Archiwum dla Kwiecień, 2015

Leandro Castán da Silva (ur. 5 listopada 1986 w Jaú) – brazylijski piłkarz grający na pozycji środkowego obrońcy. Od 2012 roku jest zawodnikiem klubu AS Roma. W 2011 roku wywalczył natomiast z Corinthiansem w którym wówczas grał mistrzostwo Brazylii. W 2012 roku wystąpił w finałowych meczach Copa Libertadores z Boca Juniors (1:1, 2:0), dzięki którym zdobył ten puchar. Kilka miesięcy temu przeszedł poważną operację móżdżku, gdyz w innym przypadku byłby zmuszony zakończyć przedwcześnie karierę.

Castan+UC+Sampdoria+v+AS+Roma+GNGOdtrS-y4lKoszmar niemal dobiegł końca. Leo Castan wznowił treningi z Romą po delikatnej operacji móżdżku i wkrótce przejdzie testy sprawnościowe, aby wznowić aktywność sportową. Tymczasem przybliża strach z ostatnich miesięcy, operację i swoją wielką determinację, która pomogła mu w powrocie do bycia piłkarzem.

Jak zaczął się twój koszmar?

– W pierwszej połowie meczu z Empoli wykonałem sprint i poczułem ostry ból w lewej nodze. Chciałem wrócić na boisko, ale Maicon zbliżył się do mnie i powiedział „Naciągnąłeś mięsień, tak?. A ja: „nie, czuję się dobrze”, jednak poradził mi, żebym nie wracał na boisko i zatrzymałem się. Potem, wieczorem miałem zawroty głowy. Myślałem, że jestem zmęczony, poszedłem spać i gdy się obudziłem, nadal kręciło mi się w głowie. Zadzwoniłem do lekarza Romy, który zabrał mnie do okulisty. Wzrok był w porządku, wówczas przeszedłem rezonans i odkryli obce ciało w móżdżku, wielkości truskawki. Przebywałem tydzień w Kampusie Biomedycznym, lekarze mnie badali. Moim zdaniem zrozumieli wszystko w tydzień lub dwa, od razu wykluczyli raka i inne poważne choroby, jednak dopiero po dwóch miesiącach radiolog wyjaśnił mi, co mi naprawdę dolega.

Bałeś się w trakcie okresu oczekiwania?

– Bardzo. Lekarze zapewniali mnie, że nie mam raka, jednak niektórzy pisali o tym w internecie lub kibice pytali mnie bezpośrednio na portalach społecznościowych. Wszyscy wypowiadali to straszne słowo i myślałem: „Mój Boże, umieram”. Pewnego dnia zebrałem mojego ojca, moja żonę i lekarzy, aby poznać prawdę: „Jeśli mam guza, powiedzcie mi, gdyż robię się szalony i ukrywacie coś przede mną”. Powtórzyli mi, że nie mam raka, potem radiolog wszystko mi wyjaśnił.

Kiedy zdałeś sobie sprawę, że musisz poddać się operacji?

– W listopadzie lekarze Włoskiego Komitetu Olimpijskiego i Romy powiedzieli mi, że jeśli nie podam się zabiegowi, nie będę mógł więcej grać. Taka wada, ogólnie, nie powoduje problemów, poza zawrotami głowy, jednak było ryzyko, że zostanę uderzony na boisku, naczyniak pęknie i spowoduje krwiaka. Nikt nie może podjąć takiej odpowiedzialności. Moją pierwszą reakcją było: „Dziękuję, dla mnie to koniec, wracam do Brazylii i tyle”. Rozmawiałem z moim ojcem i zaraz potem udałem się do Sabatiniego. Gdy wszedłem do jego biura, nie pozwolił mi nawet mówić i zapewnił mnie: „Weź tyle czasu ile zechcesz, nie rób niczego w pośpiechu, w każdym razie to zawsze będzie twój dom”. Dziękuję mu, gdyż gdyby nie powiedziałby mi w ten sposób, być może dziś nie byłbym już piłkarzem. Po 4-5 dniach zdecydowałem się na operację. Chciałem to zrobić w styczniu, aby być pewnym spędzenia Świąt Bożonarodzeniowych w Brazylii, ale oglądając mecz w telewizji zrozumiałem, że nie mogę żyć bez piłki nożnej i wówczas przyspieszyliśmy zabieg.

