ZARZUTY „Zmartwychwstanie Chrystusa jest tylko plagiatem mitologii pogańskiej”. CZ III

Posted: 6 stycznia 2015 in ZARZUTY WOBEC CHRZEŚCIJAŃSTWA

FreeGreatPicture.com-9899-hd-wheat-crop-material

Zadaje się teraz często pytanie, czy nie moglibyśmy mieć chrześcijaństwa pozbawionego jego cudownych elementów lub, jak mówią ludzie o to pytający, „uwolnionego” od nich, chrześcijaństwa z przemilczanymi cudami. Wydaje mi się jednak, że tą jedyną religią na świecie, a w każdym razie jedyną znaną mi, z którą nie można tego zrobić, jest chrześcijaństwo. W religii takiej jak buddyzm usunięcie cudów przypisywanych w niektórych bardzo późnych źródłach Gautamie Buddzie nie przyniosłoby żadnej straty, w istocie bardzo by dobrze tej religii zrobiło, ponieważ w jej przypadku cuda przeważnie pozostają w sprzeczności z jej nauką. Nawet w przypadku religii takiej jak mahometanizm, gdyby usunąć wydarzenia cudowne, nic istotnego nie uległoby zmianie. Mielibyśmy nadal wielkiego proroka głoszącego swoje dogmaty bez wprowadzania jakichkolwiek cudów; mają one tylko charakter dygresji czy iluminowanych inicjałów.

Pod żadnym pozorem nie można tego uczynić z chrześcijaństwem ponieważ przekaz chrześcijański jest właśnie opowieścią o jednym wielkim cudzie, chrześcijańska afirmacja dotyczy tego, co istnieje poza wszelką przestrzenią i czasem, nie stworzone przez nikogo, nieśmiertelne, co weszło w naturę, w ludzką naturę, zstąpiło do swojego własnego wszechświata i znowu wzniosło się, zabierając naturę, ze sobą. Oto właśnie jeden wielki cud, jeżeli go usunąć, nie pozostanie nic specyficznie chrześcijańskiego. Można będzie mówić o wielu wspaniałych ludzkich elementach, które chrześcijaństwo dzieli z innymi systemami na świecie, ale nie pozostanie nic, co by było specyficznie chrześcijańskie. I odwrotnie, jeżeli człowiek raz zaakceptuje ten wielki cud, to zobaczy, że wszystkie inne uznane chrześcijańskie cuda, bo oczywiście istnieją nie uznane chrześcijańskie cuda, istnieją chrześcijańskie legendy, tak samo jak pogańskie legendy lub współczesne legendy dziennikarskie – zobaczy, że wszystkie uznane chrześcijańskie cuda stanowią jego część, że wszystkie one albo przygotowują na Wcielenie, albo je obrazują, albo z niego wynikają. Podobnie jak każde naturalne wydarzenie ukazuje całościowy charakter wszechświata w danym punkcie i czasie, tak każdy cud obrazuje charakter Wcielenia.

Jeżeli ktoś stawia kwestię, czy ten centralny wielki cud w chrześcijaństwie jest jako taki prawdopodobny czy nie, musi mieć jasność, że tutaj nie da się zastosować rodzaju prawdopodobieństwa propagowanego przez Hume’a . Nie można tu mówić o prawdopodobieństwie opartym na statystyce, zgodnie z którą im częściej rzecz miała miejsce, tym większe jest prawdopodobieństwo, że zaistnieje ponownie (im częściej doświadczało się niestrawności po jakiejś potrawie, tym bardziej prawdopodobne, iż po ponownej jej konsumpcji znowu czeka nas niestrawność). Oczywiście nie można rozpatrywać prawdopodobieństwa Wcielenia w tym znaczeniu. W samej jego naturze leży to, że wydarzyło się tylko raz. Ale też w samej naturze historii tego świata leży to, iż wydarza się ona tylko raz: a jeżeli Wcielenie w ogóle miało miejsce, to jest ono głównym rozdziałem tej historii. Jest ono nieprawdopodobne w ten sam sposób, w jaki nieprawdopodobna jest cała natura, ponieważ istnieje ona tylko raz i jej historia wydarzy się tylko raz. Tak więc, należy zastosować w stosunku do niego zupełnie inne kryterium.

