Francis Collins – jeden z najwybitniejszych współczesnych genetyków.

Posted: 22 sierpnia 2015 in Naukowcy

Francis Collins – amerykański lekarz i genetyk. Znany z przełomowych odkryć w dziedzinie chorób genetycznych. Kierował Projektem poznania ludzkiego genomu (HGP, z ang. Human Genome Project) – największy międzynarodowy projekt biologiczny. Powołał BioLogos Foundation, zajmującą się relacją pomiędzy nauką a religią. Początkowo był ateistą, po czym nawrócił się na chrześcijaństwo. Podkreśla zgodność tej religii z nauką. 17 sierpnia 2009 roku zaczął sprawować funkcję dyrektora National Institutes of Health. 14 października 2009 papież Benedykt XVI powołał go do Papieskiej Akademii Nauk.

aaaaaaaaaaaaaPewnego ciepłego letniego dnia dokładnie sześć miesięcy przed początkiem nowego tysiąclecia ludzkość przekroczyła próg zupełnie nowej ery. Wiadomość, która obiegła cały świat, pojawiając się na pierwszych stronach wszystkich najważniejszych gazet, głosiła, że wstępna postać genomu człowieka – instrukcji budowy i działania ludzkiego organizmu – została odczytana.

Na genom człowieka składa się cały DNA naszego gatunku – otrzymywany w drodze dziedziczenia kod życia. Ten właśnie odczytany tekst liczy 3 miliardy liter i jest zapisany dziwnym, czteroliterowym szyfrem. Złożoność informacji zawartej w każdej komórce ludzkiego ciała jest tak ogromna, że odczytywanie tego szyfru w tempie jedna litera na sekundę zajęłoby nam 31 lat, nawet gdybyśmy pracowali bez przerwy we dnie i noce. Po wydrukowaniu tego tekstu literami o normalnej wielkości czcionki na zwyczajnym papierze i ułożeniu wszystkich stron jedna na drugiej powstałby stos wysokości pomnika Waszyngtona. Tego letniego dnia ów fascynujący tekst, zawierający wszystkie instrukcje konieczne do zbudowania ludzkiego ciała, został po raz pierwszy ogłoszony światu.

Jako szef międzynarodowego zespołu realizującego Projekt Poznania Genomu Człowieka, który pracował całą mocą przez ponad dziesięć lat nad odczytaniem sekwencji DNA, stałem obok prezydenta Billa Clintona w Pokoju Wschodnim w Białym Domu, razem z Craigiem Venterem, szefem konkurencyjnego zespołu finansowanego przez sektor prywatny. Premier Tony Blair uczestniczył w tym wydarzeniu za pośrednictwem telewizji satelitarnej, a uroczystość transmitowano na żywo w wielu krajach całego świata.

Prezydent Clinton rozpoczął swoje przemówienie od przyrównania mapy genomu ludzkiego do mapy, którą Meriwether Lewis rozłożył przed prezydentem Thomasem Jeffersonem dokładnie w tym samym pomieszczeniu niemal 200 lat wcześniej. Powiedział: „Jest to niewątpliwie najważniejsza, najwspanialsza mapa, jaką kiedykolwiek stworzył człowiek”. Największą uwagę wszystkich odbiorców przyciągnęła jednak ta część przemówienia, w której prezydent z perspektywy naukowej przeskoczył do perspektywy duchowej tego osiągnięcia. „Poznajemy dzisiaj – powiedział – język, w jakim Bóg stworzył życie. Odczuwamy tym większy podziw wobec złożoności, piękna i cudowności tego najbardziej boskiego i świętego daru Boga”.

Czy mnie, przedstawiciela nauk przyrodniczych, takie czysto religijne oświadczenie płynące z ust przywódcy wolnego świata w tej właśnie chwili zaskoczyło lub zbulwersowało? Czy miałem ochotę skrzywić się z niesmakiem albo wbić wzrok w podłogę, aby ukryć zażenowanie? Nie, ani trochę. Tak naprawdę w tych gorących dniach pracowałem wspólnie z osobą przygotowującą mowę prezydencką i zdecydowanie opowiadałem się za włączeniem do niej tego akapitu. Kiedy poproszono mnie o zabranie głosu, wypowiedziałem się w podobnym tonie: „To szczęśliwy dzień dla świata. Budzi moją pokorę, a zarazem zachwyt myśl, że udało nam się wejrzeć w instrukcję budowy i działania naszego własnego ciała, znaną wcześniej jedynie Bogu”.

