Archiwum dla Październik, 2015

Co było na początku? Materia i bezosobowa natura wszechświata, czy też może Rozum – Inteligencja – Umysł? Chrześcijanie razem z wybitnymi myślicielami Starożytności powiedzieli by Logos. Seria NA POCZĄTKU BYŁO SŁOWO… ma pomóc czytelnikowi w odpowiedzi na to pytanie. W tym miejscu jednak jedna uwaga. Staraj się patrzeć drogi czytelniku na całą serię przede wszystkim w sposób całościowy.

harvey-shadow

Czy nie można żyć uczciwie bez wiary w chrześcijaństwo?” Oto pytanie, jakie mi postawiono, prosząc o odpowiedź, lecz zanim podejmę próbę jej udzielenia, chciałbym poczynić jedną uwagę. Pytanie brzmi tak, jakby zadawane było przez kogoś, kto powiedział sobie: „W gruncie rzeczy nie obchodzi mnie, czy chrześcijaństwo głosi prawdę, czy nie. Nie interesuje mnie, czy rzeczywisty świat jest bardziej zbliżony do tego, co mówią chrześcijanie, niż do tego, co mówią materialiści. Jedno, co mnie interesuje, to uczciwe życie. Wyboru przekonań dokonam nie z uwagi na ich prawdziwość, lecz ze względu na ich użyteczność”.

Szczerze mówiąc, jest mi trudno znaleźć zrozumienie dla takiego sposobu myślenia. Jedną z cech, która różni człowieka od innych stworzeń, jest to, że chce on posiąść wiedzę, chce dla samej chęci poznania dojść do tego, jaka jest rzeczywistość. Kiedy to pragnienie zostaje w kimś stłumione, to według mnie staje się on czymś mniej niż człowiekiem. Nie sądzę jednak, by ktokolwiek z was rzeczywiście stracił to pragnienie.

Bardziej prawdopodobne jest to, iż niemądrzy kaznodzieje przez ciągłe powtarzanie, jak bardzo chrześcijaństwo może wam pomóc i jak jest ono pożyteczne dla społeczeństwa, pomogli wam zapomnieć, iż chrześcijaństwo nie jest opatentowanym lekarstwem. Chrześcijaństwo rości sobie prawo do wyjaśniania faktów – do mówienia, jaki jest rzeczywisty świat. Jego wyjaśnienia na temat świata mogą być prawdziwe lub nie, a kiedy raz zostanie postawione pytanie, wtedy naturalna ciekawość musi prowokować chęć poznania odpowiedzi. Jeżeli chrześcijaństwo jest nieprawdziwe, to żaden uczciwy człowiek nie będzie chciał mu wierzyć, choćby nie wiem jak było przydatne; jeśli jest prawdziwe, każdy uczciwy człowiek zechce mu uwierzyć, nawet gdyby nie udzieliło mu w ogóle żadnej pomocy.

Kiedy zdamy sobie z tego sprawę, uświadomimy sobie jeszcze coś innego. Gdyby przypadkiem chrześcijaństwo było prawdziwe, to jest raczej rzeczą niemożliwą, by ci, którzy znają tę prawdę i ci którzy jej nie znają, byli w równym stopniu przygotowani do prowadzenia dobrego życia. Znajomość faktów musi skutkować różnicą w czynach. Załóżmy, że ktoś znajduje człowieka przymierającego głodem i pragnie właściwie postąpić. Gdyby nie posiadał żadnych wiadomości z zakresu medycyny, prawdopodobnie dałby mu duży, solidny posiłek, a rezultatem byłaby śmierć. Oto co powoduje działanie po omacku.

Na tej samej zasadzie chrześcijanin i niechrześcijanin mogą mieć obaj dobre intencje w stosunku do swoich bliźnich. Jeden wierzy, że ludzie będą żyli wiecznie, że zostali stworzeni przez Boga i skonstruowani w taki sposób, iż prawdziwe i trwałe szczęście mogą znaleźć jedynie przez zjednoczenie z Bogiem; że zeszli z właściwego toru i jedyną drogą powrotu jest ufna wiara w Chrystusa. Drugi wierzy, że ludzie są przypadkowym rezultatem ślepego działania materii, że zaistnieli jako proste zwierzęta i mniej lub bardziej równomiernie rozwinęli się, że będą żyć przeciętnie około siedemdziesięciu lat, że ich szczęście jest całkowicie osiągalne za sprawą dobrych instytucji społecznych i organizacji politycznych, a wszystko inne (np. wiwisekcję, regulację urodzin, system sądownictwa, edukację) należy oceniać jako „dobre” lub „złe” po prostu w zależności od tego, na ile sprzyjają lub przeszkadzają temu rodzajowi „szczęścia”.

