ZIARNA PAPROCI I SŁONIE [C.S. LEWIS].

Posted: 21 sierpnia 2015 in ### PRZYKLEJONE ###, ZARZUTY WOBEC CHRZEŚCIJAŃSTWA

dostrzec-sonia-w-pokoju-kilka-sw-otwierajcych-oczy-na-oczywiste-problemy-zwizane-z-ochron-innowacyjnoci-pawe-waszak-1-728

Podważanie dawnej ortodoksyjnej wiary było w głównej mierze dziełem duchownych trudniących się komentowaniem Nowego Testamentu. Powołując się na autorytet ekspertów w tej dziedzinie kazano nam rezygnować z ogromnej masy wierzeń, które podzielali pierwsi chrześcijanie, Ojcowie Kościoła, ludzie średniowiecza, Reformatorzy, a nawet nasi ojcowie żyjący w wieku dziewiętnastym. Pragnę tutaj wyjaśnić źródło mojego sceptycyzmu w odniesieniu do autorytetu ekspertów. Sceptycyzmu ignoranta, jak sami aż zbyt łatwo zauważycie. Ale sceptycyzm jest ojcem ignorancji, gdyż trudno jest wytrwale pogłębiać wiedzę, jeśli nie potrafi się wzbudzić w sobie prima facie przekonania do swoich nauczycieli.

Przede wszystkim, bez względu na to, jaką wartość ci ludzie mogli sobą przedstawiać jako komentatorzy Biblii, nie ufam im jako krytykom. Uważam, że nie mają dostatecznego literackiego wyrobienia i nie dostrzegają istoty czytanych przez siebie tekstów.

To oskarżenie wydaje się dziwne, jeśli zważyć, że wysuwam je przeciwko ludziom, którzy całe swoje życie spędzili na studiowaniu tych ksiąg. Ale właśnie stąd mogą pochodzić ich trudności. Jeśli ktoś całą młodość i wiek dojrzały spędził na badaniu tekstów NT oraz wyników badań innych uczonych, a nie dysponuje przy tym żadną porównawcza skalą, która pozwoliłaby mu dokonać literackiej oceny i którą dać może jedynie głęboka i wszechstronna znajomość szeroko pojętej literatury, ten ktoś moim zdaniem szczególnie łatwo może przeoczyć to, co w tych tekstach jest najważniejsze. Kiedy mi mówi, że jakieś ewangeliczne zdarzenie jest legendą albo zmyśloną opowieścią, chciałbym wiedzieć, ile powieści i legend przeczytał i czy ma dostatecznie wyrobiony smak, by potrafił je wykryć – a nie, ile lat spędził nad Ewangelią.

—————————————————

Wykład niniejszy powstał po rozmowie, jaką odbyłem z moim dziekanem, któregoś wieczoru w końcu ubiegłego semestru. Obok mnie leżała na stoliku książka Aleca Vidlera, a ja wyraziłem swoją opinię o rodzaju reprezentowanej w niej teologii. Moja wypowiedź była odruchowa, a więc niedostatecznie przemyślana, wywołana swobodnym poobiednim nastrojem. W rezultacie zanim skończyliśmy rozmowę, powiedziałem dużo więcej niż zamierzałem o sposobie myślenia dominującym obecnie, o ile się orientuję, w wielu teologicznych uczelniach. „Chciałbym, żebyś przyszedł któregoś dnia i powiedział to wszystko moim studentom” – zaproponował Dziekan. Oczywiście nie było dla niego tajemnicą, że jestem w całości sprawy bardzo słabo zorientowany. Zapewne chodziło mu o to, że powinniście wiedzieć, jak na pewien rodzaj teologii reagują ludzie z zewnątrz. Być może nie mam wam nic do powiedzenia poza ujawnieniem faktu, że źle zrozumiałem cały problem, ale powinniście wiedzieć, że takie niewłaściwe zrozumienie jest w ogóle możliwe. Obracając się we własnym kręgu łatwo jest je przeoczyć. Umysły ludzi, z którymi co dzień się spotykacie, zostały ukształtowane w toku tych samych studiów i przez tych samych wykładowców, co wasze. Może was to zmylić i skierować na błędy tor. Gdyż oczywiście, jako duchowni będziecie mieli do czynienia z ludźmi świeckimi. Na dłuższą metę taki jest wyłączny cel waszego istnienia. Właściwym przedmiotem studiów pasterzy są owce, a nie (chyba że ubocznie) inni pasterze. I biada wam jeśli nie będziecie głosić Ewangelii. Nie zamierzam bynajmniej pouczać mądrzejszych od siebie. Jestem owcą, która mówi pasterzom to, co tylko owca może im powiedzieć. A teraz zaczynam już pobekiwać niby owca.