Najgorszy moment?

– Najtrudniejszy był dzień przed operacją. Próbowałem żartować, ale byłem bardzo zdenerwowany. Pytałem chirurga, Giulio Mairę, czy mogę zjeść kanapkę z Mc Donald’s, jakby to miał być mój ostatni posiłek. Potem wczesnym rankiem, gdy byłem na łóżku i udawałem się na salę operacyjną, spojrzałem w oczy mojej rodziny i wszyscy zaczęli płakać. Dziesięć kolejnych minut było straszne. Byłem sam i bałem się oczekiwania. Nigdy tego nie zapomnę.

A po przebudzeniu?

– Miałem problemy z całą lewą stroną ciała. Gdy przechylałem się na tę stronę, widziałem przez mgłę. Gdy tylko wstałem na nogi musiałem nauczyć się chodzić, później biegać. Prawa noga poruszała się sama, lewa nie: musiałem się koncentrować, aby ją poruszyć. Byłem o tym uprzedzony wcześniej, na szczęście nie doszło do trwałego uszkodzenia i wszystko wróciło do normalności.

Teraz w jakim jesteś punkcie?

– Nadal nie wiem kiedy wrócę, chcę to zrobić ze spokojem, bez błędów i wrócić w stu procentach. W lipcu muszę być na poziomie moich kolegów, aby rozpocząć przygotowania. Byłoby wielką radością, gdyby udało mi się usiąść przynajmniej raz na ławce w końcówce tego sezonu. Wróciłem już do pracy z kolegami, teraz mogę uderzać piłkę głową. Za 15-20 dni przejdę testy sprawnościowe. Polecano mi stosowanie kasku w pierwszym tygodniu, ale wolałem tego nie robić. Ryzykowałbym przyzwyczajenie się do niego i nigdy już bym go nie zdjął.

Owe doświadczenie ciebie wzmocniło?

– Los umieścił mnie naprzeciwko wyzwania i wygrałem. Zwycięstwem zakończył się pierwszy mecz, w którym grałem: moje życie jest normalne tylko wtedy, gdy jest w nim piłka nożna.

Roma potrzebuje ciebie bardzo w derbach w przedostatniej kolejce. To niemożliwe?

– To marzenie, zobaczymy, jednak nie chcę dawać daty mojego powrotu, gdyż nie chcę nikogo rozczarować.

Jaki wpływ na was ma Lazio przed wami w tabeli?

– To ciężki okres, moim zdaniem najgorsze już minęło, zagraliśmy dobrze w Turynie, mecz dał nam pewność siebie. Oni przeżywają pozytywny moment, jednak pozostało 8 meczów i jak powiedział Garcia, ważne jest kto będzie drugi na koniec sezonu.

Patrząc z zewnątrz, co przydarzyło się tej drużynie?

– Ciężko powiedzieć. Mieliśmy wiele kontuzji. Mówi się, że zabrakło mnie i Strootmana? Jednak my praktycznie nie graliśmy, a Roma grała dobrze w pierwszych sześciu miesiącach.

Porto pokonało Bayern w Lidze Mistrzów, wy straciliście siedem goli.

– Przeciwko nam grali w pełnym składzie, ale na pewno mogliśmy zagrać lepiej. Awansu nie przegraliśmy w tym meczu, po prostu nie byliśmy gotowi do Ligi Mistrzów. Ja, dla przykładu, nigdy w niej nie grałem. Trzeba było zdobyć doświadczenie, musimy spróbować w przyszłym sezonie i bez wątpienia spiszemy się lepiej.

Najpierw jednak musicie zakończyć sezon na drugim miejscu.

– To może być rewanż za 26 maja. To był najgorszy mecz w mojej karierze. Przez trzy lata w Corinthians rozegrałem wiele derbów, jednak w Sao Paulo są cztery drużyny. Tutaj są tylko dwie i stąd jest to mecz jeszcze mocniej odczuwalny przez kibiców, być może za bardzo. Zrozumiałem to gdy tylko przyszedłem i również ja dostałem się do klimatu derbów: nie jestem tu, aby być za ich plecami.

