ARGUMENTY ZA WIARĄ#64 Pragnienie prawdy w sercu człowieka.

Posted: 25 października 2015 in Na początku było Słowo...
Tagi:

Co było na początku? Materia i bezosobowa natura wszechświata, czy też może Rozum – Inteligencja – Umysł? Chrześcijanie razem z wybitnymi myślicielami Starożytności powiedzieli by Logos. Seria NA POCZĄTKU BYŁO SŁOWO… ma pomóc czytelnikowi w odpowiedzi na to pytanie. W tym miejscu jednak jedna uwaga. Staraj się patrzeć drogi czytelniku na całą serię przede wszystkim w sposób całościowy.

harvey-shadow

Czy nie można żyć uczciwie bez wiary w chrześcijaństwo?” Oto pytanie, jakie mi postawiono, prosząc o odpowiedź, lecz zanim podejmę próbę jej udzielenia, chciałbym poczynić jedną uwagę. Pytanie brzmi tak, jakby zadawane było przez kogoś, kto powiedział sobie: „W gruncie rzeczy nie obchodzi mnie, czy chrześcijaństwo głosi prawdę, czy nie. Nie interesuje mnie, czy rzeczywisty świat jest bardziej zbliżony do tego, co mówią chrześcijanie, niż do tego, co mówią materialiści. Jedno, co mnie interesuje, to uczciwe życie. Wyboru przekonań dokonam nie z uwagi na ich prawdziwość, lecz ze względu na ich użyteczność”.

Szczerze mówiąc, jest mi trudno znaleźć zrozumienie dla takiego sposobu myślenia. Jedną z cech, która różni człowieka od innych stworzeń, jest to, że chce on posiąść wiedzę, chce dla samej chęci poznania dojść do tego, jaka jest rzeczywistość. Kiedy to pragnienie zostaje w kimś stłumione, to według mnie staje się on czymś mniej niż człowiekiem. Nie sądzę jednak, by ktokolwiek z was rzeczywiście stracił to pragnienie.

Bardziej prawdopodobne jest to, iż niemądrzy kaznodzieje przez ciągłe powtarzanie, jak bardzo chrześcijaństwo może wam pomóc i jak jest ono pożyteczne dla społeczeństwa, pomogli wam zapomnieć, iż chrześcijaństwo nie jest opatentowanym lekarstwem. Chrześcijaństwo rości sobie prawo do wyjaśniania faktów – do mówienia, jaki jest rzeczywisty świat. Jego wyjaśnienia na temat świata mogą być prawdziwe lub nie, a kiedy raz zostanie postawione pytanie, wtedy naturalna ciekawość musi prowokować chęć poznania odpowiedzi. Jeżeli chrześcijaństwo jest nieprawdziwe, to żaden uczciwy człowiek nie będzie chciał mu wierzyć, choćby nie wiem jak było przydatne; jeśli jest prawdziwe, każdy uczciwy człowiek zechce mu uwierzyć, nawet gdyby nie udzieliło mu w ogóle żadnej pomocy.

Kiedy zdamy sobie z tego sprawę, uświadomimy sobie jeszcze coś innego. Gdyby przypadkiem chrześcijaństwo było prawdziwe, to jest raczej rzeczą niemożliwą, by ci, którzy znają tę prawdę i ci którzy jej nie znają, byli w równym stopniu przygotowani do prowadzenia dobrego życia. Znajomość faktów musi skutkować różnicą w czynach. Załóżmy, że ktoś znajduje człowieka przymierającego głodem i pragnie właściwie postąpić. Gdyby nie posiadał żadnych wiadomości z zakresu medycyny, prawdopodobnie dałby mu duży, solidny posiłek, a rezultatem byłaby śmierć. Oto co powoduje działanie po omacku.

