Archiwum dla Sierpień, 2015

American astronomer Edwin Hubble looks through the eyepiece of the 100-inch telescope at the Mount Wilson Observatory in Los Angeles, 1937. In 1929, Hubble proposed that the more distant a galaxy is, the faster it appears to be receding from us, a concept that has become known as Hubble's law.

Robert Jastrow (ur. 7 września 1925, zm. 8 lutego 2008) – astronom, fizyk i kosmolog. Jeden z najważniejszych członków NASA. Był kierownikiem NASA’s Lunar Exploration Committee, które to zdefiniowało podstawowe cele w eksploracji Księżyca podczas misji Apollo. Dyrektor Theoretical Division at NASA (1958–61). Założyciel NASA’s Goddard Institute for Space Studies. Profesor Geofizyki na Uniwersytecie Columbia. Agnostyk.

„Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię”

Kiedy Astronom pisze o Bogu, jego koledzy zakładają, że albo swoje najlepsze lata ma za sobą albo też traci rozum. W moim przypadku należy od razu wspomnieć, że jestem agnostykiem jeśli chodzi o sprawy religijne. Jakby jednak nie było, jestem równocześnie zafascynowany dziwnymi odkryciami mającymi miejsce w astronomii – częściowo z powodu ich teologicznych implikacji, a częściowo z powodu reakcji niektórych moich kolegów.

Esencją tych odkryć jest wszechświat, mający ściśle określony początek, dający się określić w czasie. Czy powodem zaistnienia kosmosu była jedna z sił fizycznych, czy jak to mówi jeden z apokryfów Starego Testamentu, „dłoń Wszechmogącego, która stworzyła świat z bezkształtnej materii”?

Sercem naszej nowej historii Genesis, lepiej znanej jako teoria Big Bang, jest to, że żyjemy w rozszerzającym się wszechświecie, w którym, wszystkie galaktyki wokół nas oddalają się od nas, a także od siebie nawzajem z ogromnymi prędkościami. To trochę tak, jakbyśmy obserwowali wynik ogromnej eksplozji. Jeśli prześledzimy wstecz ruch poruszających się na zewnątrz galaktyk, to odkryjemy, że około 20 miliardów lat temu wszystkie były w jednym miejscu.

W tamtym czasie cała materia wszechświata była skondensowana w gęstą masę, mając jednocześnie temperaturę bilionów stopni. Oślepiający blask promieniowania w tym gęstym gorącym kosmosie, sugeruje, że wyglądało to jak wybuch kosmicznej bomby hydro-wodorowej. Mgnienie w którym ta kosmiczna bomba eksplodowała wyznacza nam narodziny wszechświata.

Kluczowe elementy w astronomicznych i biblijnych opisach Genesis są takie same: łańcuch wydarzeń prowadzący do człowieka zaczyna się nagle, w konkretnym momencie czasu, w błysku światła i energii.

Niektórzy naukowcy nie są szczęśliwi na myśl, że świat narodził się w taki sposób. Do nie dawna wielu preferowało „steady-state theory”, która utrzymuje, że wszechświat nie miał początku i jest wieczny. Astronomiczne obserwacje wskazują jednak, że Big-Bang niemal na pewno rzeczywiście miał miejsce.

Naukowa historia, która prowadzi do teorii Big-Bang rozpoczęła się w 1912 roku w Obserwatorium Lowell (Flagstaff, Arizona). To właśnie tam, amerykański astronom Vesto Melvin Slipher odkrył, że około tuzina galaktyk oddala się od Ziemi z prędkością do milion mil na godzinę. Slipher podzielił się swoim niezwykłym odkryciem na spotkaniu American Astronomical Society w Evanston (1914). Uczunił to z wielka skromnością. Prezentacja jego w oczywisty sposób odkrywała tzw. redshift (zmiana w kolorze światła), który to wskazywał na ogromną prędkość tych oddalających się galaktyk. „Wtedy to stało się coś czego nigdy wcześniej ani później nie widziano na spotkaniu naukowym,” powiedział astronom John Miller, który był jednym z uczestników spotkania. „Wszyscy wstali i klaskali”.

Pomimo tego, że koledzy Sliphera tak na prawdę nie wiedzieli do końca, co to odkrycie oznaczało, to czuli jednak, że waga tego była ogromna. Wśród publiczności był także Edwin Hubble, który później skorzystał z prac Sliphera i stworzył na ich podstawie nowy obraz wszechświata.

Dowodów coraz więcej. W Niemczech, dwa lata po odkryciach Sliphera, Albert Einstein opublikował swoje równania dotyczące ogólnej teorii względności. Niemalże w tym samym momencie, holenderski astronom Willem de Sitter znalazł ich rozwiązanie, które przewidywało rozszerzający się wszechświat, w którym galaktyki oddalały się od siebie z dużą prędkością.

Einsteinowi nie udało się zauważyć, że jego teoria przewidywała rozszerzający się wszechświat, potem powtórnie przeoczył kolejne rozwiązanie ponownie związane z kosmosem poddanym ekspansji. Tym razem to rosyjski matematyk Aleksander Friedmann odkrył, że Einstein popełnił szkolny błąd w algebrze, który to spowodował przeoczenie przez Alberta dodatkowego rozwiązania. Einstein bowiem w pewnym miejscu podzielił przez zero. Jak Friedmann poprawił błąd Niemca, brakujące rozwiązanie od razu się pojawiło. Einstein był poirytowany tym, że Rosjanin odkrył u niego błąd. W rzadkim objawie mrukliwości, początkowo zignorował list Friedamnna zawierający nowe rozwiązanie, a potem starał się je obalić. W 1923 przyznał się jednak do swojego podwójnego błędu.

Teoretyczne przewidywania De Sittera dotyczące rozszerzającego się wszechświata zrobiły ogromne wrażenie na astronomach tuż po zakończeniu I WŚ. Po raz pierwszy dostrzeżono większe znaczenie odkryć Sliphera. Szybko jednak pojawiło się zirytowanie wśród niektórych uczonych. Einstein był zaniepokojony kosmosem, który poddany jest ekspansji, ponieważ wskazywało to, że świat ma początek. W liście do De Sittera napisał: Ewentualność rozszerzającego się wszechświata irytuje mnie.

Jest to ciekawie emocjonalny język przy dyskutowaniu o formułach matematycznych. Podejrzewam, że idea początku w czasie tak denerwowała Einsteina, ponieważ ma ona implikacje teologiczne. Niemiec posiadał swoje dobrze wyrobione zdanie na temat Boga. Nie traktował Go jednak jako Stwórce. Dla Einsteina prawa natury i porządek były niejako Bogiem czy Jego emanacją.

Na początku lat 20 XX wieku Edwin Hubble i Milton Humason zaczęli śledzić prace Sliphera. Używali do tego teleskopu na Mount Wilson, Kalifornia. Później zmierzyli się z problemem używając niemal dwukrotnie większy teleskop (100-inch) – wówczas największy na świecie. Hubble i Humanson zmierzyli prędkości i odległości wielu galaktyk, które były zbyt nikłe, aby zostać dostrzeżone przez mniejsze instrumenty Slithera. Potwierdzili odkrycie tego ostatniego; wszystkie galaktyki oddalały się od nas z ogromnymi prędkościami. Niektóre nawet w tempie 100 milionów mil na godzinę.

W 1929 roku Edwin stworzył tzw. prawo Hubble’a: Im dalej dana galaktyka się znajduje, tym z większą prędkością się porusza. Takie samo prawo zostało przewidziane przez teorię względności Einsteina. Ich zgodność wywarła ogromne wrażenie na astronomach.

Einstein opierał się jednak nowym odkryciom aż do 1930 roku, kiedy to odwiedził Hubble’a na Mount Wilson Observatory w Pasadenie. Wtedy to przyjrzał się instrumentom Hubble’a, spojrzał przez jego teleskop i został przekonany. Teraz, kiedy to dowody wskazywały, na to, że wszechświat ma początek, tylko nieliczni naukowcu śmiali spytać: Co takiego miało miejsce przed początkiem? Inni pytali jeszcze śmielej: Kto jest Pierszym Poruszycielem? Brytyjski teoretyk Edward Milne napisał matematyczną rozprawę dotyczącą kinematic relativity którą – w świetle ekspansji kosmosu – zakończył słowami: Pierwsza przyczyna wszechświata została zostawiona do wskazania przez czytelnika. Nasz obraz jest jednak niekompletny bez Niego.

Jak by nie było poglądy większości fizyków i astronomów były bliskie pewnemu teologowi, który na pytanie: Co robił Bóg zanim stworzył niebo i ziemię, odpowiedział: Tworzył piekło dla ludzi zadającym takie pytania jak to. Faktem jest, że niektórzy prominentni uczeni – w związku z rozszerzającym się wszechświatem – zaczęli odczuwać irytację podobną do tej, którą czuł Einstein.

Decydujący cios. W roku 1965, Arno Penzias i Robert Wilson z Bell Laboratories odkryli, że Ziemia jest „skąpana” w nikłym poblasku promieniowania, które zdawało się docierać do nas z każdego kierunku niebios. Pomiary wskazały, że Ziemia nie mogła być źródłem tej radiacji. Nie mogło być też żadne inne ciało niebieskie. Cały świat wydawał się być jego źródłem.

Wspomnianych dwóch fizyków, zdumionych swoim odkryciem, nie zrozumiało od razu, że natknęli się na odpowiedź na jedno z tajemnic kosmosu. Naukowcy, którzy wierzyli w prawdziwość teorii Big-Bang, już od dłuższego czasu utrzymywali, że wszechświat w pierwszych chwilach swojego istnienia musiał przypominać białą-gorącą ognistą kulę. Stopniowo, wraz z ekspansją i spadkiem temperatury, ognista kula stawałaby się mniej jasna. Jej promieniowanie jednak nigdy do końca nie zniknęłoby. To był rozproszony blask tej starożytnej radiacji, datowany na sam początek wszechświata, który Penzias i Wilson mieli właśnie odkryć.

Decydującym argumentem, który przekonał niemal każdego wątpiącego Tomasza do teorii Wielkiego Wybuchu, jest to, że promieniowanie odkryte przez naszych fizyków ma dokładnie wzór i długość fal jakie oczekuje się od światła i gorąca powstałego w wielkiej eksplozji.

Komitet powitalny. Teologowie ogólnie rzecz biorąc są zadowoleni na myśl o dowodach wskazujących na to, że wszechświat ma początek. Astronomowie są jednak zadziwiająco przygnębieni. Ich reakcje ciekawie pokazują odpowiedz naukowego umysłu na odkrycie naukowe będące w konflikcie z tym, w co człowiek wierzy. Kilka lat temu BBC pokazała film traktujący o kosmologii. Astronom Philip Morrison z M.I.T. powiedział: Chciałbym odrzucić teorię Big-Bang. Muszę jednak zmierzyć się z faktami.

Ta reakcja i podobne u innych astronomów mają dziwne brzmienie uczuć i emocji. Pochodzi ona bowiem z serca, choć należałoby się spodziewać osądu płynącego z mózgu. Dlaczego?

Myślę, że częściową odpowiedzią jest to, że naukowcy nie mogą znieść myśli, że istnieje coś w naturze, co nigdy nie będzie mogło być wyjaśnione. Jest pewna religia w nauce. Jest to religia osoby, która wierzy, że każde zdarzenie we wszechświecie może zostać wyjaśnione w racjonalny sposób jako skutek innego, wcześniejszego zdarzenia. Ta wiara jest naruszona przez odkrycie, że świat ma początek w warunkach, w których znane nam prawa fizyki nie obowiązują, i jako produkt sił, których nie możemy odkryć. Kiedy to się dzieje naukowiec traci kontrolę. Reaguje poprzez ignorowanie implikacji lub przez trywializację nazywając to prześmiewczo Big-Bang*, tak jakby wszechświat był jakąś petardą.

Rozważ wielkość problemu. Nauka udowodniła, że wszechświat pojawił się w wyniku eksplozji w konkretnym momencie. Od razu pojawia się pytanie: Co spowodowało ten efekt? Kto lub co włożyło materię i energię tworząc wszechświat? Czy kosmos został stworzony z niczego? Czy powstał z wcześniej już istniejących materiałów? Nauka nie może odpowiedzieć na te pytania, ponieważ w pierwszych chwilach istnienia, wszechświat był skompresowany do niewyobrażalnego stopnia i rozgrzany do temperatury przekraczającej ludzką wyobraźnię. Wstrząs tej chwili musiał zniszczyć każdy strzęp dowodu, który mógł by dać nam wskazówkę odnośnie przyczyny wielkiej eksplozji.

Rozwój wypadków był nieoczekiwany dla wszystkich z wyjątkiem teologów. Oni zawsze akceptowali pierwsze słowa Biblii: Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię. My naukowcy nie spodziewaliśmy się jednak znaleźć dowodu dla nagłego początku, ponieważ jak do tej pory bez problemu udawało nam się śledzić wstecz cały łańcuch przyczyna-skutek. Byliśmy zdolni do połączenia pojawienia się człowieka na tej planecie z wcześniejszymi etapami rozwoju życia na Ziemi. Zrozumieliśmy jak powstały w gwiazdach (dawno już nie istniejących) składniki chemiczne potrzebne do życia. Zrozumieliśmy formację tych gwiazd ze
wcześniejszych mgieł gazu, a także ekspansję i stygnięcie pierwszej chmury gazów z początkowej kuli ognia.

