądre na to, by pragnąć tego rodzaju równości!). Historia Wcielenia zdaje się rzucać nowe światło na ów element natury i ukazywać po raz pierwszy, że element nierówności w naturze nie jest ani dobry, ani zły. Jest ogólnym motywem przebiegającym zarówno przez dobro, jak i zło świata natury: zaczynam też widzieć jego miejsce jako najwyższego piękna w odkupionym wszechświecie.

W ten sposób, nie uświadamiając sobie tego, przeszedłem do punktu trzeciego. Otóż powtórzę, że selektywność nie jest niesprawiedliwa, tak jak to początkowo podejrzewaliśmy, bo wybrani do wielkich zaszczytów są również wybranymi do wielkiego cierpienia, a ich cierpienie uzdrawia innych. We Wcieleniu mamy oczywiście do czynienia z tą ideą zastępowania i czerpania, gdzie jedna osoba korzysta z zasług drugiej. W swojej najwyższej formie stanowi to samo centrum chrześcijaństwa. Okazuje się również, że ten sam rodzaj zastępstwa jest charakterystyczną cechą lub, jak by powiedział muzyk, lejtmotywem natury.

Wedle praw rządzących światem przyrody, żadna istota nie może samodzielnie utrzymać się przy życiu. Każdy i wszystko jest beznadziejnie zadłużone u wszystkich i wszystkiego. W świecie, jak na to teraz patrzymy, bywa to źródłem wielu okropności: wszystkich okropieństw związanych ze zwierzętami mięsożernymi i najgorszych związanych z pasożytami, tymi potwornymi stworzeniami, które żyją pod skórą innych zwierząt, i tak dalej.

Mimo to, jeżeli nagle spojrzymy na to w świetle historii chrześcijańskiej, zobaczymy, iż czerpanie z czegoś, z kogoś innego, a także przyzwolenie, by ci inni z nas czerpali, samo w sobie nie jest złe, że w przypadku wszystkich tych zwierząt, insektów i okropności widzimy tylko jedną stronę medalu.

Jeżeli się nad tym zastanowić, to prawie wszystko, co w naturze jest dobre, również bierze się z czerpania. Przecież dziecko, zarówno przed, jak i po urodzeniu, żyje kosztem matki, podobnie jak pasożyt żyjący kosztem swojego żywiciela. Jedno jest okropnością, drugie źródłem prawie każdego naturalnego dobra w świecie. Wszystko zależy od tego, co zrobimy z tej zasady.

I oto trzecią drogą również doszedłem do stwierdzenia, że to, co ukazuje Wcielenie, doskonale odpowiada temu, co zaobserwowałem w naturze, i – co ważne – za każdym razem ukazuje to od innej strony. Jeżeli akceptuję ten hipotetyczny brakujący rozdział, jakim jest Wcielenie, to stwierdzam, że zaczyna on oświetlać pozostałą część rękopisu. Rzuca światło na występujący w przyrodzie wzorzec śmierci i powtórnych narodzin, po drugie selektywności, a po trzecie zastępowania i czerpania.

Chcę teraz zwrócić uwagę na sprawę bardzo zastanawiającą. Wszystkie pozostałe religie świata, o ile się w nich rozeznaję, są albo religiami przyrody, natury, albo antynatury. Religie natury są to wszystkie znane religie starego, prostego, pogańskiego rodzaju. Człowiek rzeczywiście się upijał w świątyni Bachusa. W świątyni Afrodyty cudzołożył. Bardziej współczesną formą religii natury byłaby religia w pewnym sensie zapoczątkowana przez Bergsona (który jednak wycofał się z niej i umarł jako chrześcijanin), a kontynuowana w bardziej popularnej formie przez pana Bernarda Shawa. Religie antynatury to takie, jak hinduizm i stoicyzm, gdzie ludzie powiadają: „Zamorzę głodem swoje ciało. Nie dbam o to, czy żyję czy umarłem”. Wszystko, co naturalne, należy tu odrzucić; celem jest nirwana, apatia, negatywna duchowość. Religie natury po prostu potakują moim wrodzonym pragnieniom. Religie antynatury je negują. Religie natury tylko udzielają nowej sankcji temu, co zawsze dotąd myślałem o świecie w chwilach krzepkości i beztroskiej zwierzęcości. Religie antynatury po prostu powtarzają to, co o nim myślałem, będąc w nastroju zmęczenia, drażliwości lub współczucia.