Na tej samej zasadzie chrześcijanin i niechrześcijanin mogą mieć obaj dobre intencje w stosunku do swoich bliźnich. Jeden wierzy, że ludzie będą żyli wiecznie, że zostali stworzeni przez Boga i skonstruowani w taki sposób, iż prawdziwe i trwałe szczęście mogą znaleźć jedynie przez zjednoczenie z Bogiem; że zeszli z właściwego toru i jedyną drogą powrotu jest ufna wiara w Chrystusa. Drugi wierzy, że ludzie są przypadkowym rezultatem ślepego działania materii, że zaistnieli jako proste zwierzęta i mniej lub bardziej równomiernie rozwinęli się, że będą żyć przeciętnie około siedemdziesięciu lat, że ich szczęście jest całkowicie osiągalne za sprawą dobrych instytucji społecznych i organizacji politycznych, a wszystko inne (np. wiwisekcję, regulację urodzin, system sądownictwa, edukację) należy oceniać jako „dobre” lub „złe” po prostu w zależności od tego, na ile sprzyjają lub przeszkadzają temu rodzajowi „szczęścia”.

Ci dwaj ludzie mogliby się zgodzić co do bardzo wielu działań na rzecz swoich współobywateli. Obaj pochwaliliby właściwie działające szpitale i kanalizację oraz zdrowe wyżywienie. Wcześniej czy później jednak różnica ich przekonań spowodowałaby różnice w propozycjach praktycznych. Obaj na przykład mogliby być wielkimi zwolennikami edukacji; lecz rodzaje edukacji, jakich by sobie życzyli, oczywiście bardzo się będą różniły. Znowu tam, gdzie pytanie materialisty co do proponowanej akcji brzmiałoby po prostu: „Czy powiększy ona szczęście większości?”, chrześcijanin być może musiałby powiedzieć: „Nawet jeżeli rzeczywiście powiększy ona szczęście większości, to nie możemy jej przeprowadzić; jest bowiem niesprawiedliwa”. I tak przez cały czas jedna zasadnicza różnica będzie przenikać wszystkie ich dążenia. Dla materialisty sprawy takie jak narody, klasy, cywilizacje muszą być ważniejsze niż jednostki, ponieważ jednostka żyje jakieś tam siedemdziesiąt lat z okładem, a grupa może trwać przez wieki. Dla chrześcijanina natomiast jednostki są ważniejsze, ponieważ to one żyją wiecznie; a rasy, cywilizacje i tym podobne struktury są w tym zestawieniu tworami przelotnymi.

Chrześcijanin i materialista żywią różne przekonania co do świata. Nie mogą mieć obaj racji. Ten, który jest w błędzie, będzie działał w sposób, który nie odpowiada rzeczywistemu światu. Wskutek tego przy najlepszej na świecie woli będzie popychał swoich współbraci do zguby.

Przy najlepszej na świecie woli… zatem nie będzie to chyba jego wina? Z pewnością Bóg (założywszy, że Bóg istnieje) nie będzie karał człowieka za płynące z uczciwych pobudek pomyłki? Ale czy w tym leży cały problem? Czy jesteśmy gotowi podejmować ryzyko działania po omacku przez całe nasze życie i wyrządzać nieskończone szkody z powodu czyichś zapewnień, iż nic nam nie grozi, że nikt nas nie ukarze ani nie zgani? Nie wierzę, by czytelnik mógł szczerze w ten sposób rozumować, a gdyby tak było, to trzeba mu coś wyjaśnić.

Pytanie stojące przed każdym z nas nie brzmi: „Czy możliwe jest, żeby ktoś żył uczciwie bez chrześcijaństwa?” Brzmi ono: „Czy ja mogę?” Wiadomo wszystkim, że istnieli dobrzy ludzie, którzy nie byli chrześcijanami; ludzie tacy jak Sokrates i Konfucjusz, którzy nigdy o chrześcijaństwie nie słyszeli, lub ludzie tacy jak J.S. Mill, którzy całkiem uczciwie nie mogli w nie uwierzyć. Zakładając, że chrześcijaństwo jest prawdziwe, ludzie ci byli pogrążeni w stanie uczciwej niewiedzy lub uczciwego błędu. Jeżeli ich intencje były tak dobre, za jakie je mam (bo oczywiście nie jestem w stanie odgadnąć tajników ich dusz), to mam nadzieję i ufam, że mądrość i miłosierdzie Boga zaradzą złu, które ich niewiedza, pozostawiona sama sobie, mogła naturalnie przynieść zarówno im, jak i tym, na których mieli wpływ.