Teraz z kolei chcielibyśmy popchać nasze odkrycia jeszcze dalej w przeszłość. Bariera jednak wydaje się nie do przebycia. Dla naukowca, który żył z wiarą w siłę rozumu, historia kończy się jak zły sen. Pokonał góry ignorancji; właśnie ma podbić najwyższy szczyt; a po tym jak ostatni kamień ma za sobą jest witany przez grupę teologów, którzy siedzieli tam przez wieki.

Robert Jastrow – Czy Astronomowie odkryli Boga? – New York Times Magazine 1978

Reklamy

aaaaaaaaaaaaaMoje życie pod wieloma względami nie było zwyczajne, ale jako syn wolnomyślicieli w kwestii wiary odebrałem dość konwencjonalne wychowanie: po prostu nie przywiązywano do niej zbyt wielkiego znaczenia.

Dorastałem na niewielkiej farmie w dolinie Shenandoah w Wirginii. Nie mieliśmy bieżącej wody, niewiele też było innych tego rodzaju udogodnień. Ich brak jednak rekompensowała z nawiązką niezwykła mieszanka doświadczeń, jaką zapewniał mi świat idei stworzony przez moich rodziców.

Poznali się w szkole średniej w Yale w 1931 roku, skąd wyjechali do Arthurdale w Wirginii Zachodniej. Wykorzystując swoje talenty organizacyjne i miłość do muzyki, pracowali tam dla działającej pod auspicjami Eleanor Roosevelt eksperymentalnej społeczności, która miała odbudować życie społeczne w tym podupadłym w czasach Wielkiego Kryzysu górniczym miasteczku.

Nie wszyscy doradcy prezydenta Roosevelta byli jednak zwolennikami tego przedsięwzięcia i źródło finansowania dość szybko wyschło. Ostateczna likwidacja Arthurdale przeprowadzona w wyniku pomówień waszyngtońskich polityków sprawiła, że moi rodzice już do końca życia traktowali rząd podejrzliwie. Podjęli życie akademickie w Eton College w Burlington w Karolinie Północnej. Tam, zetknąwszy się z nienaruszoną i piękną kulturą ludową wiejskiego Południa, mój ojciec poświęcił się zbieraniu pieśni ludowych i wędrował przez wzgórza i doliny, zachęcając powściągliwych mieszkańców stanu do występów przed mikrofonem jego magnetofonu. Te nagrania, razem z jeszcze bogatszą kolekcją Alana Lomaxa, stanowią istotną część zbiorów amerykańskich pieśni ludowych w Bibliotece Kongresu.

Kiedy Ameryka przystąpiła do II wojny światowej, muzyczne zainteresowania musiały ustąpić miejsca pilniejszym obowiązkom związanym z obroną kraju i mój ojciec zaangażował się w budowę bombowców; w końcu znalazł się w fabryce samolotów na Long Island, gdzie pełnił funkcję kierownika produkcji.

Po wojnie moi rodzice doszli do wniosku, że nie odpowiada im życie w ciągłym napięciu. Wyprzedzając swoją epokę, w połowie lat czterdziestych zachowali się jak pokolenie łat sześćdziesiątych: zamieszkali w dolinie Shenandoah w Wirginii, gdzie kupili farmę z 95 akrami ziemi i postanowili prowadzić proste wiejskie życie, gospodarując bez pomocy maszyn rolniczych. Kiedy po kilku miesiącach stwierdzili, że w żaden sposób nie pozwoli im to na wykarmienie dwóch synów (a szybko doszedł jeszcze jeden mój brat i ja), mój ojciec wylądował w college’u dla dziewcząt, gdzie prowadził zajęcia teatralne. Do ról męskich angażował chłopców z miasteczka. Dzięki niemu i uczennice college’u, i młodzi miejscowi sprzedawcy mieli okazję przekonać się, jak wielką frajdą jest przygotowywanie i wystawianie spektakli. Kiedy pojawiły się skargi na nudę w czasie długich wakacji, moja matka i ojciec założyli teatr letni w dębowym zagajniku tuż przy naszym domu. Teatr Pod Dębami po ponad 50 latach od swego powstania działa nieprzerwanie, wystawiając z sukcesem coraz to nowe przedstawienia.

Miałem szczęście spędzać dzieciństwo w świecie łączącym piękno wiejskich krajobrazów z ciężką pracą na farmie oraz letnim teatrem i muzyką. Jako najmłodszy z czterech synów nie miałem wielkiej szansy na popadnięcie w tarapaty, których nie znaliby już moi rodzice. Wyrastałem w głębokim przekonaniu, że każdy musi brać odpowiedzialność za swoje postępowanie i za swoje decyzje, bo nikt inny tego za niego nie zrobi.

Podobnie jak moi starsi bracia, pobierałem nauki w domu – nasza matka była wyjątkowo utalentowaną nauczycielką. Te pierwsze lata edukacji ofiarowały mi nieoceniony dar: radość płynącą z nauki. Chociaż mama nie rozpisywała planów lekcji, potrafiła bezbłędnie wybierać tematy, które mogły zainteresować młode umysły, prowadząc nas tak głęboko w poznawanie wybranego problemu, jak to tylko było możliwe, po czym zwracała się ku nowemu, równie fascynującemu zagadnieniu. Uczenie się nigdy nie było czymś, co robiło się dlatego, że się musiało, ale tym, co robiło się dlatego, że się to kochało.

Wiara nie stanowiła istotnej części mojego dzieciństwa. Zdawałem sobie dość mgliście sprawę z pojęcia Boga, ale moje własne z Nim relacje ograniczały się do rzadkich chwil dziecinnych prób wypraszania od Niego czegoś, na czym naprawdę mi zależało. Pamiętam na przykład, że zawierałem z Nim umowę (miałem wtedy chyba dziewięć lat), że jeśli sprawi, żeby w sobotę – kiedy mieliśmy wystawiać spektakl i organizowaliśmy zabawę z muzyką, na co tak bardzo czekałem – nie spadł deszcz, to ja zobowiązuję się nigdy nie palić papierosów. Deszcz oczywiście nie spadł, a ja nigdy nie zostałem palaczem. Wcześniej, kiedy miałem pięć lat, rodzice postanowili zapisać mnie i jednego z moich braci na zajęcia chóru chłopięcego w miejscowym kościele episkopalnym. Wytłumaczyli nam, że będzie to znakomita okazja do nauki muzyki, przy czym do wątków religijnych nie powinniśmy przywiązywać wielkiego znaczenia. Posłuchałem ich rad i chłonąłem piękno harmonii i kontrapunktu, słowa płynące z ambony puszczając mimo uszu.

Kiedy skończyłem dziesięć lat, przenieśliśmy się do miasta, by być blisko babci, która wymagała opieki, i tam rozpocząłem naukę w szkole publicznej. Jako czternastolatek dostrzegałem już zachwycającą moc naukowych metod poznawania świata. Dzięki znakomitemu nauczycielowi chemii, który potrafił pisać na tablicy to samo jednocześnie prawą i lewą ręką, odkryłem niezwykłą satysfakcję płynącą ze świadomości istnienia uporządkowanej natury Wszechświata. Wiedza o tym, że cała materia zbudowana jest z atomów i cząsteczek zgodnie z zasadami matematyki, była prawdziwym i najzupełniej nieoczekiwanym objawieniem, a możliwość wykorzystania narzędzi naukowych do poznawania rzeczy jeszcze nieodkrytych spadła na mnie wraz z pewnością, że to jest właśnie to, w czym pragnę uczestniczyć. Postanowiłem, z charakterystycznym zapałem neofity, że celem mojego życia będzie chemia. Nie przeszkadzał mi fakt, że niewiele wiedziałem o innych dziedzinach nauki, ta pierwsza młodzieńcza miłość wydawała się najważniejsza w życiu.

Pierwsze doświadczenia z biologią nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia. Nastolatkowi, jakim wtedy byłem, biologia jawiła się bardziej jako czysto pamięciowe przyswajanie sobie pojedynczych informacji niż poszukiwanie praw. Nie miałem najmniejszej ochoty na beznamiętne zapamiętywanie kompletu odnóży raka czy ustalanie różnic między typem, gromadą a rzędem. Kiedy uświadomiłem sobie, jak nieprzytomnie skomplikowana jest natura życia, doszedłem do wniosku, że z biologią jest tak samo jak z filozofią egzystencjalną: nie ma żadnego sensu. Dla mojego wykluwającego się właśnie redukcjonistycznego umysłu nie było w niej wystarczająco dużo logiki, aby uznać ją za pociągającą. Kiedy w wieku 16 lat skończyłem szkołę średnią, wstąpiłem na Uniwersytet Wirginii z zamiarem studiowania chemii i poświęcenia się karierze naukowej. Jak większość świeżo upieczonych studentów, uznałem swoje nowe środowisko za niezwykle inspirujące, wielką radość sprawiały mi niezliczone idee pojawiające się co chwila tak w salach wykładowych, jak i w pokojach akademika późną nocą. Od czasu do czasu nieuchronnie padały pytania o istnienie Boga. Kiedy byłem nastolatkiem, doznawałem niekiedy przelotnej tęsknoty za czymś, co znajdowałoby się poza mną, uczucia takie zwykle nawiedzały mnie w obliczu wyjątkowego piękna natury lub szczególnie poruszającej muzyki. Moje życie duchowe pozostawało jednak ciągle w powijakach i byłem bardzo podatny na argumentację jednego czy dwóch zagorzałych ateistów, jakich zawsze łatwo spotkać w każdym akademiku. Po kilku miesiącach spędzonych w college’u nabrałem przekonania, że chociaż najrozmaitsze wierzenia religijne zainspirowały wiele wspaniałych dzieł sztuki i dokonań w dziedzinie kultury, nie zawierają w sobie żadnej podstawowej prawdy.

Chociaż nie znałem jeszcze tego określenia, byłem wówczas agnostykiem. Termin ten wprowadził dziewiętnastowieczny uczony T.H. Huxley na określenie osoby, która po prostu nie wie, czy Bóg istnieje. Można spotkać wszelkie odmiany agnostyków: niektórzy dochodzą do tej postawy po intensywnych poszukiwaniach dowodów na istnienie Boga, wielu innych jednak po prostu uznaje, że jest to wygodny wybór, dzięki któremu mogą uniknąć konieczności kłopotliwego roztrząsania argumentów przedstawianych przez obie strony. Ja zdecydowanie należałem do tej drugiej kategorii. Tak naprawdę moje „nie wiem” było równoznaczne z „nie chcę wiedzieć”. Dla młodego człowieka obracającego się w świecie pełnym pokus wygodniej było zignorować potrzebę odwoływania się do jakiegokolwiek zwierzchnictwa duchowego. Swoim sposobem myślenia i zachowaniem stanowiłem przykład „dobrowolnej ślepoty”, o której pisał znany uczony i pisarz C.S. Lewis.

Po ukończeniu studiów rozpocząłem studia doktoranckie z chemii fizycznej w Yale, pozostając pod urokiem matematycznej elegancji, która skłoniła mnie do poświęcenia się nauce. Moje życie intelektualne zdominowała wówczas mechanika kwantowa i równania różniczkowe drugiego rzędu, a za osoby godne największych hołdów uznawałem genialnych fizyków: Alberta Einsteina, Nielsa Bohra, Wernera Heisenberga i Paula Diraca. Stopniowo nabierałem przekonania, że wszystko we Wszechświecie można opisać za pomocą równań i praw fizyki. Kiedy dowiedziałem się z biografii Alberta Einsteina, że niezależnie od sympatii wobec ruchu syjonistycznego w czasie II wojny światowej nie wierzył w Jahwe – Boga żydów, utwierdziłem się w przekonaniu, że żaden myślący uczony nie może poważnie zajmować się rozważaniami nad możliwością istnienia Boga bez popełniania swego rodzaju intelektualnego samobójstwa.

W ten sposób stopniowo z agnostycyzmu przesuwałem się na pozycje ateistyczne. Bez oporów podejmowałem rozmowę na temat wiary, kiedy tylko ktoś poruszał go w moim towarzystwie, podkreślając, że takie przekonania są moim zdaniem przejawem ulegania sentymentom i dawno przebrzmiałym przesądom.  Kiedy byłem na drugim roku studiów doktoranckich, w moim ściśle wyznaczonym planie na przyszłość pojawiły się głębokie pęknięcia. Chociaż praca nad teorią mechaniki kwantowej dalej sprawiała mi wielką przyjemność, zwątpiłem w słuszność wyboru swojej drogi życiowej. Było oczywiste, że najważniejszych odkryć z mechaniki kwantowej dokonano 50 lat wcześniej i moja kariera naukowa sprowadzi się najpewniej do poszukiwania kolejnych uproszczeń i przybliżeń sprawiających, że pewne eleganckie, ale nierozwiązywalne równania staną się odrobinę bardziej przystępne. W praktyce zaś oznaczało to, że zostanę profesorem prowadzącym niekończące się wykłady z termodynamiki i mechaniki statystycznej  dla kolejnych roczników studentów najprawdopodobniej albo śmiertelnie nimi znudzonych, albo umierających ze strachu na samą myśl o egzaminie z tych przedmiotów.

W tym samym mniej więcej czasie, aby poszerzyć swoje horyzonty, zapisałem się na kurs z biochemii, zapuszczając się w ten sposób w obszary, których dotychczas tak skrupulatnie unikałem. Kurs ten wprawił mnie wręcz w osłupienie. Zasada prowadząca od DNA przez RNA do białka – której wcześniej sobie dobrze nie uświadamiałem – ujawniła mi się w swojej całej cyfrowej chwale. Możliwość zastosowania rygorystycznych reguł intelektualnych w wyjaśnieniu procesów biologicznych, czyli to, co wydawało mi się niemożliwe, wybuchło z całą mocą wraz z odkryciem kodu genetycznego. Kiedy opracowano metody cięcia DNA na dowolne fragmenty i łączenia ich ze sobą w zaplanowanej kolejności (czyli techniki rekombinacji DNA), prawdopodobieństwo wykorzystania całej tej wiedzy dla dobra ludzkości stało się całkiem realne. Byłem wstrząśnięty. Biologia zatem odznacza się matematyczną elegancją. Zycie ma sens.