Uważam, iż stać nas na to. Załóżmy, że mamy przed sobą rękopis jakiegoś wielkiego dzieła, symfonii albo powieści. Przychodzi ktoś i mówi: „Znalazłem nowy urywek tego rękopisu; jest to główny fragment tej symfonii czy też główny rozdział tej powieści. Tekst bez niego jest niekompletny. Oto brakujący fragment, który stanowi naprawdę centrum całego dzieła”. Jedyna rzecz, jaką można by zrobić, to umieścić nowy urywek rękopisu w tym centralnym miejscu i wtedy zobaczyć, jak oddziałuje na resztę utworu. Gdyby całym swoim brzmieniem bądź wymową nadawał nowe znaczenie pozostałej części dzieła, gdyby powodował dostrzeganie w niej rzeczy do tej pory niezauważalnych, to sądzę, że uznałoby się go za autentyczny. Z drugiej strony, gdyby nie spełnił tego zadania, wtedy bez względu na to, jak by był atrakcyjny sam w sobie, zostałby odrzucony.

Co jest tym brakującym rozdziałem w naszym przypadku, rozdziałem, który proponują chrześcijanie? Historia Wcielenia jest historią zstąpienia i zmartwychwstania. Kiedy używam tu słowa „zmartwychwstanie”, nie mam na myśli tylko pierwszych kilku godzin czy pierwszych kilku tygodni związanych z faktem Zmartwychwstania. Mówię o tym całym ogromnym wzorcu zstąpienia głęboko w dół, a potem wstąpienia z powrotem do góry. Zmartwychwstaniem zazwyczaj nazywamy, że tak to określę, sam ów punkt, w którym następuje zmiana kierunku. Zastanówmy się, czym jest zstąpienie. Zejściem nie tylko w człowieczeństwo, lecz w te dziewięć miesięcy, które poprzedzają narodziny człowieka, w ciągu których podobno wszyscy powtarzamy w skrócie dziwne przedludzkie i podludzkie formy życia, i zejściem jeszcze niżej do formy martwego ciała, czegoś, co wkrótce – gdyby ruch wstępujący się nie rozpoczął – przestałoby w ogóle istnieć w postaci organicznej i cofnęłoby się do stanu nieorganicznego, jak się to dzieje ze wszystkimi zmarłymi ciałami. Można tu posłużyć się obrazem kogoś schodzącego na sam dół i pogłębiającego dno morskie. Albo obrazem silnego człowieka próbującego dźwignąć bardzo duży, trudny do uchwycenia ciężar. Nachyla się do ziemi i z wysiłkiem wsuwa się pod niego tak, że sam niknie nam z oczu: a wtedy z wolna wyprostowuje się i rusza z miejsca z całym tym ciężarem kołyszącym się na jego barkach. Można też przywołać obraz nurka, który po kolei zrzuca części garderoby, rozbiera się do naga, po czym mignie tylko w powietrzu i już sunie w dół poprzez zieloną, ciepłą, rozświetloną słońcem wodę, opuszcza się niżej w wodę czarną jak smoła, zimną, lodowatą, na sam dół, w muł i szlam; a potem znów kieruje się ku górze, jego płuca prawie pękają, zmierza znowu do zielonej i ciepłej, nasłonecznionej wody, a w końcu wydostaje się na światło słoneczne, trzymając w ręku coś ociekającego, po co schodził w dół. To coś to ludzka natura, ale też związana z nią cała natura, nowy wszechświat. To powiązanie między ludzką naturą a naturą w ogólności jest zagadnieniem, którego żadną miarą nie jestem w stanie rozwinąć dzisiejszego wieczoru, bo trzeba by tu wygłosić odrębne kazanie. Brzmi to zaskakująco, ale wierzę, że tak jest.

