Francis Collins – jeden z najwybitniejszych współczesnych genetyków – [CZ. II].

Posted: 23 sierpnia 2015 in Naukowcy

aaaaaaaaaaaaaMoje życie pod wieloma względami nie było zwyczajne, ale jako syn wolnomyślicieli w kwestii wiary odebrałem dość konwencjonalne wychowanie: po prostu nie przywiązywano do niej zbyt wielkiego znaczenia.

Dorastałem na niewielkiej farmie w dolinie Shenandoah w Wirginii. Nie mieliśmy bieżącej wody, niewiele też było innych tego rodzaju udogodnień. Ich brak jednak rekompensowała z nawiązką niezwykła mieszanka doświadczeń, jaką zapewniał mi świat idei stworzony przez moich rodziców.

Poznali się w szkole średniej w Yale w 1931 roku, skąd wyjechali do Arthurdale w Wirginii Zachodniej. Wykorzystując swoje talenty organizacyjne i miłość do muzyki, pracowali tam dla działającej pod auspicjami Eleanor Roosevelt eksperymentalnej społeczności, która miała odbudować życie społeczne w tym podupadłym w czasach Wielkiego Kryzysu górniczym miasteczku.

Nie wszyscy doradcy prezydenta Roosevelta byli jednak zwolennikami tego przedsięwzięcia i źródło finansowania dość szybko wyschło. Ostateczna likwidacja Arthurdale przeprowadzona w wyniku pomówień waszyngtońskich polityków sprawiła, że moi rodzice już do końca życia traktowali rząd podejrzliwie. Podjęli życie akademickie w Eton College w Burlington w Karolinie Północnej. Tam, zetknąwszy się z nienaruszoną i piękną kulturą ludową wiejskiego Południa, mój ojciec poświęcił się zbieraniu pieśni ludowych i wędrował przez wzgórza i doliny, zachęcając powściągliwych mieszkańców stanu do występów przed mikrofonem jego magnetofonu. Te nagrania, razem z jeszcze bogatszą kolekcją Alana Lomaxa, stanowią istotną część zbiorów amerykańskich pieśni ludowych w Bibliotece Kongresu.

Kiedy Ameryka przystąpiła do II wojny światowej, muzyczne zainteresowania musiały ustąpić miejsca pilniejszym obowiązkom związanym z obroną kraju i mój ojciec zaangażował się w budowę bombowców; w końcu znalazł się w fabryce samolotów na Long Island, gdzie pełnił funkcję kierownika produkcji.

Po wojnie moi rodzice doszli do wniosku, że nie odpowiada im życie w ciągłym napięciu. Wyprzedzając swoją epokę, w połowie lat czterdziestych zachowali się jak pokolenie łat sześćdziesiątych: zamieszkali w dolinie Shenandoah w Wirginii, gdzie kupili farmę z 95 akrami ziemi i postanowili prowadzić proste wiejskie życie, gospodarując bez pomocy maszyn rolniczych. Kiedy po kilku miesiącach stwierdzili, że w żaden sposób nie pozwoli im to na wykarmienie dwóch synów (a szybko doszedł jeszcze jeden mój brat i ja), mój ojciec wylądował w college’u dla dziewcząt, gdzie prowadził zajęcia teatralne. Do ról męskich angażował chłopców z miasteczka. Dzięki niemu i uczennice college’u, i młodzi miejscowi sprzedawcy mieli okazję przekonać się, jak wielką frajdą jest przygotowywanie i wystawianie spektakli. Kiedy pojawiły się skargi na nudę w czasie długich wakacji, moja matka i ojciec założyli teatr letni w dębowym zagajniku tuż przy naszym domu. Teatr Pod Dębami po ponad 50 latach od swego powstania działa nieprzerwanie, wystawiając z sukcesem coraz to nowe przedstawienia.

Miałem szczęście spędzać dzieciństwo w świecie łączącym piękno wiejskich krajobrazów z ciężką pracą na farmie oraz letnim teatrem i muzyką. Jako najmłodszy z czterech synów nie miałem wielkiej szansy na popadnięcie w tarapaty, których nie znaliby już moi rodzice. Wyrastałem w głębokim przekonaniu, że każdy musi brać odpowiedzialność za swoje postępowanie i za swoje decyzje, bo nikt inny tego za niego nie zrobi.

Podobnie jak moi starsi bracia, pobierałem nauki w domu – nasza matka była wyjątkowo utalentowaną nauczycielką. Te pierwsze lata edukacji ofiarowały mi nieoceniony dar: radość płynącą z nauki. Chociaż mama nie rozpisywała planów lekcji, potrafiła bezbłędnie wybierać tematy, które mogły zainteresować młode umysły, prowadząc nas tak głęboko w poznawanie wybranego problemu, jak to tylko było możliwe, po czym zwracała się ku nowemu, równie fascynującemu zagadnieniu. Uczenie się nigdy nie było czymś, co robiło się dlatego, że się musiało, ale tym, co robiło się dlatego, że się to kochało.

Wiara nie stanowiła istotnej części mojego dzieciństwa. Zdawałem sobie dość mgliście sprawę z pojęcia Boga, ale moje własne z Nim relacje ograniczały się do rzadkich chwil dziecinnych prób wypraszania od Niego czegoś, na czym naprawdę mi zależało. Pamiętam na przykład, że zawierałem z Nim umowę (miałem wtedy chyba dziewięć lat), że jeśli sprawi, żeby w sobotę – kiedy mieliśmy wystawiać spektakl i organizowaliśmy zabawę z muzyką, na co tak bardzo czekałem – nie spadł deszcz, to ja zobowiązuję się nigdy nie palić papierosów. Deszcz oczywiście nie spadł, a ja nigdy nie zostałem palaczem. Wcześniej, kiedy miałem pięć lat, rodzice postanowili zapisać mnie i jednego z moich braci na zajęcia chóru chłopięcego w miejscowym kościele episkopalnym. Wytłumaczyli nam, że będzie to znakomita okazja do nauki muzyki, przy czym do wątków religijnych nie powinniśmy przywiązywać wielkiego znaczenia. Posłuchałem ich rad i chłonąłem piękno harmonii i kontrapunktu, słowa płynące z ambony puszczając mimo uszu.