Ci dwaj ludzie mogliby się zgodzić co do bardzo wielu działań na rzecz swoich współobywateli. Obaj pochwaliliby właściwie działające szpitale i kanalizację oraz zdrowe wyżywienie. Wcześniej czy później jednak różnica ich przekonań spowodowałaby różnice w propozycjach praktycznych. Obaj na przykład mogliby być wielkimi zwolennikami edukacji; lecz rodzaje edukacji, jakich by sobie życzyli, oczywiście bardzo się będą różniły. Znowu tam, gdzie pytanie materialisty co do proponowanej akcji brzmiałoby po prostu: „Czy powiększy ona szczęście większości?”, chrześcijanin być może musiałby powiedzieć: „Nawet jeżeli rzeczywiście powiększy ona szczęście większości, to nie możemy jej przeprowadzić; jest bowiem niesprawiedliwa”. I tak przez cały czas jedna zasadnicza różnica będzie przenikać wszystkie ich dążenia. Dla materialisty sprawy takie jak narody, klasy, cywilizacje muszą być ważniejsze niż jednostki, ponieważ jednostka żyje jakieś tam siedemdziesiąt lat z okładem, a grupa może trwać przez wieki. Dla chrześcijanina natomiast jednostki są ważniejsze, ponieważ to one żyją wiecznie; a rasy, cywilizacje i tym podobne struktury są w tym zestawieniu tworami przelotnymi.

Chrześcijanin i materialista żywią różne przekonania co do świata. Nie mogą mieć obaj racji. Ten, który jest w błędzie, będzie działał w sposób, który nie odpowiada rzeczywistemu światu. Wskutek tego przy najlepszej na świecie woli będzie popychał swoich współbraci do zguby.

Przy najlepszej na świecie woli… zatem nie będzie to chyba jego wina? Z pewnością Bóg (założywszy, że Bóg istnieje) nie będzie karał człowieka za płynące z uczciwych pobudek pomyłki? Ale czy w tym leży cały problem? Czy jesteśmy gotowi podejmować ryzyko działania po omacku przez całe nasze życie i wyrządzać nieskończone szkody z powodu czyichś zapewnień, iż nic nam nie grozi, że nikt nas nie ukarze ani nie zgani? Nie wierzę, by czytelnik mógł szczerze w ten sposób rozumować, a gdyby tak było, to trzeba mu coś wyjaśnić.

Pytanie stojące przed każdym z nas nie brzmi: „Czy możliwe jest, żeby ktoś żył uczciwie bez chrześcijaństwa?” Brzmi ono: „Czy ja mogę?” Wiadomo wszystkim, że istnieli dobrzy ludzie, którzy nie byli chrześcijanami; ludzie tacy jak Sokrates i Konfucjusz, którzy nigdy o chrześcijaństwie nie słyszeli, lub ludzie tacy jak J.S. Mill, którzy całkiem uczciwie nie mogli w nie uwierzyć. Zakładając, że chrześcijaństwo jest prawdziwe, ludzie ci byli pogrążeni w stanie uczciwej niewiedzy lub uczciwego błędu. Jeżeli ich intencje były tak dobre, za jakie je mam (bo oczywiście nie jestem w stanie odgadnąć tajników ich dusz), to mam nadzieję i ufam, że mądrość i miłosierdzie Boga zaradzą złu, które ich niewiedza, pozostawiona sama sobie, mogła naturalnie przynieść zarówno im, jak i tym, na których mieli wpływ.