Tu jednak mamy do czynienia z czymś zupełnie innym. Tu jest coś, co uczy, że w żadnym przypadku nie wolno mi twierdzić, tak jak to czynią stoicy, iż śmierć nie ma znaczenia. Nie istnieje bardziej od tego niechrześcijańskie podejście. Śmierć, która spowodowała, że Ten, który jest samym Życiem, zapłakał przy grobie Łazarza i uronił krwawe łzy w Getsemani , jest przerażającą okropnością i ohydnym poniżeniem. (Pamiętają państwo wspaniałe stwierdzenie Thomasa Browne’a: „Nie tyle boję się śmierci, co się jej wstydzę”?)

A jednak w jakiś niewytłumaczalny sposób śmierć jest czymś nieskończenie dobrym. Chrześcijaństwo ani nie aprobuje, ani nie zaprzecza okropności śmierci, lecz mówi mi o niej coś zupełnie nowego. Ponadto nie umacnia ono, jak Nietzsche, mojego pragnienia, by być silniejszym i inteligentniejszym niż inni ludzie. Z drugiej strony nie pozwala mi mówić: „O Panie, czyż nie nastąpi dzień, w którym wszyscy będą jednakowo dobrzy?” To samo tyczy się prawa zastępowania. Chrześcijaństwo nie pozwoli mi w żadnym przypadku być wyzyskiwaczem, postępować jak pasożyt w stosunku do innych ludzi, ale też nie pozwoli mi śnić o życiu na własną rękę. Ono nauczy mnie przyjmować z radosną pokorą poświęcenie innych dla mnie, jak również przynagli, by samemu poświęcać się dla nich.

Oto dlaczego uważam Wielki Cud za brakujący rozdział powieści, rozdział, na którym opiera się cała fabuła; oto dlaczego wierzę, iż Bóg rzeczywiście zanurkował do dna stworzenia i wynurzył się, dźwigając na swoich barkach całą odkupioną naturę. Cuda, które się już wydarzyły, oczywiście są – o czym Pismo święte tak często mówi – pierwszymi owocami nadchodzącego lata wszechświata . Chrystus zmartwychwstał, a więc i my zmartwychwstaniemy. Święty Piotr przez kilka sekund szedł po wodzie , a przyjdzie dzień, kiedy nastanie uczyniony na nowo wszechświat, nieskończenie posłuszny woli wyniesionych do chwały i pełnych posłuszeństwa ludzi, kiedy będziemy w stanie robić wszystko, kiedy będziemy bogami, o których mówi Pismo święte.

Wprawdzie jeszcze ciągle jest mroźno, ale tak często bywa wczesną wiosną. Dwa tysiące lat w tej skali stanowi tylko dzień lub dwa. Naprawdę powinno się mówić: „Zmartwychwstanie miało miejsce dwa tysiące lat temu” w tym samym duchu, w jakim mówi się: „Wczoraj widziałem krokusa”. Wiadomo przecież, zapowiedzią czego jest krokus. Wiosna zbliża się powoli, lecz wielką rzeczą jest to, że najgorsze mamy już poza sobą. Istnieje oczywiście ta różnica, iż w przypadku wiosny w przyrodzie krokus nie może decydować o tym, jak się do niej odniesie. My możemy. Posiadamy możliwość przeciwstawienia się wiośnie i ponownego pogrążenia w zimie wszechświata, albo też przejścia do tego „wzniosłego przepychu pełni lata”, w którym nasz Przewodnik, Syn Człowieczy, już przebywa i do którego nas wzywa. Do nas należy wybór, czy posłuchać czy nie, czy umrzeć podczas tej zimy, czy posuwać się naprzód ku owej wiośnie i temu latu.

C.S. Lewis – Esej: „Wielki cud” [1945]

ZOBACZ–> https://znanichrzescijanie.wordpress.com/2015/01/02/argumenty-za-wiara52a-zmartwychwstanie-chrystusa-a-adonis-ozyrys-i-reszta-towarzystwa/

A TAKŻE–> https://znanichrzescijanie.wordpress.com/2015/01/04/zarzuty-zmartwychwstanie-chrystusa-jest-tylko-plagiatem-mitologii-poganskiej-cz-ii/

Ress

Mimo fundamentalnych różnic (patrz koniec artykułu) w rozumieniu zmartwychwstania, skojarzenia Jezusa z bogami misteryjnymi mogły się rodzić i rodziły się już w początkach chrześcijaństwa.