Kiedy skończyłem dziesięć lat, przenieśliśmy się do miasta, by być blisko babci, która wymagała opieki, i tam rozpocząłem naukę w szkole publicznej. Jako czternastolatek dostrzegałem już zachwycającą moc naukowych metod poznawania świata. Dzięki znakomitemu nauczycielowi chemii, który potrafił pisać na tablicy to samo jednocześnie prawą i lewą ręką, odkryłem niezwykłą satysfakcję płynącą ze świadomości istnienia uporządkowanej natury Wszechświata. Wiedza o tym, że cała materia zbudowana jest z atomów i cząsteczek zgodnie z zasadami matematyki, była prawdziwym i najzupełniej nieoczekiwanym objawieniem, a możliwość wykorzystania narzędzi naukowych do poznawania rzeczy jeszcze nieodkrytych spadła na mnie wraz z pewnością, że to jest właśnie to, w czym pragnę uczestniczyć. Postanowiłem, z charakterystycznym zapałem neofity, że celem mojego życia będzie chemia. Nie przeszkadzał mi fakt, że niewiele wiedziałem o innych dziedzinach nauki, ta pierwsza młodzieńcza miłość wydawała się najważniejsza w życiu.

Pierwsze doświadczenia z biologią nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia. Nastolatkowi, jakim wtedy byłem, biologia jawiła się bardziej jako czysto pamięciowe przyswajanie sobie pojedynczych informacji niż poszukiwanie praw. Nie miałem najmniejszej ochoty na beznamiętne zapamiętywanie kompletu odnóży raka czy ustalanie różnic między typem, gromadą a rzędem. Kiedy uświadomiłem sobie, jak nieprzytomnie skomplikowana jest natura życia, doszedłem do wniosku, że z biologią jest tak samo jak z filozofią egzystencjalną: nie ma żadnego sensu. Dla mojego wykluwającego się właśnie redukcjonistycznego umysłu nie było w niej wystarczająco dużo logiki, aby uznać ją za pociągającą. Kiedy w wieku 16 lat skończyłem szkołę średnią, wstąpiłem na Uniwersytet Wirginii z zamiarem studiowania chemii i poświęcenia się karierze naukowej. Jak większość świeżo upieczonych studentów, uznałem swoje nowe środowisko za niezwykle inspirujące, wielką radość sprawiały mi niezliczone idee pojawiające się co chwila tak w salach wykładowych, jak i w pokojach akademika późną nocą. Od czasu do czasu nieuchronnie padały pytania o istnienie Boga. Kiedy byłem nastolatkiem, doznawałem niekiedy przelotnej tęsknoty za czymś, co znajdowałoby się poza mną, uczucia takie zwykle nawiedzały mnie w obliczu wyjątkowego piękna natury lub szczególnie poruszającej muzyki. Moje życie duchowe pozostawało jednak ciągle w powijakach i byłem bardzo podatny na argumentację jednego czy dwóch zagorzałych ateistów, jakich zawsze łatwo spotkać w każdym akademiku. Po kilku miesiącach spędzonych w college’u nabrałem przekonania, że chociaż najrozmaitsze wierzenia religijne zainspirowały wiele wspaniałych dzieł sztuki i dokonań w dziedzinie kultury, nie zawierają w sobie żadnej podstawowej prawdy.

Chociaż nie znałem jeszcze tego określenia, byłem wówczas agnostykiem. Termin ten wprowadził dziewiętnastowieczny uczony T.H. Huxley na określenie osoby, która po prostu nie wie, czy Bóg istnieje. Można spotkać wszelkie odmiany agnostyków: niektórzy dochodzą do tej postawy po intensywnych poszukiwaniach dowodów na istnienie Boga, wielu innych jednak po prostu uznaje, że jest to wygodny wybór, dzięki któremu mogą uniknąć konieczności kłopotliwego roztrząsania argumentów przedstawianych przez obie strony. Ja zdecydowanie należałem do tej drugiej kategorii. Tak naprawdę moje „nie wiem” było równoznaczne z „nie chcę wiedzieć”. Dla młodego człowieka obracającego się w świecie pełnym pokus wygodniej było zignorować potrzebę odwoływania się do jakiegokolwiek zwierzchnictwa duchowego. Swoim sposobem myślenia i zachowaniem stanowiłem przykład „dobrowolnej ślepoty”, o której pisał znany uczony i pisarz C.S. Lewis.

Po ukończeniu studiów rozpocząłem studia doktoranckie z chemii fizycznej w Yale, pozostając pod urokiem matematycznej elegancji, która skłoniła mnie do poświęcenia się nauce. Moje życie intelektualne zdominowała wówczas mechanika kwantowa i równania różniczkowe drugiego rzędu, a za osoby godne największych hołdów uznawałem genialnych fizyków: Alberta Einsteina, Nielsa Bohra, Wernera Heisenberga i Paula Diraca. Stopniowo nabierałem przekonania, że wszystko we Wszechświecie można opisać za pomocą równań i praw fizyki. Kiedy dowiedziałem się z biografii Alberta Einsteina, że niezależnie od sympatii wobec ruchu syjonistycznego w czasie II wojny światowej nie wierzył w Jahwe – Boga żydów, utwierdziłem się w przekonaniu, że żaden myślący uczony nie może poważnie zajmować się rozważaniami nad możliwością istnienia Boga bez popełniania swego rodzaju intelektualnego samobójstwa.

