Archive for the ‘Aktorzy’ Category

Anna Jantar…

Posted: 2 kwietnia 2016 in Aktorzy

anna_jantar_1Anna Jantar, właściwie Anna Maria Kukulska, z domu Szmeterling – polska piosenkarka, artystka, matka Natalii Kukulskiej, ofiara katastrofy lotniczej na Okęciu, która miała miejsce 14 marca 1980 o godzinie 11:15. Zginęło 77 pasażerów i 10 członków załogi (42 – Polska, 28 – USA, 4 – ZSRR, 3 – NRD).

Z ks. prof. Andrzejem Witko – profesorem Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie, dyrektorem Instytutu Historii Sztuki i Kultury, badaczem życia Anny Jantar – rozmawia Lidia Dudkiewicz.

LIDIA DUDKIEWICZ: – Na czym polega tajemnica żywej obecności Anny Jantar wśród nas, mimo że mija już trzydzieści lat od jej niespodziewanej śmierci?

KS. PROF. ANDRZEJ WITKO: – Kiedy w jednym z ostatnich wywiadów zapytano Annę, co sądzi na temat własnej urody, odpowiedziała, że nie uroda zdobi człowieka, lecz jego serce, i że sama pragnie, aby zdobiło ją przede wszystkim jej serce, stojące otworem dla wszystkich ludzi. Tym właśnie sercem kierowała się w swoim krótkim życiu. Z tego serca wypływała jej wielka miłość do Boga i do ludzi, zarówno do najbliższych, jak i do wielomilionowych rzesz słuchaczy. To serce wciąż bije w jej niezapomnianych piosenkach, dając niezwykle wzruszające świadectwo nieprzemijających wartości. Szczerość, bezpośredniość i zniewalająca dobroć Anny, której mogli doświadczyć jej bliscy i znajomi, wciąż emanują z jej utworów; i z pewnością dlatego nieznosząca fałszu, a ceniąca tak prawdziwy jej obraz publiczność wciąż nie zapomina o słonecznej Ani. Wręcz przeciwnie – odkrywają ją coraz to młodsze pokolenia miłośników piosenki, wciąż powstają jej fankluby, nadal wznawiane są jej płyty. Jej przedwczesna i dramatyczna śmierć przyczyniła się do utrwalenia „bursztynowej legendy”, w której postać Ani jawi się niezwykle wyidealizowana, wręcz anielska. Tymczasem była ona zwyczajnym człowiekiem, cieszącym się życiem, mającym swoje tęsknoty i nadzieje, zwycięstwa i porażki. Rzadko jednak zdarza się, że w jednej osobie koncentruje się tyle pięknych cech, świadcząc tym samym o bogactwie jej człowieczeństwa. Dlatego choć Ani nie ma wśród nas już od trzydziestu lat, jednak pozostaje z nami nadal, młoda i piękna, przyjacielska i serdeczna, ciepła i pełna dobroci…

– A skąd u Księdza Profesora wzięła się fascynacja osobą Anny Jantar, czego owocem jest wydanie niezwykłej książki – pośmiertnego wywiadu z tą wyjątkową kobietą?

– U progu owej duchowej przyjaźni z pewnością leżały te walory, o których wspominam – dobrość, serdeczność, ciepło, które emanowały z jej piosenek, o czym mogłem się przekonać także osobiście, choćby podczas niezapomnianego koncertu na krakowskim Rynku w 1977 r. Znajomość ta, która z czasem przerodziła się w silną duchową więź z rodziną Ani, sprawiła, że staliśmy się sobie nawzajem bardzo bliscy. I także z potrzeby serca powstała przywołana książka pt. „Anna Jantar”, która w pierwszej kolejności miała być prezentem dla jej najbliższej rodziny, dla mamy – Haliny, męża – Jarosława i przede wszystkim dla córki – Natalii i jej dzieci, by utrwalić tak czarujący i ulotny rys życia, dramatycznie przerwanego przed trzydziestu laty.

– Zapewne poznał Ksiądz wszystkie dostępne ślady, które pozostały po Annie Jantar, dotarł do jej rodziny i przyjaciół. Jakim człowiekiem jawi się z tych opowieści ta piękna, młoda kobieta, uwielbiana przez estradową publiczność lat siedemdziesiątych, która nagle odeszła u szczytu wokalnej kariery, w momencie gdy osiągała artystyczną dojrzałość i miała rozpoczynać nowy rozdział swojej wokalnej kariery?

– Z jednej strony postać Ani jawi się jako pełna dobroci, delikatności, taktu i skromności. To rzadkie cechy u człowieka ze świata show-biznesu. Umiała także wczuć się w potrzeby drugiego człowieka, potrafiła słuchać. Ale z drugiej strony – kochała życie i chciała się nim cieszyć. Lubiła markowe perfumy, piękne kreacje i dobrą kuchnię. Nade wszystko jednak kochała ludzi i chciała przez swoją pracę, niezwykle poważnie pojmowaną działalność artystyczną, przynieść im nieco radości i pokoju. I choć wielokrotnie zarzucano jej, że nie sięga po ambitniejszy repertuar, czyniła to celowo, chcąc jak najpełniej sprostać oczekiwaniom słuchaczy. Mówiła o tym kiedyś w następujących słowach: „Mogłabym śpiewać i takie utwory, których linia melodyczna byłaby trudna do zapamiętania, a jeszcze trudniejsza do powtórzenia przez przeciętnego słuchacza. Ale jaki sens miałaby wtedy moja działalność piosenkarska? Jestem przekonana, że w takim przypadku straciłabym wielu ze swoich sympatyków, kto wie, czy nie wszystkich… Śpiewam przecież nie dla siebie, ale dla tych rzesz publiczności, które przychodzą na moje koncerty, kupują moje płyty i są wdzięcznymi odbiorcami moich piosenek na antenie radiowej”.