W tym samym okresie, chociaż liczyłem zaledwie 22 lata, ale miałem już żonę oraz bystrą i dociekliwą córeczkę, zacząłem bardziej sobie cenić towarzystwo innych osób. W młodości często wybierałem samotność. Teraz coraz większą wagę przywiązywałem do związków z ludźmi i odczuwałem pragnienie dokonania czegoś, co miałoby istotne znaczenie dla ludzkości. Zastanawiałem się nad całym swoim wcześniejszym życiem, pytałem samego siebie o słuszność własnych wyborów, a zwłaszcza o to, czy rzeczywiście jestem stworzony do nauki i prowadzenia samodzielnych badań. Byłem już bliski ukończenia doktoratu, ale w wyniku głębokich przemyśleń złożyłem papiery do
akademii medycznej. Komisję egzaminacyjną najwyraźniej przekonała moja starannie przygotowana przemowa, w której dowodziłem, że w takim postępowaniu nie ma niczego nadzwyczajnego, a jego celem jest wyszkolenie jednego z lekarzy służących społeczeństwu. Sam jednak nie byłem do tego pomysłu w pełni przekonany. Czyż to w końcu nie ja sam nienawidziłem biologii za to, że wymagała zapamiętywania szczegółów? A czy jest inna dziedzina nauki, w której zapamiętywanie szczegółów odgrywa równie wielką rolę jak w medycynie? Coś jednak się zmieniło: tu chodzi o człowieka, a nie o skorupiaka; tu nie brak praw rządzących całą masą szczegółów, a wszystko to zarazem może mieć decydujące znaczenie dla życia realnych ludzi.

Przyjęto mnie na Uniwersytet Karoliny Północnej. Po kilku tygodniach nabrałem pewności, że akademia medyczna to dla mnie odpowiednie miejsce. Uwielbiałem wysiłek intelektualny, problemy etyczne, świadomość, że wszystko, co robię, dotyczy człowieka, a także zachwycającą złożoność ludzkiego ciała. W grudniu pierwszego roku studiów znalazłem sposób na pogodzenie tej nowej miłości do medycyny ze swoją starą miłością do matematyki. Pewien pediatra, dość surowy i trudny w bliższych kontaktach, który prowadził liczący całe sześć godzin wykład z genetyki medycznej dla studentów pierwszego roku, wskazał mi moją przyszłość. Zaprezentował nam dzieci chore na anemię sierpowatą, galaktozemię (uniemożliwiającą przyswajanie mleka, często śmiertelną) i zespół Downa – wszystkie te choroby są wynikiem zmian w genomie, czasami tak niewielkich, jak błąd zaledwie jednej litery.  Zdumiała mnie elegancja ludzkiego DNA i kodu genetycznego oraz wielorakie konsekwencje rzadkich przecież pomyłek mechanizmu kopiującego. Chociaż w tamtym czasie szansa na pomoc ofiarom takich pomyłek wyglądała na bardzo odległą, dziedzina ta ogromnie mnie za- frapowała. Nikomu nawet nie przemknęło przez myśl, by kiedykolwiek pojawił się pomysł uruchomienia czegoś tak wielkiego i brzemiennego w skutki jak Projekt Poznania Genomu Człowieka, ale droga, na którą wstąpiłem w 1973 roku, doprowadziła mnie, jak się okazało, wprost do udziału w jednym z najważniejszych przedsięwzięć w historii ludzkości.

Obrana przeze mnie droga doprowadziła mnie również na trzecim roku studiów do przejmujących doświadczeń związanych z bezpośrednią opieką nad chorymi. Studenci medycyny odbywający praktyki kliniczne nawiązują niezwykle intymne kontakty z ludźmi, którzy byliby im zupełnie obcy, gdyby nie zachorowali. Różne kulturowe tabu, ograniczające normalnie wymianę bardzo osobistych informacji, często znikają w bezpośrednim kontakcie lekarza i pacjenta. Wszystko to jest konsekwencją obowiązującego od wieków milczącego porozumienia między chorą osobą a jej uzdrowicielem. Dla mnie związki pojawiające się między ciężko chorym lub umierającym człowiekiem a lekarzem były niemal nie do udźwignięcia, robiłem wszystko, aby zachować dystans wymagany od profesjonalisty i by nadmiernie nie angażować się emocjonalnie, zgodnie z zaleceniami naszych nauczycieli.
Dużym przeżyciem było dla mnie odkrycie, przez co wszyscy ci nieszczęśliwi ludzie przechodzą w wymiarze duchowym. Miałem okazję wielokrotnie obserwować osoby, którym wiara pozwalała zachować ufność w ostateczny spokój, niezależnie od tego, czy będzie on na tym, czy na tamtym świecie, pomimo straszliwych cierpień, za które zazwyczaj w żaden sposób nie mogły się winić. Doszedłem do wniosku, że jeśli wiara jest psychologiczną podporą, to musi mieć ogromną moc. Gdyby była jedynie odpryskiem tradycji kulturowej, dlaczego ci ludzie nie wygrażali Bogu i nie żądali od swoich bliskich, aby wreszcie dali spokój tym pięknym słowom o miłującej nas wszystkich, dobroczynnej sile nadprzyrodzonej?

Najdziwniejszy był dla mnie moment, kiedy pewna starsza kobieta cierpiąca codziennie na ciężkie bóle serca z powodu niepoddającej się leczeniu zaawansowanej dławicy piersiowej, zapytała mnie, w co wierzę. To było uczciwe pytanie; mieliśmy za sobą wiele rozmów na różne ważne tematy, nie wyłączając życia i śmierci, i wielokrotnie mówiła mi o tym, jak głęboko wierzy w Chrystusa. Poczułem, że się czerwienię, i wymamrotałem coś w rodzaju: „Trudno mi powiedzieć”. Ogromne zaskoczenie, jakie dostrzegłem na jej twarzy, sprawiło, że odczułem wielką ulgę: zrozumiałem, że od dwudziestu sześciu lat uciekam od poważnego zastanowienia się nad argumentami na rzecz wiary oraz przeciwko niej.

Przeżycie to powracało do mnie przez wiele kolejnych dni. Czyż nie uważałem siebie za badacza oddanego naukom przyrodniczym? Czy taki badacz może formułować wnioski, nie dysponując żadnymi danymi? Czy można sobie wyobrazić ważniejsze pytanie w całym ludzkim życiu niż: „Czy Bóg istnieje?”. I tak stwierdziłem, że pozostaję w sytuacji łączącej dobrowolną ślepotę z czymś, co można by nazwać arogancją, unikając przez tyle czasu jakichkolwiek prób poważnego zastanowienia się nad tym, czy Bóg nie jest całkiem realną możliwością. Nagle wszystkie moje argumenty wydały mi się bardzo słabe, a ja poczułem się tak, jakby lód zaczął pękać mi pod stopami.

Uświadomienie sobie tego wszystkiego było przerażającym doświadczeniem. Jeżeli bowiem nie mogłem już polegać na trwałości swoich ateistycznych poglądów, to czy powinienem zdecydować się na coś, o czym tak naprawdę wolałbym zbyt wiele nie myśleć? Czy tych odpowiedzi mógłby mi udzielić ktokolwiek inny niż ja sam? Pytanie to stało się teraz zbyt ważne, by przed nim uciekać.

Po pierwsze, byłem przekonany, że staranne rozważenie racjonalnych podstaw wiary doprowadzi do odmówienia jej jakiejkolwiek wartości i potwierdzi słuszność postawy ateistycznej. Byłem jednak zdecydowany przyjrzeć się z bliska wszelkim danym, niezależnie od ostatecznego wyniku takich badań. Rozpocząłem od szybkiego i dość bezładnego przeglądu najważniejszych religii świata. Większość informacji, jakie uzyskałem z ich pobieżnej prezentacji (zapoznawanie się ze świętymi tekstami każdej z nich uznałem za zbyt trudne), pozostawiła mnie w poczuciu wielkiego zadziwienia, i stwierdziłem, że żadna z religii nie wydaje mi się bardziej pociągająca niż inna. Nabrałem przekonania, że wątpliwe są racjonalne podstawy wierzeń duchowych stanowiące fundament każdej z religii. To jednak szybko się zmieniło. Poszedłem z wizytą do pastora kościoła metodystycznego, który mieszkał w naszym sąsiedztwie, i zapytałem go, czy wiara ma jakikolwiek logiczny sens. Wysłuchał uważnie moich mętnych (i najpewniej bluźnierczych) wywodów, po czym sięgnął po niewielką książkę stojącą na półce i dał mi ją do przeczytania.

Było to Chrześcijaństwo po prostu C.S. Lewisa. Przez następne dni, kiedy wczytywałem się w kolejne stronice tej książki, czyniąc wszelkie starania, by skorzystać z bogactwa głęboko przemyślanych argumentów sformułowanych przez sławnego oksfordczyka, zrozumiałem, że moje własne konstrukcje myślowe skierowane przeciwko wiarygodności wiary pozostawały na poziomie dziesięciolatka. Stało się dla mnie jasne, że muszę zmierzyć się z tym najważniejszym ze wszystkich pytań ludzkości zupełnie od początku. Miałem wrażenie, że Lewis znał wszystkie moje zastrzeżenia, niekiedy nawet wcześniej, niż sformułowałem je ja sam. Każdemu z nich poświęcał jedną lub dwie strony. Kiedy dowiedziałem się później, że Lewis też kiedyś był ateistą, który występował przeciwko wierze, posługując się logicznym rozumowaniem, domyśliłem się, dlaczego tak dobrze rozumie moje zmagania. Były to przecież w równej mierze jego własne problemy.

Najbardziej zainteresował mnie – i całkowicie odmienił moje myślenie na temat nauki i wiary – argument zawarty w tytule samej księgi I: „Słuszność i niesłuszność, czyli wskazówka do pojęcia sensu wszechświata”. Chociaż opisywane przez Lewisa „prawo moralne” stanowiło pod wieloma względami uniwersalny składnik ludzkiego życia, odnosiłem wrażenie, że spotykam się z tym pojęciem po raz pierwszy.

Aby zrozumieć je w pełni, warto zauważyć, co uczynił Lewis, jak często odwołujemy się do prawa moralnego na setki sposobów, chociaż zwykle nie podejmujemy nawet próby wskazania podstaw swojej argumentacji. Rozbieżność ocen jest częścią naszego życia. Zwykle dotyczy to spraw codziennych – na przykład wówczas, gdy żona zarzuca mężowi, że nie jest wystarczająco miły dla jej przyjaciółki, czy kiedy dziecko narzeka, że porcje lodów rozdanych na przyjęciu urodzinowym były nierówne. Inne argumenty dotyczą jednak dużo poważniejszych problemów. W dziedzinie polityki międzynarodowej na przykład niektórzy głoszą pogląd, że Stany Zjednoczone mają moralny obowiązek szerzenia na świecie demokracji, nawet jeśli wymaga to użycia siły, podczas gdy inni twierdzą, że agresja militarna i ekonomiczna grozi USA utratą pozycji autorytetu moralnego.

Na polu medycyny niezwykle gorące dyskusje dotyczą obecnie problemu, czy dopuszczalne jest prowadzenie badań na komórkach macierzystych pochodzących z ludzkich zarodków. Jedni uważają, że takie badania łamią zasadę świętości ludzkiego życia, natomiast drudzy – że perspektywa złagodzenia w ten sposób cierpień wielu istot ludzkich daje nam moralne placet, aby prowadzić takie badania. (Tę kwestię, wraz z kilkoma innymi dotyczącymi bioetyki, rozważam w Aneksie do książki).

Zwróćmy uwagę, że we wszystkich tych sytuacjach każda ze stron sporu odwołuje się do nigdzie jednoznacznie niesformułowanych wyższych standardów. Czyli do prawa moralnego, które można by również nazwać „prawem przyzwoitego zachowania” i którego istnienie w każdej z tych sytuacji wydaje się nie podlegać kwestii. Przedmiotem sporu jest natomiast to, które z podejmowanych działań jest bliższe wymaganiom narzucanym przez to prawo. Osoby oskarżane o niedostateczne przestrzeganie obowiązujących
nakazów – na przykład mąż nie dość serdeczny wobec przyjaciółki żony – zwykle stosują różne wymówki, aby dać im święty spokój. Chyba nikt jednak nigdy nie powie: „Do diabła z tym twoim przyzwoitym zachowaniem”.

Mamy tu do czynienia z zastanawiającą sytuacją: okazuje się, że pojęcia dobra i zła są uniwersalne wśród przedstawicieli gatunku ludzkiego (chociaż ich praktyczne zastosowanie może przynieść bardzo różne i często zadziwiające rezultaty). A zatem, jak się wydaje, zjawisko to odznacza się cechą upodabniającą je do praw przyrody, takich jak prawo powszechnego ciążenia czy prawa opisywane przez szczególną teorię względności. Jeśli tak rzeczywiście jest, to prawo to – co musimy uczciwie przyznać – łamane jest z zaskakującą regularnością.