W ten sposób stopniowo z agnostycyzmu przesuwałem się na pozycje ateistyczne. Bez oporów podejmowałem rozmowę na temat wiary, kiedy tylko ktoś poruszał go w moim towarzystwie, podkreślając, że takie przekonania są moim zdaniem przejawem ulegania sentymentom i dawno przebrzmiałym przesądom.  Kiedy byłem na drugim roku studiów doktoranckich, w moim ściśle wyznaczonym planie na przyszłość pojawiły się głębokie pęknięcia. Chociaż praca nad teorią mechaniki kwantowej dalej sprawiała mi wielką przyjemność, zwątpiłem w słuszność wyboru swojej drogi życiowej. Było oczywiste, że najważniejszych odkryć z mechaniki kwantowej dokonano 50 lat wcześniej i moja kariera naukowa sprowadzi się najpewniej do poszukiwania kolejnych uproszczeń i przybliżeń sprawiających, że pewne eleganckie, ale nierozwiązywalne równania staną się odrobinę bardziej przystępne. W praktyce zaś oznaczało to, że zostanę profesorem prowadzącym niekończące się wykłady z termodynamiki i mechaniki statystycznej  dla kolejnych roczników studentów najprawdopodobniej albo śmiertelnie nimi znudzonych, albo umierających ze strachu na samą myśl o egzaminie z tych przedmiotów.

W tym samym mniej więcej czasie, aby poszerzyć swoje horyzonty, zapisałem się na kurs z biochemii, zapuszczając się w ten sposób w obszary, których dotychczas tak skrupulatnie unikałem. Kurs ten wprawił mnie wręcz w osłupienie. Zasada prowadząca od DNA przez RNA do białka – której wcześniej sobie dobrze nie uświadamiałem – ujawniła mi się w swojej całej cyfrowej chwale. Możliwość zastosowania rygorystycznych reguł intelektualnych w wyjaśnieniu procesów biologicznych, czyli to, co wydawało mi się niemożliwe, wybuchło z całą mocą wraz z odkryciem kodu genetycznego. Kiedy opracowano metody cięcia DNA na dowolne fragmenty i łączenia ich ze sobą w zaplanowanej kolejności (czyli techniki rekombinacji DNA), prawdopodobieństwo wykorzystania całej tej wiedzy dla dobra ludzkości stało się całkiem realne. Byłem wstrząśnięty. Biologia zatem odznacza się matematyczną elegancją. Zycie ma sens.

W tym samym okresie, chociaż liczyłem zaledwie 22 lata, ale miałem już żonę oraz bystrą i dociekliwą córeczkę, zacząłem bardziej sobie cenić towarzystwo innych osób. W młodości często wybierałem samotność. Teraz coraz większą wagę przywiązywałem do związków z ludźmi i odczuwałem pragnienie dokonania czegoś, co miałoby istotne znaczenie dla ludzkości. Zastanawiałem się nad całym swoim wcześniejszym życiem, pytałem samego siebie o słuszność własnych wyborów, a zwłaszcza o to, czy rzeczywiście jestem stworzony do nauki i prowadzenia samodzielnych badań. Byłem już bliski ukończenia doktoratu, ale w wyniku głębokich przemyśleń złożyłem papiery do
akademii medycznej. Komisję egzaminacyjną najwyraźniej przekonała moja starannie przygotowana przemowa, w której dowodziłem, że w takim postępowaniu nie ma niczego nadzwyczajnego, a jego celem jest wyszkolenie jednego z lekarzy służących społeczeństwu. Sam jednak nie byłem do tego pomysłu w pełni przekonany. Czyż to w końcu nie ja sam nienawidziłem biologii za to, że wymagała zapamiętywania szczegółów? A czy jest inna dziedzina nauki, w której zapamiętywanie szczegółów odgrywa równie wielką rolę jak w medycynie? Coś jednak się zmieniło: tu chodzi o człowieka, a nie o skorupiaka; tu nie brak praw rządzących całą masą szczegółów, a wszystko to zarazem może mieć decydujące znaczenie dla życia realnych ludzi.

Przyjęto mnie na Uniwersytet Karoliny Północnej. Po kilku tygodniach nabrałem pewności, że akademia medyczna to dla mnie odpowiednie miejsce. Uwielbiałem wysiłek intelektualny, problemy etyczne, świadomość, że wszystko, co robię, dotyczy człowieka, a także zachwycającą złożoność ludzkiego ciała. W grudniu pierwszego roku studiów znalazłem sposób na pogodzenie tej nowej miłości do medycyny ze swoją starą miłością do matematyki. Pewien pediatra, dość surowy i trudny w bliższych kontaktach, który prowadził liczący całe sześć godzin wykład z genetyki medycznej dla studentów pierwszego roku, wskazał mi moją przyszłość. Zaprezentował nam dzieci chore na anemię sierpowatą, galaktozemię (uniemożliwiającą przyswajanie mleka, często śmiertelną) i zespół Downa – wszystkie te choroby są wynikiem zmian w genomie, czasami tak niewielkich, jak błąd zaledwie jednej litery.  Zdumiała mnie elegancja ludzkiego DNA i kodu genetycznego oraz wielorakie konsekwencje rzadkich przecież pomyłek mechanizmu kopiującego. Chociaż w tamtym czasie szansa na pomoc ofiarom takich pomyłek wyglądała na bardzo odległą, dziedzina ta ogromnie mnie za- frapowała. Nikomu nawet nie przemknęło przez myśl, by kiedykolwiek pojawił się pomysł uruchomienia czegoś tak wielkiego i brzemiennego w skutki jak Projekt Poznania Genomu Człowieka, ale droga, na którą wstąpiłem w 1973 roku, doprowadziła mnie, jak się okazało, wprost do udziału w jednym z najważniejszych przedsięwzięć w historii ludzkości.