POBEKIWANIE NUMER 1

Są dwa rodzaje outsiderów: niewykształceni i tacy, którzy odebrali jakąś naukę, ale innego rodzaju, niż wy. Jak sobie poradzić z tymi pierwszymi, jeśli wasze zapatrywania są podobne do teorii Loisy’ego, Schweitzera, Bultmanna lub Tillicha, a nawet Aleca Vidlera, naprawdę nie wiem. Widzę wyraźnie – a podobno wy również rozumiecie – iż mijałoby się z celem mówić im to, w co naprawdę wierzycie. Teologia negująca historyczną prawdziwość niemal wszystkiego, co zawarte jest w Ewangelii i z czym przez blisko dwa tysiące lat wiązały się z chrześcijańskie obyczaje, uczucia i myśli; teologia, która w ogóle przeczy wszystkiemu co cudowne lub, co jeszcze dziwniejsze, po przełknięciu wielbłąda, jakim jest Zmartwychwstanie, napina mięśnie do walki z tak drobnym komarem, jak nakarmienie rzeszy – jeśli taka teologia zostanie zaprezentowana człowiekowi niewykształconemu, może dać tylko jeden z dwóch skutków: stanie się on abo rzymskim katolikiem, albo ateistą. Tego, co mu proponujecie, nie uzna za chrześcijaństwo. Jeżeli dochowa wierności temu co nazywa chrześcijaństwem, porzuci Kościół, który przestał ową historyczność głosić, i poszuka takiego, w którym jest nadal głoszona. Jeśli zgodzi się z waszą wersją, przestanie nazywać się chrześcijaninem, a także przestanie chodzić do kościoła. W swój prymitywny, prostacki sposób szanowałby was bardziej gdybyście zrobili to samo. Pewien doświadczony duchowny powiedział mi kiedyś, że wielu liberalnych księży, stanąwszy przed tym problemem, odgrzebało starą średniowieczną koncepcję dwóch prawd: prawdy przemawiającej do wyobraźni, a więc takiej, którą można głosić w kazaniach ludowi, i prawdy ezoterycznej, na wewnętrzny użytek kleru. Nie sądzę, by ta koncepcja dała wam satysfakcję, gdy przyjdzie wcielać ją w życie. Jestem przekonany, że gdybym miał głosić ową prawdę dla maluczkich parafianinowi, głęboko udręczonemu lub znajdującemu się pod silną presją pokusy, i czynić to z powagą i zapałem odpowiadającym jego rozterce – zdając sobie jednocześnie sprawę, że niezupełnie (tylko w jakimś pickwickowskim sensie) sam wierzę w to, co mówię, czułbym jak moje czoło się czerwieni i pokrywa potem, a kołnierzyk uciska szyję. Ale to już wasza sprawa, nie moja. Ostatecznie nosicie inny rodzaj kołnierzyka niż ja. Pochlebiam sobie, że należę do drugiego gatunku outsiderów: wykształconych, ale nie teologicznie. Postaram się wyjaśnić wam teraz, co czuje człowiek należący do tej drugiej grupy.

Podważanie dawnej ortodoksyjnej wiary było w głównej mierze dziełem duchownych trudniących się komentowaniem Nowego Testamentu. Powołując się na autorytet ekspertów w tej dziedzinie kazano nam rezygnować z ogromnej masy wierzeń, które podzielali pierwsi chrześcijanie, Ojcowie Kościoła, ludzie średniowiecza, Reformatorzy, a nawet nasi ojcowie żyjący w wieku dziewiętnastym. Pragnę tutaj wyjaśnić źródło mojego sceptycyzmu w odniesieniu do autorytetu ekspertów. Sceptycyzmu ignoranta, jak sami aż zbyt łatwo zauważycie. Ale sceptycyzm jest ojcem ignorancji, gdyż trudno jest wytrwale pogłębiać wiedzę, jeśli nie potrafi się wzbudzić w sobie prima facie przekonania do swoich nauczycieli.

Przede wszystkim, bez względu na to, jaką wartość ci ludzie mogli sobą przedstawiać jako komentatorzy Biblii, nie ufam im jako krytykom. Uważam, że nie mają dostatecznego literackiego wyrobienia i nie dostrzegają istoty czytanych przez siebie tekstów.

To oskarżenie wydaje się dziwne, jeśli zważyć, że wysuwam je przeciwko ludziom, którzy całe swoje życie spędzili na studiowaniu tych ksiąg. Ale właśnie stąd mogą pochodzić ich trudności. Jeśli ktoś całą młodość i wiek dojrzały spędził na badaniu tekstów NT oraz wyników badań innych uczonych, a nie dysponuje przy tym żadną porównawcza skalą, która pozwoliłaby mu dokonać literackiej oceny i którą dać może jedynie głęboka i wszechstronna znajomość szeroko pojętej literatury, ten ktoś moim zdaniem szczególnie łatwo może przeoczyć to, co w tych tekstach jest najważniejsze. Kiedy mi mówi, że jakieś ewangeliczne zdarzenie jest legendą albo zmyśloną opowieścią, chciałbym wiedzieć, ile powieści i legend przeczytał i czy ma dostatecznie wyrobiony smak, by potrafił je wykryć – a nie, ile lat spędził nad Ewangelią. Sądzę jednak, że będzie lepiej, jeśli sięgnę do przykładów.