Kiedy więc pomyślimy o tym obrazie – wzorcu ogromnego nurkowania do dna, w głębiny wszechświata, i o powrocie do góry, do światła, natychmiast dostrzeżemy, jak jest on naśladowany i odwzorowywany w elementach świata natury: w zejściu ziarna w glebę i jego wznoszeniu się znowu w pędach roślin. Jest również wiele różnych spraw w naszym życiu duchowym, gdzie coś musi zostać unicestwione lub złamane, po to, by mogło odrodzić się jasne, mocne i wspaniałe. Analogia jest oczywista. W tym sensie ta doktryna pasuje doskonale, w istocie tak doskonale, że natychmiast przychodzi na myśl podejrzenie. Czy nie pasuje ona zbyt dobrze?

Innymi słowy, czy przekaz chrześcijański nie pokazuje wzorca schodzenia i ponownego wznoszenia się, ponieważ należy to nieodłącznie do wszystkich na świecie religii przyrody? Czytaliśmy o tym w Złotej gałęzi . Słyszeliśmy wszyscy o Adonisie i znamy opowieści o całej reszcie tego dość nudnego towarzystwa; czyż ta opowieść nie jest jeszcze jednym wariantem o tym samym, o „umierającym Bogu”? Owszem tak, i to czyni problem delikatnym. To, co zawsze twierdzi antropologiczna krytyka chrześcijaństwa, jest całkowitą prawdą. Chrystus jest postacią, tego rodzaju. I w tym oto miejscu widzimy coś bardzo osobliwego.

Kiedy po raz pierwszy, wyrósłszy z dzieciństwa, czytałem Ewangelie, miałem głowę pełną tego wszystkiego, mitów o umierającym Bogu, treści Złotej gałęzi, i tak dalej. Idea ta wtedy jawiła mi się jako bardzo poetyczna, tajemnicza i ożywiająca. Nigdy nie zapomnę, swego rozczarowania i zniechęcenia, kiedy sięgnąwszy po Ewangelię, nie znalazłem prawie zupełnie nic na ten temat. W Nowym Testamencie metafora ziarna padającego w ziemię występuje w związku z tym tematem chyba dwa razy , o reszcie raczej nie ma mowy. Wydało mi się to zadziwiające. Był tu umierający Bóg zawsze symbolizujący zboże: widzimy Go trzymającego w ręku przetworzone ziarna zboża, czyli chleb, i mówiącego: „To jest Ciało moje” : z mego punktu widzenia, tak jak to wtedy rozumiałem, chyba On nie uświadamiał sobie, co mówi. Oczywiście jeżeli gdziekolwiek, to właśnie tam owo powiązanie między przekazem chrześcijańskim a zbożem musiałoby się pojawić: domagał się tego cały kontekst. Wszystko jednak toczy się tak, jak gdyby główny aktor, a zwłaszcza Jego otoczenie było całkowicie nieświadome tego, co robi. Mamy tu sytuację taką, jak gdyby doskonały opis węża morskiego przedstawiali nam ludzie sprawiający wrażenie, że nigdy nie słyszeli o wężach morskich. Ujmując to inaczej, dlaczego tak się stało, iż jedyny przypadek „umierającego Boga”, który można by przyjąć za historyczny, zdarzył się u ludu (i to jedynego w całym świecie śródziemnomorskim), który nie wykazywał żadnych śladów tej religii przyrody i chyba rzeczywiście nic o niej nie wiedział? Dlaczego więc nagle wśród niego wszystko to ma miejsce?

Główny aktor, mówiąc z ludzkiego punktu widzenia, robi wrażenie, jakby nie miał pojęcia, jakim echem odbiją się jego słowa (i cierpienia) w pogańskim umyśle. No cóż, jest jedna hipoteza, która może to wytłumaczyć. Może Król Zboża, nie występuje w tej księdze, ponieważ występuje w niej Ten, którego obrazem był Król Zboża? Może wyobrażenie jest nieobecne, ponieważ tu nareszcie jest obecna rzecz wyobrażana? Może brak jest cieni, gdyż przedmiot rzucający cień sam się pojawił? Zboże jako takie stanowi daleką imitację rzeczywistości nadprzyrodzonej; czegoś, co umiera i znowu powraca do życia, zstępuje i ponownie wznosi się ponad wszelką naturę. Element ten występuje w naturze, ponieważ najpierw istniał w samym Bogu. W ten sposób wychodzimy poza religie przyrody i poza naturę do Kogoś, kogo się nie tłumaczy, lecz który tłumaczy, nie co prawda bezpośrednio religie przyrody, lecz całe to charakterystyczne funkcjonowanie natury, na którym opierały się religie przyrody. Taki był pierwszy powód mojego zdziwienia. Wszystko to układało się w bardzo szczególny sposób, mówiąc mi coś o naturze w sposób pełniejszy niż to, co przedtem dostrzegałem, jednocześnie zaś samo pozostawało zupełnie na zewnątrz i ponad religiami przyrody.