O ile mi wiadomo, prawo moralne obowiązuje wyłącznie wśród istot ludzkich. Chociaż bowiem u zwierząt można niekiedy dostrzec zachowania wykazujące ślad moralności, nie są one z pewnością bardzo rozpowszechnione, a najczęściej zachowania przedstawicieli innych gatunków pozostają, jak się wydaje, w sprzeczności z jakimikolwiek pojęciami uniwersalnego dobra. To właśnie na zdolność odróżnienia dobra od zła, a także na zyskanie umiejętności posługiwania się mową oraz pojawienie się samoświadomości i zdolności myślenia o przyszłości powołują się uczeni, kiedy chcą wskazać cechy właściwe wyłącznie gatunkowi Homo sapiens.

Czy jednak zdolność odróżnienia dobra od zła jest wrodzoną cechą człowieka, czy też jedynie konsekwencją tradycji kulturowej? Istnieje pogląd, że w rozmaitych kulturach obowiązują tak rozbieżne normy zachowania, że jakiekolwiek twierdzenia o istnieniu powszechnego prawa moralnego są całkowicie bezpodstawne. Lewis, znawca wielu kultur, pogląd taki nazywa „kłamstwem, dobrze brzmiącym kłamstwem. Jeśli pójdziemy do biblioteki i spędzimy kilka dni z encyklopedią religii i etyki, szybko dostrzeżemy u różnych ludów jednakowe praktyczne myślenie o świecie. W babilońskiem hymnie do Szamasza, księgach Manu, Księdze Umarłych, Dialogach konfucjańskich, pismach stoików czy platończyków, u australijskich Aborygenów i północnoamerykańskich Indian – wszędzie spotkamy się zawsze z takim samym potępieniem ucisku, morderstwa, zdrady i kłamstwa i takim samym nakazem dobroci wobec starszych, młodszych i słabszych, wspierania jałmużną ubogich, bezstronności i uczciwości”. W pewnych niezwykłych okolicznościach prawo to wpada w zaskakujące pułapki – przypomnijmy sobie palenie czarownic w siedemnastowiecznej Ameryce. Kiedy jednak przyjrzymy się takim zjawiskom bliżej, zapewne stwierdzimy, że te pozorne odstępstwa od uniwersalnego prawa wyrastają z silnie ugruntowanych, ale błędnych wniosków na temat tego, co jest dobrem, a co złem. Jeżeli głęboko uwierzy się w to, że czarownica jest personifikacją zła na ziemi, wcieleniem samego diabła, czyż nie uzna się za głęboko uzasadnione podejmowanie przeciwko niej najbardziej nawet drastycznych działań?

Niech mi będzie wolno zatrzymać się tutaj na chwilę, aby zwrócić uwagę na to, że pogląd na temat uniwersalności prawa moralnego pozostaje w poważnym konflikcie z modną obecnie filozofią postmodernistyczną, zgodnie z którą nie ma żadnego absolutnego zła ani dobra i nic nie jest absolutnie słuszne czy niesłuszne, a wszystkie wybory moralne mają charakter relatywny. Pogląd ten, dość powszechny, jak się wydaje, wśród współczesnych filozofów, ale dość zagadkowy dla większości zwykłych ludzi, stwarza liczne logiczne pułapki w rodzaju paragrafu 22. Jeśli na przykład prawda absolutna nie istnieje, to czy sam postmodernizm jest prawdą? A jeżeli nie ma ani dobra, ani zła, to nie ma też najmniejszego powodu, aby w ogóle zajmować się moralnością.

Inni będą protestowali przeciwko takiemu sposobowi myślenia, twierdząc, że prawo moralne jest po prostu wynikiem presji ewolucyjnej. Sprzeciw ten formułują przedstawiciele nowej dziedziny zwanej socjobiologią, która szuka wyjaśnień zachowań altruistycznych w ich dodatniej wartości selekcyjnej dla darwinowskiego doboru naturalnego. Jeśli udałoby się wykazać słuszność tej argumentacji, to interpretowanie wielu nakazów prawa moralnego jako pochodzących od Boga stałoby się trudne – dlatego też warto przyjrzeć się temu poglądowi dokładniej.

Pomyślmy o jednym z najważniejszych przejawów prawa moralnego: owym impulsie, który skłania nas do zachowań altruistycznych, tym głosie sumienia wzywającym nas do pomagania innym, nawet jeśli w zamian nic za to nie dostaniemy. Prawo moralne nie ogranicza się oczywiście do altruizmu; niepokój sumienia, jaki odczuwa się po wpisaniu drobnych nieścisłości do zeznania podatkowego trudno powiązać z poczuciem wyrządzenia krzywdy jakiejkolwiek konkretnej ludzkiej istocie.

Przede wszystkim jednak ustalmy jasno przedmiot naszych rozważań. Używając określenia „altruizm”, nie mam na myśli zachowań typu: „ty drapiesz mnie po plecach, a ja drapię ciebie”, polegających na podejmowaniu działań na rzecz kogoś innego i
oczekiwaniu od niego wzajemności. Altruizm to rzecz bardziej interesująca: jest prawdziwie bezinteresownym postępowaniem, pozbawionym innej motywacji niż dobro drugiej osoby. Wszelkie przejawy takiej miłości i dobroci budzą nasz ogromny podziw i szacunek. Oskar Schindler ryzykował życiem, ocalając w czasie II wojny światowej przed zagładą ponad 1000 Żydów, a kiedy umierał, był bez grosza – i mamy dla niego wielkie uznanie. Matkę Teresę od dawna uważa się za jedną z najbardziej godnych podziwu postaci czasów współczesnych, chociaż praktykowane przez nią ubóstwo i bezinteresowna pomoc chorym i umierającym mieszkańcom Kalkuty tak drastycznie kontrastuje z materialistycznym stylem życia dominującym obecnie w naszej cywilizacji.
W niektórych przypadkach altruizm obejmuje nawet tych, którzy należą, wydawałoby się, do grona zaprzysiężonych wrogów. Siostra Joan Chittister z zakonu benedyktynek snuje taką oto suficką opowieść:

Dawno, dawno temu żyła sobie stara kobieta, która często medytowała nad brzegiem Gangesu. Pewnego ranka, pod koniec medytacji, zauważyła skorpiona walczącego bezradnie z nurtem rzeki. Gdy znalazł się blisko niej, zaczepił się o korzenie sięgające daleko w głąb wód. Starając się z nich wyswobodzić, pogrążał się jeszcze bardziej. Kobieta schyliła się, aby go ocalić, ale on użądlił ją, kiedy poczuł jej rękę. Stara kobieta cofnęła się, po chwili jednak – gdy tylko odzyskała równowagę – sięgnęła ku niemu ponownie. I tak za każdym razem skorpion wbijał kolec w jej rękę, aż spłynęła krwią, a jej twarz wykrzywiła się z bólu. Przechodzący obok człowiek, widząc, co się dzieje, wykrzyknął: „Kobieto, czy oszalałaś?! Chcesz stracić życie, żeby uratować to wstrętne stworzenie?”. Wtedy ona, patrząc mu prosto w oczy, odrzekła: „Przecież naturą skorpiona jest robienie użytku ze swego kolca, dlaczegóż bym zatem ja miała zaprzeczać swojej własnej naturze nakazującej mi ratowanie innych?”.

Wielu z nas z pewnością uzna tę opowieść za przesadzoną – mało kto chciałby narażać się na niebezpieczeństwo, żeby ocalić skorpiona. Z pewnością jednak większość z nas usłyszała choć raz ów wewnętrzny głos nakazujący nam pomóc zupełnie obcej osobie, która gwałtownie tego potrzebowała, chociaż w żaden sposób nie mogliśmy oczekiwać płynącej z tego korzyści. A jeśli ulegliśmy temu impulsowi, ogarniało nas ciepłe uczucie, że „zrobiliśmy to, co zrobić należało”.

C.S. Lewis w swojej niezwykłej książce Cztery miłości wiele uwagi poświęca naturze takiej całkowicie bezinteresownej miłości, którą nazywa z grecka agape. Podkreśla jej odmienność od pozostałych trzech form miłości (sympatii, przyjaźni i miłości romantycznej), które łatwiej zrozumieć w kategoriach oczekiwania na wzajemną korzyść i które można znaleźć u innych zwierząt poza człowiekiem.

Agape, czyli bezinteresowny altruizm, to dla ewolucjonistów prawdziwe wyzwanie. A dla myślenia redukcjonistycznego – po prostu skandal. Nie można go uznać za rezultat dążenia samolubnych genów do rozprzestrzeniania samych siebie. Wręcz przeciwnie, altriuzm może skłaniać ludzi do poświęceń wiążących się z wielkim osobistym cierpieniem, zagrożeniem zdrowia i życia, a nawet prawdopodobieństwem śmierci, bez żadnych widoków na jakąkolwiek korzyść. Tymczasem, jeśli uważnie wsłuchamy się w ten głos wewnętrzny, który niekiedy nazywamy świadomością, okaże się, że wszyscy mamy w sobie gotowość ulegania tego rodzaju miłości, choćbyśmy nawet często udawali, że go nie słyszymy.

Socjobiolodzy tacy jak E.O. Wilson usiłowali znaleźć wytłumaczenie dla podobnych zachowań w kategoriach pośredniego wpływu na sukces rozrodczy podejmującego je osobnika, argumentacja ta szybko jednak wywołała wątpliwości. Jedna z hipotez zakłada, że stale podejmowane zachowania altruistyczne jako cecha pozytywna są faworyzowane przez dobór płciowy. Pogląd ten wszakże kłóci się z obserwacjami dotyczącymi nieczłekokształtnych naczelnych ujawniającymi wręcz przeciwne zjawiska, takie jak dzieciobójstwo dokonywane przez samca, który właśnie uzyskał w grupie
dominację, co jest sposobem na zapewnienie lepszej przyszłości własnemu potomstwu. Inna hipoteza mówi o tym, że altruizm daje pośrednie wzajemne korzyści zapewniające praktykującym go osobnikom pewną przewagę w skali czasu ewolucyjnego; trudno jednak uznać to za dobre wyjaśnienie motywacji ludzkich dobrych uczynków, o których nie wie nikt poza ich sprawcą. Zgodnie z trzecim wyjaśnieniem altruistyczne zachowania członków grupy przynoszą korzyść całej grupie. Przykładem miałyby tu być kolonie mrówek, w których bezpłodne robotnice krzątają się bez wytchnienia, aby stworzyć warunki umożliwiające królowej-matce wydawanie na świat jak największej liczby potomstwa. Tego rodzaju „mrówczy altruizm” łatwo jednak wyjaśnić w kategoriach ewolucyjnych, wiedząc, że geny skłaniające robotnice do wytężonej pracy to dokładnie te same geny, jakie są przekazywane przez królową-matkę ich własnemu rodzeństwu, do którego pojawienia się na świecie tak istotnie się przyczyniają. Taki niezwykły bezpośredni związek na poziomie DNA nie zachodzi w obrębie bardziej złożonych populacji, które – co do tego panuje obecnie zgoda między niemal wszystkimi ewolucjonistami – podlegają doborowi naturalnemu obejmującemu jednostki, a nie całą grupę osobników. Zachowania mrówek robotnic wbudowane w ich mózgi są zatem czymś zasadniczo odmiennym od tego wewnętrznego głosu, który sprawia, że muszę wskoczyć do rzeki, kiedy widzę, że ktoś tonie, nawet wtedy, kiedy jest to ktoś zupełnie mi obcy, a ja wcale nie jestem dobrym pływakiem i sam mogę przy tym stracić życie. Co więcej, aby utrzymać w mocy argument ewolucyjny o korzyści, jaką altruizm przynosi grupie, należałoby znaleźć przykłady reakcji przeciwnych – czyli wrogości wobec osobników nienależących do grupy. Tymczasem agape kultywowana przez Oskara Schindlera czy Matkę Teresę zadaje kłam takiemu sposobowi myślenia. To zdumiewające, ale prawo moralne nakazuje mi ratować tonącego, nawet jeśli jest moim wrogiem.

Jeżeli prawa natury ludzkiej nie sposób uznać za wytwór kultury lub skutek uboczny ewolucji, to jak wyjaśnić jego istnienie? Jest w tym coś naprawdę niezwykłego. Jak pisze Lewis: „Gdyby istniała siła wywierająca wpływ na wszechświat z zewnątrz, nie mogłaby ujawnić się nam jako jeden ze składników wszechświata – tak jak architekt jakiegoś domu nie będzie jedną ze ścian, częścią klatki schodowej czy kominkiem tego domu. Jedynym sposobem, w jaki możemy spodziewać się ujawnienia się tej siły, są wpływy czy nakazy obecne w naszym wnętrzu, mające na celu skłonienie nas do określonego zachowania. I to rzeczywiście odnajdujemy wewnątrz siebie. Czyż nie powinno nas to skłonić do zastanowienia?”.  Kiedy zetknąłem się z tą argumentacją w wieku 26 lat, uderzyła mnie jej logika. Oto ukryte w moim sercu i równie oczywiste jak wszystko inne w codziennym życiu, a teraz ujawniające się po raz pierwszy jako zasada wyjaśniająca, owo prawo moralne rzuciło jasne światło na zakamarki mojego dziecięcego ateizmu i domagało się poważnego zastanowienia się nad jego pochodzeniem. Czy to Bóg na mnie patrzył?