Obrana przeze mnie droga doprowadziła mnie również na trzecim roku studiów do przejmujących doświadczeń związanych z bezpośrednią opieką nad chorymi. Studenci medycyny odbywający praktyki kliniczne nawiązują niezwykle intymne kontakty z ludźmi, którzy byliby im zupełnie obcy, gdyby nie zachorowali. Różne kulturowe tabu, ograniczające normalnie wymianę bardzo osobistych informacji, często znikają w bezpośrednim kontakcie lekarza i pacjenta. Wszystko to jest konsekwencją obowiązującego od wieków milczącego porozumienia między chorą osobą a jej uzdrowicielem. Dla mnie związki pojawiające się między ciężko chorym lub umierającym człowiekiem a lekarzem były niemal nie do udźwignięcia, robiłem wszystko, aby zachować dystans wymagany od profesjonalisty i by nadmiernie nie angażować się emocjonalnie, zgodnie z zaleceniami naszych nauczycieli.
Dużym przeżyciem było dla mnie odkrycie, przez co wszyscy ci nieszczęśliwi ludzie przechodzą w wymiarze duchowym. Miałem okazję wielokrotnie obserwować osoby, którym wiara pozwalała zachować ufność w ostateczny spokój, niezależnie od tego, czy będzie on na tym, czy na tamtym świecie, pomimo straszliwych cierpień, za które zazwyczaj w żaden sposób nie mogły się winić. Doszedłem do wniosku, że jeśli wiara jest psychologiczną podporą, to musi mieć ogromną moc. Gdyby była jedynie odpryskiem tradycji kulturowej, dlaczego ci ludzie nie wygrażali Bogu i nie żądali od swoich bliskich, aby wreszcie dali spokój tym pięknym słowom o miłującej nas wszystkich, dobroczynnej sile nadprzyrodzonej?

Najdziwniejszy był dla mnie moment, kiedy pewna starsza kobieta cierpiąca codziennie na ciężkie bóle serca z powodu niepoddającej się leczeniu zaawansowanej dławicy piersiowej, zapytała mnie, w co wierzę. To było uczciwe pytanie; mieliśmy za sobą wiele rozmów na różne ważne tematy, nie wyłączając życia i śmierci, i wielokrotnie mówiła mi o tym, jak głęboko wierzy w Chrystusa. Poczułem, że się czerwienię, i wymamrotałem coś w rodzaju: „Trudno mi powiedzieć”. Ogromne zaskoczenie, jakie dostrzegłem na jej twarzy, sprawiło, że odczułem wielką ulgę: zrozumiałem, że od dwudziestu sześciu lat uciekam od poważnego zastanowienia się nad argumentami na rzecz wiary oraz przeciwko niej.

Przeżycie to powracało do mnie przez wiele kolejnych dni. Czyż nie uważałem siebie za badacza oddanego naukom przyrodniczym? Czy taki badacz może formułować wnioski, nie dysponując żadnymi danymi? Czy można sobie wyobrazić ważniejsze pytanie w całym ludzkim życiu niż: „Czy Bóg istnieje?”. I tak stwierdziłem, że pozostaję w sytuacji łączącej dobrowolną ślepotę z czymś, co można by nazwać arogancją, unikając przez tyle czasu jakichkolwiek prób poważnego zastanowienia się nad tym, czy Bóg nie jest całkiem realną możliwością. Nagle wszystkie moje argumenty wydały mi się bardzo słabe, a ja poczułem się tak, jakby lód zaczął pękać mi pod stopami.

Uświadomienie sobie tego wszystkiego było przerażającym doświadczeniem. Jeżeli bowiem nie mogłem już polegać na trwałości swoich ateistycznych poglądów, to czy powinienem zdecydować się na coś, o czym tak naprawdę wolałbym zbyt wiele nie myśleć? Czy tych odpowiedzi mógłby mi udzielić ktokolwiek inny niż ja sam? Pytanie to stało się teraz zbyt ważne, by przed nim uciekać.

Po pierwsze, byłem przekonany, że staranne rozważenie racjonalnych podstaw wiary doprowadzi do odmówienia jej jakiejkolwiek wartości i potwierdzi słuszność postawy ateistycznej. Byłem jednak zdecydowany przyjrzeć się z bliska wszelkim danym, niezależnie od ostatecznego wyniku takich badań. Rozpocząłem od szybkiego i dość bezładnego przeglądu najważniejszych religii świata. Większość informacji, jakie uzyskałem z ich pobieżnej prezentacji (zapoznawanie się ze świętymi tekstami każdej z nich uznałem za zbyt trudne), pozostawiła mnie w poczuciu wielkiego zadziwienia, i stwierdziłem, że żadna z religii nie wydaje mi się bardziej pociągająca niż inna. Nabrałem przekonania, że wątpliwe są racjonalne podstawy wierzeń duchowych stanowiące fundament każdej z religii. To jednak szybko się zmieniło. Poszedłem z wizytą do pastora kościoła metodystycznego, który mieszkał w naszym sąsiedztwie, i zapytałem go, czy wiara ma jakikolwiek logiczny sens. Wysłuchał uważnie moich mętnych (i najpewniej bluźnierczych) wywodów, po czym sięgnął po niewielką książkę stojącą na półce i dał mi ją do przeczytania.