W którymś z bardzo starych już dziś komentarzy wyczytałem, że według pewnej szkoły czwarta Ewangelia jest „uduchowioną powieścią”, „poematem” a nie historyczną relacją i że należy ją oceniać według tych samych kanonów, co przypowieść Natana, Księgę Jonasza, Raj utracony Miltona „bądź, mówiąc ściślej, Wędrówkę pielgrzyma Bunyana”. Po tej wypowiedzi komentatora po cóż mielibyśmy się interesować jego opinią o jakiejkolwiek innej książce istniejącej na świecie? Zwróćcie uwagę , że Wędrówka pielgrzyma – opowieść, w której powiedziane jest jasno, ze chodzi o sen, i której alegoryczny charakter podkreślony został doborem imion wszystkich występujących postaci – uznaje za najbliższą paralelę Ewangelii. Zwróćcie też uwagę, że cały epicki rynsztunek Miltona jest tu uznany za niewart wzmianki. Ale jeśli nawet pominiemy bardziej zasadnicze absurdy i zatrzymamy się na Jonaszu, opowieści równie słabo ugruntowanej historycznie jak Księga Hioba, chwilami groteskowej i nie pozbawionej wyraźnej, choć oczywiście budującej, nuty typowo żydowskiego humoru. A potem wróćcie do Jana. Przeczytajcie dialogi: rozmowę z Samarytanką przy studni albo tę po uzdrowieniu niewidomego od urodzenia. Przyjrzyjcie się temu obrazowi. Jezus gryzmoli (jeśli wolno mi użyć takiego słowa) palcem na piasku niezapomniane en de nux (a była noc) (13,30). Całe życie czytałem poematy, powieści, literaturę fantastyczną, legendy i mity. Wiem, jakie są. I nie znam żadnego utworu, który mógłby się równać z tym opisem. O tym tekście można mieć tylko dwie opinie: albo (choć bez wątpienia może zawierać pewne błędy) jest niemal ścisłym, prawie dorównującym Boswelowi reportażem, albo jakiś nieznany autor z drugiego wieku, bez poprzedników i następców, nagle wyprzedzając epokę, przyswoił sobie całą technikę nowoczesnej, powieściowej, realistycznej narracji. Jeśli ta Ewangelia nie jest prawdą, musi być tego rodzaju opowieścią. Czytelnik, który tego nie widzi, po prostu nie nauczył się czytać. Zaleciłbym mu lekturę Auerbacha.

W Bultmanowskiej Theoogy of the New Testament czytamy: „Zauważcie, w jakiej niespójnej formie przepowiednia powtórnego przyjścia (Mk 8,38) następuje po zapowiedzi Męki Pańskiej (Mk 8,31)”. Jak on to rozumie? Niespójność? Bultmann uważa, że przepowiednie powtórnego przyjścia były wcześniejsze od zapowiedzi Męki. Dlatego chce wierzyć, i z pewnością wierzy, że skoro występują w tym samym ustępie, musi zachodzić między nimi jakaś dostrzegalna „niespójność” lub sprzeczność. Narzuca to Ewangelii z uderzającym brakiem rozeznania. Piotr wyznał, że Jezus jest Pomazańcem. I natychmiast po tym błysku chwały przychodzi mroczna przepowiednia, że Syn Człowieczy musi cierpieć i umrzeć. Trochę dalej ten kontrast pojawia się znowu. Piotr podniesiony na duchu własnym wyznaniem czyni fałszywy krok. Zostaje surowo zgromiony: „Zejdź mi z oczu, szatanie…” (Mk 8,33). Przez chwilę Piotr jest zdruzgotany (co się często zdarzało) a Chrystus zwraca się ponad nimi do tłumu i głosi swoją naukę. Wszyscy, którzy za nim idą, muszą wziąć swój krzyż. Uchylanie się od cierpienia nie jest celem tego życia. Po czym ponownie, jeszcze wyraźniej wzywa do męczeństwa. Musicie dochować wierności. Jeśli zawstydzicie się Chrystusa teraz i tutaj, On zawstydzi się was później. Cała sekwencja jest logicznie i emocjonalnie bezbłędna. Tylko Bultmann mógł myśleć inaczej.

Na zakończenie przytoczę cytat z tego samego Bultmanna: „Osobowość Jezusa jest bez znaczenia, jeśli chodzi o kerygmat Pawłowy lub Janowy… W tradycji pierwszych chrześcijan nie znajdziemy nawet przypadkowo zachowanego wizerunku Jego osobowości. Wszelkie próby odtworzenia go będą zawsze tylko grą subiektywnej wyobraźni”.

A więc Nowy Testament nie daje nam wizerunku Chrystusa. Jakież dziwne procesy myślowe doprowadziły tego uczonego Niemca do tak bezgranicznego zaślepienia, że nie widzi tego, co jest jasne dla wszystkich poza nim? Jaką mamy gwarancję, że umiałby tę osobowość rozpoznać gdyby tam była? Bo mamy tutaj przypadek: Bultmann contra mundum. Jeśli wszystkich wierzących, a nawet wielu niewierzących, łączy jakaś wspólna nić, to jest nią poczucie, że w Ewangelii zetknęli się z indywidualnością. Są postacie, o których wiemy, że istniały w historii, ale do których nie mamy tak bezpośredniego stosunku, jak gdybyśmy znali je osobiście. Takimi postaciami są Aleksander Wielki, Attyla i Wilhelm Orleański. A są także inne, które nie roszczą sobie pretensji do historycznej prawdziwości, ale które mimo to znamy tak, jak znamy żywych ludzi: Falstaff, wuj Toby i pan Pickwick. Ale tylko trzy postacie obdarzone są realnością obu tych rodzajów. Oczywiście każdy wie kogo mam tutaj na myśli: Sokratesa w relacji Platona, Chrystusa przedstawionego w Ewangeliach i Boswellowskiego Johnsona. Fakt, że ich znamy przejawia się na wiele sposobów.