Twoje zdanie odnośnie zderzenia między Pallottą i kibicami?

– Nie mogę powiedzieć tego, co naprawdę myślę, jednak zgadzam się z prezydentem: w piłce nożnej nie może być rasizmu i przemocy. Resztę zatrzymam dla siebie.

Środowisko Romy naprawdę wpływa na wyniki?

– Tutaj trzeba być bardzo ostrożnym, gdyż gdy się wygrywa, wszyscy są fenomenami, a gdy się przegrywa, wszyscy są gównem. Jest niebezpieczniej gdy sprawy idą dobrze: gdy myślisz, że jesteś zbyt dobry ryzykujesz, to jest moment na ciężką pracę.

Gracze słuchają radia?

– Być może Włosi, ale niewielu. Ja, szczerze mówiąc, nie. Mam przyjaciół, rzymian, którzy przybliżają mi po trosze to, co mówią w radio. Zespół przyjmuje więcej krytyki, gdy jest na Olimpico. Kibice chcą, żebyśmy grali dobrze. Wiemy, że tego nie robimy i teraz zależy od nas, aby przyciągnąć ludzi z powrotem na naszą stronę.

Obrona bez ciebie nie funkcjonuje tak jak wcześniej.

– Nie mogę wychodzić naprzeciw moim kolegom i nie myślę, że spisują się aż tak źle, wystarczy popatrzeć na liczby. To nie jest jedynie kwestia obrońców, musimy pracować wszyscy razem, aby wrócić na poziom z poprzedniego sezonu.

Para Manolas-Castan jest warta tyle samo co Benatia-Castan?

– Nie mogę w tej chwili powiedzieć, zagraliśmy razem zaledwie 45 minut w Empoli. Kostas jest mocny, nie wystarczy ustawić obok siebie dwójki dobrych graczy, potrzeba, aby znaleźli porozumienie. Z Bentią od razu rozumieliśmy się dobrze. Zobaczymy, gdy wrócę, są również Astori i Mapou, wróci Romagnoli, który może stać się świetny tak jak Marquinhos. Już jest klasowym graczem.

Garcia się zmienił?

– Nie, jest po prostu zły, gdyż nie ma wyników. Nie ma innej rzeczy jak kontynuowanie z nim. Pierwszy sezon był świetny, teraz jesteśmy trzeci i możemy być drudzy. Reszta to rozmowy, które nie istnieją. Gdy przybyłem do Romy nie graliśmy nawet w Lidze Mistrzów, teraz jesteśmy bliscy, aby to zrobić, drugi sezon z rzędu. Nie widzę dlaczego trener miałby odejść.

Relacje z Sabatinim?

– Zanim mnie pozyskał, zaczął dzwonić do mnie w lutym. Lubię go, gdyż ściągnął mnie do Włoch i był blisko mnie w tym okresie. Chcę wrócić na boisku również po to, aby mu pomóc, gdyż razem z Garcią cierpi bardziej niż kibice dla Romy.

Powiedziałeś wiele razy: „jestem tutaj, aby zdobyć mistrzostwo”.

– Jeśli odejdę bez wygranej to będzie tak, jakbym nigdy nie grał w Romie. Nie chcę, żeby za 10-15 lat wspominano mnie jako chłopaka, który poddał się operacji mózgu. Nie, muszą mnie pamiętać jako jednego z tych, którzy zdobyli scudetto.

Wy, Sportowcy Chrystusa często prosicie o pomoc Boga. Ale nie wydajesz się „bardzo religijny” w konfrontacji z przeciwnikami.

– Nigdy nie prosiłem, aby sprawił, żebym wygrał lub przegrał ktoś inny, ale o to, aby wyzwolił mnie od złego. Dalej oczywiście, jeśli pochodzisz do strzelania karnego i modlisz się, mówisz: „Boże pomóż mi, żebym nie popełnił błędu, inaczej umrę!”.

W waszej grupie jest również Felipe Anderson.