Pewne podobieństwo Jezusa do Mitry, Adonisa czy Ozyrysa, budziło niepokój np. Tertuliana (ok. 150-ok. 220), który widział w tym działanie demonów, małpujących prawdę Ewangelii. Uważał że wszystko poza chrześcijaństwem jest szkodliwe i bluźniercze. Teolog ten miał tak radykalne poglądy, że doprowadziło go to do zerwania z Kościołem, gdyż po kilku latach przynależności do niego, zaczął uważać Kościół za zbyt liberalny i zbyt otwarty na filozofię pogańska, przystąpił więc do sekty montanistów.

Zupełnie inne podejście miał jeden z pierwszych apologetów – Justyn (ok. 100-167). Odwoływał się on do doktryny o Logosie preegzystującym w czasach Starego Testamentu (praeparatio evangelica biblica), który objawił ziarna prawdy o sobie (Logos spermatikos) niektórym filozofom (praeparatio evangelica filosofica), natomiast w pełni objawił się dopiero w osobie Jezusa z Nazaretu, Mesjasza, Syna Bożego. Logos spermatikos, czyli „Słowo rozsiane”, jest jedną z tych genialnych intuicji Justyna, dzięki której był zdolny znaleźć wspólny język z filozofią swego czasu. Ponadto kategoria ta, która po raz pierwszy pojawia się właśnie w pismach Justyna, stała się podstawą refleksji teologicznej Kościoła różnych epok (czasami niestety zapomnianej) o ziarnach prawdy obecnych w innych religiach i kulturach.

W naszych czasach idea ta powróciła wraz z nauczaniem Soboru Watykańskiego II. Istotą tej koncepcji jest przekonanie, że od początku istnienia wszechświata ziarna prawdy zostały rozsiane przez boski Logos wśród wszystkich ludzi i w ten sposób wszyscy w różnym stopniu odkrywają prawdę i w różnym stopniu mają udział w boskim Logosie. Dzięki Objawieniu się całego Logosu w osobie Chrystusa pełnię prawdy o Bogu i człowieku oraz pełne uczestnictwo w mocy boskiego Logosu mają oczywiście tylko chrześcijanie. Natomiast zarówno objawienie starotestamentowe, jak też filozofia są tylko częściowym odkryciem prawdy.

Choć Logos spermatikos jest oryginalną koncepcją Justyna, to została ona zainspirowana trzema różnymi tradycjami: filozoficznymi tradycjami neoplatonizmu i stoicyzmu, judaizmem hellenistycznym, zwłaszcza nauką Filona Aleksandryjskiego o bytach pośrednich między Bogiem i ludźmi, oraz oczywiście wcześniejszą tradycją chrześcijańską, zwłaszcza dotyczącą zdolności naturalnego poznania Boga (Rz 1-2). Kategoria Logos spermatikos pozwoliła Justynowi nie tylko dostrzec ziarna prawdy w innych tradycjach religijnych i filozoficznych, ale uzupełniona o koncepcję Logosu pełnego (można by ją określić jako Logos totus), okazała się również kluczowa w prezentacji chrześcijaństwa jako jedynej i najpełniejszej ze wszystkich filozofii. Widziane w takiej perspektywie chrześcijaństwo jest nauką uniwersalną, pełnią takiego poznania prawdy, której wszyscy inni poszukują niejako po omacku.

Taka optyka była i nadal pozostaje podstawą misyjnego zaangażowania chrześcijan w głoszenie Ewangelii wszystkim ludziom. Dla Justyna pełnia prawdy znajdowała się tylko w chrześcijaństwie, zaś w pozostałych religiach czy kulturach obecne były jedynie ziarna Logosu (semina Verbi), elementy prawdy. Na podstawie nauki o Logosie rozsianym Justyn opracował również swoją teologię historii zbawienia. Według apologety istnieje tylko jedna historia zbawienia ludzkości, zarówno Żydów, Greków, jak i barbarzyńców, i jest ona historią świętą, gdyż kieruje nią Bóg objawiający się na różne sposoby, a ostatecznie w osobie swojego Syna. Ponieważ to właśnie w historii dokonuje się zbawienie człowieka, każdy jest zaproszony do prowadzenia życia zgodnie z zasadami Logosu, które mogą być poznane poprzez wiarę, jak w przypadku chrześcijan, albo za pomocą naturalnego światła rozumu ludzkiego. Zbawczy plan Boga jest więc propozycją dla wszystkich ludzi.