– Z Księdza książki dowiadujemy się, że Anna Jantar kochała poezję, szczególnie Leśmiana, Pawlikowską-Jasnorzewską, ale także Herberta, Baczyńskiego, a miłość do wierszy zaszczepił w niej starszy brat Roman Szmeterling, który jest wybitnym polonistą. Okazuje się, że był on autorem kilku poetyckich tekstów, które śpiewała Anna Jantar, a ukrywał się pod artystycznym pseudonimem Roman Surmacewicz.

– To oczywiste świadectwo jej naturalnej wrażliwości i delikatności. Właściwie zawsze nosiła ze sobą i czytała tomiki poezji. Ten świat słowa przyciągnął ją na nowo z mocą, gdy zaczęła dojrzewać w swej twórczości i gdy zwróciła baczniejszą uwagę na teksty swych piosenek, chcąc, by niosły konkretne przesłanie. Wtedy też powstały, pomimo aktywnej cenzury, tak znakomite utwory, jak pełna dramatyzmu modlitwa „Tylko mnie poproś do tańca”, ostatni wielki przebój „Nic nie może wiecznie trwać” czy ostatni nagrany utwór „Spocząć”.

– Podobno ojciec Anny Jantar był aktorem amatorem, a ona najpierw uczyła się gry na fortepianie, a potem myślała o szkole aktorskiej. Jednak wybrała mikrofon, bo „urodziła się po to, aby śpiewać”, i „miała słuch absolutny”.

– Rzeczywiście, Ania zdała nawet egzamin do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie, ale nie została przyjęta, bo zabrakło jej punktów za pochodzenie robotniczo-chłopskie. Wówczas zaczęła śpiewać. I to właśnie muzyka stała się jej pasją, w realizacji której z pewnością pomagały jej umiejętności aktorskie. Zresztą wystąpiła w kilku produkcjach filmowych, m.in. „Milion za Laurę” czy „Prawdziwy urok filmu dźwiękowego”.

– Anna Jantar była osobą religijną. Z pewnością Ksiądz poznał również te ślady jej życia…

– To niezwykle subtelny rys, nieznany nawet bliskim znajomym, którzy pamiętają jedynie krzyżyk zawieszony na złotym łańcuszku. Religijność Ania wyniosła z domu rodzinnego, co jeszcze zostało wzmocnione przez bardzo pobożną rodzinę Kukulskich. Teść Ani był nawet klerykiem, ale wskutek drugiej wojny światowej musiał przerwać formację teologiczną. Anna potrafiła dać wymowne świadectwo swej wiary, gdy lekarz nakłaniał ją do usunięcia ciąży, która zagrażała jej życiu. Nie godziła się także na robienie kariery przez rezygnację z zasad moralnych, przez co nawet raz nie dopuszczono jej do udziału w festiwalu opolskim, a później nigdy nie zdobyła na nim żadnej nagrody. Oprócz spełniania normalnych obowiązków religijnych potrafiła znaleźć czas na to, by spotkać się z kapłanami i porozmawiać z nimi na tematy religijne. W jej agendzie znalazłem terminy takich kontaktów przynajmniej raz na kwartał. Wzruszający i pełen głębokiej wymowy jest także fakt potwierdzony przez lekarza medycyny sądowej, że w chwili przejścia do wieczności, w momencie tragicznej katastrofy lotniczej, trzymała zaciśnięty w swej dłoni mały różaniec, który zawsze nosiła ze sobą.

– Wiemy, że Natalia, największa miłość Anny Jantar, dyskretnie pielęgnuje pamięć o swojej mamie. Dostępna jest specjalna strona internetowa, została nagrana płyta poświęcona mamie, odbyło się kilka koncertów jej piosenek…

– Natalia robi to w sposób niezwykle zaangażowany, ale i pełen wyczucia. Wielokrotnie doświadczyła ludzkiej zawiści, zarzucającej jej, że buduje swą karierę na twórczości matki. Dlatego jako córka, zabiegając o utrwalenie jej obrazu, podejmuje różne inicjatywy. Doprowadziła m.in. do ożywienia zainteresowania mediów Anią w związku z rocznicą jej śmierci, ale czyni to bardzo taktownie i delikatnie. A wielu młodych fanów, słuchając na jej koncertach utworów „Tyle słońca w całym mieście” czy „Nic nie może wiecznie trwać”, na nowo odkrywa nieznaną do tej pory postać polskiej sceny muzycznej sprzed lat.

– Czego uczy nas Anna Jantar przez swoje piękne życie?

– Ania przypomina nam o kruchości ludzkiego życia, dlatego wzywa nas, abyśmy umieli wykorzystać dany nam czas, abyśmy byli piewcami dobra, piękna i miłości i byśmy umieli się dzielić tym z innymi. Wreszcie pokazuje też, że nawet śmierć nie jest w stanie rozdzielić tych, którzy żyją nadzieją na rychłe spotkanie w domu Ojca.

vine

Tylko mnie poproś do tańca *

W. Żukowska, B. Olewicz

Ty co garść marzeń mych za nic masz
Za nic masz
Tak krótko trwa życie moje
Ty co dni w rok nie zliczasz czy wiesz
Czy Ty wiesz
Co to jest strach u schyłku dnia
Ty nie chodzisz spać
A ja się boję
Coraz bliżej kroki słyszę
Jedną chwilkę jeszcze tylko…