Czytając apokryficzne Ewangelie powtarzamy napotykając ten lub inny logion: „Nie. To brzmi bardzo pięknie, ale to nie są Jego słowa. On tak nie mówił” – podobnie jak w przypadku pseudo-cytatów z Johnsona. Nie przeszkadzają nam w najmniejszym stopniu wewnętrzne sprzeczności każdej z tych postaci: niemądre i sprośne chichoty Sokratesa na wspomnienie greckiej pederastii, zestawione z jego najwznioślejszym mistycznym żarem i najczystszym zdrowym rozsądkiem, u Johnsona połączenie głębokiej powagi i melancholii z owym umiłowanie uciechy i nonsensu, których Boswell nigdy nie mógł zrozumieć, choć rozumiała je Fanny Burney; w Jezusie połączenie wieśniaczej przebiegłości z bezwzględną surowością i nieskończonym miłosierdziem.

Tak nieodparta siła bije z Jego postaci, że nawet gdy mówi rzeczy, które oceniane w innych kategoriach aniżeli boskiego Wcielenia w najściślejszym sensie, wydawałyby się przerażająco zarozumiałe, my chrześcijanie – a także wielu niewierzących – godzimy się z Jego słowami, gdy mówi o sobie: „Jestem cichy i pokorny sercem”. Nawet te ustępy NT, które na pierwszy rzut oka, i w zamierzeniu autorów, najmocniej dotyczą boskiej, a najsłabiej ludzkiej natury Chrystusa stawiają nas twarzą w twarz z Jego indywidualnością. Nie jestem pewny, czy nie czynią tego bardziej wymownie niż wszystkie inne. „I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski prawdy… na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce”. Co można zyskać próbując uchylić się od wstrząsającej bezpośredniości osobistego kontaktu lub ten kontakt osłabić, mówiąc o „znaczeniu, które Kościół pierwszych wieków czuł się zmuszony przypisać osobie Mistrza”? Od razu rzuca się to nam w oczy. Nie w tym rzecz, do czego byli zmuszeni, ale co ich zmuszało. Zaczynam się obawiać, że mówiąc o osobowości dr Butmann ma na myśli coś, co nazwałbym jej zaprzeczeniem: coś, co znajdziecie w byle artykule w słowniku biograficznym, w pośmiertnej notatce prasowej lub wiktoriańskim Życiu i Listach Yeshua Bar-Yosefa w trzech tomach, z fotografiami.

Tyle byłoby mojego pobekiwania na pierwszy temat. Ci ludzie chcą, abym uwierzył, że potrafią czytać między wierszami starych tekstów. A tymczasem rzuca się w oczy ich niezdolność odczytania ( w jakimkolwiek sensie wartym podjęcia dyskusji) samych linijek tekstu. Dopatrują się ziaren u paproci a nie dostrzegają słonia stojącego w pełnym świetle o dziesięć jardów od nich.

POBEKIWANIE NUMER 2

Teraz zaczynam pobekiwać po raz wtóry. Wszystkie teologie typu liberalnego dochodzą w pewnym momencie do wniosku (a często są tego rodzaju poglądem całe przesiąknięte), że następcy Chrystusa bardzo szybko zaczęli błędnie pojmować i objaśniać Jego postępowanie intencje i nauki a dopiero nowożytni uczeni ekskomunikowali je i przywrócili im właściwy sens. Jeszcze zanim zacząłem interesować się teologią spotkałem się z tego rodzaju teorią w innej dziedzinie. Kiedy czytałem oksfordzkich specjalistów od filozofii starożytnej (Greats), w studiach nad nią wciąż jeszcze dominowały tradycje Jowitta. Byliśmy utrzymywani w przekonaniu, że Arystoteles fałszywie zrozumiał prawdziwy sens nauk Platona i że neoplatończycy ogromnie ów sens wypaczyli. Dopiero moderniści ponownie go odgrzebali i wtedy (całe szczęście) okazało się, iż Platon przez cały czas był angielskim Heglistą, w rodzaju T.H. Greena. Trzeci raz zetknąłem się z tym zjawiskiem w czasach moich własnych studiów. Co tydzień jakiś przemądrzały student, a co kwartał jakiś twardogłowy amerykański profesor po raz pierwszy w historii odkrywał prawdziwy sens którejś ze sztuk Szekspira. Ale w danym przypadku jestem osobą wysoce uprzywilejowaną. Za mego życia dokonała się tak gwałtowna rewolucja poglądów i uczuć, że wskutek tego znacznie silniej jestem związany ze światem Szekspira, niż ze światem tych współczesnych nam interpretatorów. Wiem, czuję każdym nerwem swojego ciała i wierzę wbrew wszelkim argumentom, że większość tych interpretacji jest nie do przyjęcia. Narzucają sposób patrzenia nieznany w 1914 roku, a tym bardziej za czasów króla Jakuba. I to właśnie dzień po dniu potwierdza moje podejrzenia, że tę samą metodę stosuje się do Platona i Nowego Testamentu.