A jeśli tak, to jaki był to Bóg? Czy był to Bóg deistów, który wynalazł fizykę i matematykę i wprawił Wszechświat w ruch około 14 miliardów lat temu, a potem odszedł, by zająć się innymi, ważniejszymi sprawami, jak uważał Einstein? Nie, ten Bóg,jeżeli w ogóle byłem w stanie go sobie uświadomić, musi być Bogiem teistów – takim, który pragnie jakiegoś związku z owymi wyjątkowymi istotami zwanymi ludźmi i dlatego wyposaża każdego z nas w możliwość Jego dojrzenia. Mógłby to być Bóg Abrahama, ale z pewnością nie Bóg Einsteina.

Odkrywanie natury Boga, jeżeli w istocie jest On rzeczywisty, pociągało za sobą jeszcze inne konsekwencje. Wnioskując z niezwykle wysokich standardów prawa moralnego – które, co musiałem przyznać, w praktyce regularnie łamałem – musiałby to być Bóg święty i prawy. Musiałby być wcieleniem dobroci. Musiałby nienawidzić zła. I nie było najmniejszego powodu, by sądzić, że jest to Bóg łaskawy i pobłażliwy. Kiełkujące powoli przeświadczenie o dopuszczalności istnienia Boga wywołało u mnie sprzeczne uczucia: głęboki spokój, jaki dawała świadomość rozległości istnienia takiego Umysłu, a zarazem ogromny niepokój, kiedy zdałem sobie sprawę z własnej niedoskonałości, ujawniającej się wobec Niego.

Podjąłem tę intelektualną wędrówkę, aby uzyskać potwierdzenie dla swojego ateizmu. Tymczasem cel ten legł w gruzach w chwili, gdy argumenty wynikające z istnienia prawa moralnego (i wiele innych) zmusiły mnie do uznania, że hipoteza o istnieniu Boga jest uzasadniona. Agnostycyzm, w którym czułem się bezpieczny niczym w raju, nagle okazał się zwykłym wykrętem, czym zresztą zawsze był. Wiara w Boga wydała mi się teraz bardziej racjonalna niż jej brak.
Stało się dla mnie również jasne, że nauka, niezależnie od jej niekwestionowanej mocy wyjaśniającej tajemnice świata przyrody, nigdzie dalej już mnie nie zaprowadzi w poszukiwaniach odpowiedzi na pytanie o Boga. Jeżeli Bóg istnieje, to musi pozostawać poza światem przyrody, tym samym zaś narzędzia nauki nie pozwolą na dowiedzenie się o Nim czegokolwiek. Zaczynałem natomiast rozumieć, zaglądając do swojego serca, że dowody na istnienie Boga mogą pojawić się z innych stron i że ostateczna decyzja będzie zależeć od wiary, a nie od dowodów. Choć byłem ciągle pogrążony w niepewności, którą powinienem podążyć drogą, muszę przyznać, że przekroczyłem wówczas pewien próg – osiągnąłem gotowość przyjęcia światopoglądu duchowego, z istnieniem Boga włącznie.

Niemożliwe wydawało mi się wtedy i pójście dalej, zawrócenie z drogi. Wiele lat później natknąłem się na sonet Sheldona Vanaukena, który bardzo wiernie opisuje moje ówczesne rozterki. Oto jego końcowe wersy:

Między domysłem i prawdą – przepaść bez dna.
Strach przed skokiem zniewala, absurd gwałci pewność,
Ziemia spod nóg ucieka: to już pewnie szach-mat…
A gdy nasz bastion – punkt widzenia rozpada się do cna,
Myśl świta z nadzieją: Skoczyć! I tylko trafić w sedno,
By zerwać tę zasłonę, co przesłania nam świat.
(przeł. Jerzy Nowakowski)

Przez dłuższy czas stałem drżący na krawędzi owej przepaści. W końcu, nie widząc innego wyjścia, skoczyłem.

Jak takie przekonania może mieć przyrodnik? Czyż wiele prawd głoszonych przez religie nie pozostaje w sprzeczności z żądaniem: „Poproszę o dowody” – tak charakterystycznym dla tych, którzy poświęcili się chemii, fizyce, biologii czy medycynie? Czy uchylając wrota swego umysłu na duchowy wymiar świata, rozpętałem wojnę światopoglądów, która doprowadzi mnie do unicestwienia i w której zwycięstwo jakiejkolwiek ze stron musi być totalne i bezlitosne?

Francis Collins – Język Boga. Kod życia – nauka potwierdza wiarę.

CZĘŚĆ I – https://znanichrzescijanie.wordpress.com/2015/08/22/francis-collins-jeden-z-najwybitniejszych-wspolczesnych-genetykow/

Francis Collins – amerykański lekarz i genetyk. Znany z przełomowych odkryć w dziedzinie chorób genetycznych. Kierował Projektem poznania ludzkiego genomu (HGP, z ang. Human Genome Project) – największy międzynarodowy projekt biologiczny. Powołał BioLogos Foundation, zajmującą się relacją pomiędzy nauką a religią. Początkowo był ateistą, po czym nawrócił się na chrześcijaństwo. Podkreśla zgodność tej religii z nauką. 17 sierpnia 2009 roku zaczął sprawować funkcję dyrektora National Institutes of Health. 14 października 2009 papież Benedykt XVI powołał go do Papieskiej Akademii Nauk.

aaaaaaaaaaaaaPewnego ciepłego letniego dnia dokładnie sześć miesięcy przed początkiem nowego tysiąclecia ludzkość przekroczyła próg zupełnie nowej ery. Wiadomość, która obiegła cały świat, pojawiając się na pierwszych stronach wszystkich najważniejszych gazet, głosiła, że wstępna postać genomu człowieka – instrukcji budowy i działania ludzkiego organizmu – została odczytana.

Na genom człowieka składa się cały DNA naszego gatunku – otrzymywany w drodze dziedziczenia kod życia. Ten właśnie odczytany tekst liczy 3 miliardy liter i jest zapisany dziwnym, czteroliterowym szyfrem. Złożoność informacji zawartej w każdej komórce ludzkiego ciała jest tak ogromna, że odczytywanie tego szyfru w tempie jedna litera na sekundę zajęłoby nam 31 lat, nawet gdybyśmy pracowali bez przerwy we dnie i noce. Po wydrukowaniu tego tekstu literami o normalnej wielkości czcionki na zwyczajnym papierze i ułożeniu wszystkich stron jedna na drugiej powstałby stos wysokości pomnika Waszyngtona. Tego letniego dnia ów fascynujący tekst, zawierający wszystkie instrukcje konieczne do zbudowania ludzkiego ciała, został po raz pierwszy ogłoszony światu.

Jako szef międzynarodowego zespołu realizującego Projekt Poznania Genomu Człowieka, który pracował całą mocą przez ponad dziesięć lat nad odczytaniem sekwencji DNA, stałem obok prezydenta Billa Clintona w Pokoju Wschodnim w Białym Domu, razem z Craigiem Venterem, szefem konkurencyjnego zespołu finansowanego przez sektor prywatny. Premier Tony Blair uczestniczył w tym wydarzeniu za pośrednictwem telewizji satelitarnej, a uroczystość transmitowano na żywo w wielu krajach całego świata.

Prezydent Clinton rozpoczął swoje przemówienie od przyrównania mapy genomu ludzkiego do mapy, którą Meriwether Lewis rozłożył przed prezydentem Thomasem Jeffersonem dokładnie w tym samym pomieszczeniu niemal 200 lat wcześniej. Powiedział: „Jest to niewątpliwie najważniejsza, najwspanialsza mapa, jaką kiedykolwiek stworzył człowiek”. Największą uwagę wszystkich odbiorców przyciągnęła jednak ta część przemówienia, w której prezydent z perspektywy naukowej przeskoczył do perspektywy duchowej tego osiągnięcia. „Poznajemy dzisiaj – powiedział – język, w jakim Bóg stworzył życie. Odczuwamy tym większy podziw wobec złożoności, piękna i cudowności tego najbardziej boskiego i świętego daru Boga”.

Czy mnie, przedstawiciela nauk przyrodniczych, takie czysto religijne oświadczenie płynące z ust przywódcy wolnego świata w tej właśnie chwili zaskoczyło lub zbulwersowało? Czy miałem ochotę skrzywić się z niesmakiem albo wbić wzrok w podłogę, aby ukryć zażenowanie? Nie, ani trochę. Tak naprawdę w tych gorących dniach pracowałem wspólnie z osobą przygotowującą mowę prezydencką i zdecydowanie opowiadałem się za włączeniem do niej tego akapitu. Kiedy poproszono mnie o zabranie głosu, wypowiedziałem się w podobnym tonie: „To szczęśliwy dzień dla świata. Budzi moją pokorę, a zarazem zachwyt myśl, że udało nam się wejrzeć w instrukcję budowy i działania naszego własnego ciała, znaną wcześniej jedynie Bogu”.

Co to wszystko miało znaczyć? Dlaczego prezydent i uczony przy okazji ogłaszania przełomowego odkrycia w biologii i medycynie postanowili odwołać się do Boga? Czyż nauka i wiara to nie całkowicie przeciwstawne światy, a w każdym razie nie powinny pojawiać się one wspólnie pod dachem Białego Domu? Czemu miało służyć wspomnienie o Bogu w obu tych przemówieniach? Czy miała to być poezja? Obłuda? Cyniczna próba zyskania sympatii osób wierzących bądź też obrony przed tymi, którzy skłonni są zarzucać badaniom genomu człowieka, że redukują ludzką istotę do maszyny? Nie. Nie z mojego punktu widzenia. Wręcz przeciwnie, dla mnie zsekwencjonowanie genomu człowieka i odczytanie tego najważniejszego ze wszystkich tekstów świata było zarówno fascynującym doświadczeniem naukowym, jak i okazją do oddania czci Bogu.

Z pewnością dla wielu osób takie uczucia będą stanowić zagadkę: badacz przyrody nie może przecież poważnie wierzyć w transcendentnego Boga. W swojej książce chciałbym obalić to przekonanie i udowodnić, że wiara w Boga może być konsekwencją całkowicie racjonalnej decyzji oraz że zasady wiary stanowią w istocie uzupełnienie zasad nauki.

Taką syntezę między nauką a światem ducha uznaje się często w czasach współczesnych za niemożliwą, a prowadzące ku niej wysiłki za równoważne próbie zmuszenia obu biegunów magnesu do spotkania się w jednym punkcie. Tymczasem wielu Amerykanów pragnęłoby, jak się wydaje, obecności obu tych światopoglądów jako równocennych w myśleniu o świecie. Ostatnie wyniki badań opinii publicznej dowodzą, że 93 procent Amerykanów deklaruje jakąś postać wiary w Boga, chociaż większość z nich jeździ samochodami, korzysta z urządzeń elektrycznych i śledzi prognozy pogody, zakładając najwyraźniej, że nauka, która zapewnia te udogodnienia, jest w zasadzie godna zaufania.

A jak jest z wiarą wśród uczonych? Jest ona w istocie bardziej popularna niż zwykło się sądzić. W 1916 roku biologom, fizykom i matematykom zadano pytanie, czy wierzą w Boga, który pozostaje w stałym kontakcie z ludźmi i do którego można się modlić, oczekując odpowiedzi. Około 40 procent odpowiedziało: tak. W 1997 roku badanie to powtórzono i ku zaskoczeniu prowadzących je naukowców na identycznie sformułowane pytanie otrzymano niemal taki sam odsetek pozytywnych odpowiedzi.

Być może zatem „wojna” między nauką a wiarą nie jest aż tak zacięta, jak by się wydawało? Niestety, świadectwa tej potencjalnej harmonii często giną w zgiełku bezkompromisowych wypowiedzi tych, którzy zajmują skrajne bieguny tego sporu. Strzały padają bez wątpienia z obu stron. Na przykład wybitny ewolucjonista Richard Dawkins, dyskredytując w gruncie rzeczy przekonania niemal 40 procent swoich kolegów i traktując ich wiarę w Boga jako sentymentalny nonsens, został głównym orędownikiem poglądu, zgodnie z którym wiara w ewolucję wymaga ateizmu. Wśród jego licznych wpadających w ucho stwierdzeń znajdujemy takie: „Wiara to jeden wielki wykręt, znakomita wymówka, żeby nie musieć myśleć i zastanawiać się nad dowodami. Wierzyć to wierzyć, niezależnie od – a może wręcz z powodu – braku dowodów. […] Wiara, oznaczająca wiarę nieopartą na żadnych dowodach, to podstawowa słabość każdej religii”.

Natomiast niektórzy fundamentaliści religijni atakują naukę, uznając ją za niebezpieczną i niegodną zaufania, i odwołują się do dosłownego rozumienia świętych tekstów jako jedynego wiarygodnego sposobu oceny prawd naukowych. Charakterystyczna dla zwolenników tego typu poglądów jest wypowiedź nieżyjącego już Henry’ego Morrisa, jednego z głównych przedstawicieli kreacjonizmu: „Kłamstwo na temat ewolucji przenika cale współczesne myślenie i zyskuje przewagę w każdej dziedzinie życia. Ponieważ tak właśnie jest, nie sposób nie zauważyć, że to myśl ewolucyjna jest w głównej mierze odpowiedzialna za śmiertelnie groźny rozwój sytuacji politycznej, chaos moralny i dezintegrację społeczeństwa, które przybierają na sile wszędzie. […] Kiedy nauka i Biblia nie zgadzają się ze sobą, to nauka w oczywisty sposób źle interpretuje swoje dane”.