Tylko mnie poproś do tańca
Ja na nic więcej nie liczę
Od krańca świata do krańca
Od piekła do nieba bram
Tylko mnie poproś do tańca
Jakbyś mnie kochał nad życie
Ja Ci z nadziei Różańca odpust dam
Tylko mnie poproś do tańca
Dopóki młoda godzina
Pożółknie zegara tarcza
Zanim wybije mój czas
Tylko mnie poproś do tańca
W którym się życie zatrzyma
Ta płyta chociaż już zdarta
Jeszcze gra

Ty co sny nam układasz do gry
Myśli me znasz
I za nic masz szanse moje
Ty co gwiazdy rozwieszasz Ty wiesz
Dobrze wiesz
Wszystko ma kres
Czy boisz się
Raz wysłuchaj mnie
Nie myśl o sobie

Tylko mnie poproś do tańca…

* Tę piosenkę-modlitwę, zainspirowaną biblijną Księgą Przysłów, Anna Jantar często śpiewała na estradzie.

http://www.niedziela.pl/artykul/21254/Sloneczna-Ania

Reklamy

plewinski duzy

Anna Dymna z domu Dziadyk – polska aktorka teatralna i filmowa, działaczka społeczna, założycielka i prezes Fundacji Anny Dymnej „Mimo Wszystko”. Odznaczona wieloma orderami min: Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski, Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski czy Srebrny Krzyż Zasługi.

Marysia Wilczur, Ania Pawlaczka z komedii o Pawlakach i Kargulach, Barbara Radziwiłłówna – to zaledwie kilka filmowych ról Anny Dymnej, które uczyniły z niej gwiazdę i ulubienicę publiczności.

W bogatym dorobku artystycznym Aktorki znalazły się wspaniałe kreacje, jakie stworzyła na scenie macierzystego Teatru Starego w Krakowie, gdzie nadal pracuje. Od zupełnie innej strony poznaliśmy Dymną w telewizyjnych programach „Spotkajmy się”. Raz w miesiącu w telewizyjnej Dwójce rozmawia ona w fascynujący sposób z ludźmi niepełnosprawnymi, przybliżając widzom ich marzenia, postawy i sposób na życie.

Mądrość audycji polega na tym, że możemy tych ludzi lepiej poznać i wiele się od nich nauczyć. Zrozumieć, czym jest szczęście, jak nie dać się złamać losowi, i że nie warto rezygnować z życiowych zamiarów. Mimo wszystko. „Mimo Wszystko” – to nazwa fundacji charytatywnej, którą Anna Dymna prowadzi od 2003 r. Aktorka przyznaje, że praca z ludźmi niepełnosprawnymi daje jej ogromną energię. Odkryła też prawdę, która kiedyś stanowiła dla niej tajemnicę, podczas gdy inni już tę tajemnicę dawno posiedli. – To nie jest tak, że tylko my jesteśmy potrzebni ludziom chorym i niepełnosprawnym. Oni są nam bardzo potrzebni. Mają w sobie coś takiego, co może przywrócić człowiekowi wiarę w sens istnienia – zauważa pani Anna.

„Próbuję i udaje się”

Mówi o sobie: – Jestem aktorką, ale jestem przede wszystkim człowiekiem. Mogę dokonywać wyborów, do czego używam swojej publicznej twarzy. Wiem, że może ona także w inny sposób służyć i pomagać ludziom. Próbuję i udaje się.

Za każdym razem podkreśla służebną rolę swego zawodu, który uczynił z niej osobę popularną, ale tę sławę chciałaby spożytkować, pomagając innym. – Ludzie, mając w pamięci moje role, po prostu mnie lubią. Przez wiele lat bardzo ciężko pracowałam na moją twarz. Wykorzystuję ją teraz z premedytacją – mówi. I namawia ciekawskich, by sami zaczęli pomagać chorym i niepełnosprawnym. Wtedy znajdą odpowiedź na nurtujące ich pytania. Dlatego irytują ją uwagi, jakie padają pod jej adresem w zawodowym środowisku: – Dlaczego zajmujesz się tymi niepełnosprawnymi? Przecież to jest okropne: oni plują, bełkoczą, robią pod siebie, głupio się zachowują – dopytują koledzy. Kiedy nie wytrzymuje, rzuca im prowokacyjnie w twarz: – Pomagam im tylko dlatego, że nie mam ochoty pić wódki.
Ale tak naprawdę nigdy nie zastanawiała się, dlaczego to robi. Tak została ukształtowana przez dom rodzinny, religię i matkę, która w ludziach dostrzegała przede wszystkim dobro i wpajała jej, że człowiek jest tyle wart, ile uczyni dobrego. Jest przekonana, że ludzie są w gruncie rzeczy dobrzy. Problem w tym, że wielu z nich nie uświadamia sobie drzemiącego w nich potencjału dobra. Tę dobroć należy w nich dopiero rozniecić. A zło jest tylko chorobą. Dlatego Dymna twierdzi, że nikogo nie wolno potępiać, wykluczać, tylko trzeba szukać pozytywnych wartości. Nie ma bowiem ludzi stuprocentowo złych czy podłych. Są za to ludzie samotni, zagubieni, okaleczeni wewnętrznie. W każdym można jednak znaleźć odrobinę dobrych uczuć.

Ciekawość dotycząca wnętrza człowieka była u Dymnej obecna od wczesnej młodości. Dlatego początkowo po szkole średniej chciała zdawać na psychologię. Przypadek sprawił, że egzaminy do szkoły aktorskiej odbywały się wcześniej. Do krakowskiej PWST zdała i została przyjęta. I to już nie psychologia, ale zawód aktorski i praca nad wieloma rolami dały jej umiejętność rozmawiania z ludźmi doświadczonymi przez los, bo aktorstwo nauczyło ją nawiązywania kontaktu z drugą osobą. Aktor musi umieć słuchać i rozumieć drugiego człowieka. – Nauczyłam się patrzeć, słuchać i rozumieć, dlatego chyba odważyłam się prowadzić program telewizyjny Spotkajmy się. A role, takie jak Marysia Wilczur czy Ania Pawlaczka, sprawiły, że jestem znajomą tysięcy ludzi. To pomaga bardzo w społecznej działalności – przyznaje Dymna.