– Tak, to dobry gracz i  świetny chłopak, ale nie skończy na drugim miejscu, przykro mi… Ja będę drugi, gdyż pierwszy jest Bóg.

http://asroma.pl/news/Castan-Myslalem-ze-umieram-10303

Reklamy

Charles_peguyCharles Peguy, francuski poeta żyjący na przełomie XIX i XX wieku, nie jest postacią znaną ani w Polsce, ani nawet we Francji. Był wprawdzie moment, gdy jego poemat zaliczał się we francuskich szkołach do kanonu lektur, ale te czasy dawno minęły. Ostatnio jednak jest odkrywany na świecie na nowo, a jego poematy są tłumaczone na wiele języków europejskich.

Ideowy socjalista

Życie Charlesa Peguy to historia głębokiej przemiany duchowej i nawrócenia – choć on sam nie używał raczej tego słowa. Urodził się w 1873 roku w Orleanie, był pogrobowcem, jego ojciec nie żył już od kilku miesięcy. Wychowywały go, tak jak umiały najlepiej, matka i babka, proste kobiety. Ponieważ chłopiec był zdolny, więc bez żadnych problemów zdawał do kolejnych klas i otrzymywał stypendia. Chodził też do kościoła i uczył się katechizmu, ale łatwo przyszło mu porzucić wiarę, bowiem w rodzinie nie miał żadnego oparcia religijnego: matka i babka kościół odwiedzały rzadko. Po ukończeniu liceum dostał się na studia w Ecole Normale Superieure w Paryżu, gdzie nawiązał nowe i ważne przyjaźnie. Biografowie podkreślają jego przywódczy charakter, lubił dowodzić i pragnął walczyć. Był przy okazji idealistą żywo zainteresowanym zbawieniem jeszcze nie swoim, a bliźnich. Ta postawa i cechy charakteru zaprowadziły go do… partii socjalistycznej. Charles Peguy przejęty był niedolą ubogich, szczerze cierpiał z powodu niesprawiedliwości społecznej. Jego uczucia jednak nie zwracały się przeciwko władzy, która doprowadziła do takiego stanu prześladowania ubogich, ale ku współczuciu i potrzebie okazywania pomocy. Nie chciał się buntować, chciał pomagać. Brat aktywny udział nawet w katolickim dziele dobroczynnym św. Wincentego a Paulo, ostentacyjnie jednak wyłączając się ze wspólnych modlitw grupy. Nie ma się co dziwić, był to czas, gdy publicznie ogłosił się ateistą. Mówił wprost: „Uważam, że Kościół katolicki nie przynosi nam prawdy”. W 1897 roku powstała jego pierwsza literacka próba, nosząca zaskakujący w tym kontekście tytuł „Joanna d’Arc”. Jest to dramat pisany wierszem, wzorowany na średniowiecznych misteriach. Dedykowany został „wszystkim, którzy poniosą śmierć za ustanowienie powszechnej republiki socjalistycznej”. Joanna w tej sztuce jest niczym działaczka socjalistyczna, symbol uciśnionego ludu Francji, walcząca z całym złem tego świata. Koledzy partyjni jednak patrzyli podejrzliwie na taką „kościelną” bohaterkę. W tym samym czasie poeta ożenił się z socjalistką Charlotte Francoise Baudouin, pochodzącą z ateistycznej rodziny.