Do Żydów Bóg przemawiał przez proroków, do pogan poprzez prawdę „objawienia naturalnego”, przeznaczoną do odkrycia rozumem, natomiast do wszystkich poprzez Ewangelię swego wcielonego Syna. Warto postawić sobie pytanie, czy Bóg, który się objawił w tradycji hebrajskiej i w Jezusie Chrystusie, zawarł również z „poganami” jakąś formę zbawczego „przymierza”, tak że i oni mogą być nazywani „ludami Boga”, „ludami Boga przymierza”. Z problemem przynależności „innych” do historii zbawienia i ich związku przymierza z Bogiem żywym łączy się problem objawienia Boga ludziom poprzez historię „wiele razy i na wiele sposobów”, nim objawił się „ostatecznie w tych dniach … przez Syna” (Hbr 1, 1-2). Autor listu do Hebrajczyków miał na myśli objawienia Boga przez proroków tradycji hebrajskiej, Jacques Dupuis w książce „Chrześcijaństwo i religie” stawia jednak pytanie, czy nie należy poszerzyć perspektywy otwartej przez tekst na całość historii ludzkości. Jeśli w plan Bożych przymierzy i w historię zbawienia są włączone wszystkie narody, to czyż nie należałoby wnioskować, że w jakiś sposób, niechby nawet wstępny i niepełny, Bóg objawił się w ich historii przez słowa objawiające i zbawcze gesty?

Czy można przyjąć, że w innych tradycjach religijnych, w pamięci zapisanej w ich świętych księgach jak też w ich żywej praktyce religijnej, mamy do czynienia ze śladami słów Boga i gestów zbawczych, „różnym obliczem Boskości”, które można odkryć, wydobyć i uhonorować. Jacques Dupois stawia kontrowersyjną tezę, że działalność Ducha Świętego dosięga wyznawców innych religii za pośrednictwem ich tradycji. Jest to szokujące stwierdzenie. Czy niebiblijne Księgi mogą pośredniczyć w działalności Ducha w życiu religijnym ich wyznawców? W jaki sposób ją wspomagają i ułatwiają doświadczenie religijne? W jaki sposób wzywają wyznawców tych religii do posłuszeństwa wierze, która zbawia? Czy jest rzeczą możliwą, by teologia zebrała w Świętych Księgach innych tradycji religijnych żniwo autentycznego objawienia Bożego – prawdziwe Słowo Boga skierowane do ludzi? Jeśli w innych tradycjach religijnych istnieje prawdziwe, choć niepełne, pośrednictwo tajemnicy, wynika z tego, ze mogą one służyć jako „drogi” czy „ścieżki” zbawienia swoim członkom.

Taka działalność innych tradycji religijnych w porządku zbawienia powinna oczywiście, patrząc na to z chrześcijańskiego punktu widzenia, zawsze być umieszczana w globalnym planie Boga wobec ludzkości, który swój szczyt znajduje w Wydarzeniu Jezusa Chrystusa. Bóg, choć wypowiedział swoje ostateczne Słowo w Jezusie Chrystusie, choć mówił przez proroków Starego Testamentu, wypowiedział początkowe lub zarodkowe słowa do ludzi przez proroków innych narodów – słowa, których ślady można odnaleźć w Księgach Świętych światowych tradycji religijnych. Słowo ostateczne nie wyklucza innych słów: wprost przeciwnie, zakłada je. Nie możemy powiedzieć, że pierwszym słowem było słowo zapisane w Starym Testamencie. Nie: to właśnie ten dokument zaświadcza, że Bóg przemawiał do narodów wcześniej, nim zwrócił się do Izraela. Gwarancją tego są przymierza Boga z Adamem i z Noem i zażyłość w obu przypadkach, z jaką Bóg odnosi się do ludzi. Święte Księgi narodów reprezentują więc, razem ze Starym i Nowym Testamentem, różne sposoby i formy, w jakich Bóg zwraca się do ludzi w ciągłym procesie Bożego samo-objawienia skierowanego do nich. „Ziarna Słowa” zawarte w wierzeniach innych religii są słowami zarodkowymi i początkowymi Boga, w których jest też obecny wpływ Ducha.

Wpływ Ducha jest powszechny. Rozciąga się na słowa kierowane przez Boga do ludzkości w każdym okresie Jego samo-objawienia. To św. Tomasz z Akwinu napisał cytując Ambrozjastera: Omne verum a quocumque dicatur a Spiritu Sancto est („Każda prawda, niezależnie przez kogo powiedziana, pochodzi od Ducha Świętego”) (S.T., I, II, 109, 1, ad 1). Każda prawda pochodzi od Boga, który jest Prawdą, i winna być jako taka szanowana, niezależnie od tego, jakim kanałem do nas dociera. Słowa Boga i objawienia Bożego nie należy pojmować jak monolitu, lecz jako rzeczywistość zróżnicowaną i kompleksową. I tu wracam do zasadniczej kwestii. Oto teza, którą chcę zaproponować:

Może pogańskie intuicje na temat umierającego bóstwa, występujące w kulturach całego świata, to maska pod którą Jedyny Bóg ukrywał się od początku? Być może prawda jest rozrzucona w wielu mitach po całym świecie, a nie tylko w Biblii. Czy pogańskie mity mogły zapowiadać wcielenie?