Było to Chrześcijaństwo po prostu C.S. Lewisa. Przez następne dni, kiedy wczytywałem się w kolejne stronice tej książki, czyniąc wszelkie starania, by skorzystać z bogactwa głęboko przemyślanych argumentów sformułowanych przez sławnego oksfordczyka, zrozumiałem, że moje własne konstrukcje myślowe skierowane przeciwko wiarygodności wiary pozostawały na poziomie dziesięciolatka. Stało się dla mnie jasne, że muszę zmierzyć się z tym najważniejszym ze wszystkich pytań ludzkości zupełnie od początku. Miałem wrażenie, że Lewis znał wszystkie moje zastrzeżenia, niekiedy nawet wcześniej, niż sformułowałem je ja sam. Każdemu z nich poświęcał jedną lub dwie strony. Kiedy dowiedziałem się później, że Lewis też kiedyś był ateistą, który występował przeciwko wierze, posługując się logicznym rozumowaniem, domyśliłem się, dlaczego tak dobrze rozumie moje zmagania. Były to przecież w równej mierze jego własne problemy.

Najbardziej zainteresował mnie – i całkowicie odmienił moje myślenie na temat nauki i wiary – argument zawarty w tytule samej księgi I: „Słuszność i niesłuszność, czyli wskazówka do pojęcia sensu wszechświata”. Chociaż opisywane przez Lewisa „prawo moralne” stanowiło pod wieloma względami uniwersalny składnik ludzkiego życia, odnosiłem wrażenie, że spotykam się z tym pojęciem po raz pierwszy.

Aby zrozumieć je w pełni, warto zauważyć, co uczynił Lewis, jak często odwołujemy się do prawa moralnego na setki sposobów, chociaż zwykle nie podejmujemy nawet próby wskazania podstaw swojej argumentacji. Rozbieżność ocen jest częścią naszego życia. Zwykle dotyczy to spraw codziennych – na przykład wówczas, gdy żona zarzuca mężowi, że nie jest wystarczająco miły dla jej przyjaciółki, czy kiedy dziecko narzeka, że porcje lodów rozdanych na przyjęciu urodzinowym były nierówne. Inne argumenty dotyczą jednak dużo poważniejszych problemów. W dziedzinie polityki międzynarodowej na przykład niektórzy głoszą pogląd, że Stany Zjednoczone mają moralny obowiązek szerzenia na świecie demokracji, nawet jeśli wymaga to użycia siły, podczas gdy inni twierdzą, że agresja militarna i ekonomiczna grozi USA utratą pozycji autorytetu moralnego.

Na polu medycyny niezwykle gorące dyskusje dotyczą obecnie problemu, czy dopuszczalne jest prowadzenie badań na komórkach macierzystych pochodzących z ludzkich zarodków. Jedni uważają, że takie badania łamią zasadę świętości ludzkiego życia, natomiast drudzy – że perspektywa złagodzenia w ten sposób cierpień wielu istot ludzkich daje nam moralne placet, aby prowadzić takie badania. (Tę kwestię, wraz z kilkoma innymi dotyczącymi bioetyki, rozważam w Aneksie do książki).

Zwróćmy uwagę, że we wszystkich tych sytuacjach każda ze stron sporu odwołuje się do nigdzie jednoznacznie niesformułowanych wyższych standardów. Czyli do prawa moralnego, które można by również nazwać „prawem przyzwoitego zachowania” i którego istnienie w każdej z tych sytuacji wydaje się nie podlegać kwestii. Przedmiotem sporu jest natomiast to, które z podejmowanych działań jest bliższe wymaganiom narzucanym przez to prawo. Osoby oskarżane o niedostateczne przestrzeganie obowiązujących
nakazów – na przykład mąż nie dość serdeczny wobec przyjaciółki żony – zwykle stosują różne wymówki, aby dać im święty spokój. Chyba nikt jednak nigdy nie powie: „Do diabła z tym twoim przyzwoitym zachowaniem”.

Mamy tu do czynienia z zastanawiającą sytuacją: okazuje się, że pojęcia dobra i zła są uniwersalne wśród przedstawicieli gatunku ludzkiego (chociaż ich praktyczne zastosowanie może przynieść bardzo różne i często zadziwiające rezultaty). A zatem, jak się wydaje, zjawisko to odznacza się cechą upodabniającą je do praw przyrody, takich jak prawo powszechnego ciążenia czy prawa opisywane przez szczególną teorię względności. Jeśli tak rzeczywiście jest, to prawo to – co musimy uczciwie przyznać – łamane jest z zaskakującą regularnością.

O ile mi wiadomo, prawo moralne obowiązuje wyłącznie wśród istot ludzkich. Chociaż bowiem u zwierząt można niekiedy dostrzec zachowania wykazujące ślad moralności, nie są one z pewnością bardzo rozpowszechnione, a najczęściej zachowania przedstawicieli innych gatunków pozostają, jak się wydaje, w sprzeczności z jakimikolwiek pojęciami uniwersalnego dobra. To właśnie na zdolność odróżnienia dobra od zła, a także na zyskanie umiejętności posługiwania się mową oraz pojawienie się samoświadomości i zdolności myślenia o przyszłości powołują się uczeni, kiedy chcą wskazać cechy właściwe wyłącznie gatunkowi Homo sapiens.