U wielu bezstronnych obserwatorów ta kakofonia sprzecznych głosów wywołuje poczucie zagubienia i zniechęcenie. Rozsądni ludzie dochodzą do wniosku, że zmusza się ich do wyboru między tymi dwiema mało pociągającymi skrajnościami, z których żadna nie sprawia wielkiej przyjemności. Wiele osób, rozczarowanych bezkompromisowym podejściem rzeczników obu punktów widzenia, decyduje się na odrzucenie zarówno wiarygodności wniosków formułowanych na gruncie nauki, jak i wartości religii w jej zorganizowanej postaci, i w zamian wpada w najrozmaitsze nurty myślenia antynaukowego, płytką duchowość lub zwykłą apatię. Inni postanawiają uznać wartość nauki i ducha, oddzielając jednak oba – materialny i duchowy – wymiary swojej egzystencji, aby uniknąć niepokojów wynikających z ich potencjalnego konfliktu. Jednym z rzeczników takiego poglądu był nieżyjący już Stephen Jay Gould, który uważał, że nauka i wiara powinny zajmować odrębne, „niezachodzące na siebie magisteria”. Trudno jednak uznać takie rozwiązanie za całkowicie zadowalające. Także i ono jest potencjalnym źródłem konfliktu i pozbawia nas możliwości pełnego oddania się czy to nauce, czy wierze.

Tutaj właśnie pojawia się najważniejsze pytanie tej książki: czy we współczesnej epoce kosmologii, nauki o ewolucji i wiedzy na temat genomu człowieka istnieje ciągle szansa na osiągnięcie pełnej harmonii między światopoglądem naukowym i religijnym? Moja odpowiedź brzmi: zdecydowanie tak! Uważam, że nie ma żadnej sprzeczności między byciem uczonym, prowadzącym badania w dziedzinie nauk przyrodniczych, a pozostawaniem osobą wierzącą w Boga, który czuwa nad każdym z nas. Domeną nauk przyrodniczych jest badanie przyrody. Domeną Boga jest świat duchowy, obszar niedostępny poznaniu za pomocą narzędzi i języka nauki. Należy go poznawać sercem, umysłem i duszą – a umysł musi znaleźć sposób na poruszanie się w tych dwóch światach.

Sądzę, że obie te perspektywy – materialna i duchowa – nie tylko mogą współistnieć w każdym z nas, ale i owo współistnienie może zachodzić w taki sposób, że wzbogaci i rozjaśni ludzkie doświadczenie. Nauka jest jedynym wiarygodnym źródłem wiedzy o świecie przyrody, a jej narzędzia – jeśli zostaną właściwie użyte – dostarczają głębokiego wglądu w materialną postać życia. Nauka jednak traci swoją moc, kiedy pojawiają się takie pytania, jak: Dlaczego zaistniał Wszechświat? Jaki jest sens ludzkiego istnienia? Co stanie się z nami po śmierci? Jednym z najważniejszych celów ludzkości było zawsze znalezienie odpowiedzi na najbardziej podstawowe pytania, i musimy zrobić wszystko, aby wykorzystać siłę obu – naukowego i duchowego – porządków myślenia, by zrozumieć zarówno to, co widoczne, jak i to, czego zobaczyć nie sposób. Celem tej książki jest sprawdzenie, czy uda nam się znaleźć drogę prowadzącą ku rozsądnej i intelektualnie uczciwej integracji obu tych punktów widzenia.

Rozważania dotyczące tak ważkich problemów mogą okazać się trudne i niepokojące. Każdy z nas, czy się do tego głośno przyznaje, czy nie, przyjął za swój jakiś światopogląd. Pomaga nam to nadać sens światu, z którym mamy do czynienia, zapewnia ramy etyczne naszego działania i ułatwia podejmowanie decyzji na temat przyszłości. Jakiekolwiek majstrowanie przy światopoglądzie nie powinno odbywać się pochopnie. Książka zachęcająca do fundamentalnych zmian może spowodować więcej przykrości niż przyjemności. My, ludzie, mamy w sobie jednak, jak się wydaje, ogromną potrzebę dotarcia do prawdy, nawet jeśli tęsknota za nią ginie w powodzi spraw do załatwienia pojawiających się nieustannie każdego dnia. Rozpraszająca nas codzienna krzątanina nakłada się na chęć uniknięcia rozważań dotyczących własnej śmiertelności, mijają więc dni, tygodnie, miesiące, a nawet lata, kiedy nie poświęcamy ani chwili na próbę zastanowienia się nad odwiecznymi pytaniami ludzkości. Ta książka to jedynie maleńkie antidotum na tę sytuację, być może jednak skłoni czytelników do samodzielnej refleksji i wywoła potrzebę spojrzenia nieco głębiej.

Na początku powinieniem wyjaśnić, jak uczony, który poświęcił się genetyce, został osobą wierzącą w Boga nieograniczonego w czasie ani przestrzeni i czuwającego bezpośrednio nad każdą ludzką istotą. Niektórzy z pewnością skłonni będą sądzić, że musiało to być wynikiem surowego religijnego wychowania, światopoglądu tak głęboko zaszczepionego przez rodzinę i kulturę, że nie sposób uwolnić się od niego w dorosłym życiu. Mój przypadek był jednak zupełnie inny.

Francis Collins – Język Boga. Kod życia – nauka potwierdza wiarę.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

dostrzec-sonia-w-pokoju-kilka-sw-otwierajcych-oczy-na-oczywiste-problemy-zwizane-z-ochron-innowacyjnoci-pawe-waszak-1-728

Podważanie dawnej ortodoksyjnej wiary było w głównej mierze dziełem duchownych trudniących się komentowaniem Nowego Testamentu. Powołując się na autorytet ekspertów w tej dziedzinie kazano nam rezygnować z ogromnej masy wierzeń, które podzielali pierwsi chrześcijanie, Ojcowie Kościoła, ludzie średniowiecza, Reformatorzy, a nawet nasi ojcowie żyjący w wieku dziewiętnastym. Pragnę tutaj wyjaśnić źródło mojego sceptycyzmu w odniesieniu do autorytetu ekspertów. Sceptycyzmu ignoranta, jak sami aż zbyt łatwo zauważycie. Ale sceptycyzm jest ojcem ignorancji, gdyż trudno jest wytrwale pogłębiać wiedzę, jeśli nie potrafi się wzbudzić w sobie prima facie przekonania do swoich nauczycieli.

Przede wszystkim, bez względu na to, jaką wartość ci ludzie mogli sobą przedstawiać jako komentatorzy Biblii, nie ufam im jako krytykom. Uważam, że nie mają dostatecznego literackiego wyrobienia i nie dostrzegają istoty czytanych przez siebie tekstów.

To oskarżenie wydaje się dziwne, jeśli zważyć, że wysuwam je przeciwko ludziom, którzy całe swoje życie spędzili na studiowaniu tych ksiąg. Ale właśnie stąd mogą pochodzić ich trudności. Jeśli ktoś całą młodość i wiek dojrzały spędził na badaniu tekstów NT oraz wyników badań innych uczonych, a nie dysponuje przy tym żadną porównawcza skalą, która pozwoliłaby mu dokonać literackiej oceny i którą dać może jedynie głęboka i wszechstronna znajomość szeroko pojętej literatury, ten ktoś moim zdaniem szczególnie łatwo może przeoczyć to, co w tych tekstach jest najważniejsze. Kiedy mi mówi, że jakieś ewangeliczne zdarzenie jest legendą albo zmyśloną opowieścią, chciałbym wiedzieć, ile powieści i legend przeczytał i czy ma dostatecznie wyrobiony smak, by potrafił je wykryć – a nie, ile lat spędził nad Ewangelią. (więcej…)

Co było na początku? Materia i bezosobowa natura wszechświata, czy też może Rozum – Inteligencja – Umysł? Chrześcijanie razem z wybitnymi myślicielami Starożytności powiedzieli by Logos. Seria NA POCZĄTKU BYŁO SŁOWO… ma pomóc czytelnikowi w odpowiedzi na to pytanie. W tym miejscu jednak jedna uwaga. Staraj się patrzeć drogi czytelniku na całą serię przede wszystkim w sposób całościowy.

mind-powers-e1391533618222

Jedni uważają, że materia była pierwsza i poprzedza rozum. Inni z kolei sądzą, że to Rozum był „na początku” i odpowiada za powstanie materii i naszych ludzkich rozumów. Kto ma rację? Jedna z tych dwóch opcji musi być przecież fałszywa. Ci którzy, uważają, że przyroda jest wieczna i nic poza nią nie istnieje (naturaliści) twierdzą, że Bóg nie istnieje i prawdą jest ateizm. W jaki jednak sposób dochodzą oni do swoich wniosków? Skąd się biorą ich argumenty? Wykorzystują do tego rozum, który „otrzymali” – jak wierzą – od bezmyślnej materii i ślepych procesów. Jeśli jednak twórcą ludzkiego rozumu jest natura i postępująca w niej ewolucja, to czy możemy ufać ludzkiemu umysłowi? Czym jest bowiem zainteresowana ewolucja? Głównie reprodukcją i przetrwaniem gatunków. Nie zależy jej za bardzo na wyposażaniu nas w prawdę. Oczywiście czasami proces ten może dać prawdziwe wierzenie. Będzie ono jednak związane z najbardziej podstawowymi czy przyziemnymi rzeczami potrzebnymi do zdobycia pożywienia czy rozmnażania się. W przypadku całej reszty jak np. metafizyki, kosmologii itp. najrozsądniejszą postawą wydawać by się mógł agnostycyzm. Oczywiście sytuacja wyglądała by inaczej, gdyby za powstanie człowieka i świata materialnego odpowiadał Rozum/Bóg. Wtedy i tylko wtedy mielibyśmy solidny fundament, na którym moglibyśmy się oprzeć, badając rzeczy mniej przyziemne. Ok, a teraz zanim przejdziemy dalej spójrzmy na kilka wypowiedzi zarówno wierzących jak i niewierzących odnośnie omawianego zagadnienia:

Karol Darwin: Jeśli chodzi o mnie, to mam straszne wątpliwości co do tego, czy przekonania ludzkiego umysłu (który rozwinął się z umysłów mniej rozwiniętych zwierząt) mają jakąkolwiek wartość i czy można im w ogóle ufać. Czy ktokolwiek ufałby przekonaniom pojawiającym się w umyśle małpy, jeśli są tam w ogóle jakiekolwiek przekonania? [Letter to William Graham, down (July 3, 1881), in The Life and Letters of Charles Darwin].

J.B.S. Haldane (biolog ewolucyjny, genetyk i ateista): It seems to me immensely unlikely that mind is a mere by-product of matter. For if my mental processes are determined wholly by the motions of atoms in my brain I have no reason to suppose that my beliefs are true. They may be sound chemically, but that does not make them sound logically. And hence I have no reason for supposing my brain to be composed of atoms [„When I am Dead” in Possible Worlds 1927].

C. S. Lewis (profesor Oxfordu i Cambridge, autor „Opowieści z Narnii” nawrócony na chrześcijaństwo): Jedna zasadnicza niekonsekwencja rujnuje światopogląd naturalizmu… Cały ten obraz opiera się na wnioskach wyciągniętych na podstawie zaobserwowanych faktów. Jeśli wnioski nie są słuszne, cały obraz się rozpada… Dopóki rozum nie osiągnął absolutu – wszystko wali się w ruinę. Mimo to ci, którzy chcą abym uwierzył w taki obraz świata, chcą zarazem, bym uwierzył w nieprzewidywalność rozumu i w to, że jest produktem ubocznym bezmyślnej materii, będącej w jednym ze stadiów swojej nieskończonej i bezcelowej ewolucji. To wyraźna sprzeczność. Chcą, abym akceptował wniosek, a jednocześnie dyskredytował jedyne świadectwo na którym wniosek ten można oprzeć” [Czy teologia jest poezją?].

G.K. Chesterton: Ciągłe mówienie o przeciwstawności religii i rozumu jest stratą czasu. Rozumowanie opiera się na wierze. Stwierdzenie, że nasze myśli odnoszą się w jakikolwiek sposób do rzeczywistości, jest aktem wiary. Jeśli jest się sceptykiem, trzeba sobie prędzej czy później zadać pytanie: „Dlaczego cokolwiek miałoby być słuszne? Dlaczego poprawne rozumowanie nie miałoby wprowadzać w błąd tak samo jak błędne. Czy oba nie są tylko procesami w mózgu zdezorientowanej małpy?” [Ortodoksja, rozdział – Samobójstwo myśli”].

Friedrich Nietzsche: It is unfair to Descartes to call his appeal to God’s credibility frivolous. Indeed, only if we assume a God who is morally our like can “truth” and the search for truth be at all something meaningful and promising of success. This God left aside, the question is permitted whether being deceived is not one of the conditions of life [Alvin Plantinga – What Is the “Deep Conflict” Between Naturalism and Science?].

Michael Novak, amerykański intelektualista katolicki: Dwieście lat temu intelektualiści podjęli próbę tworzenia świata zbudowanego wyłącznie dzięki rozumowi, świata bez Boga. Ponieśli porażkę. Na początku pozbyli się Boga, a potem, w konsekwencji, rozumu. Ludzie uważali, że mogą odrzucić Boga i zachować rozum. Przez kilka pokoleń było to możliwe, ale z czasem okazało się, że zanikł fundament rozumu. Nie istnieją żadne punkty oparcia dla uniwersalnej prawdy. Ludzie poczuli się zagubieni, w pustce.

John Polkinghorne, prace nad kwarkami: One would anticipate that evolutionary selection would produce hominid minds apt for coping with everyday experience, but that these minds should also be able to understand the subatomic world and general relativity goes far beyond anything of relevance to survival fitness. The mystery deepens when one recognises the proven fruitfulness of mathematical beauty as a guide to successful theory choice [Science and Theology, p. 72].