Clive Staples Lewis (autor „Opowieści z Narnii”) w eseju „Mit stał się faktem”, napisał: „Istotę chrześcijaństwa stanowi mit, który jest również faktem. Stary mit o umierającym Bogu, nie przestając być mitem, schodzi z nieba legendy i wyobraźni na ziemię historii. Wydarza się w określonym dniu, w konkretnym miejscu”. Archetyp umierającego boga staje się prawdą, staje się rzeczywistym i historycznym wydarzeniem.

W powieści Marguerite Steedman „Ucieczka do Avalonu” jednym z bohaterów jest wierny sługa i przyjaciel Józefa z Arymatei – Grek Filon, który został w młodości wtajemniczony w misteria dionizyjskie. Gdy poznaje on Jezusa, zaczyna widzieć w nim urzeczywistnienie swojej wiary. Dostrzega pewną analogię symboliki używanej przez Jezusa z atrybutami łączonymi z Dionizosem. Wszystko to naprowadza go na przekonanie, ze Jezus jest Bogiem i ostatecznie ten człowiek, nie będący Żydem i nie znający religii żydowskiej, wcześniej niż wielu Żydów, oczekujących na przyjście Mesjasza, staje się wyznawcą Jezusa Chrystusa.

Według Lewisa pogańskie mity o umierającym i wracającym do życia bóstwie, odzwierciedlają tęsknotę wszczepioną przez Boga, aby przygotować ludzkość na Wcielenie. Te pogańskie intuicje są oczywiście niedokończone i niepełne, posługują się alegorią i myśleniem mitycznym, zapowiadają jednak najlepszą opowieść – Dobrą Nowinę, że Jedyny prawdziwy Bóg, naprawdę stał się człowiekiem, umarł na krzyżu dla naszego zbawienia, a potem, pokonawszy śmierć, zmartwychwstał. Lewis zastanawiał się nawet, czy niektórym współczesnym ludziom nie należy przedstawić najpierw przedchrześcijańskich, pogańskich intuicji, aby przygotować ich odpowiednio na przyjęcie Ewangelii.

Również Odo Casela twierdzi , że misteria pogańskie były szkołą, przygotowaniem dla chrześcijaństwa, podobnie jak takim przygotowaniem był Stary Testament. To, czego pogaństwo szukało i oczekiwało w misteriach, a nawet o wiele więcej, przyniosło z sobą chrześcijaństwo. To właśnie i jeszcze wiele więcej zawiera w sobie chrześcijańska liturgia. Czego szukali bowiem poganie w misteriach o odradzających się bogach? Przedstawiali w dramatach misteryjnych życie i cierpienie bóstwa, aby samemu otrzymać udział w nieśmiertelnym życiu bogów i w ten sposób znaleźć zbawienie. A to właśnie przyniosło chrześcijaństwo.

Biblista Ronald H. Nash podaje następujące różnice:

1. Pogańscy bogowie-zbawiciele nie umierali za kogoś innego, dlatego śmierć Boga-człowieka w miejsce człowieka jest czymś unikalnym.
2. Chrystus umarł za grzechy, jak żaden z pogańskich bogów.
3. Jezus umarł raz na zawsze (Hbr7, 27; 9, 25-28; 10, 10-14), podczas gdy bogowie czczeni w misteriach umierali corocznie.
4. Ozyrys, Attis czy Adonis ponieśli śmierć w wyniku różnych okoliczności, natomiast Jezus złożył swe życie dobrowolnie.
5. Śmierć Jezusa jest wydarzeniem historycznym, natomiast śmierć bogów-zbawców jest tylko mitycznym dramatem – alegorią odradzającej się przyrody.

Roman Zając

http://www.kosciol.pl/article.php/20070129232607667/print

ZOBACZ TAKŻE CZ. I–> https://znanichrzescijanie.wordpress.com/2015/01/02/argumenty-za-wiara52a-zmartwychwstanie-chrystusa-a-adonis-ozyrys-i-reszta-towarzystwa/