Jak ona to robi?

Skąd bierze tyle sił, by sprostać obowiązkom, które wzięła na swoje barki? – zastanawiają się przyjaciele i znajomi. Dymna odpowiada prosto: – Z wielu rzeczy. Budzę się rano i znowu biegnę do przodu – mówi, nie zagłębiając się w szczegóły. Tylko bardzo bliscy wiedzą, jak jej czasem trudno, kiedy boli kręgosłup uszkodzony w czterech wypadkach samochodowych. Nie chce o tym mówić, wiedząc dobrze, że ból i cierpienie wpisane są w człowieczy los i trzeba je przyjmować „z dobrodziejstwem inwentarza”. Przyciśnięta do muru przyznaje, że fundację założyła tylko po to, by uratować warsztaty terapeutyczne dla dwudziestu sześciu osób niepełnosprawnych umysłowo, kiedy w poszukiwaniu oszczędności cofnięte zostały dotacje rządowe na ten cel. Ludziom pokrzywdzonym przez los, których poznała w Radwanowicach, zawalił się wtedy świat, bo uczestnictwo w warsztatach twórczych dawało im ogromną radość i możliwość realizacji. Do ośrodka w Radwanowicach przyjeżdżała początkowo jako osoba całkowicie prywatna, a ściągał ją tam ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski. Kilka lat temu przyjechała do radwanowickiego kościoła w Boże Narodzenie na Mszę św. – Nabożeństwo, w którym uczestniczą niepełnosprawni umysłowo, wywołuje szok u zwyczajnego człowieka – przyznaje Dymna. – Oni modlą się i śpiewają w bardzo specyficzny sposób. Wszystko robią z otwartością i zaangażowaniem, wielbiąc Boga, który ich kocha.
Początkowo bała się tego kontaktu, obawiała się, że nie udźwignie widoku nieszczęścia. Nie czuła się przygotowana. Ale między Dymną a podopiecznymi ks. Zaleskiego zaczęła wytwarzać się więź. Ksiądz uważnie obserwował ich reakcje na obecność Aktorki. Któregoś razu zaprosił ją, by obejrzała próby przedstawienia Teatru „Radwanek” i podpowiedziała rady terapeutkom, które pracują nad przedstawieniami. No i wsiąkła. Zaczęła się miłość wzajemna Dymnej i niepełnosprawnych. Aktorka jest zachwycona tym, co robi ks. Zaleski i Fundacja Brata Alberta, prowadząca trzydzieści placówek, schronisk, warsztatów terapii zajęciowej, świetlic terapeutycznych, środowiskowych domów samopomocy. Prowadzą też przedszkole i szkołę integracyjną. Swoje poczucie wspólnoty z ks. Zaleskim pani Anna opiera nie tylko na tym, że oboje fascynuje działalność na rzecz niepełnosprawnych. Ich więź Dymna wywodzi też od wspólnego dla obojga pochodzenia ormiańskiego. Kiedy w 1999 r. otrzymała Medal Brata Alberta, poczuła, że to wyróżnienie jest jej dane niejako na wyrost i musi na nie zasłużyć. – Ks. Zaleski wiedział chyba, że moja prababcia była Ormianką. Ormianie mają to do siebie, że niczego za darmo nie przyjmują. Dlatego postanowiłam zapracować na swój medal – mówi Dymna.

Dobro rodzi dobro

I zaczęło się. W 2001 r. narodził się pierwszy Ogólnopolski Festiwal Twórczości Teatralno-Muzycznej Osób Niepełnosprawnych Intelektualnie „Albertiana”, wymyślony w taki sposób, by uczestnicy tego święta poczuli, że są normalnymi aktorami. Do napisania słów do hymnu „Albertiany” namówiła Czesława Miłosza. Podczas festiwalu zawsze występuje zespół niepełnosprawnych z Radwanowic. W 2005 r. pokazali adaptację bajki Andersena Brzydkie kaczątko. Dymna od razu dodaje, że jej przyjaciele są jak „brzydkie kaczątka” – po prostu cudowni. Pięknego łabędzia trzeba w nich dopiero zobaczyć, bo ich świat reprezentuje zupełnie inne wartości od naszego, tylko z pozoru normalnego, w którym ciągle zmuszamy się do przybierania póz, udawania, ścigania i ciągłego udowadniania, że jesteśmy lepsi od innych. Dymna za każdym razem odkrywa, że z tego kontaktu czerpie coraz to inną, wypływającą od tych ludzi mądrość. Jest zachwycona ich autentyczną radością, okazywaniem więzi, czuje, że oni naprawdę kochają i potrzebują drugiego człowieka jak powietrza. To piękne być potrzebnym drugiej osobie.