Co to wszystko miało znaczyć? Dlaczego prezydent i uczony przy okazji ogłaszania przełomowego odkrycia w biologii i medycynie postanowili odwołać się do Boga? Czyż nauka i wiara to nie całkowicie przeciwstawne światy, a w każdym razie nie powinny pojawiać się one wspólnie pod dachem Białego Domu? Czemu miało służyć wspomnienie o Bogu w obu tych przemówieniach? Czy miała to być poezja? Obłuda? Cyniczna próba zyskania sympatii osób wierzących bądź też obrony przed tymi, którzy skłonni są zarzucać badaniom genomu człowieka, że redukują ludzką istotę do maszyny? Nie. Nie z mojego punktu widzenia. Wręcz przeciwnie, dla mnie zsekwencjonowanie genomu człowieka i odczytanie tego najważniejszego ze wszystkich tekstów świata było zarówno fascynującym doświadczeniem naukowym, jak i okazją do oddania czci Bogu.

Z pewnością dla wielu osób takie uczucia będą stanowić zagadkę: badacz przyrody nie może przecież poważnie wierzyć w transcendentnego Boga. W swojej książce chciałbym obalić to przekonanie i udowodnić, że wiara w Boga może być konsekwencją całkowicie racjonalnej decyzji oraz że zasady wiary stanowią w istocie uzupełnienie zasad nauki.

Taką syntezę między nauką a światem ducha uznaje się często w czasach współczesnych za niemożliwą, a prowadzące ku niej wysiłki za równoważne próbie zmuszenia obu biegunów magnesu do spotkania się w jednym punkcie. Tymczasem wielu Amerykanów pragnęłoby, jak się wydaje, obecności obu tych światopoglądów jako równocennych w myśleniu o świecie. Ostatnie wyniki badań opinii publicznej dowodzą, że 93 procent Amerykanów deklaruje jakąś postać wiary w Boga, chociaż większość z nich jeździ samochodami, korzysta z urządzeń elektrycznych i śledzi prognozy pogody, zakładając najwyraźniej, że nauka, która zapewnia te udogodnienia, jest w zasadzie godna zaufania.

A jak jest z wiarą wśród uczonych? Jest ona w istocie bardziej popularna niż zwykło się sądzić. W 1916 roku biologom, fizykom i matematykom zadano pytanie, czy wierzą w Boga, który pozostaje w stałym kontakcie z ludźmi i do którego można się modlić, oczekując odpowiedzi. Około 40 procent odpowiedziało: tak. W 1997 roku badanie to powtórzono i ku zaskoczeniu prowadzących je naukowców na identycznie sformułowane pytanie otrzymano niemal taki sam odsetek pozytywnych odpowiedzi.

Być może zatem „wojna” między nauką a wiarą nie jest aż tak zacięta, jak by się wydawało? Niestety, świadectwa tej potencjalnej harmonii często giną w zgiełku bezkompromisowych wypowiedzi tych, którzy zajmują skrajne bieguny tego sporu. Strzały padają bez wątpienia z obu stron. Na przykład wybitny ewolucjonista Richard Dawkins, dyskredytując w gruncie rzeczy przekonania niemal 40 procent swoich kolegów i traktując ich wiarę w Boga jako sentymentalny nonsens, został głównym orędownikiem poglądu, zgodnie z którym wiara w ewolucję wymaga ateizmu. Wśród jego licznych wpadających w ucho stwierdzeń znajdujemy takie: „Wiara to jeden wielki wykręt, znakomita wymówka, żeby nie musieć myśleć i zastanawiać się nad dowodami. Wierzyć to wierzyć, niezależnie od – a może wręcz z powodu – braku dowodów. […] Wiara, oznaczająca wiarę nieopartą na żadnych dowodach, to podstawowa słabość każdej religii”.

Natomiast niektórzy fundamentaliści religijni atakują naukę, uznając ją za niebezpieczną i niegodną zaufania, i odwołują się do dosłownego rozumienia świętych tekstów jako jedynego wiarygodnego sposobu oceny prawd naukowych. Charakterystyczna dla zwolenników tego typu poglądów jest wypowiedź nieżyjącego już Henry’ego Morrisa, jednego z głównych przedstawicieli kreacjonizmu: „Kłamstwo na temat ewolucji przenika cale współczesne myślenie i zyskuje przewagę w każdej dziedzinie życia. Ponieważ tak właśnie jest, nie sposób nie zauważyć, że to myśl ewolucyjna jest w głównej mierze odpowiedzialna za śmiertelnie groźny rozwój sytuacji politycznej, chaos moralny i dezintegrację społeczeństwa, które przybierają na sile wszędzie. […] Kiedy nauka i Biblia nie zgadzają się ze sobą, to nauka w oczywisty sposób źle interpretuje swoje dane”.