Mimo wszystko wmawia nam się ciągle, że zarówno rozwój nauki, jak i ludzki rozum wskazują na to, że Bóg nie istnieje. Czy takie stwierdzenie jest jednak, aby na pewno rozsądne? Spróbujmy spojrzeć na to jeszcze z innej strony: czy to nie jest raczej tak, że im więcej człowiek osiąga poprzez swój rozum (a granic nie widać), tym mniej prawdopodobne, że jest on dziełem ślepych i bezcelowych procesów? Czy takie niezwykłe osiągnięcia naukowe jak: loty w kosmos, ogromne projekty geoinżynieryjne, strzeliste katedry, odkrycie DNA itp. są dziełem po prostu lepiej rozwiniętych małp powstałych w wyniku bezcelowej ewolucji zainteresowanej bardziej przeżyciem i reprodukcją gatunków niż czymkolwiek innym? Pewien znany malarz o imieniu Salvadore powiedział kiedyś całkiem mądrą rzecz:

„Pomiędzy tyloma rzeczami, które pozostaną dla nas na zawsze tajemne i niezgłębialne, jedna tylko prawda nie przestaje błyszczeć z równą siłą i wielkością: żadne z filozoficznych, moralnych, estetycznych czy biologicznych odkryć nie pozwala zanegować Boga. Co więcej, świątynia, której mury wzniosły nauki szczegółowe, nie może mieć innego dachu prócz Boskiego nieba”.

Pan Dali naukowcem nie był, ale do wyciągnięcia takich wniosków nie trzeba wcale nim być. Wystarczy zdrowy rozsądek. Nasz rozum jest wspaniałą rzeczą. Co ważne – całymi sobą czujemy (i po niesamowitym rozwoju nauki widzimy) – że jest on czymś, czemu możemy ufać (nie tylko w sprawach podstawowych dotyczących naszej egzystencji). A jeśli tak, to czy prawdopodobieństwo, że za jego powstanie odpowiada bezmyślna materia i ślepe procesy jest wysokie? Czy nie jest dużo bardziej prawdopodobne, że to Logos poprzedza materię (i dlatego to ludzki rozum jest tak genialny), a nie odwrotnie? Cóż ostatecznie każdy sam musi sobie odpowiedzieć na to pytanie.

********************************************************************************************

Międzynarodowa Stacja Kosmiczna – powstała w wyniku połączenia projektów budowy rosyjskiej stacji Mir-2, amerykańskiej Freedom oraz europejskiej Columbus. Miały one na celu spełnienie marzenia o stałym pobycie ludzi w kosmosie. Udaje się je realizować od 2 listopada 2000 roku, kiedy to na ISS dotarła pierwsza stała załoga.

Źródłem zasilania ISS są baterie słoneczne, transportem ludzi i materiałów do 19 lipca 2011 zajmowały się amerykańskie wahadłowce programu STS (od lutego 2003 do 26 lipca 2005 wstrzymane z powodu katastrofy Columbii) oraz rosyjskie statki kosmiczne Sojuz i Progress.

Głównym zadaniem Międzynarodowej Stacji Kosmicznej ma być prowadzenie badań naukowych w warunkach mikrograwitacji, niemożliwych do osiągnięcia na Ziemi. Mają one pozwolić na udoskonalenie metod prowadzenia upraw, lepsze poznanie działania ludzkiego organizmu (a więc i możliwość wynalezienia nowych leków) oraz pomóc rozwiązać wiele innych problemów na Ziemi.

7-understandin

Katedra św. Piotra i Najświętszej Marii Panny w Kolonii – najwyższa katolicka świątynia na świecie, najważniejszy kościół Niemiec, przez dziesięć lat najwyższy budynek świata, jeden z najbardziej znanych przykładów gotyku, główny obiekt inspiracji twórców neogotyku.

Nie sposób jej nie zauważyć. Potężne, ponad 157-metrowej wysokości wieże widać z daleka. A najlepszy widok jest z drugiej strony Renu. I wcale nie psuje go potężny kolejowy Most Hohenzollernów, też zresztą zabytkowy.

Podczas ostatniej wojny cała Kolonia została zrównana z ziemią przez alianckie bombowce. Dosłownie. Ocalał tylko jeden budynek: katedra. Uszkodzony dach i część sklepień, liczne ślady po pociskach i odłamkach bomb to jedyne uszkodzenia. Szybko je zresztą naprawiono. Ale zaraz przyszło coś gorszego; kwaśne deszcze przeżarły kamień. Żarły tak dziesiątki lat, Kolonia leży wszak na skraju zagłębia Ruhry a w centrum Europejskiego Banana, najbardziej uprzemysłowionego obszaru ciągnącego się do Genui poprzez Frankfurt, Kolonię, Antwerpię i Londyn po Liverpool. Cały okres powojenny katedra była odnawiana. Rusztowania praktycznie z niej nie znikały. W 1996 roku kolońska katedra została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

cologne_cathedral_germany

Grande Dixence – to potężna zapora wodna w południowo-zachodniej Szwajcarii,  położona na rzece Dixence w Alpach szwajcarskich. Jest to najwyższa betonowa zapora w Europie i jedna z największych na świecie. Ma przeszło 285 metrów wysokości, waży około 15 milionów ton (więcej od Wielkiej Piramidy Cheopsa) i tworzy sztuczne jezioro Lac de Dix na szczycie doliny Val d’Hérens, które zaopatrywane jest w wodę z 36 lodowców (głównie z masywu Matterhorn). Jej budowa rozpoczęta została w 1953 roku i trwała przeszło 10 lat.

Zapora wykorzystując energię potencjalna wody oraz skomplikowany system rurociągów i pomp zasila cztery okoliczne elektrownie (Chandoline, Fionnay, Nendaz, Bieudron) o łącznej mocy 2069 MW (megawatów), które wytwarzają około 2 tysięcy GWh (giga wato godzin) rocznie co wystarcza do zaopatrzenia w energię elektryczną około 400 tysięcy mieszkańców Szwajcarii.

Z uwagi na swoje niezwykle położenie pośród wysokich alpejskich szczytów oraz malownicze jezioro zapora stanowi chętnie odwiedzaną atrakcje turystyczną.

AA7CtiN.img

Wiadukt Millau (fr. Viaduc de Millau) – wiadukt, zaprojektowany przez francuskiego inżyniera Michela Virlogeux i słynnego brytyjskiego architekta Normana Fostera, ma długość 2460 m i wysokość 343 m. Nosi kilka światowych i europejskich rekordów.

Jest najwyższym mostem na świecie pod względem wysokości struktury (od najwyższego do najniższego widzialnego punktu mostu czyli od podstawy filaru do szczytu pylonu), ma również najwyższe pylony na świecie, a jego przęsła są zawieszone 270 m nad rzeką Tarn (najwyższe w Europie).

Wiadukt znajduje się w ciągu autostrady A75 z Paryża do Montpellier i w kierunku Hiszpanii. Przygotowania do jego budowy trwały kilkanaście lat, ale sama konstrukcja tylko trzy. Pochłonęła natomiast 400 mln euro.

IMG_1574_Millau_viaduct1ZOBZACZ MIN. http://www.templeton.org/purpose/essay_Haught.html

ZOBZACZ–> https://znanichrzescijanie.wordpress.com/2016/02/23/argumenty-za-wiara62a-potega-ludzkiego-rozumu-kilka-slow-sw-augustyna/

Seria „ARGUMENTY ZA WIARĄ” ma na celu pokazanie, że chrześcijaństwo i ogólnie wiara w Boga nie jest czymś co wymaga całkowitego wyłączenia myślenia. Cykl ten może nie da niezbitego 100% dowodu na istnienie Boga (nie taki jest jego cel), lecz powinien sprawić, aby przynajmniej niektóre osoby niewierzące zmieniły swoją postawę z bezmyślnego wyśmiewania chrześcijaństwa w założenie, że „być może coś w tym jest”. Z kolei osoby już wierzące być może wzmocnią swoją wiarę po kolejnych wpisach z tej serii.

article-2101606-11C200F4000005DC-873_634x385

Jeżeli chrześcijaństwo jest w oczywisty sposób bzdurną bajką, to dlaczego wielokrotnie najtęższe umysły swoich epok z całym zapałem poświęcały całe swoje życie, aby je obalić? Dlaczego to imię Jezusa wypowiedziane w towarzystwie grupy ludzi powoduje, że człowiek nie wie co z sobą zrobić? Dlaczego o Mahomecie czy Buddzie można mówić swobodnie, a o Jezusie już nie? Dlaczego to właśnie wobec Jezusa tak ciężko przyjąć pozycję neutralną? Pytania pewnie można by mnożyć w nieskończoność.

Najlepszą stroną teologii chrześcijańskiej jest to, że stanowi najbardziej męską i awanturniczą z teologii; najgorsza zaś – że w ogóle jest teologią. Zawsze można jej zarzucić, że z natury odznacza się arbitralnością i buja w obłokach. Nie buja jednak na tyle wysoko, by znakomici łucznicy nie marnowali całego życia na strzelaniu do niej – i to poświęcając nawet ostatnie strzały. Istnieją ludzie gotowi zniszczyć samych siebie i całą cywilizację, jeśli tylko udałoby im się przy okazji zniszczyć tę fantastyczną bajkę. Oto ostatnia ze zdumiewających cech wiary chrześcijańskiej: jej wrogowie gotowi są walczyć z nią każdą bronią używając nawet mieczy, które kaleczą im palce, czy pochodni, od których zajmują się ogniem ich własne domy. Ludzie, którzy rozpoczynają walkę z Kościołem w obronie wolności i człowieczeństwa, kończą na wyrzeczeniu się wolności i człowieczeństwa, byle tyko móc dalej walczyć z Kościołem. Wcale nie przesadzam; przykładów wystarczyłoby mi na całą książkę.

Blatchford zaczynał jako zwykły krytyk Biblii dowodząc, że Adam nie popełnił żadnego grzechu przeciwko bogu. Manewrując tak, by dowieść swoich racji, Blatchford przyznał mimochodem, że wszyscy tyrani świata, od Nerona po króla Leopolda, nie popełnili żadnego grzechu przeciwko ludzkości. Znam człowieka, który z taką pasją pragnie udowodnić, że po śmierci zostanie pozbawiony osobowego istnienia, iż znajduje oparcie w twierdzeniu, jakoby był go pozbawiony już teraz. Przywołuje na pomoc buddyzm i stwierdza, że wszystkie dusze zlewają się w jedno. Starając się udowodnić, że jako osoba nie może pójść do nieba, udowadnia przy okazji, że nie może jako osoba wybrać się nawet do Hartpolu. Znałem także ludzi, którzy występowali przeciwko nauczaniu religii, wytaczając argumenty przeciwko jakiemukolwiek nauczaniu – twierdzili na przykład, że umysł dziecka musi się rozwijać w wolności albo że starzy w ogóle nie powinni uczyć młodych. Spotkałem ludzi, którzy dowodzili nieistnienia Boskiego sądu dowodząc nieistnienia sądów ziemskich. Palili własne pola, chcąc podpalić Kościół; łamali własne narzędzia, starając się go złamać; każdy kij był dla nich dobry, by weń uderzyć, nawet jeśli byłby to ostatni szczątek ich własnych połamanych mebli. Nie podziwiamy i z wielką trudnością usprawiedliwiamy fanatyka, który niszczy świat z powodu miłości bliźniego. Cóż jednak możemy powiedzieć o fanatyku, który niszczy świat z powodu nienawiści? Poświęca on istnienie ludzkości, byle tylko dowieść nieistnienie Boga. Składa ofiary nie dla ołtarza, ale po to, by udowodnić, że ołtarz nie ma sensu, a tron jest pusty. Potrafi zniszczyć nawet podstawową etykę, którą kieruje się wszystko, co istnieje, byle tylko wywrzeć niezrozumiałą i wieczną pomstę na Kimś, kto nigdy nie istniał.

A jednak cel tych ataków trwa niezmiennie na niebie. Jego przeciwnicy zdołali jedynie zniszczyć to, co sami słusznie uważali za wartościowe. Nie zniszczyli ortodoksji; zniszczyli tylko poczucie politycznej i jakiejkolwiek innej odwagi. Nie dowiedli, że Adam nie był odpowiedzialny przed Bogiem za swoje czyny; jak mogliby tego dowieść? Udowodnili jedynie że car nie jest odpowiedzialny za swoje czyny przed Rosją. Nie udało im się wykazać, że Adam nie powinien być ukarany przez Boga; dowiedli jednak, że zwykły wyzyskiwacz nie powinien być ukarany przez ludzi. Przez swoje orientalne wątpliwości co do osobowego istnienia nie upewnili się wcale, że nie istnieje życie osobowe po śmierci; przekonali się jedynie, że nasze życie przed śmiercią nie będzie zbyt radosne i pełne. Ich paraliżujące wzmianki o tym, że wszystkie wyliczenia są błędne, nie zdołały unicestwić anielskiej księgi; mogły jedynie utrudnić prowadzenie ksiąg rachunkowych w firmie Marshall & Snelgrove. Prawdą jest nie tylko to, że wiara jest matką wszystkich energii świata, ale również to, że jej przeciwnicy są ojcami wszelkiego zamętu na ziemi. Sekularystom nie udało się zniszczyć rzeczy Boskich; zdołali jednak zniszczyć rzeczy świeckie, jeśli jest to dla nich jakąś drobną pociechą. Tytani nie dosięgli nieba; udało im się jedynie spustoszyć ziemię.