Twierdzenie, że jakiś człowiek lub pisarz był całkowicie niezrozumiały dla ludzi żyjących w tej samej co on kulturze, mówiących tym samym językiem, złączonych tym samym wzorcem obyczajowym i tymi samymi podświadomymi zachowaniami, lecz może być zrozumiany przez ludzi nie posiadających ani jednej z wyżej wymienionych przewag – stanowi moim zdaniem absurd. Jest to a priori tak nieprawdopodobne, że żaden dowód ani argument nie może owego nieprawdopodobieństwa zrównoważyć.

POBEKIWANIE NUMER 3

Po trzecie – zauważyłem, że wszyscy ci teologowie stale kierują się zasadą, że cuda się nie zdarzają. Zgodnie z tym należałoby przyjąć, że wszystkie twierdzenia, które według starych tekstów głosił Chrystus i które (jeśli je rzeczywiści głosił) byłyby przepowiednią przyszłości, zostały spisane już po spełnieniu się rzekomo zapowiedzianych wydarzeń. Argument bardzo rozsądny, jeśli z góry wiemy, że natchnione przepowiednie w ogóle nie mogą mieć miejsca. Podobnie, jeśli wychodzimy z założenia, że cuda nie mogą się zdarzyć, słuszne jest odrzucanie z powodu ich niehistoryczności wszystkich opisów cudów w NT. Nie zamierzam dyskutować, czy cuda są możliwe. Chcę tylko podkreślić, że jest to zagadnienie czysto filozoficzne.

Uczeni jako tacy nie mają w tej kwestii większego autorytetu niż inni ludzie. Zasada „wszystko, co cudowne jest niehistoryczne”, stosowana przy badaniu tekstów jest tu przyjęta jako pewnik, a nie stanowi wniosku z tych badań. Skoro mówimy o autorytetach, to w tym przypadku wszystkie razem wzięte autorytety komentatorów Pisma Świętego w ogóle się tu nie liczą. Na ten temat uczeni wypowiadają się tylko jak zwykli ludzie, niewątpliwie zasugerowani i zapewne nie dość krytycznie odnoszący się do ducha czasów, w których wyrośli. Ale moje beczenie najgłośniej i najdłużej rozlegnie się dopiero teraz, za czwartym razem.

POBEKIWANIE NUMER 4

Wszystkie tego rodzaju komentarze mają na celu odkrycie genezy badanych tekstów: na jakich zaginionych dokumentach opierali się poszczególni autorzy, kiedy i gdzie pisali, jaki cel im przyświecał, pod czyim byli wpływem – jednym słowem całe Sitz im Leben danego tekstu. Wkładają w to ogromną erudycję i wielką pomysłowość. Na pierwszy rzut oka ich wywody są bardzo przekonywujące. Myślę, że sam dałbym się przekonać, gdyby nie pewien ochronny talizman, który stale noszę przy sobie, niby ziele dzikiego czosnku. Wybaczcie mi, że przez chwilę będę mówił o sobie. Ale waga tego, co powiem, polega właśnie na tym, że świadectwo pochodzi z pierwszego źródła.

Przed wszystkimi tymi rekonstrukcjami chroni mnie fakt, że poznałem je od podszewki. Przyglądałem się, jak krytycy właśnie w taki sposób rekonstruują genezę moich książek.

Póki sami nie staniecie się przedmiotem zainteresowania krytyków, nigdy nie uwierzycie, jak mało krytyki we właściwym znaczeniu tego słowa zawiera ich opinia o danej książce: rzetelnej oceny, pochwały, bądź potępienia. Przeważają wyimaginowane historie o tym, w jaki sposób książka powstała. Już same określenia używane przez nich, kiedy ją chwalą lub ganią, często to sugerują. Chwalą jakiś urywek jako „spontaniczny” i gania inny jako „zbyt wypracowany”. A zatem uważają, iż wiedzą, że jeden napisałeś currento calamo, a drugi invita Minerva.

O wartości takich rekonstrukcji przekonałem się na samym początku mojej kariery pisarskiej. Wyszedł wtedy tom moich esejów. Najwięcej serca włożyłem i największą wagę przywiązywałem do eseju, w którym wyraziłem swój bezgraniczny podziw dla Williama Morrisa. I już w jednej z pierwszych recenzji przeczytałem, że jedynym w całym tomie esejem, którego temat mnie nie interesował był właśnie ten wspomniany. Ale unikajmy nieporozumień. Dziś zgadzam się całkowicie, że krytyk zupełnie słusznie uznał ten esej za najgorszy w książce. A w każdym razie wszyscy przyznali mu rację. Pomylił się tylko krańcowo, podając wyimaginowany powód tego, że ów szkic był tak nudny.