Lecz człowiek, który zapytuje mnie: „Czy nie mogę żyć uczciwie bez wiary w chrześcijaństwo?”, oczywiście nie jest w tym samym położeniu. Gdyby nie słyszał o chrześcijaństwie, nie postawiłby tego pytania. Gdyby usłyszawszy o nim i porządnie się zastanowiwszy, doszedł do wniosku, że nie jest ono prawdziwe, to również by tak nie spytał. Człowiek, który zadaje to pytanie, słyszał o chrześcijaństwie i wcale nie jest przekonany o jego nieprawdziwości. W istocie pyta on: „Czy muszę sobie zawracać tym głowę? Czy nie mogę po prostu pominąć tej kwestii, zwyczajnie nie wywoływać wilka z lasu i żyć dalej uczciwie? Czyż dobre intencje nie wystarczą, by zapewnić mi spokój i zabezpieczenie przed naganą, bez pukania do tych rodzących lęk drzwi i upewniania się, czy w środku ktoś jest czy nie?”

Takiemu człowiekowi być może wystarczyłoby odpowiedzieć, że faktycznie prosi on o to, by pozwolić mu żyć dalej „uczciwie”, zanim zrobił, co w jego mocy, by dowiedzieć się, co oznacza to „uczciwie”. Na tym jednak sprawa się nie kończy. Nie musimy dochodzić tego, czy Bóg ukarze takiego człowieka za jego tchórzostwo i lenistwo: tacy ludzie sami się ukarzą. Ów człowiek wymiguje się. On umyślnie stara się nie wiedzieć, czy chrześcijaństwo jest prawdziwe czy fałszywe, ponieważ przewiduje niekończące się kłopoty, gdyby okazało się prawdziwe. Przypomina kogoś, kto umyślnie „zapomina” spojrzeć na tablicę ogłoszeń, ponieważ gdyby to zrobił, mógłby tam znaleźć swoje nazwisko i wyznaczony mu jakiś nieprzyjemny obowiązek. Przypomina osobę, która nie sprawdza swojego konta bankowego, ponieważ boi się tego, co może na nim znaleźć. Przypomina człowieka, rezygnującego z wizyty u lekarza w momencie, kiedy po raz pierwszy poczuje tajemniczy ból, gdyż obawia się tego, co lekarz może mu oznajmić.

Człowiek, który dla takich powodów pozostaje ateistą, nie jest w stanie uczciwego błędu. Jego stan można określić mianem nieuczciwego błędu, a ta nieuczciwość będzie rozprzestrzeniać się poprzez wszystkie jego myśli i działania, rodząc w rezultacie jakiś fałsz, czający się nieuchwytny niepokój, przytępienie jasności umysłu. Ten człowiek utracił swoje intelektualne dziewictwo. Uczciwe odrzucenie Chrystusa, mimo że błędne, będzie przebaczone i uleczone – „Każdemu, kto mówi jakieś słowo przeciw Synowi Człowieczemu, będzie przebaczone” . Lecz unikać Syna Człowieczego, odwracać się w przeciwnym kierunku, udawać, że się nie zauważyło, zainteresować się nagle czymś po drugiej stronie ulicy, odłożyć słuchawkę telefonu, ponieważ to On mógł dzwonić, pozostawić nie otwarte pewne listy zaadresowane nieznanym charakterem pisma, ponieważ mogłyby pochodzić od Niego – to już inna sprawa. Można jeszcze nie mieć pewności, czy się powinno być chrześcijaninem, ale wiadomo na pewno, że powinno się być człowiekiem, nie strusiem chowającym głowę w piasek.

A jednak – ponieważ honor intelektualny bardzo nisko upadł w naszych czasach – słyszę kogoś skamlącego dalej swoje pytanie: „Czy to mi pomoże? Czy da mi to szczęście? Czy naprawdę myśli pan, że byłbym lepszy, gdybym został chrześcijaninem?” No, jeżeli jest to konieczne, to odpowiem krótko: „Tak”. Na tym etapie jednak nie lubię dawać jakiejkolwiek odpowiedzi. Oto drzwi, za którymi – zdaniem niektórych ludzi – czeka na ciebie tajemnica świata. Albo jest to prawdą, albo nie. Jeżeli nią nie jest, w takim razie drzwi te w rzeczywistości kryją największe oszustwo, najkolosalniejszy zawód dla nadziei, o jakim słyszała historia. Czyż nie jest obowiązkiem każdego człowieka (człowieka, a nie królika!) próbować dojść do prawdy, a potem poświęcić całą energię służbie na rzecz tego olbrzymiego sekretu lub demaskowaniu i niszczeniu tak gigantycznego oszustwa? Czyż mając przed sobą taki problem, można rzeczywiście pogrążyć się całkowicie w swoim błogim „rozwoju moralnym”?