Kiedy nad ośrodkiem w Radwanowicach zawisła groźba likwidacji, bo po nowelizacji ustawy o rehabilitacji i zatrudnieniu osób niepełnosprawnych budżet państwa nie chciał już finansować warsztatów terapeutycznych osobom, które jednocześnie mieszkały w domach opieki społecznej, trzeba było zacząć działać. Dymna za namową ks. Zaleskiego, który powiedział: „Przecież i Ty możesz coś zrobić” – założyła fundację. Od 2003 r. emitowane są w telewizji odcinki programu Anna Dymna – Spotkajmy się, którego współautorem i producentem jest Mateusz Dzieduszycki. Dzięki tej audycji ludzie otwierają swoje serca i portfele. Uczą się inności i mądrości niepełnosprawnych, którzy nieraz żyją tuż obok. Fundacja Anny Dymnej „Mimo Wszystko” jest instytucją pożytku publicznego. Każdy z nas może przekazać jej 1 proc. swego podatku w ramach corocznych rozliczeń z urzędem skarbowym. W listopadzie ub.r. fundacja otrzymała teren opuszczony przez wojsko w nadbałtyckim Lubiatowie. Pani Annie marzy się, aby tam powstał ośrodek wczasowo-rehabilitacyjny dla osób niepełnosprawnych oraz dzienne warsztaty terapii zajęciowej. Wymyśliła też Festiwal Zaczarowanej Piosenki.

Dobro rodzi dobro. Jako oddział jej fundacji z inicjatywy młodych ludzi z Akademii Sztuk Pięknych powstała fundacja „Studenci studentom”. Koledzy chcieli pomóc umierającemu na raka krwi przyjacielowi z uczelni. Patronat nad tym przedsięwzięciem zgodził się objąć kard. Franciszek Macharski. Dymna wspólnie z Maćkiem Stuhrem prowadziła aukcje dzieł sztuki ofiarowanych przez profesorów i studentów krakowskiej ASP, by zebrać środki na leczenie. Udało się zgromadzić kilka tysięcy złotych, jednak chorego nie można już było uratować. Studencka fundacja jednak pozostała, bo każdy może zachorować. W każdej chwili. Anna Dymna jest człowiekiem pełnym ciepła, serdeczności i niespożytej energii. Z planu zdjęciowego goni zagrać spektakl w Teatrze Starym w Krakowie albo na nagranie do telewizji. Sprawami fundacji zajmuje się nieustannie. O każdej porze dnia, a kiedy trzeba – również i nocy. Znajduje też czas na refleksję. Wyszła właśnie książka, w której opublikowany został wywiad rzeka, jaki z Dymną przeprowadził Wojciech Szczawiński. Mądra książka, nad którą warto się pochylić, by lepiej zrozumieć bliźniego. Kupując ją, można również wesprzeć fundację. Zastanawiałam się, skąd u Dymnej taka ogromna miłość, która przepełnia przestrzeń między nią a innymi. Już wiem: Z wiary. – Mojej wiary w Boga nie zaburzy żaden człowiek ani zdarzenie – wyznaje Dymna Szczawińskiemu. Ona jest wiarą mocna. To widać. – Nigdy nie pomagałam ludziom, by potem czekać na ich wdzięczność albo nagrodę od Boga w życiu wiecznym – mówi. I dodaje: – Nie kalkuluję.

Ciekawostka

Anna Dymna często podkreślała wielki wpływ, jaki wywarła na nią barwna osobowość jej pierwszego męża, Wiesława Dymnego, którego poślubiła na studiach. Z okazji poświęconego mu programu telewizyjnego w 20. rocznicę śmierci poprosiła ulubiony zespół swojego syna, Big Cyc, o napisanie trzech piosenek do jego tekstów („Mam to w nosie”, „Łazik z Tormesu” i „Wszyscy święci”). Dzięki udostępnionej przez nią twórczości Wiesława Dymnego (po części wcześniej niepublikowanej) grupa nagrała album Wszyscy święci.

http://www.niedziela.pl/artykul/79287/nd/Ona-jest-wiara-mocna

Matthew David McConaughey – amerykański aktor, reżyser, scenarzysta i producent filmowy. Laureat nagrody Oscara dla najlepszego aktora pierwszoplanowego za film Witaj w klubie. Oprócz tego znany jest z takich filmów jak: Czas zabijania, Sahara czy serialu HBO Detektyw, który zbiera wyśmienite recenzje wśród krytyków, jak i telewidzów.

1-mcconaughey-oscar

Matthew McConaughey, po otrzymaniu Oscara w kategorii „najlepszy aktor” za wyżej wspomniany film „Witaj w klubie”, w pierwszej kolejności podziękował Bogu.

„Przede wszystkim chciałbym podziękować Bogu, którego podziwiam. W swojej łasce dał mi możliwości, które nie są ani moją ani innych zasługą.” – powiedział wzruszony aktor. Matthew McConaughey wyraził ponadto wdzięczność żonie, dzieciom, mamie i zmarłemu ojcu.

„Tato, nauczyłeś mnie co znaczy być mężczyzną. Mamo, która jesteś tu obecna, wpoiłaś we mnie i moich dwóch braci, szacunek do samych siebie. W zamian nauczyliśmy się bardziej respektować innych.”

Wypowiedź McConaughey’a zebrała duże poparcie na portalach społecznościowych. Była także pewnym zaskoczeniem, gdyż aktor do tej pory nie mówił zbyt wiele o swojej wierze. Rodzice Matthew byli metodystami i imię, które dali synowi zaczerpnęli z Biblii. Z tego powodu aktor nigdy nie skrócił go do po prostu „Matt”. Niektórzy chrześcijanie zarzucają aktorowi, że gra w filmach promujących mało chrześcijańskie wartości. Nie zmienia to jednak faktu, że przyznawanie się do Boga w takim środowisku jak Hollywood, kiedy miliony ludzi ogląda ceremonię na żywo, wymaga zarówno odwagi jak i szczerości, nie często spotykanej u celebrytów na tym poziomie.