Lecz człowiek, który zapytuje mnie: „Czy nie mogę żyć uczciwie bez wiary w chrześcijaństwo?”, oczywiście nie jest w tym samym położeniu. Gdyby nie słyszał o chrześcijaństwie, nie postawiłby tego pytania. Gdyby usłyszawszy o nim i porządnie się zastanowiwszy, doszedł do wniosku, że nie jest ono prawdziwe, to również by tak nie spytał. Człowiek, który zadaje to pytanie, słyszał o chrześcijaństwie i wcale nie jest przekonany o jego nieprawdziwości. W istocie pyta on: „Czy muszę sobie zawracać tym głowę? Czy nie mogę po prostu pominąć tej kwestii, zwyczajnie nie wywoływać wilka z lasu i żyć dalej uczciwie? Czyż dobre intencje nie wystarczą, by zapewnić mi spokój i zabezpieczenie przed naganą, bez pukania do tych rodzących lęk drzwi i upewniania się, czy w środku ktoś jest czy nie?”

Takiemu człowiekowi być może wystarczyłoby odpowiedzieć, że faktycznie prosi on o to, by pozwolić mu żyć dalej „uczciwie”, zanim zrobił, co w jego mocy, by dowiedzieć się, co oznacza to „uczciwie”. Na tym jednak sprawa się nie kończy. Nie musimy dochodzić tego, czy Bóg ukarze takiego człowieka za jego tchórzostwo i lenistwo: tacy ludzie sami się ukarzą. Ów człowiek wymiguje się. On umyślnie stara się nie wiedzieć, czy chrześcijaństwo jest prawdziwe czy fałszywe, ponieważ przewiduje niekończące się kłopoty, gdyby okazało się prawdziwe. Przypomina kogoś, kto umyślnie „zapomina” spojrzeć na tablicę ogłoszeń, ponieważ gdyby to zrobił, mógłby tam znaleźć swoje nazwisko i wyznaczony mu jakiś nieprzyjemny obowiązek. Przypomina osobę, która nie sprawdza swojego konta bankowego, ponieważ boi się tego, co może na nim znaleźć. Przypomina człowieka, rezygnującego z wizyty u lekarza w momencie, kiedy po raz pierwszy poczuje tajemniczy ból, gdyż obawia się tego, co lekarz może mu oznajmić.

Człowiek, który dla takich powodów pozostaje ateistą, nie jest w stanie uczciwego błędu. Jego stan można określić mianem nieuczciwego błędu, a ta nieuczciwość będzie rozprzestrzeniać się poprzez wszystkie jego myśli i działania, rodząc w rezultacie jakiś fałsz, czający się nieuchwytny niepokój, przytępienie jasności umysłu. Ten człowiek utracił swoje intelektualne dziewictwo. Uczciwe odrzucenie Chrystusa, mimo że błędne, będzie przebaczone i uleczone – „Każdemu, kto mówi jakieś słowo przeciw Synowi Człowieczemu, będzie przebaczone” . Lecz unikać Syna Człowieczego, odwracać się w przeciwnym kierunku, udawać, że się nie zauważyło, zainteresować się nagle czymś po drugiej stronie ulicy, odłożyć słuchawkę telefonu, ponieważ to On mógł dzwonić, pozostawić nie otwarte pewne listy zaadresowane nieznanym charakterem pisma, ponieważ mogłyby pochodzić od Niego – to już inna sprawa. Można jeszcze nie mieć pewności, czy się powinno być chrześcijaninem, ale wiadomo na pewno, że powinno się być człowiekiem, nie strusiem chowającym głowę w piasek.