Łaska wiary

Dla idealisty Charlesa Peguy najważniejsza była prawda: „Mówić prawdę, tylko prawdę, głosić głupio prawdę wydającą się głupią, aż do znudzenia prawdę, która wydaje się nudna, aż do wywołania smutku prawdę nawet smutną” – mawiał. Okazało się jednak, że socjalistyczna partia nie znosiła prawdy, ona prawdę cenzurowała. Pisarz był do głębi rozczarowany postawą marksistów, co w końcu doprowadziło go do porzucenia partii. Poszukiwanie prawdy i odważne jej głoszenie Charles Peguy od tej pory realizował w założonych przez siebie Zeszytach Piętnastki -„Cahiers de la Quinzaine”. Był ich jedynym szefem, sam wybierał teksty i autorów: pisarzy, dziennikarzy, naukowców, poetów, filozofów. Pierwszy Zeszyt, wydany w 1900 roku, nosił jeszcze tytuł „Triumf Republiki”. Socjalizm Peguy był już jednak daleki od wersji partyjnej, w swoim idealizmie był wręcz mistyczny. Zawsze dla niego liczył się los człowieka, a fakt, że był ateistą, nie znaczył, że nigdy nie zadawał pytań o sprawy ostateczne. Cztery lata później wydał Zeszyt o zaskakującym dla wielu tytule „Zeszyt na Boże Narodzenie i Święto Trzech Króli”, który rozpoczynała ballada Villona do Matki Bożej. W czasie dręczącej go choroby czytał Pascala, a jego myśl można odczytać w kolejnych artykułach. Często zdarzało się, że w chorobie i słabości dokonywał przewartościowania własnego życia. W 1908 roku cierpiący Charles Peguy powiedział do swego przyjaciela: „Odzyskałem wiarę. Jestem katolikiem”. Wkrótce napisał utwór „Dialog pogańskiej duszy z historią”, wyjaśniając dar i naturę łaski, której doświadczył: „Jeśli łaska nie przychodzi prosta, to przychodzi kręta, jeśli zaś nie przychodzi kręta, to przychodzi złamana. (…) Jest też uparta jak kobieta, jak kobieta pewna swego i wytrwała. (…) Jest chyba wolna, ona – źródło wszelkiej wolności. I jeśli woda z tego źródła nie stanie się tryskającą fontanną, może, jeśli zechce, płynąć jak woda, która sączy się potajemnie spod którejś tamy na Loarze” (tłum. Anna Czerwińska).

Trudne doświadczenia neofity

Studiując życiorys Charlesa Peguy, można zauważyć, że był to człowiek cierpiący. Powrót do Kościoła nie łączył się u niego z przyjemnymi doznaniami i beztroską radością. Był w trudnym momencie, dotknęła go ciężka choroba wątroby, mógł bać się śmierci, finansowa sytuacja pozostawiała wiele do życzenia, niektórzy przyjaciele odwracali się od niego. Wszystko to powodowało wielkie osamotnienie i poczucie klęski. W środowisku katolickim także nie mógł czuć się całkiem komfortowo. Kiedy postanowił ochrzcić troje swoich dzieci, okazało się, że nie może, ponieważ z żoną łączy go tylko ślub cywilny. Katoliccy znajomi wymagali od niego życia w czystości i porzucenia żony i dzieci, czego Charles Peguy nie potrafił zrobić. Był niezrozumiany przez ateistyczną rodzinę żony i katolickich intelektualistów. To osamotnienie zbliżyło go do Zbawiciela i Jego Matki. Gdy zachorował na dyfteryt jego synek, pisarz złożył ślub. Po uzdrowieniu dziecka wyruszył na pieszą pielgrzymkę do Chartres, wkrótce stało się to częstą praktyką. Tam oddał swoje serce Maryi i przeżył mistyczne uniesienie czy wręcz mistyczne zaślubiny z Matką Chrystusa.

Cnota nadziei

Cztery lata przed śmiercią Charles Peguy stał się poetą. Po kilku latach milczenia, znany przedtem z pism społecznych i publicystyki, wydał drugą wersję „Joanny d’Arc”, zatytułowaną: „Misterium Miłości Joanny d’Arc”. Jest to pierwsza część przygotowywanego przez niego tryptyku, nawiązującego do średniowiecznych misteriów, który obejmuje poza tym: „Przedsionek Tajemnicy Drugiej Cnoty” z 1911 roku oraz „Misterium Świętych Niewiniątek” z 1912 roku. Nie są to utwory łatwe, charakteryzują się licznymi powtórzeniami i oscylującego wokół jednego motywu. „Lektura tych tekstów okazuje się aktualna także dzisiaj, w świecie, w którym pośpiech, bylejakość i poprawność polityczna zdają się dyktować wszystkim swoje prawa” – powiedział podczas promocji książki „Przedsionek Tajemnicy Drugiej Cnoty” jej tłumacz, prof. Leon Zaręba.

Charles Peguy zmarł 5 września 1914 roku na polu bitwy w Ile-de-France. Był porucznikiem, prowadził swych żołnierzy do ataku.

http://www.opoka.org.pl/biblioteka/Z/ZK/peguy_nadzieja.html