W 2012 roku po 6 latach związku poślubił brazylijską modelkę Camilę Alves (ur. 1982). Ma z nią troje dzieci.

http://www.chn24.pl/wiat/news/5212-matthew-mcconaughey-podzikowa-bogu-podczas-ceremonii-rozdania-oscarow.html

Kevin David Sorbo (ur. 24 września 1958 roku w Mound w stanie Minnesota, USA) – amerykański aktor telewizyjny i filmowy. Najbardziej znany z głównej roli w słynnym serialu „Herkules”. Wcielił się również w postać kapitana Dylana Hunta w serialu „Andromeda”.

her

Konserwatywne poglądy Kevina Sorbo nie są w Hollywood mile widziane…

Aktor twierdzi, że z powodu swojej nieliberalnej opinii na temat polityki i spraw społecznych znalazł się na hollywoodzkiej „czarnej liście”.

– Nie jestem imprezowiczem. Bo obu stronach sceny politycznej są ludzie, z którymi się nie zgadzam. Staram się stwierdzić, kto jest najlepszy. To samo w sobie wystarcza do umieszczenia mnie na czarnej liście w Hollywood – mówi Sorbo.

Aktor wyjawia, że w świecie gwiazd filmu w USA nie ma miejsca dla osób, które mają inne zdanie.

– Domagają się tolerancji, wolności słowa, ale jeśli całkowicie nie zgadzasz się z tym, co mówią, to mogą umieścić cię na czarnej liście. Mają taką władzę – tłumaczy.

Sorbo przyznaje, że natrafia często na ostry sprzeciw w związku ze swoją chrześcijańską wiarą.

– Jest odczuwalny negatywny stosunek do ludzi, którzy nie są liberalni. Nie mam wątpliwości, że zaszkodził mi w Hollywood fakt, że nie głosowałem na Obamę – twierdzi aktor.

Sorbo zagrał ostatnio ateistycznego profesora w filmie „God’s Not Dead” (Bóg nie umarł). Rzuca w nim wyzwanie jednemu ze swoich studentów, by udowodnił istnienie Boga.

– Nie jestem ateistą, więc granie ateisty było zabawne. Jesteśmy aktorami i ciekawie jest grać różne role. Ten film ma w sobie wspaniałe przesłanie. Uwielbiam grać w filmach o wierze, ale nie chcę, żeby to było głoszenie do chóru. Chór już mamy. To ludzie, którzy wierzą w Boga, w Jezusa. Takie filmy są raczej dla tych, którzy siedzą przy płocie, powiedzmy, do niezależnych wyborców – wyjaśnia.

Największą sławę do tej pory przyniosły mu role Herkulesa i kapitana statku kosmicznego Andromeda. Poniżej fragment filmu „God’s Not Dead”.

http://chnnews.pl/index.php/pl/rozrywka/item/1387-poznajecie-tego-aktora-z-filmow-o-herkulesie-mowi-o-swojej-wierze-i-przesladowaniach-w-hollywood.html

Krzysztof Marek Kolberger  – polski aktor i reżyser teatralny. Znany min. z serialu „Sfora”. Zmarł w 2011 roku. Kolberger był znanym interpretatorem poezji – m.in. Czesława Miłosza, Cypriana Kamila Norwida, Juliusza Słowackiego, Adama Mickiewicza i Karola Wojtyły. „Poezja bez przerwy mi towarzyszy” – podkreślał artysta. Pomimo wielu ról teatralnych i filmowych, za jedno ze swoich najważniejszych zadań aktorskich uważał odczytanie testamentu Jana Pawła II w czasie żałoby po śmierci papieża. Czytał też wielokrotnie „Tryptyk Rzymski” Karola Wojtyły oraz użyczył głosu ojcu świętemu w filmie „Jan Paweł II z Jonem Voightem.’

Krzysztof Kolberger

Krzysztof Kolberger

Świadectwo

Dzisiaj1 mówię o mojej chorobie świadomie. Po doświadczeniach wielu – i to jest ważne – osób publicznych. Ich świadectwo, dzielenie się swoimi przeżyciami powoduje, że ludzie inaczej zaczynają traktować chore osoby w swoim kręgu.

Chorzy zaczynają inaczej traktować siebie. Przykłady Kamila Durczoka, Krystyny Kofty czy tych, którzy przegrali walkę z chorobą – Marcina Pawłowskiego, ks. Józefa Tischnera. Warto te osoby wspomnieć. Czy jeszcze niezwykły wywiad, udzielony przez Andrzeja Grubbę, który oglądałem, w ogóle nie poznawszy go. Jak wspaniale z uśmiechem i ze spokojem mówił o swojej chorobie. Że już nie wspomnę o nie-zwykłym przykładzie chorowania, odchodzenia, cierpienia i traktowania choroby przez Ojca Świętego, jakże niezwykłą pracę wykonał Jan Paweł II, ucząc nas – właściwie – umierania. […]

Temat śmierci, oczywiście, jest dla mnie tematem w tej chwili… hm, ładnie to zabrzmi – z uśmiechem to mówię – bliski. […] Jest to temat rzeka, w tej chwili, oczywiście. Ciągle wierzę, że wszystko będzie dobrze, jestem aktorem, który chce uprawiać swój zawód i grać różne role. Mój zawód jest zawodem nieistniejącym bez odbiorcy, publiczności, słuchacza, widza. Mam świadomość, że nie wszyscy tematem wiary, śmierci, choroby są zafascynowani, co więcej… […] Boją się tego tematu. Mam też świadomość, że uciekają od tego tematu. To jest też taka nasza, chyba niesłuszna, „obrona”. Bardzo ładnie ksiądz Jan [Twardowski] w którymś momencie o tym wspomniał: […] „W XIX wieku modne były książeczki o przygotowaniu się na dobrą śmierć. Dzisiaj już się takich nie drukuje. Choć dawne książeczki wydają się staroświeckie, na chwilę śmierci i tak powinniśmy się przygotować”2.