Skłoniło mnie to do pilnego nadstawiania uszu. Od tej chwili starannie śledzę podobne bajki o moich książkach oraz o książkach tych moich przyjaciół, których warsztat pisarski dobrze znam. Zarówno przyjaźni jak i nieprzychylni recenzenci gotowi są z wielką pewnością siebie raczyć was takimi historyjkami. Będą opowiadali, jakie wydarzenia z życia publicznego zwróciły myśl autora w takim lub innym kierunku, jacy inni pisarze wywarli nań wpływ, co było jego ideą przewodnią, do jakiego rodzaju czytelników przede wszystkim adresował swoją książkę – kiedy i po co zrobił to lub tamto.

Najpierw powiem, jak to przyjmowałem, a potem zwrócę uwagę na to, co według mnie jest absolutnie pewne. Otóż mam wrażenie, że ani jeden z tych domysłów nie okazał się w jakimkolwiek punkcie trafny i metoda metoda jest po prostu w stu procentach błędna. Zapewne spodziewaliście się, że zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa równie często trafiali, jak chybiali. Ale ja jestem przekonany, że nic takiego nie miało miejsca. Nie przypominam sobie ani jednego trafienia. Ponieważ jednak nie prowadziłem ścisłej obserwacji, moje wrażenie może był mylne. Z cała pewnością mogę powiedzieć tylko, że zazwyczaj się mylą.

Mimo to, jeżeli nie zna się prawdy, ich opinia często wydaje się niezwykle przekonywująca. Wielu krytyków twierdziło, że pomysł pierścienia we Władcy Pierścieni podsunęła Tolkienowi bomba atomowa. Czy mogło być coś bardziej prawdopodobnego? Książka ukazała się, gdy wszyscy byli pod wrażeniem tego straszliwego wynalazku. Centralnym tematem powieści jest broń, której odrzucenie wydaje się szaleństwem, a użycie musi przynieść katastrofalne skutki. W rzeczywistości chronologia powstawania tej książki wyklucza taką hipotezę. Nie dawniej niż tydzień temu pewien krytyk orzekł, że mój przyjaciel Roger Lanceyn Green pisząc swoją bajkę wzorował się na moich. Na pozór nic bardziej prawdopodobnego. Opisałem zmyśloną krainę i żyjącego w niej dobrotliwego lwa (Aslan). U Greena był kraj z dobrotliwym tygrysem. Na pewno dałoby się udowodnić, że wzajemnie czytaliśmy swoje utwory i utrzymujemy ze sobą bliski kontakt. Inspiracja cudzym utworem mogła się tu wydawać nieskończenie wyraźniejsza, niż w wielu przypadkach, które uważamy za udowodnione gdy chodzi o nieżyjących autorów. Ale wszystko to było nieprawdą Znam okoliczności narodzin Tygrysa i Lwa i wiem, że nie było tu żadnego związku.

Powinno to dać nam do myślenia. Rekonstrukcja historii tekstu, gdy ów tekst jest bardzo stary, brzmi nader przekonywająco. Lecz trzeba pamiętać, iż położenie statku obliczyliśmy tylko na podstawie kursu. Wyniki obliczeń są niesprawdzalne. Czy chcąc sprawdzić prawidłowość stosowanej metody można zrobić coś więcej niż wskazać przypadek, w którym okazała się skuteczna i dało to się udokumentować faktami? Właśnie to uczyniłem. I przekonaliśmy się, że kiedy taką kontrolę uda się przeprowadzić, jej wyniki są zawsze, albo prawie zawsze, negatywne. Możemy więc powiedzieć w konkluzji, iż „przekonywujące odkrycia nowoczesnej nauki”, uzyskiwane w toku badania tekstów pisanych w taki sposób jak pisane były stare księgi, tylko dlatego uznawane są za „przekonywujące”, że ludzie, którzy znali fakty, umarli i nie mogą zdemaskować nieprawdy. Sążniste eseje z mojej własnej dziedziny, rekonstruujące genezę Piersa Plowmana lub The Faerie Queene, są zapewne niczym innym, jak najzwyklejszą iluzją.

Czy zatem mogę się poważyć na porównywanie byle młokosa, piszącego recenzję w modnym tygodniku, z owymi wielkimi uczonymi, którzy całe życie poświęcili drobiazgowemu studiowaniu NT? Jeśli piersi zawsze się mylą to czy wynika z tego, że ci drudzy są od nich nie lepsi?

Mamy na to dwie odpowiedzi. Po pierwsze, chociaż odnoszę się z szacunkiem do wiedzy wielkich komentatorów Biblii, nie jestem jeszcze przekonany czy ten szacunek należy się ich osądom. Po drugie, zastanówmy się, jak przytłaczającą przewagę mają nad tamtymi nasi recenzenci przystępując do pracy. Rekonstruują historię książki, z której autorem łączy ich ten sam ojczysty język. Odebrali podobne wykształcenie i żyją w zbliżonej duchowej i umysłowej atmosferze. Dysponują całym arsenałem materiałów pomocniczych. Śmiałość sądów i pracowitość komentatorów Biblii powinno by się nazywać prawie nadludzkimi, jeśli uwzględnić fakt, że na każdym kroku stykali się z obyczajem, językiem, rasowym czy klasowym charakterem, religijnym podłożem zasadami pisarskiej kompozycji i systemami pewników, jednym słowem z tym wszystkim, o czym żadne studia nie mogą dać równie intymnej instynktownej i niezawodnej wiedzy, jak recenzentowi zebrane o mnie informacje.