A jednak – ponieważ honor intelektualny bardzo nisko upadł w naszych czasach – słyszę kogoś skamlącego dalej swoje pytanie: „Czy to mi pomoże? Czy da mi to szczęście? Czy naprawdę myśli pan, że byłbym lepszy, gdybym został chrześcijaninem?” No, jeżeli jest to konieczne, to odpowiem krótko: „Tak”. Na tym etapie jednak nie lubię dawać jakiejkolwiek odpowiedzi. Oto drzwi, za którymi – zdaniem niektórych ludzi – czeka na ciebie tajemnica świata. Albo jest to prawdą, albo nie. Jeżeli nią nie jest, w takim razie drzwi te w rzeczywistości kryją największe oszustwo, najkolosalniejszy zawód dla nadziei, o jakim słyszała historia. Czyż nie jest obowiązkiem każdego człowieka (człowieka, a nie królika!) próbować dojść do prawdy, a potem poświęcić całą energię służbie na rzecz tego olbrzymiego sekretu lub demaskowaniu i niszczeniu tak gigantycznego oszustwa? Czyż mając przed sobą taki problem, można rzeczywiście pogrążyć się całkowicie w swoim błogim „rozwoju moralnym”?

W porządku, podsumujmy: chrześcijaństwo przyniesie ci dobro – dużo więcej dobra niż go kiedykolwiek pragnąłeś czy oczekiwałeś. A pierwszym dobrem będzie to, że wbije ci do głowy (i nie będzie to dla ciebie przyjemne!) fakt, iż to, co dotychczas nazywałeś „dobrem” – wszystko to o „przyzwoitym życiu” i „byciu miłym” – nie jest zupełnie tą wspaniałą i największej wagi sprawą, za jaką ją miałeś. Nauczy cię ono, że w rzeczywistości nie możesz być „dobry” (a w każdym razie nie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę), opierając się na swoich własnych wysiłkach moralnych. A potem nauczy cię, że nawet gdybyś był taki „dobry”, to ciągle nie osiągnąłbyś celu, dla którego zostałeś stworzony. Życie nie kończy się na zwykłej moralności. Zostałeś stworzony do czegoś zupełnie innego. J.S. Mill i Konfucjusz (Sokrates był dużo bliżej rzeczywistości) po prostu nie wiedzieli, na czym polega życie. Ci ludzie, którzy nie przestają pytać, czy nie mogą wieść przyzwoitego życia bez Chrystusa, nie wiedzą, na czym życie polega; gdyby wiedzieli, oczywiste byłoby dla nich, że „przyzwoite życie” jest tylko czymś mechanicznym w porównaniu z tym, do czego my, ludzie, tak naprawdę zostaliśmy stworzeni. Moralność jest niezbędna; ale Boże Życie, które samo się nam ofiarowuje i które wzywa nas, abyśmy byli dziećmi Boga, przeznacza dla nas coś, co wchłonie bez śladu całą naszą moralność. Trzeba nas przetworzyć na nowo. Cały królik w nas musi zniknąć – zarówno ten zatroskany, sumienny, etyczny królik, jak i ten tchórzliwy i zmysłowy. Będziemy krwawić i lamentować, kiedy pełnymi garściami wypadać z nas będzie futro; a potem niespodziewanie znajdziemy pod tym wszystkim coś, czego nigdy dotąd sobie nie wyobrażaliśmy: prawdziwego człowieka, wiecznie młodego boga, syna Boga prawdziwego, silnego, promieniującego, mądrego, pięknego i przepełnionego radością.

„Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, zniknie to, co jest tylko częściowe” . Idea osiągnięcia „uczciwego życia” bez Chrystusa opiera się na podwójnym błędzie. Po pierwsze, jest niewykonalna, a po drugie, wyznaczając sobie „uczciwe życie” jako ostateczny cel, gubi się samą istotę egzystencji. Moralność jest górą, której nie da się zdobyć tylko za pomocą samodzielnych wysiłków, a gdyby nawet udało się tego dokonać, to tylko po to, by stracić życie wśród lodów szczytu i w nienadającym się do oddychania powietrzu, z powodu braku skrzydeł, których wymaga dalszy ciąg podróży. Dopiero stamtąd bowiem rozpoczyna się prawdziwa wspinaczka. Na nic tu już liny i czekany, reszta jest sprawą skrzydeł.

C.S. Lewis – Człowiek czy królik.

Advertisements

Możliwość komentowania jest wyłączona.