W porządku, podsumujmy: chrześcijaństwo przyniesie ci dobro – dużo więcej dobra niż go kiedykolwiek pragnąłeś czy oczekiwałeś. A pierwszym dobrem będzie to, że wbije ci do głowy (i nie będzie to dla ciebie przyjemne!) fakt, iż to, co dotychczas nazywałeś „dobrem” – wszystko to o „przyzwoitym życiu” i „byciu miłym” – nie jest zupełnie tą wspaniałą i największej wagi sprawą, za jaką ją miałeś. Nauczy cię ono, że w rzeczywistości nie możesz być „dobry” (a w każdym razie nie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę), opierając się na swoich własnych wysiłkach moralnych. A potem nauczy cię, że nawet gdybyś był taki „dobry”, to ciągle nie osiągnąłbyś celu, dla którego zostałeś stworzony. Życie nie kończy się na zwykłej moralności. Zostałeś stworzony do czegoś zupełnie innego. J.S. Mill i Konfucjusz (Sokrates był dużo bliżej rzeczywistości) po prostu nie wiedzieli, na czym polega życie. Ci ludzie, którzy nie przestają pytać, czy nie mogą wieść przyzwoitego życia bez Chrystusa, nie wiedzą, na czym życie polega; gdyby wiedzieli, oczywiste byłoby dla nich, że „przyzwoite życie” jest tylko czymś mechanicznym w porównaniu z tym, do czego my, ludzie, tak naprawdę zostaliśmy stworzeni. Moralność jest niezbędna; ale Boże Życie, które samo się nam ofiarowuje i które wzywa nas, abyśmy byli dziećmi Boga, przeznacza dla nas coś, co wchłonie bez śladu całą naszą moralność. Trzeba nas przetworzyć na nowo. Cały królik w nas musi zniknąć – zarówno ten zatroskany, sumienny, etyczny królik, jak i ten tchórzliwy i zmysłowy. Będziemy krwawić i lamentować, kiedy pełnymi garściami wypadać z nas będzie futro; a potem niespodziewanie znajdziemy pod tym wszystkim coś, czego nigdy dotąd sobie nie wyobrażaliśmy: prawdziwego człowieka, wiecznie młodego boga, syna Boga prawdziwego, silnego, promieniującego, mądrego, pięknego i przepełnionego radością.

„Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, zniknie to, co jest tylko częściowe” . Idea osiągnięcia „uczciwego życia” bez Chrystusa opiera się na podwójnym błędzie. Po pierwsze, jest niewykonalna, a po drugie, wyznaczając sobie „uczciwe życie” jako ostateczny cel, gubi się samą istotę egzystencji. Moralność jest górą, której nie da się zdobyć tylko za pomocą samodzielnych wysiłków, a gdyby nawet udało się tego dokonać, to tylko po to, by stracić życie wśród lodów szczytu i w nienadającym się do oddychania powietrzu, z powodu braku skrzydeł, których wymaga dalszy ciąg podróży. Dopiero stamtąd bowiem rozpoczyna się prawdziwa wspinaczka. Na nic tu już liny i czekany, reszta jest sprawą skrzydeł.

C.S. Lewis – Człowiek czy królik.

image019

Kilka słów o Genesis, czyli stworzenie świata i człowieka według Biblii.

Temat, który chciałbym tutaj poruszyć jest tak rozległy, iż można by tworzyć o nim całe książki, wielu już tak zrobiło. Wpis ten postaram się jednak napisać tak zwięźle jak to możliwe.

Często słyszy się, że wielu ludzi nie wierzy chrześcijaństwu ponieważ jest ono sprzeczne ze współczesną nauką. Ziemia i kosmos nie powstały w sześć dni, człowiek pochodzi od małpy (skrót myślowy) i tak dalej. Poniżej napiszę w skrócie w kilku punktach dlaczego autor niniejszego tekstu nie widzi tutaj żadnego problemu dla wiary chrześcijańskiej.