I pamiętajcie, że z tego samego powodu komentatorom Biblii jakichkolwiek dokonaliby rekonstrukcji, nigdy nie można niezbicie dowieść popełnionych błędów. Św. Marek nie żyje. A kiedy spotkają się ze św. Piotrem, będą mieli ważniejsze sprawy do omówienia.

Możecie oczywiście powiedzieć, że krytycy są nierozsądni, usiłując zgadnąć, w jaki sposób ktoś napisał książkę, która nie jest przecież ich dziełem. Wychodzą z założenia, że autor pisał ją tak, jak oni próbowaliby pisać. Fakt, że w ten sposób tak do tego się zabierają, wyjaśnia dlaczego nigdy nie napisali żadnej książki. Ale czy komentatorzy Biblii są pod tym względem w dużo lepszym położeniu? Przecież dr Bultmann nie pisał Ewangelii. Czy doświadczenie, zdobyte w ciągu długich pracowitych lat życia, chwalebnie poświęconych wnikliwym studiom i nauce, mogło rzeczywiście wyposażyć tego niewątpliwie zasłużonego uczonego w zdolność przenikania umysłów owych dawno zmarłych ludzi. porwanych przez wir doświadczenia religijnego, które z każdego punktu widzenia trzeba uznać za centralne da całej ludzkości? Nie okażę mu braku szacunku, gdy powiem (on sam by to potwierdził), że od Ewangelistów musiały go dzielić, zarówno duchowo jak i intelektualnie, dużo potężniejsze bariery, niż te, które się wznoszą między mną a moimi recenzentami.

Wyobrażam sobie, że przedstawiony przeze mnie obraz reakcji człowieka świeckiego (zresztą pewnie wcale nie tak rzadko spotykany) byłby niekompletny, gdybym nie wspomniał o jego skrytych nadziejach i naiwnych, a czasem krzepiących, refleksjach.

Musicie przyjąć do wiadomości, że nie spodziewa się, by obecna szkoła myśli teologicznej miała przetrwać wieki. Sądzi, że wszystko to przeminie, i zapewne pragnie, aby przeminęło. Inne dyscypliny naukowe przekonały mnie, jakie nie trwałe mogą okazać się „przekonywujące odkrycia nowoczesnej nauki” i jak szybko ta nauka przestaje być nowoczesna. Tak obcesowe podejście, jak przy badaniu Nowego Testamentu, nie zdarza się już przy analizie tekstów świeckich. Mieliśmy angielskich uczonych, którzy gotowi byli rozparcelować Króla Henryka IV między pół tuzina autorów i każdemu z nich wydzielić jakąś cząstkę. Dziś tego nie robimy. Kiedy byłem chłopcem, wyśmiano by każdego, kto wierzył, że Homer był żywym człowiekiem: wyglądało na to, że „grabarze” zwyciężyli na dobre. A jednak Homer zdaje się ukrytkiem powracać. Nawet wierzenia starożytnych Greków, że Mykeńczycy byli ich przodkami i mówili po grecku,, niespodziewanie znalazły potwierdzenie. Możemy nie wstydząc się wierzyć w historyczność króla Artura. W każdej dziedzinie z wyjątkiem teologii, notuje się gwałtowny wzrost sceptycyzmu wobec sceptycyzmu. Nie możemy powstrzymać się, by nie powtarzać po cichu multa renascentur guae jam cecidere.

Nigdy też człowiek w moim wieku nie zapomni, jak nagle i całkowicie załamała się idealistyczna filozofia z lat jego młodości. McTaggart, Green, Bosanquet, Bradley zdawali się mieć zapewnione wieczne panowanie. Zostali obaleni równie nagle jak padła Bastylia. Ale pewną ciekawostką jest fakt, że żyjąc za panowania ich dynastii często odczuwałem różnego rodzaju moralne zahamowania i żywiłem obiekcje, których nie śmiałem nigdy głośno wypowiedzieć. Były tak przerażająco oczywiste, iż nie wątpiłem, że muszą polegać na zwykłym nieporozumieniu. Wielcy uczeni nie mogli popełniać tak elementarnych błędów jak te, które budziły mój sprzeciw. Ale bardzo podobne obiekcje, choć przedstawione w sposób niewątpliwie znacznie bardziej przekonywujący, niż ja potrafiłbym to zrobić, znalazły się pośród zarzutów, które ostatecznie okazały się słuszne. Stały się teraz rutynową odpowiedzią na tezy angielskiego Heglizmu. Jeśli ktokolwiek z dziś tutaj obecnych odczuwał te same nieśmiałe, lecz dokuczliwe wątpliwości w związku z teoriami wielkich komentatorów Biblii, powinien nabrać nadziei, że nie zrodziły się one wyłącznie z jego głupoty. Mogą mieć przed sobą przyszłość o jakiej się mu nawet nie śni.