Myślę, że kiedyś żyliśmy bardziej w zgodzie z pewnym rytmem biologicznym, z naturą, już choćby to, że istniały wielodzietne, wielopokoleniowe rodziny: była babcia, czasem prababcia. W naturalny sposób obcowano w związku z tym i z chorobą, i ze śmiercią. Dzieci rodziły się, a jednocześnie już w młodym wieku towarzyszyły momentom odchodzenia. Lekcja odbywała się jakby w naturalny sposób. Dzisiaj uciekamy od tego, nawet często oddając rodziców do domów starców, szpitali. Większość ludzi umiera dzisiaj w szpitalu, bez obecności bliskich. Takie nowe bóstwo się narodziło: młodość, siła, zdrowie.

Gabinety kosmetyczne, udawanie, że się nie starzejemy. I dobrze. Rozumiem to. Każdy chce być młody, zdrowy, szczęśliwy, bogaty i piękny. Jest to naturalne i mądre. Mieć szczęście, fantastyczną żonę albo męża, dużo pieniędzy… Może to jest naturalne i może tak trzeba. Łatwiej żyć, jeżeli wszystko to, o czym mówiłem, jest. Tylko jeżeli staje się jedyną ważną rzeczą… […]

Nie chcę tutaj, broń Boże, żeby ktokolwiek, czytając te słowa, miał wrażenie, że oto siada jakiś mędrzec, bo mędrcem nie jestem, filozofem nie jestem, intelektualistą nie jestem. Mam swoje przeżycia, którymi chcę się w konkretnym celu podzielić, żeby komuś może coś ułatwić? Może przestrzec? Nawet nie przestrzec. Wiem z własnego doświadczenia i nie tylko, także swojego dziecka, bliskich osób, że pewnych rzeczy trzeba samemu doświadczyć, przefiltrować, przeżyć. Trzeba zostać czymś dotkniętym, żeby pewne rzeczy zrozumieć i przyjąć. Bo my wiele rzeczy rozumiemy, zakładamy teoretycznie, że istnieją, wiemy, że są, natomiast tak naprawdę dopiero w zetknięciu osobistym czy poprzez zetknięcie się w naszym kręgu, jeżeli coś się dzieje niedobrego, pewne rzeczy zaczynamy… nie chcę powiedzieć – rozumieć…

Nawet dzisiaj coś takiego pomyślałem sobie w pewnym momencie. Jak wspaniale Trójca – tutaj pozwolę sobie Trójcę, ale innego rodzaju, określić: Bóg – Los – Natura – nas stworzyła. Kiedy jest wszystko w porządku, kiedy jeszcze sami sobie nie zepsuliśmy tego naszego cudownego… [.] organizmu. Sami sobie go psujemy. Nasz organizm, kiedy funkcjonuje, kiedy wszystko jest dobrze, jest cudownym tworem. Ale to też człowiek stwierdza dopiero po czasie. Na co dzień nie docenia tego. Nie docenia, jakim bogactwem, jaką nieprawdopodobną wręcz instytucją jest człowiek stworzony na obraz i podobieństwo Boga, jak mówi Księga. […]

Skażeni cywilizacją zatracamy naturalną umiejętność słuchania organizmu i słuchania tego, co dla nas jest dobre i co złe.

Wydaje nam się, że nas to nie dotknie, a ja wręcz nawołuję! Nie czekajmy na to, aż choroba nas zaatakuje. Nawet nie mówię w tej chwili o ostateczności. Wszyscy wiemy, jak jest. Już nie mówię o tym, że gdy chorujemy, to często nie chcemy o tym wiedzieć. W najbliższym kręgu miałem podobny przypadek. Moja siostra wiedziała o chorobie. Nie chciała się leczyć. Z takimi wypadkami spotkałem się wielokrotnie: „Nie chcę wiedzieć, że jestem chora”. To jest zresztą syndrom nawet nazwany przez lekarzy. Unikamy wiedzy o tym, że jesteśmy chorzy, bo nam się wydaje, że wtedy będziemy zdrowi. [.]

Akurat ja jestem człowiekiem, który chce wiedzieć. Kiedy szesnaście lat temu miałem po raz pierwszy robione USG, od razu wiedziałem, że coś jest nie tak. Oczywiście nie wiedziałem co, gdzie, dlaczego, w jakim zasięgu. Pierwszy się odezwałem, bo wydawało mi się, że lekarz milczy o sekundę za długo: „Panie doktorze! Ja muszę wiedzieć, bo mam taką sytuację. Ja chcę wiedzieć”. Wtedy umierała już na raka moja siostra. Pod moją opieką miała zostać jej córka, samotnie przez nią wychowywana, że nie wspomnę o rodzicach, już wiekowych. I on mi wtedy powiedział. Od razu. Bez ukrywania. Jest zresztą takie bardzo piękne zdanie, też już gdzieś cytowałem, ale warto je powtarzać: „Świadomość i wola to klucze do uzdrowienia duszy i ciała”.

Nie zawsze tak jest. Byłoby to zbyt proste. Jeżeli jednak będziemy uciekać od tej świadomości, że może nas to dotknąć… Co gorsze, właśnie już wiedząc, że jesteśmy chorzy, czy podejrzewając, zrezygnujemy z walki, to wtedy na pewno nie wygramy.