Ortodoksja – G.K. Chesterton

plewinski duzy

Anna Dymna z domu Dziadyk – polska aktorka teatralna i filmowa, działaczka społeczna, założycielka i prezes Fundacji Anny Dymnej „Mimo Wszystko”. Odznaczona wieloma orderami min: Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski, Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski czy Srebrny Krzyż Zasługi.

Marysia Wilczur, Ania Pawlaczka z komedii o Pawlakach i Kargulach, Barbara Radziwiłłówna – to zaledwie kilka filmowych ról Anny Dymnej, które uczyniły z niej gwiazdę i ulubienicę publiczności.

W bogatym dorobku artystycznym Aktorki znalazły się wspaniałe kreacje, jakie stworzyła na scenie macierzystego Teatru Starego w Krakowie, gdzie nadal pracuje. Od zupełnie innej strony poznaliśmy Dymną w telewizyjnych programach „Spotkajmy się”. Raz w miesiącu w telewizyjnej Dwójce rozmawia ona w fascynujący sposób z ludźmi niepełnosprawnymi, przybliżając widzom ich marzenia, postawy i sposób na życie.

Mądrość audycji polega na tym, że możemy tych ludzi lepiej poznać i wiele się od nich nauczyć. Zrozumieć, czym jest szczęście, jak nie dać się złamać losowi, i że nie warto rezygnować z życiowych zamiarów. Mimo wszystko. „Mimo Wszystko” – to nazwa fundacji charytatywnej, którą Anna Dymna prowadzi od 2003 r. Aktorka przyznaje, że praca z ludźmi niepełnosprawnymi daje jej ogromną energię. Odkryła też prawdę, która kiedyś stanowiła dla niej tajemnicę, podczas gdy inni już tę tajemnicę dawno posiedli. – To nie jest tak, że tylko my jesteśmy potrzebni ludziom chorym i niepełnosprawnym. Oni są nam bardzo potrzebni. Mają w sobie coś takiego, co może przywrócić człowiekowi wiarę w sens istnienia – zauważa pani Anna.

„Próbuję i udaje się”

Mówi o sobie: – Jestem aktorką, ale jestem przede wszystkim człowiekiem. Mogę dokonywać wyborów, do czego używam swojej publicznej twarzy. Wiem, że może ona także w inny sposób służyć i pomagać ludziom. Próbuję i udaje się.

Za każdym razem podkreśla służebną rolę swego zawodu, który uczynił z niej osobę popularną, ale tę sławę chciałaby spożytkować, pomagając innym. – Ludzie, mając w pamięci moje role, po prostu mnie lubią. Przez wiele lat bardzo ciężko pracowałam na moją twarz. Wykorzystuję ją teraz z premedytacją – mówi. I namawia ciekawskich, by sami zaczęli pomagać chorym i niepełnosprawnym. Wtedy znajdą odpowiedź na nurtujące ich pytania. Dlatego irytują ją uwagi, jakie padają pod jej adresem w zawodowym środowisku: – Dlaczego zajmujesz się tymi niepełnosprawnymi? Przecież to jest okropne: oni plują, bełkoczą, robią pod siebie, głupio się zachowują – dopytują koledzy. Kiedy nie wytrzymuje, rzuca im prowokacyjnie w twarz: – Pomagam im tylko dlatego, że nie mam ochoty pić wódki.
Ale tak naprawdę nigdy nie zastanawiała się, dlaczego to robi. Tak została ukształtowana przez dom rodzinny, religię i matkę, która w ludziach dostrzegała przede wszystkim dobro i wpajała jej, że człowiek jest tyle wart, ile uczyni dobrego. Jest przekonana, że ludzie są w gruncie rzeczy dobrzy. Problem w tym, że wielu z nich nie uświadamia sobie drzemiącego w nich potencjału dobra. Tę dobroć należy w nich dopiero rozniecić. A zło jest tylko chorobą. Dlatego Dymna twierdzi, że nikogo nie wolno potępiać, wykluczać, tylko trzeba szukać pozytywnych wartości. Nie ma bowiem ludzi stuprocentowo złych czy podłych. Są za to ludzie samotni, zagubieni, okaleczeni wewnętrznie. W każdym można jednak znaleźć odrobinę dobrych uczuć.

Ciekawość dotycząca wnętrza człowieka była u Dymnej obecna od wczesnej młodości. Dlatego początkowo po szkole średniej chciała zdawać na psychologię. Przypadek sprawił, że egzaminy do szkoły aktorskiej odbywały się wcześniej. Do krakowskiej PWST zdała i została przyjęta. I to już nie psychologia, ale zawód aktorski i praca nad wieloma rolami dały jej umiejętność rozmawiania z ludźmi doświadczonymi przez los, bo aktorstwo nauczyło ją nawiązywania kontaktu z drugą osobą. Aktor musi umieć słuchać i rozumieć drugiego człowieka. – Nauczyłam się patrzeć, słuchać i rozumieć, dlatego chyba odważyłam się prowadzić program telewizyjny Spotkajmy się. A role, takie jak Marysia Wilczur czy Ania Pawlaczka, sprawiły, że jestem znajomą tysięcy ludzi. To pomaga bardzo w społecznej działalności – przyznaje Dymna.

Jak ona to robi?

Skąd bierze tyle sił, by sprostać obowiązkom, które wzięła na swoje barki? – zastanawiają się przyjaciele i znajomi. Dymna odpowiada prosto: – Z wielu rzeczy. Budzę się rano i znowu biegnę do przodu – mówi, nie zagłębiając się w szczegóły. Tylko bardzo bliscy wiedzą, jak jej czasem trudno, kiedy boli kręgosłup uszkodzony w czterech wypadkach samochodowych. Nie chce o tym mówić, wiedząc dobrze, że ból i cierpienie wpisane są w człowieczy los i trzeba je przyjmować „z dobrodziejstwem inwentarza”. Przyciśnięta do muru przyznaje, że fundację założyła tylko po to, by uratować warsztaty terapeutyczne dla dwudziestu sześciu osób niepełnosprawnych umysłowo, kiedy w poszukiwaniu oszczędności cofnięte zostały dotacje rządowe na ten cel. Ludziom pokrzywdzonym przez los, których poznała w Radwanowicach, zawalił się wtedy świat, bo uczestnictwo w warsztatach twórczych dawało im ogromną radość i możliwość realizacji. Do ośrodka w Radwanowicach przyjeżdżała początkowo jako osoba całkowicie prywatna, a ściągał ją tam ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski. Kilka lat temu przyjechała do radwanowickiego kościoła w Boże Narodzenie na Mszę św. – Nabożeństwo, w którym uczestniczą niepełnosprawni umysłowo, wywołuje szok u zwyczajnego człowieka – przyznaje Dymna. – Oni modlą się i śpiewają w bardzo specyficzny sposób. Wszystko robią z otwartością i zaangażowaniem, wielbiąc Boga, który ich kocha.
Początkowo bała się tego kontaktu, obawiała się, że nie udźwignie widoku nieszczęścia. Nie czuła się przygotowana. Ale między Dymną a podopiecznymi ks. Zaleskiego zaczęła wytwarzać się więź. Ksiądz uważnie obserwował ich reakcje na obecność Aktorki. Któregoś razu zaprosił ją, by obejrzała próby przedstawienia Teatru „Radwanek” i podpowiedziała rady terapeutkom, które pracują nad przedstawieniami. No i wsiąkła. Zaczęła się miłość wzajemna Dymnej i niepełnosprawnych. Aktorka jest zachwycona tym, co robi ks. Zaleski i Fundacja Brata Alberta, prowadząca trzydzieści placówek, schronisk, warsztatów terapii zajęciowej, świetlic terapeutycznych, środowiskowych domów samopomocy. Prowadzą też przedszkole i szkołę integracyjną. Swoje poczucie wspólnoty z ks. Zaleskim pani Anna opiera nie tylko na tym, że oboje fascynuje działalność na rzecz niepełnosprawnych. Ich więź Dymna wywodzi też od wspólnego dla obojga pochodzenia ormiańskiego. Kiedy w 1999 r. otrzymała Medal Brata Alberta, poczuła, że to wyróżnienie jest jej dane niejako na wyrost i musi na nie zasłużyć. – Ks. Zaleski wiedział chyba, że moja prababcia była Ormianką. Ormianie mają to do siebie, że niczego za darmo nie przyjmują. Dlatego postanowiłam zapracować na swój medal – mówi Dymna.

Dobro rodzi dobro

I zaczęło się. W 2001 r. narodził się pierwszy Ogólnopolski Festiwal Twórczości Teatralno-Muzycznej Osób Niepełnosprawnych Intelektualnie „Albertiana”, wymyślony w taki sposób, by uczestnicy tego święta poczuli, że są normalnymi aktorami. Do napisania słów do hymnu „Albertiany” namówiła Czesława Miłosza. Podczas festiwalu zawsze występuje zespół niepełnosprawnych z Radwanowic. W 2005 r. pokazali adaptację bajki Andersena Brzydkie kaczątko. Dymna od razu dodaje, że jej przyjaciele są jak „brzydkie kaczątka” – po prostu cudowni. Pięknego łabędzia trzeba w nich dopiero zobaczyć, bo ich świat reprezentuje zupełnie inne wartości od naszego, tylko z pozoru normalnego, w którym ciągle zmuszamy się do przybierania póz, udawania, ścigania i ciągłego udowadniania, że jesteśmy lepsi od innych. Dymna za każdym razem odkrywa, że z tego kontaktu czerpie coraz to inną, wypływającą od tych ludzi mądrość. Jest zachwycona ich autentyczną radością, okazywaniem więzi, czuje, że oni naprawdę kochają i potrzebują drugiego człowieka jak powietrza. To piękne być potrzebnym drugiej osobie.

Kiedy nad ośrodkiem w Radwanowicach zawisła groźba likwidacji, bo po nowelizacji ustawy o rehabilitacji i zatrudnieniu osób niepełnosprawnych budżet państwa nie chciał już finansować warsztatów terapeutycznych osobom, które jednocześnie mieszkały w domach opieki społecznej, trzeba było zacząć działać. Dymna za namową ks. Zaleskiego, który powiedział: „Przecież i Ty możesz coś zrobić” – założyła fundację. Od 2003 r. emitowane są w telewizji odcinki programu Anna Dymna – Spotkajmy się, którego współautorem i producentem jest Mateusz Dzieduszycki. Dzięki tej audycji ludzie otwierają swoje serca i portfele. Uczą się inności i mądrości niepełnosprawnych, którzy nieraz żyją tuż obok. Fundacja Anny Dymnej „Mimo Wszystko” jest instytucją pożytku publicznego. Każdy z nas może przekazać jej 1 proc. swego podatku w ramach corocznych rozliczeń z urzędem skarbowym. W listopadzie ub.r. fundacja otrzymała teren opuszczony przez wojsko w nadbałtyckim Lubiatowie. Pani Annie marzy się, aby tam powstał ośrodek wczasowo-rehabilitacyjny dla osób niepełnosprawnych oraz dzienne warsztaty terapii zajęciowej. Wymyśliła też Festiwal Zaczarowanej Piosenki.

Dobro rodzi dobro. Jako oddział jej fundacji z inicjatywy młodych ludzi z Akademii Sztuk Pięknych powstała fundacja „Studenci studentom”. Koledzy chcieli pomóc umierającemu na raka krwi przyjacielowi z uczelni. Patronat nad tym przedsięwzięciem zgodził się objąć kard. Franciszek Macharski. Dymna wspólnie z Maćkiem Stuhrem prowadziła aukcje dzieł sztuki ofiarowanych przez profesorów i studentów krakowskiej ASP, by zebrać środki na leczenie. Udało się zgromadzić kilka tysięcy złotych, jednak chorego nie można już było uratować. Studencka fundacja jednak pozostała, bo każdy może zachorować. W każdej chwili. Anna Dymna jest człowiekiem pełnym ciepła, serdeczności i niespożytej energii. Z planu zdjęciowego goni zagrać spektakl w Teatrze Starym w Krakowie albo na nagranie do telewizji. Sprawami fundacji zajmuje się nieustannie. O każdej porze dnia, a kiedy trzeba – również i nocy. Znajduje też czas na refleksję. Wyszła właśnie książka, w której opublikowany został wywiad rzeka, jaki z Dymną przeprowadził Wojciech Szczawiński. Mądra książka, nad którą warto się pochylić, by lepiej zrozumieć bliźniego. Kupując ją, można również wesprzeć fundację. Zastanawiałam się, skąd u Dymnej taka ogromna miłość, która przepełnia przestrzeń między nią a innymi. Już wiem: Z wiary. – Mojej wiary w Boga nie zaburzy żaden człowiek ani zdarzenie – wyznaje Dymna Szczawińskiemu. Ona jest wiarą mocna. To widać. – Nigdy nie pomagałam ludziom, by potem czekać na ich wdzięczność albo nagrodę od Boga w życiu wiecznym – mówi. I dodaje: – Nie kalkuluję.

Ciekawostka

Anna Dymna często podkreślała wielki wpływ, jaki wywarła na nią barwna osobowość jej pierwszego męża, Wiesława Dymnego, którego poślubiła na studiach. Z okazji poświęconego mu programu telewizyjnego w 20. rocznicę śmierci poprosiła ulubiony zespół swojego syna, Big Cyc, o napisanie trzech piosenek do jego tekstów („Mam to w nosie”, „Łazik z Tormesu” i „Wszyscy święci”). Dzięki udostępnionej przez nią twórczości Wiesława Dymnego (po części wcześniej niepublikowanej) grupa nagrała album Wszyscy święci.

http://www.niedziela.pl/artykul/79287/nd/Ona-jest-wiara-mocna