Jest jeszcze druga sprawa. My, z naszymi dzisiejszymi demokratycznymi i arytmetycznymi założeniami, życzylibyśmy sobie i wręcz oczekujemy równego startu dla wszystkich w ich poszukiwaniu Boga. Pokutuje w nas obraz wielkich dróg zbiegających się ze wszystkich kierunków, a na nich życzliwie usposobionych ludzi, myślących podobnie i coraz bardziej zbliżających się ku sobie. Jakże szokującym przeciwieństwem tego jest opowieść chrześcijańska! Jeden naród wybrany spośród wszystkich innych; naród ciągle doświadczany i wystawiany na próby. Niektórzy giną na pustyni jeszcze przed dotarciem do Palestyny; inni żyją w Babilonie: jeszcze inni obojętnieją. Wszystko to coraz bardziej się zawęża, aż wreszcie schodzi się w małym punkciku, tak maleńkim jak zakończenie włóczni: widzimy modlącą się żydowską panienkę. Oto do czego zawęziła się cała ludzka natura, zanim następuje Wcielenie. Zupełnie inaczej niż tego oczekiwaliśmy, ale wcale rzecz jasna nie inaczej niż zdaje się wyglądać – jak pokazuje przyroda – ogólny Boży sposób działania.

Wszechświat jest dość szokująco selektywnym, niedemokratycznym miejscem, gdzie pośród najwyraźniej nieskończonej przestrzeni stosunkowo małą część zajmuje materia wszelkiego rodzaju. Spośród gwiazd może tylko jedna ma planety: spośród zaś planet w ogóle tylko jedna, jak wiele na to wskazuje, jest w stanie podtrzymywać życie organiczne. Spośród zwierząt tylko jeden gatunek jest rozumny. Selekcja, jaką obserwujemy w naturze, i przerażające spustoszenie, które ona za sobą pociąga, z ludzkiego punktu widzenia wydaje się czymś strasznym i niesprawiedliwym. Selekcyjność, z jaką mamy do czynienia w historii chrześcijańskiej, nie należy jednak do tego samego rodzaju. Ludzie, którzy zostali wybrani, są w pewnym sensie niesprawiedliwie wybrani do najwyższego zaszczytu, ale jest to również największe brzemię. Lud Izraela zdaje sobie sprawę z tego, że to jego cierpienia zbawiają świat.

Również da się zaobserwować, jakie możliwości nierówność ta stwarza w łonie społeczności ludzkiej dla wszelkiego rodzaju tyranii i służalstwa. Z drugiej jednak strony daje się zauważyć, że sprzyja też możliwości zaistnienia czegoś bardzo dobrego – pokory i dobroci, i tej ogromnej radości podziwu. (Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, jak zaradzilibyśmy nudzie świata, w którym nigdy nie można by spotkać nikogo bardziej inteligentnego, piękniejszego czy silniejszego od nas. Nawet te tłumy, które szaleją za sławami piłkarskimi i gwiazdami filmowymi, są zbyt mądre na to, by pragnąć tego rodzaju równości!). Historia Wcielenia zdaje się rzucać nowe światło na ów element natury i ukazywać po raz pierwszy, że element nierówności w naturze nie jest ani dobry, ani zły. Jest ogólnym motywem przebiegającym zarówno przez dobro, jak i zło świata natury: zaczynam też widzieć jego miejsce jako najwyższego piękna w odkupionym wszechświecie.