Czy jednak zdolność odróżnienia dobra od zła jest wrodzoną cechą człowieka, czy też jedynie konsekwencją tradycji kulturowej? Istnieje pogląd, że w rozmaitych kulturach obowiązują tak rozbieżne normy zachowania, że jakiekolwiek twierdzenia o istnieniu powszechnego prawa moralnego są całkowicie bezpodstawne. Lewis, znawca wielu kultur, pogląd taki nazywa „kłamstwem, dobrze brzmiącym kłamstwem. Jeśli pójdziemy do biblioteki i spędzimy kilka dni z encyklopedią religii i etyki, szybko dostrzeżemy u różnych ludów jednakowe praktyczne myślenie o świecie. W babilońskiem hymnie do Szamasza, księgach Manu, Księdze Umarłych, Dialogach konfucjańskich, pismach stoików czy platończyków, u australijskich Aborygenów i północnoamerykańskich Indian – wszędzie spotkamy się zawsze z takim samym potępieniem ucisku, morderstwa, zdrady i kłamstwa i takim samym nakazem dobroci wobec starszych, młodszych i słabszych, wspierania jałmużną ubogich, bezstronności i uczciwości”. W pewnych niezwykłych okolicznościach prawo to wpada w zaskakujące pułapki – przypomnijmy sobie palenie czarownic w siedemnastowiecznej Ameryce. Kiedy jednak przyjrzymy się takim zjawiskom bliżej, zapewne stwierdzimy, że te pozorne odstępstwa od uniwersalnego prawa wyrastają z silnie ugruntowanych, ale błędnych wniosków na temat tego, co jest dobrem, a co złem. Jeżeli głęboko uwierzy się w to, że czarownica jest personifikacją zła na ziemi, wcieleniem samego diabła, czyż nie uzna się za głęboko uzasadnione podejmowanie przeciwko niej najbardziej nawet drastycznych działań?

Niech mi będzie wolno zatrzymać się tutaj na chwilę, aby zwrócić uwagę na to, że pogląd na temat uniwersalności prawa moralnego pozostaje w poważnym konflikcie z modną obecnie filozofią postmodernistyczną, zgodnie z którą nie ma żadnego absolutnego zła ani dobra i nic nie jest absolutnie słuszne czy niesłuszne, a wszystkie wybory moralne mają charakter relatywny. Pogląd ten, dość powszechny, jak się wydaje, wśród współczesnych filozofów, ale dość zagadkowy dla większości zwykłych ludzi, stwarza liczne logiczne pułapki w rodzaju paragrafu 22. Jeśli na przykład prawda absolutna nie istnieje, to czy sam postmodernizm jest prawdą? A jeżeli nie ma ani dobra, ani zła, to nie ma też najmniejszego powodu, aby w ogóle zajmować się moralnością.

Inni będą protestowali przeciwko takiemu sposobowi myślenia, twierdząc, że prawo moralne jest po prostu wynikiem presji ewolucyjnej. Sprzeciw ten formułują przedstawiciele nowej dziedziny zwanej socjobiologią, która szuka wyjaśnień zachowań altruistycznych w ich dodatniej wartości selekcyjnej dla darwinowskiego doboru naturalnego. Jeśli udałoby się wykazać słuszność tej argumentacji, to interpretowanie wielu nakazów prawa moralnego jako pochodzących od Boga stałoby się trudne – dlatego też warto przyjrzeć się temu poglądowi dokładniej.

Pomyślmy o jednym z najważniejszych przejawów prawa moralnego: owym impulsie, który skłania nas do zachowań altruistycznych, tym głosie sumienia wzywającym nas do pomagania innym, nawet jeśli w zamian nic za to nie dostaniemy. Prawo moralne nie ogranicza się oczywiście do altruizmu; niepokój sumienia, jaki odczuwa się po wpisaniu drobnych nieścisłości do zeznania podatkowego trudno powiązać z poczuciem wyrządzenia krzywdy jakiejkolwiek konkretnej ludzkiej istocie.

Przede wszystkim jednak ustalmy jasno przedmiot naszych rozważań. Używając określenia „altruizm”, nie mam na myśli zachowań typu: „ty drapiesz mnie po plecach, a ja drapię ciebie”, polegających na podejmowaniu działań na rzecz kogoś innego i
oczekiwaniu od niego wzajemności. Altruizm to rzecz bardziej interesująca: jest prawdziwie bezinteresownym postępowaniem, pozbawionym innej motywacji niż dobro drugiej osoby. Wszelkie przejawy takiej miłości i dobroci budzą nasz ogromny podziw i szacunek. Oskar Schindler ryzykował życiem, ocalając w czasie II wojny światowej przed zagładą ponad 1000 Żydów, a kiedy umierał, był bez grosza – i mamy dla niego wielkie uznanie. Matkę Teresę od dawna uważa się za jedną z najbardziej godnych podziwu postaci czasów współczesnych, chociaż praktykowane przez nią ubóstwo i bezinteresowna pomoc chorym i umierającym mieszkańcom Kalkuty tak drastycznie kontrastuje z materialistycznym stylem życia dominującym obecnie w naszej cywilizacji.
W niektórych przypadkach altruizm obejmuje nawet tych, którzy należą, wydawałoby się, do grona zaprzysiężonych wrogów. Siostra Joan Chittister z zakonu benedyktynek snuje taką oto suficką opowieść:

Dawno, dawno temu żyła sobie stara kobieta, która często medytowała nad brzegiem Gangesu. Pewnego ranka, pod koniec medytacji, zauważyła skorpiona walczącego bezradnie z nurtem rzeki. Gdy znalazł się blisko niej, zaczepił się o korzenie sięgające daleko w głąb wód. Starając się z nich wyswobodzić, pogrążał się jeszcze bardziej. Kobieta schyliła się, aby go ocalić, ale on użądlił ją, kiedy poczuł jej rękę. Stara kobieta cofnęła się, po chwili jednak – gdy tylko odzyskała równowagę – sięgnęła ku niemu ponownie. I tak za każdym razem skorpion wbijał kolec w jej rękę, aż spłynęła krwią, a jej twarz wykrzywiła się z bólu. Przechodzący obok człowiek, widząc, co się dzieje, wykrzyknął: „Kobieto, czy oszalałaś?! Chcesz stracić życie, żeby uratować to wstrętne stworzenie?”. Wtedy ona, patrząc mu prosto w oczy, odrzekła: „Przecież naturą skorpiona jest robienie użytku ze swego kolca, dlaczegóż bym zatem ja miała zaprzeczać swojej własnej naturze nakazującej mi ratowanie innych?”.