[1] – DWA OPISY STWORZENIA – Po pierwsze ludzie odpowiedzialni za umieszczenie opisów stworzenia świata i człowieka w Biblii nie byli zainteresowani przekazaniem naukowego, czyli zgodnego z rzeczywistością opisu powstania świata. Już wyjaśniam dlaczego tak uważam. Pierwsze dwa rozdziały Księgi Rodzaju zawierają nie jeden, a DWA opisy stworzenia świata. To co jest tutaj ważne, to to, że istnieją między nimi duże różnice, które natychmiast rzucają się w oczy. Najważniejszą z nich jest moment pojawienia się człowieka na ziemi. W Genesis 1 pojawia się on „dnia” szóstego, czyli po roślinach (dzień trzeci) i zwierzętach (dzień piąty i szósty). W Genesis 2 czytamy natomiast:

Gdy Pan Bóg uczynił ziemię i niebo, 5 nie było jeszcze żadnego krzewu polnego na ziemi, ani żadna trawa polna jeszcze nie wzeszła – bo Pan Bóg nie zsyłał deszczu na ziemię i nie było człowieka, który by uprawiał ziemię 6 i rów kopał w ziemi, aby w ten sposób nawadniać całą powierzchnię gleby – 7 wtedy to Pan Bóg ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia, wskutek czego stał się człowiek istotą żywą.

Wyraźna sprzeczność, wobec której możemy przyjąć dwie różne postawy. Pierwsza jest taka, że twórcy i ci, którzy umieścili te opisy w Biblii byli nie tylko kłamcami, ale także idiotami, którzy nie dostrzegali wyraźniej sprzeczności lub ją dostrzegali, lecz tak beznadziejnie nieumiejętnie starali się ją usunąć, że ślepy ją zauważy. Druga postawa to taka, że teksty te nigdy nie miały nam przekazywać wiedzy naukowej o tym jak powstał świat i człowiek. Biorąc pod uwagę fakt, że osoby odpowiedzialne za umieszczenie ich na początku Biblii należały do elity intelektualnej swoich czasów (kapłani), jak i fakt istnienia wielu symboli i obrazów w tych tekstach, przyjęcie pierwszej postawy wydaje się być absurdem.

[2]  MNÓSTWO SYMBOLI I OBRAZÓW – Punkt drugi poruszyłem w ostatnim zdaniu powyżej. Teksty te są bowiem w sposób oczywisty przepełnione symbolami, obrazami, alegoriami i ogólnie rzecz biorąc są pisane językiem mitycznym. Orygenes u początku III wieku omawiając stworzenie raju, argumentował:

„Czyż znajdzie się taki prostak, który by sądził, że Bóg, niby jakiś rolnik, «zasadził drzewa w raju, w Edenie na wschodzie» oraz posadził «drzewo życia», to znaczy widzialne i dotykalne drzewo?” [Orygenes, O zasadach, III, 1.]

W tym miejscu należy jeszcze dodać, że przynajmniej pierwszy opis biblijny w dużo większym stopniu wygląda jak poezja, aniżeli proza. Widzimy przecież ciągłe powtarzające się teksy, co trochę może przypominać na przykład refren. A potem Bóg rzekł… I stało się tak… A Bóg widział, że były dobre… I tak upłynął wieczór i poranek i tak kilka razy.

[3] CELEM POLEMIKA Z MITOLOGIĄ POGAŃSKĄ –  Cel powstania tych opowieści. Co nim było? Dla biblistów jest on oczywisty, ale aby go rozpoznać potrzeba znać choć odrobinę kontekst kulturowy w którym to, co znajdujemy na początku Biblii powstało. Księga Rodzaju powstała w VI wieku przed Chrystusem. Mówiąc natomiast dokładniej był to okres tzw. niewoli babilońskiej, kiedy to wielu Żydów zostało deportowanych ze swoich ziem i zmuszonych do osiedlenia się w Mezopotamii będącej pod panowaniem Babilonu. Żydzi wówczas zetknęli się po raz pierwszy tak bezpośrednio z wierzeniami innych ludów. Wierzeniami całkowicie innymi od wiary Izraelitów. Pogańskie bóstwa po pierwsze były bardzo liczne, po drugie w sposób nierozerwalny złączone z naturą/kosmosem. Ciała niebieskie, niebo, ziemia, morze i cała reszta była uważana za wielkie bóstwa, których powstanie było równoznaczne z powstaniem wszechświata. Kosmogonia była równoznaczna z teogonią. Jaki cel przybrali sobie twórcy początków Pisma Świętego? Była nim oczywiście polemika z mitologią pogańską. Już pierwsze zdanie Biblii nią jest.