W ten sposób, nie uświadamiając sobie tego, przeszedłem do punktu trzeciego. Otóż powtórzę, że selektywność nie jest niesprawiedliwa, tak jak to początkowo podejrzewaliśmy, bo wybrani do wielkich zaszczytów są również wybranymi do wielkiego cierpienia, a ich cierpienie uzdrawia innych. We Wcieleniu mamy oczywiście do czynienia z tą ideą zastępowania i czerpania, gdzie jedna osoba korzysta z zasług drugiej. W swojej najwyższej formie stanowi to samo centrum chrześcijaństwa. Okazuje się również, że ten sam rodzaj zastępstwa jest charakterystyczną cechą lub, jak by powiedział muzyk, lejtmotywem natury.

Wedle praw rządzących światem przyrody, żadna istota nie może samodzielnie utrzymać się przy życiu. Każdy i wszystko jest beznadziejnie zadłużone u wszystkich i wszystkiego. W świecie, jak na to teraz patrzymy, bywa to źródłem wielu okropności: wszystkich okropieństw związanych ze zwierzętami mięsożernymi i najgorszych związanych z pasożytami, tymi potwornymi stworzeniami, które żyją pod skórą innych zwierząt, i tak dalej.

Mimo to, jeżeli nagle spojrzymy na to w świetle historii chrześcijańskiej, zobaczymy, iż czerpanie z czegoś, z kogoś innego, a także przyzwolenie, by ci inni z nas czerpali, samo w sobie nie jest złe, że w przypadku wszystkich tych zwierząt, insektów i okropności widzimy tylko jedną stronę medalu.

Jeżeli się nad tym zastanowić, to prawie wszystko, co w naturze jest dobre, również bierze się z czerpania. Przecież dziecko, zarówno przed, jak i po urodzeniu, żyje kosztem matki, podobnie jak pasożyt żyjący kosztem swojego żywiciela. Jedno jest okropnością, drugie źródłem prawie każdego naturalnego dobra w świecie. Wszystko zależy od tego, co zrobimy z tej zasady.

I oto trzecią drogą również doszedłem do stwierdzenia, że to, co ukazuje Wcielenie, doskonale odpowiada temu, co zaobserwowałem w naturze, i – co ważne – za każdym razem ukazuje to od innej strony. Jeżeli akceptuję ten hipotetyczny brakujący rozdział, jakim jest Wcielenie, to stwierdzam, że zaczyna on oświetlać pozostałą część rękopisu. Rzuca światło na występujący w przyrodzie wzorzec śmierci i powtórnych narodzin, po drugie selektywności, a po trzecie zastępowania i czerpania.

Chcę teraz zwrócić uwagę na sprawę bardzo zastanawiającą. Wszystkie pozostałe religie świata, o ile się w nich rozeznaję, są albo religiami przyrody, natury, albo antynatury. Religie natury są to wszystkie znane religie starego, prostego, pogańskiego rodzaju. Człowiek rzeczywiście się upijał w świątyni Bachusa. W świątyni Afrodyty cudzołożył. Bardziej współczesną formą religii natury byłaby religia w pewnym sensie zapoczątkowana przez Bergsona (który jednak wycofał się z niej i umarł jako chrześcijanin), a kontynuowana w bardziej popularnej formie przez pana Bernarda Shawa. Religie antynatury to takie, jak hinduizm i stoicyzm, gdzie ludzie powiadają: „Zamorzę głodem swoje ciało. Nie dbam o to, czy żyję czy umarłem”. Wszystko, co naturalne, należy tu odrzucić; celem jest nirwana, apatia, negatywna duchowość. Religie natury po prostu potakują moim wrodzonym pragnieniom. Religie antynatury je negują. Religie natury tylko udzielają nowej sankcji temu, co zawsze dotąd myślałem o świecie w chwilach krzepkości i beztroskiej zwierzęcości. Religie antynatury po prostu powtarzają to, co o nim myślałem, będąc w nastroju zmęczenia, drażliwości lub współczucia.