Wielu z nas z pewnością uzna tę opowieść za przesadzoną – mało kto chciałby narażać się na niebezpieczeństwo, żeby ocalić skorpiona. Z pewnością jednak większość z nas usłyszała choć raz ów wewnętrzny głos nakazujący nam pomóc zupełnie obcej osobie, która gwałtownie tego potrzebowała, chociaż w żaden sposób nie mogliśmy oczekiwać płynącej z tego korzyści. A jeśli ulegliśmy temu impulsowi, ogarniało nas ciepłe uczucie, że „zrobiliśmy to, co zrobić należało”.

C.S. Lewis w swojej niezwykłej książce Cztery miłości wiele uwagi poświęca naturze takiej całkowicie bezinteresownej miłości, którą nazywa z grecka agape. Podkreśla jej odmienność od pozostałych trzech form miłości (sympatii, przyjaźni i miłości romantycznej), które łatwiej zrozumieć w kategoriach oczekiwania na wzajemną korzyść i które można znaleźć u innych zwierząt poza człowiekiem.

Agape, czyli bezinteresowny altruizm, to dla ewolucjonistów prawdziwe wyzwanie. A dla myślenia redukcjonistycznego – po prostu skandal. Nie można go uznać za rezultat dążenia samolubnych genów do rozprzestrzeniania samych siebie. Wręcz przeciwnie, altriuzm może skłaniać ludzi do poświęceń wiążących się z wielkim osobistym cierpieniem, zagrożeniem zdrowia i życia, a nawet prawdopodobieństwem śmierci, bez żadnych widoków na jakąkolwiek korzyść. Tymczasem, jeśli uważnie wsłuchamy się w ten głos wewnętrzny, który niekiedy nazywamy świadomością, okaże się, że wszyscy mamy w sobie gotowość ulegania tego rodzaju miłości, choćbyśmy nawet często udawali, że go nie słyszymy.

Socjobiolodzy tacy jak E.O. Wilson usiłowali znaleźć wytłumaczenie dla podobnych zachowań w kategoriach pośredniego wpływu na sukces rozrodczy podejmującego je osobnika, argumentacja ta szybko jednak wywołała wątpliwości. Jedna z hipotez zakłada, że stale podejmowane zachowania altruistyczne jako cecha pozytywna są faworyzowane przez dobór płciowy. Pogląd ten wszakże kłóci się z obserwacjami dotyczącymi nieczłekokształtnych naczelnych ujawniającymi wręcz przeciwne zjawiska, takie jak dzieciobójstwo dokonywane przez samca, który właśnie uzyskał w grupie
dominację, co jest sposobem na zapewnienie lepszej przyszłości własnemu potomstwu. Inna hipoteza mówi o tym, że altruizm daje pośrednie wzajemne korzyści zapewniające praktykującym go osobnikom pewną przewagę w skali czasu ewolucyjnego; trudno jednak uznać to za dobre wyjaśnienie motywacji ludzkich dobrych uczynków, o których nie wie nikt poza ich sprawcą. Zgodnie z trzecim wyjaśnieniem altruistyczne zachowania członków grupy przynoszą korzyść całej grupie. Przykładem miałyby tu być kolonie mrówek, w których bezpłodne robotnice krzątają się bez wytchnienia, aby stworzyć warunki umożliwiające królowej-matce wydawanie na świat jak największej liczby potomstwa. Tego rodzaju „mrówczy altruizm” łatwo jednak wyjaśnić w kategoriach ewolucyjnych, wiedząc, że geny skłaniające robotnice do wytężonej pracy to dokładnie te same geny, jakie są przekazywane przez królową-matkę ich własnemu rodzeństwu, do którego pojawienia się na świecie tak istotnie się przyczyniają. Taki niezwykły bezpośredni związek na poziomie DNA nie zachodzi w obrębie bardziej złożonych populacji, które – co do tego panuje obecnie zgoda między niemal wszystkimi ewolucjonistami – podlegają doborowi naturalnemu obejmującemu jednostki, a nie całą grupę osobników. Zachowania mrówek robotnic wbudowane w ich mózgi są zatem czymś zasadniczo odmiennym od tego wewnętrznego głosu, który sprawia, że muszę wskoczyć do rzeki, kiedy widzę, że ktoś tonie, nawet wtedy, kiedy jest to ktoś zupełnie mi obcy, a ja wcale nie jestem dobrym pływakiem i sam mogę przy tym stracić życie. Co więcej, aby utrzymać w mocy argument ewolucyjny o korzyści, jaką altruizm przynosi grupie, należałoby znaleźć przykłady reakcji przeciwnych – czyli wrogości wobec osobników nienależących do grupy. Tymczasem agape kultywowana przez Oskara Schindlera czy Matkę Teresę zadaje kłam takiemu sposobowi myślenia. To zdumiewające, ale prawo moralne nakazuje mi ratować tonącego, nawet jeśli jest moim wrogiem.