NA POCZĄTKU BÓG STWORZYŁ NIEBO I ZIEMIĘ (RODZ 1:1)

Zdanie niezwykłe, co niestety ludzie współcześni rzadko zauważają. Bóg jest jeden (zamiast całego panteonu), a cała natura jest przez Niego stworzona. Nie ma w niej niczego boskiego. Nie należy jej ani czcić ani się bać. Polemiczny cel tych tekstów widać najwyraźniej podczas opisu stworzenia ciał niebieskich:

14 A potem Bóg rzekł: «Niechaj powstaną ciała niebieskie, świecące na sklepieniu nieba, aby oddzielały dzień od nocy, aby wyznaczały pory roku, dni i lata; 15 aby były ciałami jaśniejącymi na sklepieniu nieba i aby świeciły nad ziemią». I stało się tak. 16 Bóg uczynił dwa duże ciała jaśniejące: większe, aby rządziło dniem, i mniejsze, aby rządziło nocą, oraz gwiazdy. 17 I umieścił je Bóg na sklepieniu nieba, aby świeciły nad ziemią; 18 aby rządziły dniem i nocą i oddzielały światłość od ciemności. A widział Bóg, że były dobre. 19 I tak upłynął wieczór i poranek – dzień czwarty.

Ciała niebieskie nie są bogami jak to było w mitologii pogańskiej. Ich celem jest z jednej strony oświetlanie, z drugiej pomoc w wyznaczaniu pór roku itp. Bardzo ciekawe jest tutaj również użycie zwrotów „większe i mniejsze ciało jaśniejące”. Nadanie bowiem im nazw (Słońce i Księżyc) sugerowałoby, że są to bóstwa posiadające swoje imiona. W ten sposób nastąpiła całkowita demitologizacja natury. Jak wiemy rozwój nauki pokazał, że Izraelici mieli rację. Słońce, Księżyc i cała reszta to żadni bogowie. Zwyczajne kawałki materii i nic więcej. Dla nas to oczywiste.

Ciekawą kwestią jest również umieszczenie ciał niebieskich pomiędzy takimi rzeczami jaki rośliny (dzień trzeci) i zwierzęta (dzień piąty). Naturalnym zabiegiem wydawać by się mogło wspomnienie ciał niebieskich przed bądź po roślinach i zwierzętach. Dlaczego tak nie zrobiono? Myślę, że głównym powodem było podkreślenie tej demitologizacji Słońca i Księżyca. Ciała niebieskie w dużo większym stopniu były uważane za bóstwa niż rośliny czy zwierzęta, które były zazwyczaj uważane za coś zwyczajnego. Umieszczając ciała niebieskie pomiędzy jedną a drugą zwyczajną rzeczą podkreślono w ten sposób ich zwyczajność. Ten zabieg pokazuje nam również, że biblijny opis stworzenia nie tylko nie należy brać jako siedem 24-godzinnych dni (jak to zostanie ukazane poniżej), lecz również sekwencja powstawania kolejnych bytów jest tutaj uzależniona od celów teologicznych. Nie należy w niej doszukiwać się zgodności z naukową ewolucją wszystkiego co widzimy w naturze.

[4] – SZEŚĆ DNI STWORZENIA – A teraz czas na kilka słów o sześciu „dniach” stworzenia. Mówiąc w skrócie to nie jest tak, że interpretacje niedosłowne i alegoryczne pojawiły się dopiero wtedy jak nauka „udowodniła” że świat powstał w więcej niż w kilka dni. To co Kościół uważał za fakt (i z czego szybko robił dogmat), to to, że nasz świat ma początek (co w XX wieku udowodniła teoria wielkiego wybuchu). Nigdy jednak nie dotyczyło to tego jak i ile trwało powstawanie wszechświata. Chrześcijanie od samego początku mocno różnili się w tym jak na to zagadnienie patrzeć. To prawda, niektórzy uważali, że sześć dni należy rozumieć dosłownie jako okresy 24-godzinne. Od samego jednak początku byli i tacy, którzy uważali, że tych sześć dni to tylko zabieg literacki. Kościół pozwalał tutaj na rozbieżności, gdyż po pierwsze nie miało to większego znaczenia, a po drugie najwyraźniej kierował się tym o czym wspomniał św. Augustyn w jednym ze swoich dzieł traktujących o Genesis:

W tym, co niejasne i poza naszymi możliwościami poznania, znajdujemy w Piśmie Świętym fragmenty, które można interpretować na wiele sposobów, jednocześnie bez narażania na szwank wiary, którą przyjęliśmy. W takich sytuacjach nie powinniśmy pośpiesznie i jednostronnie upierać się przy czymś, co zostanie podważone przez dalszy postęp w poszukiwaniu prawdy, gdyż wtedy i my wraz z tym – upadniemy [Św. Augustyn, De Genesi ad Litteram Libri Duodecim, ks. I, 18,37].

Jakie podstawy biblijne mieli wybitni chrześcijanie do tego, aby nie traktować sześciu „dni” dosłownie? Po pierwsze natura dnia numer siedem (dzień odpoczynku Boga). Każdy z sześciu pierwszych dni kończył się słowami „i tak upłynął wieczór i poranek dzień…”. Nie dotyczy to dnia siódmego. Inne miejsca Biblii w sposób wyraźny sugerują natomiast, że ten ostatni „dzień” trwa do dnia dzisiejszego:

Lękajmy się przeto, gdy jeszcze trwa obietnica wejścia do Jego odpoczynku, aby ktoś z was nie mniemał, iż jest jej pozbawiony [Heb 4:1].

Przeto przysiągłem w moim gniewie: «Nie wejdą do [miejsca] mego odpoczynku» [Ps 95:11].

„For he [the pagan Celsus] knows nothing of the day of the Sabbath and rest of God, which follows the completion of the world’s creation, and which lasts during the duration of the world, and in which all those will keep the festival with God who have done all their work in their six days” (Orygenes – Against Celsus 6:61).

A teraz zastanówmy się kiedy zaczyna się pierwszy dzień. Czy jest to wers numer jeden? Raczej nie. Każdy z dni (od drugiego do szóstego) zaczyna się od słów „Bóg rzekł”, a kończy słowami „i tak upłynął wieczór i poranek dzień…”. Wzór ten wskazywałby, że „dzień” pierwszy rozpoczyna się wersem numer trzy:

3 Wtedy Bóg rzekł: «Niechaj się stanie światłość!» I stała się światłość. 4 Bóg widząc, że światłość jest dobra, oddzielił ją od ciemności. 5 I nazwał Bóg światłość dniem, a ciemność nazwał nocą. I tak upłynął wieczór i poranek – dzień pierwszy.

Tak więc pierwsze dwa wersy mówiące po prostu o stworzeniu „nieba i ziemi” znajdują się poza (przed) ciągiem kolejno następujących po sobie sześciu „dni”, które traktują już o uporządkowywaniu przez Boga stworzonej wcześniej materii. Ile trwał okres tworzenia „nieba i ziemi” nie wiemy.

Poza tym wszystkim chrześcijanie przywoływali inne fragmenty, jak te mówiące o tym, że u Boga jeden dzień jest jak tysiąc lat (Cyprian czy Laktancjusz), czy to, że ciała niebieskie wyznaczające długość dnia powstały dnia czwartego, tak więc pierwsze trzy dni nie mogły być interpretowane dosłownie. Na koniec cytat ze wspomnianego wcześniej św. Augustyna:

„For in these days [of creation] the morning and evening are counted until, on the sixth day, all things which God then made were finished, and on the seventh the rest of God was mysteriously and sublimely signalized. What kind of days these were is extremely difficult or perhaps impossible for us to conceive, and how much more to say!” (The City of God 11:6 [A.D. 419]).