U wielu bezstronnych obserwatorów ta kakofonia sprzecznych głosów wywołuje poczucie zagubienia i zniechęcenie. Rozsądni ludzie dochodzą do wniosku, że zmusza się ich do wyboru między tymi dwiema mało pociągającymi skrajnościami, z których żadna nie sprawia wielkiej przyjemności. Wiele osób, rozczarowanych bezkompromisowym podejściem rzeczników obu punktów widzenia, decyduje się na odrzucenie zarówno wiarygodności wniosków formułowanych na gruncie nauki, jak i wartości religii w jej zorganizowanej postaci, i w zamian wpada w najrozmaitsze nurty myślenia antynaukowego, płytką duchowość lub zwykłą apatię. Inni postanawiają uznać wartość nauki i ducha, oddzielając jednak oba – materialny i duchowy – wymiary swojej egzystencji, aby uniknąć niepokojów wynikających z ich potencjalnego konfliktu. Jednym z rzeczników takiego poglądu był nieżyjący już Stephen Jay Gould, który uważał, że nauka i wiara powinny zajmować odrębne, „niezachodzące na siebie magisteria”. Trudno jednak uznać takie rozwiązanie za całkowicie zadowalające. Także i ono jest potencjalnym źródłem konfliktu i pozbawia nas możliwości pełnego oddania się czy to nauce, czy wierze.

Tutaj właśnie pojawia się najważniejsze pytanie tej książki: czy we współczesnej epoce kosmologii, nauki o ewolucji i wiedzy na temat genomu człowieka istnieje ciągle szansa na osiągnięcie pełnej harmonii między światopoglądem naukowym i religijnym? Moja odpowiedź brzmi: zdecydowanie tak! Uważam, że nie ma żadnej sprzeczności między byciem uczonym, prowadzącym badania w dziedzinie nauk przyrodniczych, a pozostawaniem osobą wierzącą w Boga, który czuwa nad każdym z nas. Domeną nauk przyrodniczych jest badanie przyrody. Domeną Boga jest świat duchowy, obszar niedostępny poznaniu za pomocą narzędzi i języka nauki. Należy go poznawać sercem, umysłem i duszą – a umysł musi znaleźć sposób na poruszanie się w tych dwóch światach.

Sądzę, że obie te perspektywy – materialna i duchowa – nie tylko mogą współistnieć w każdym z nas, ale i owo współistnienie może zachodzić w taki sposób, że wzbogaci i rozjaśni ludzkie doświadczenie. Nauka jest jedynym wiarygodnym źródłem wiedzy o świecie przyrody, a jej narzędzia – jeśli zostaną właściwie użyte – dostarczają głębokiego wglądu w materialną postać życia. Nauka jednak traci swoją moc, kiedy pojawiają się takie pytania, jak: Dlaczego zaistniał Wszechświat? Jaki jest sens ludzkiego istnienia? Co stanie się z nami po śmierci? Jednym z najważniejszych celów ludzkości było zawsze znalezienie odpowiedzi na najbardziej podstawowe pytania, i musimy zrobić wszystko, aby wykorzystać siłę obu – naukowego i duchowego – porządków myślenia, by zrozumieć zarówno to, co widoczne, jak i to, czego zobaczyć nie sposób. Celem tej książki jest sprawdzenie, czy uda nam się znaleźć drogę prowadzącą ku rozsądnej i intelektualnie uczciwej integracji obu tych punktów widzenia.

Rozważania dotyczące tak ważkich problemów mogą okazać się trudne i niepokojące. Każdy z nas, czy się do tego głośno przyznaje, czy nie, przyjął za swój jakiś światopogląd. Pomaga nam to nadać sens światu, z którym mamy do czynienia, zapewnia ramy etyczne naszego działania i ułatwia podejmowanie decyzji na temat przyszłości. Jakiekolwiek majstrowanie przy światopoglądzie nie powinno odbywać się pochopnie. Książka zachęcająca do fundamentalnych zmian może spowodować więcej przykrości niż przyjemności. My, ludzie, mamy w sobie jednak, jak się wydaje, ogromną potrzebę dotarcia do prawdy, nawet jeśli tęsknota za nią ginie w powodzi spraw do załatwienia pojawiających się nieustannie każdego dnia. Rozpraszająca nas codzienna krzątanina nakłada się na chęć uniknięcia rozważań dotyczących własnej śmiertelności, mijają więc dni, tygodnie, miesiące, a nawet lata, kiedy nie poświęcamy ani chwili na próbę zastanowienia się nad odwiecznymi pytaniami ludzkości. Ta książka to jedynie maleńkie antidotum na tę sytuację, być może jednak skłoni czytelników do samodzielnej refleksji i wywoła potrzebę spojrzenia nieco głębiej.

Na początku powinieniem wyjaśnić, jak uczony, który poświęcił się genetyce, został osobą wierzącą w Boga nieograniczonego w czasie ani przestrzeni i czuwającego bezpośrednio nad każdą ludzką istotą. Niektórzy z pewnością skłonni będą sądzić, że musiało to być wynikiem surowego religijnego wychowania, światopoglądu tak głęboko zaszczepionego przez rodzinę i kulturę, że nie sposób uwolnić się od niego w dorosłym życiu. Mój przypadek był jednak zupełnie inny.

Francis Collins – Język Boga. Kod życia – nauka potwierdza wiarę.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

Reklamy

Możliwość komentowania jest wyłączona.