Jeżeli prawa natury ludzkiej nie sposób uznać za wytwór kultury lub skutek uboczny ewolucji, to jak wyjaśnić jego istnienie? Jest w tym coś naprawdę niezwykłego. Jak pisze Lewis: „Gdyby istniała siła wywierająca wpływ na wszechświat z zewnątrz, nie mogłaby ujawnić się nam jako jeden ze składników wszechświata – tak jak architekt jakiegoś domu nie będzie jedną ze ścian, częścią klatki schodowej czy kominkiem tego domu. Jedynym sposobem, w jaki możemy spodziewać się ujawnienia się tej siły, są wpływy czy nakazy obecne w naszym wnętrzu, mające na celu skłonienie nas do określonego zachowania. I to rzeczywiście odnajdujemy wewnątrz siebie. Czyż nie powinno nas to skłonić do zastanowienia?”.  Kiedy zetknąłem się z tą argumentacją w wieku 26 lat, uderzyła mnie jej logika. Oto ukryte w moim sercu i równie oczywiste jak wszystko inne w codziennym życiu, a teraz ujawniające się po raz pierwszy jako zasada wyjaśniająca, owo prawo moralne rzuciło jasne światło na zakamarki mojego dziecięcego ateizmu i domagało się poważnego zastanowienia się nad jego pochodzeniem. Czy to Bóg na mnie patrzył?

A jeśli tak, to jaki był to Bóg? Czy był to Bóg deistów, który wynalazł fizykę i matematykę i wprawił Wszechświat w ruch około 14 miliardów lat temu, a potem odszedł, by zająć się innymi, ważniejszymi sprawami, jak uważał Einstein? Nie, ten Bóg,jeżeli w ogóle byłem w stanie go sobie uświadomić, musi być Bogiem teistów – takim, który pragnie jakiegoś związku z owymi wyjątkowymi istotami zwanymi ludźmi i dlatego wyposaża każdego z nas w możliwość Jego dojrzenia. Mógłby to być Bóg Abrahama, ale z pewnością nie Bóg Einsteina.

Odkrywanie natury Boga, jeżeli w istocie jest On rzeczywisty, pociągało za sobą jeszcze inne konsekwencje. Wnioskując z niezwykle wysokich standardów prawa moralnego – które, co musiałem przyznać, w praktyce regularnie łamałem – musiałby to być Bóg święty i prawy. Musiałby być wcieleniem dobroci. Musiałby nienawidzić zła. I nie było najmniejszego powodu, by sądzić, że jest to Bóg łaskawy i pobłażliwy. Kiełkujące powoli przeświadczenie o dopuszczalności istnienia Boga wywołało u mnie sprzeczne uczucia: głęboki spokój, jaki dawała świadomość rozległości istnienia takiego Umysłu, a zarazem ogromny niepokój, kiedy zdałem sobie sprawę z własnej niedoskonałości, ujawniającej się wobec Niego.

Podjąłem tę intelektualną wędrówkę, aby uzyskać potwierdzenie dla swojego ateizmu. Tymczasem cel ten legł w gruzach w chwili, gdy argumenty wynikające z istnienia prawa moralnego (i wiele innych) zmusiły mnie do uznania, że hipoteza o istnieniu Boga jest uzasadniona. Agnostycyzm, w którym czułem się bezpieczny niczym w raju, nagle okazał się zwykłym wykrętem, czym zresztą zawsze był. Wiara w Boga wydała mi się teraz bardziej racjonalna niż jej brak.
Stało się dla mnie również jasne, że nauka, niezależnie od jej niekwestionowanej mocy wyjaśniającej tajemnice świata przyrody, nigdzie dalej już mnie nie zaprowadzi w poszukiwaniach odpowiedzi na pytanie o Boga. Jeżeli Bóg istnieje, to musi pozostawać poza światem przyrody, tym samym zaś narzędzia nauki nie pozwolą na dowiedzenie się o Nim czegokolwiek. Zaczynałem natomiast rozumieć, zaglądając do swojego serca, że dowody na istnienie Boga mogą pojawić się z innych stron i że ostateczna decyzja będzie zależeć od wiary, a nie od dowodów. Choć byłem ciągle pogrążony w niepewności, którą powinienem podążyć drogą, muszę przyznać, że przekroczyłem wówczas pewien próg – osiągnąłem gotowość przyjęcia światopoglądu duchowego, z istnieniem Boga włącznie.

Niemożliwe wydawało mi się wtedy i pójście dalej, zawrócenie z drogi. Wiele lat później natknąłem się na sonet Sheldona Vanaukena, który bardzo wiernie opisuje moje ówczesne rozterki. Oto jego końcowe wersy:

Między domysłem i prawdą – przepaść bez dna.
Strach przed skokiem zniewala, absurd gwałci pewność,
Ziemia spod nóg ucieka: to już pewnie szach-mat…
A gdy nasz bastion – punkt widzenia rozpada się do cna,
Myśl świta z nadzieją: Skoczyć! I tylko trafić w sedno,
By zerwać tę zasłonę, co przesłania nam świat.
(przeł. Jerzy Nowakowski)

Przez dłuższy czas stałem drżący na krawędzi owej przepaści. W końcu, nie widząc innego wyjścia, skoczyłem.

Jak takie przekonania może mieć przyrodnik? Czyż wiele prawd głoszonych przez religie nie pozostaje w sprzeczności z żądaniem: „Poproszę o dowody” – tak charakterystycznym dla tych, którzy poświęcili się chemii, fizyce, biologii czy medycynie? Czy uchylając wrota swego umysłu na duchowy wymiar świata, rozpętałem wojnę światopoglądów, która doprowadzi mnie do unicestwienia i w której zwycięstwo jakiejkolwiek ze stron musi być totalne i bezlitosne?

Francis Collins – Język Boga. Kod życia – nauka potwierdza wiarę.

CZĘŚĆ I – https://znanichrzescijanie.wordpress.com/2015/08/22/francis-collins-jeden-z-najwybitniejszych-wspolczesnych-genetykow/

Reklamy

Możliwość komentowania jest wyłączona.