Tu jednak mamy do czynienia z czymś zupełnie innym. Tu jest coś, co uczy, że w żadnym przypadku nie wolno mi twierdzić, tak jak to czynią stoicy, iż śmierć nie ma znaczenia. Nie istnieje bardziej od tego niechrześcijańskie podejście. Śmierć, która spowodowała, że Ten, który jest samym Życiem, zapłakał przy grobie Łazarza i uronił krwawe łzy w Getsemani , jest przerażającą okropnością i ohydnym poniżeniem. (Pamiętają państwo wspaniałe stwierdzenie Thomasa Browne’a: „Nie tyle boję się śmierci, co się jej wstydzę”?)

A jednak w jakiś niewytłumaczalny sposób śmierć jest czymś nieskończenie dobrym. Chrześcijaństwo ani nie aprobuje, ani nie zaprzecza okropności śmierci, lecz mówi mi o niej coś zupełnie nowego. Ponadto nie umacnia ono, jak Nietzsche, mojego pragnienia, by być silniejszym i inteligentniejszym niż inni ludzie. Z drugiej strony nie pozwala mi mówić: „O Panie, czyż nie nastąpi dzień, w którym wszyscy będą jednakowo dobrzy?” To samo tyczy się prawa zastępowania. Chrześcijaństwo nie pozwoli mi w żadnym przypadku być wyzyskiwaczem, postępować jak pasożyt w stosunku do innych ludzi, ale też nie pozwoli mi śnić o życiu na własną rękę. Ono nauczy mnie przyjmować z radosną pokorą poświęcenie innych dla mnie, jak również przynagli, by samemu poświęcać się dla nich.

Oto dlaczego uważam Wielki Cud za brakujący rozdział powieści, rozdział, na którym opiera się cała fabuła; oto dlaczego wierzę, iż Bóg rzeczywiście zanurkował do dna stworzenia i wynurzył się, dźwigając na swoich barkach całą odkupioną naturę. Cuda, które się już wydarzyły, oczywiście są – o czym Pismo święte tak często mówi – pierwszymi owocami nadchodzącego lata wszechświata . Chrystus zmartwychwstał, a więc i my zmartwychwstaniemy. Święty Piotr przez kilka sekund szedł po wodzie , a przyjdzie dzień, kiedy nastanie uczyniony na nowo wszechświat, nieskończenie posłuszny woli wyniesionych do chwały i pełnych posłuszeństwa ludzi, kiedy będziemy w stanie robić wszystko, kiedy będziemy bogami, o których mówi Pismo święte.

Wprawdzie jeszcze ciągle jest mroźno, ale tak często bywa wczesną wiosną. Dwa tysiące lat w tej skali stanowi tylko dzień lub dwa. Naprawdę powinno się mówić: „Zmartwychwstanie miało miejsce dwa tysiące lat temu” w tym samym duchu, w jakim mówi się: „Wczoraj widziałem krokusa”. Wiadomo przecież, zapowiedzią czego jest krokus. Wiosna zbliża się powoli, lecz wielką rzeczą jest to, że najgorsze mamy już poza sobą. Istnieje oczywiście ta różnica, iż w przypadku wiosny w przyrodzie krokus nie może decydować o tym, jak się do niej odniesie. My możemy. Posiadamy możliwość przeciwstawienia się wiośnie i ponownego pogrążenia w zimie wszechświata, albo też przejścia do tego „wzniosłego przepychu pełni lata”, w którym nasz Przewodnik, Syn Człowieczy, już przebywa i do którego nas wzywa. Do nas należy wybór, czy posłuchać czy nie, czy umrzeć podczas tej zimy, czy posuwać się naprzód ku owej wiośnie i temu latu.

C.S. Lewis – Esej: „Wielki cud” [1945]

ZOBACZ–> https://znanichrzescijanie.wordpress.com/2015/01/02/argumenty-za-wiara52a-zmartwychwstanie-chrystusa-a-adonis-ozyrys-i-reszta-towarzystwa/

A TAKŻE–> https://znanichrzescijanie.wordpress.com/2015/01/04/zarzuty-zmartwychwstanie-chrystusa-jest-tylko-plagiatem-mitologii-poganskiej-cz-ii/

Advertisements

Możliwość komentowania jest wyłączona.