Dlaczego teksty te zostały napisane w taki a nie inny sposób? Odpowiedź jest prosta. Ponieważ w pierwszej kolejności były skierowane do ludzi żyjących przeszło 2500 lat temu i miały być przede wszystkim zrozumiałe dla nich. Stąd występują w nich motywy mityczne jak lepienie człowieka z gliny czy antropomorfizmy w opisie Boga jak np. spacer Boga po ogrodzie obrazujący bliskość Stwórcy i człowieka istniejącą przed pojawieniem się grzechu. Dlaczego Bóg nie natchnął dawnych pisarzy, aby przekazali nam oni jak powstał świat i człowiek? Ponieważ Pismo Święte opowiada nam to co jest dla nas istotne: historię zbawienia. Człowiek bowiem sam siebie zbawić nie może. Tylko Bóg może. Dlatego Stwórca nam w tym pomaga. Aby być zrozumiałym wykorzystuje jednak do tego innych ludzi z ich wszystkimi zdolnościami jak i ograniczeniami. Dlatego to Biblia nie spadła nam na głowę z nieba. Co do struktury świata i całej reszty to pomoc Boga jest nam zbędna. Mamy rozum wystarczająco potężny, aby samemu zrozumieć otaczającą nas naturę.

[5] TEORIA EWOLUCJI – Często słyszy się, że ewolucja biologiczna (i nie tylko) sprawia, że inteligentna osoba nie może wierzyć w to, że kosmos jak i człowiek zostały stworzone przez Boga, gdyż ewolucja to proces niekierowany (ang. unguided proces). Gdyby Bóg żył w czasie to argument byłby zasadny. Prawda jest jednak taka, że zarówno Biblia jak i tradycja chrześcijańska twierdzą od samego początku, że czas został przez Boga stworzony, a sam Stwórca znajduje się poza czasem. Jak to się mówi dla Boga zawsze jest teraz. Tak więc już „na początku” stwarzania świata Bóg nie tyle przewidywał, co po prostu widział naraz jaki kształt nabiera cały stworzony przez niego kosmos. Patrząc z naszej perspektywy ewolucja to w dużym stopniu przypadek. Patrząc jednak z perspektywy Boga nie może być jednak mowy o żadnym przypadku.

Ewolucjonizm jest dobrym przykładem na to, że współczesna inteligencja, jeśli niszczy cokolwiek, z pewnością niszczy samą siebie. Ewolucjonizm albo w niewinny sposób opisuje powstawanie pewnych zjawisk na ziemi, albo – jeśli stara się być czymś więcej – atakuje myśl jako taką. Jeśli ewolucjonizm niszczy , to nie religię, ale racjonalne myślenie [jeśli za ludzki rozum odpowiada tylko i wyłącznie bezmyślna natura to podstawy aby jemu ufać są nikła, zwłaszcza w sprawach mniej przyziemnych – admin]. Jeśli ewolucjonizm głosi po prostu, że obiektywnie istniejąca rzecz zwana małpą zmieniła się bardzo powoli w inną obiektywnie istniejącą rzecz zwaną człowiekiem, to dla większości ludzi o ortodoksyjnych poglądach jest on zupełnie nieszkodliwy – osobowy Bóg może bowiem dokonywać czegoś zarówno szybko, jak i powoli, zwłaszcza jeśli, tak jak Bóg chrześcijan, znajduje się on poza czasem [G.K. Chesterton – Ortodoksja].

Oprócz tego dodać należy dwie charakterystyczne cechy biblijnego opisu stworzenia człowieka. Po pierwsze słowo Adam w starożytnych językach, oznaczało min. człowiek, rozumianego zarówno jako pojedyncza istota, jak i cały rodzaj ludzki. Oprócz tego tekst biblijny mówi wyraźnie o tym, że to człowiek jest koroną stworzenia. Tylko ludzie zostali stworzeni „na obraz Boga”. Należałoby się więc spodziewać, że dzień w którym powstał człowiek, będzie dniem w którym nie powstanie żadne inne stworzenie (aby podkreślić jego wyjątkowość). Tak jednak nie jest. Szóstego dnia obok (przed)człowieka powstały bowiem również zwierzęta lądowe. Kto wie, może zawiera się tutaj jakieś natchnione przeczucie dotyczące pokrewieństwa człowieka i reszty świata zwierzęcego.

ZOBACZ–>http://www.catholic.com/tracts/creation-and-genesis
A TAKŻE–>https://chantelelston.wordpress.com/2013/10/07/evolution-is-a-supplement-to-my-faith/
http://onetheology.com/2015/10/13/review-of-scripture-and-cosmology-by-kyle-greenwood/