Pocieszają nas również nasi koledzy matematycy. Rekonstruując genezę jakiegoś tekstu. komentator musi zazwyczaj sięgać do czegoś, co można by nazwać łańcuchem hipotez. Tak więc Bultmann mówi, że wyznanie Piotra jest wielkanocną opowieścią, rzutowaną wstecz na okres , kiedy żył Jezus” (s. 26, dz. cyt.). Pierwsza hipoteza zakłada, że tego rodzaju wyznanie w ogóle nie padło z ust Piotra. Następnie pojawia się hipoteza druga, wyjaśniająca, w jaki sposób mogła uzyskać tak duży rozgłos fałszywa opowieść o owym wyznaniu. Przypuśćmy teraz – z czym osobiście bynajmniej nie zamierzam się zgodzić – że pierwsza hipoteza ma 90% prawdopodobieństwa. A także załóżmy, że ten sam procent prawdopodobieństwa ma druga hipoteza. Ale obie razem wzięte nie dają już tych 90%, gdyż druga wymaga uprzednio zaakceptowania pierwszej. Nie mamy do czynienia z sumą A i B lecz ze złożeniem AB. A matematycy mówią mi, że prawdopodobieństwo AB wynosi już tylko 81%. Nie jestem dostatecznie mocny w matematyce, aby to wywieść, ale jak widzicie przy wielostopniowej rekonstrukcji, hipotezy nakładają się kolejno jedna na drugą i w końcu otrzymuje się hipotezę złożoną, której prawdopodobieństwo jest bliskie zeru, chociaż prawdopodobieństwo hipotez cząstkowych było stosunkowo wysokie.

Nie warto jednak malować obrazu w zbyt ciemnych barwach. Nie jesteśmy fundamentalistami. Uważamy, że z tego rodzaju teologii różne jej składki mają rozmaity walor. Im bliższa jest czystej krytyce tekstu, jaką dawniej uprawiali badacze w rodzaju Lachmanna, tym bardziej skłonni jesteśmy jej wierzyć. I oczywiście zgadzamy się, że ustępy niemal identyczne w warstwie słownej nie mogą być od siebie niezależne. Dopiero gdy ześlizgujemy się w stronę subtelniejszych i ambitniejszych rekonstrukcji nasze zaufanie do opisanej metody słabnie. Odpowiednio słabnie lub umacnia się nasza wiara w chrześcijaństwo. Do twierdzeń budzących w nas największy sceptycyzm należy teza, że jakiś zapis w Ewangelii nie może być historyczny, gdyż prezentuje teologię względnie eklezjologię zbyt rozwiniętą jak na tamtą wczesną epokę. Budzi nasz sprzeciw gdyż po pierwsze zakłada, że wiemy, iż w tych sprawach w ogóle miał miejsce jakiś postęp, i po drugie – że wiemy, jak szybko się dokonywał. Zakłada nawet niezwykłą jednolitość i ciągłość tego rozwoju. Zdecydowanie wyklucza, żeby jeden myśliciel mógł wyraźnie wykluczać drugiego. A takie wykluczenie wymagałoby znajomości mnóstwa szczegółów o znacznej liczbie ludzi dawno już zmarłych (gdyż wcześni chrześcijanie byli ostatecznie ludźmi) – rzecz, z których moim zdaniem niewielu z nas umiałoby zdać dokładne sprawozdanie nawet jak byśmy wśród owych ludzi żyli. Trzeba by było znać wszystkie przypływy i odpływy toczących się wśród nich dysput, wiedzieć jakich nauk wysłuchiwali i jak przebiegało ich osobiste doświadczenie religijne. Nie umiałbym z taką pewnością siebie mówić o kręgu ludzi, z którymi spędziłem większość życia. Nie umiałbym nawet opisać historii rozwoju mojej własnej myśli z takim przekonaniem, jak ci ludzie opisują historię wczesnej myśli chrześcijańskiej. I jestem zupełnie pewny, że nikt inny też by tego nie potrafił. Przypuśćmy, że jakiś uczony dowiedział się, iż będąc nastolatkiem wyrzekłem się chrześcijaństwa i w tym samym roku zacząłem pobierać naukę u ateisty. Czy nie brzmiałoby to bardziej przekonywająco niż wszystko, co wiemy o rozwoju chrześcijańskiej teologii w pierwszych dwóch wiekach naszej ery? Czy ów uczony nie wyciągnąłby wniosku, że moje odstępstwo dokonało się pod wpływem nowego nauczyciela? A następnie, czy nie odrzuciłby jako „rzutowania wstecz” wszelkich opisów przedstawiających mnie jako ateistę, zanim zmieniłem nauczyciela? A jednak myliłby się. Przepraszam, że znów sięgnąłem do mojej biografii. Ale wydaje mi się, że snucie refleksji na temat krańcowego nieprawdopodobieństwa własnego życia – według kryteriów historycznych – jest bardzo pożytecznym zajęciem dla każdego człowieka. Prowadzi do uzasadnionego agnostycyzmu.

Gdyż w pewnym sensie agnostycyzm jest tym, co tutaj głoszę. Nie chciałbym, byście tłumili sceptycyzm w waszych umysłach. Sugeruję tylko, byście tylko tego sceptycyzmu nie ograniczali do Nowego Testamentu i chrześcijańskich dogmatów. Niech inne sprawy również budzą wasze wątpliwości.

C.S. Lewis – „Ziarna paproci i słonie”

Reklamy

Możliwość komentowania jest wyłączona.