Nawet jeżeli to ma dotyczyć roku, dwóch lat, warto walczyć. Mówimy tu o rzeczach bardzo ludzkich. […]

Wiem już, że czas jest dany i z jakiegoś powodu jest dany. Przynajmniej chcę i wierzę w to, a przede wszystkim chcę bardzo w to wierzyć. Inaczej musiałbym sobie zadać pytanie, które zadaje sobie wielu i filozofów, ale i przeciętnych ludzi: „Jaki to ma sens?”. Jeżeli moja mama od dobrych już kilku lat, mając w tej chwili osiemdziesiąt osiem, pyta: „Po co ja żyję? Tylko wam przynoszę kłopoty. Jestem ciężarem dla was” – gdyby to przyjąć, wtedy rzeczywiście nic nie miałoby sensu. Bo po co? Po co jesteśmy ciężarem dla innych ludzi? Po co tu jesteśmy, jeżeli wiemy, że za chwilę musimy umrzeć? […]

Skoro wiemy od urodzenia niemalże, nie dosłownie, ale powiedzmy tak w przenośni, że umrzemy – to właściwie… Po co żyć? Pracuję nie mniej, niż pracowałem przed zeszłoroczną operacją, a może nawet więcej… Co więcej! Pracuję ze świadomością, że nie należy robić rzeczy byle jakich, że nie wolno marnować czasu i że to jest niezwykłe doświadczenie. […] Nagle czas nabiera… Staje się niezwykle cennym kruszcem, ponieważ nie wiemy, ile go jeszcze mamy.

Jeżeli chcemy nadać temu wszystkiemu, co tu robimy, naszemu krótkiemu w historii dziejów wszechświata, ziemi nawet, czy roślin, czy drzew, życiu… Inaczej. Jeżeli nie nadamy tym chwilom, temu czasowi SENSU – to tylko się zabić! […] Jeżeli się znajdzie Sens, wtedy nie będziemy się zabijali, bo zrozumiemy, że to nie my decydujemy. Uwierzymy, że „gdy sensu już nie ma to sens się zaczyna”3. […] Zresztą i tak życie zostało nam dane przez Kogoś i ten Ktoś ma prawo je odebrać… […] Nie my decydujemy.

W momencie, kiedy przychodzą takie myśli: „Ile czasu jeszcze mam?”, a właściwie wiedząc, że mam go coraz mniej, przecież i tak wszyscy musimy odejść, zyskuję niezwykłą radość i chęć życia, paradoksalnie – a może nie paradoksalnie? – niezwykłą aktywność. Przynajmniej w moim wypadku są to momenty niezwykle mobilizujące. Przynajmniej mnie. To jest jeden z powodów, dla których o tym wszystkim pozwalam sobie w ogóle mówić publicznie. Mając świadomość, że jest to inaczej odbierane, kiedy mówi to osoba znana.

Sam zresztą pamiętam, jak po raz pierwszy powiedziałem w wywiadzie telewizyjnym o moim zetknięciu z chorobą. Przywołałem sobie na myśl Singera. Akurat czytałem jego, nie pamiętam już którą, autobiograficzną książkę. W każdym razie człowiek utożsamiany przeze mnie ze szczęściem, sławą, Nagrodą Nobla, na pewno z dużymi pieniędzmi, szczęśliwym życiem (bo tak oceniamy przecież tych wielkich), nagle w tej książce opo-wiada o sobie, swoich kompleksach, zahamowaniach, trudnościach, niewiarach, słabościach. I pomyślałem: „Może, jak to mówi się uczenie: to-utesproportions gardees, pomogę komuś, komu moja pozycja wydaje się lepsza, że jestem właśnie na świeczniku, popularny, właściwie samo szczęście…”. I tak zresztą ludzie potem mówili: „Wie pan? Pan nam się kojarzy z tym, że panu się wszystko tak fantastycznie układa. Teraz, jak już wiemy, że nie, to jest pan nam bliższy”.

To raz. A dwa: „Bardzo nam pan pomaga, bo przez to porównanie czujemy, że nie jest z nami tak źle, że to jest normalne dla wszystkich i dotyczy wszystkich”. I to jest kolejny powód – powód nie-powód? – dla którego w ogóle ośmieliłem się zajmować swoją osobą, przeżyciami, chorobami uwagę innych. Broń Boże, nie dla… epatowania chorobą. Z kolei mam też na to już konkretne dowody, jak wielu osobom pomógł mój sposób traktowania choroby, siebie w niej.

Niedawno znajoma przyprowadziła swoją koleżankę chorą na nowotwór na przedstawienie wyreżyserowane przeze mnie zaraz po zeszłorocznej chorobie… Sztuka Kocham O’Keeffe. O amerykańskiej malarce i jej mężu. […] Ta koleżanka nie chciała się leczyć. Kiedy zobaczyła mnie na scenie, powiedziała: „Jeżeli pan Krzysztof parę miesięcy po operacji może tak «szaleć» na scenie, to ja też chcę walczyć”. Praca nad tą rolą, a przy-padkowo również nad – przypadkowo-nieprzypadkowo – zbudowaniem całego przedstawienia od strony reżyserskiej, dodała mi niewiarygodnej siły w walce o szybszy powrót do zdrowia. Niezwykłe zadanie, którego bym się może w normalnych warunkach nie podjął.

I znowu wtym czasie po operacji pomyślałem: „A, zaryzykuję. Nie wiadomo, jak to będzie. Może już nie będzie na to czasu?”. […] Otrzymana propozycja spotkała się z moją determinacją, aby to zrobić. Wtedy nawet nie była to już odwaga. Strasznie się bałem tego momentu. Moment ten jednak dał nagle inną siłę, inną odwagę, inną chęć, inną radość, już nie tylko pracy. Nagle człowiek w tym zapędzeniu zaczyna zauważać, że jest jeszcze tyle wspaniałych rzeczy na świecie. […]

Też i inny jeszcze, już nie powód, ale dobrodziejstwo, płynie z tego mówienia. Z takiej właściwie publicznej spowiedzi trochę. Paradoksalnie, daje mi to siłę! Może to trochę takie zawodowe, w bardzo dużym cudzysłowie, a nawet w dwóch… Nie wiem, czy jest taka figura drukowana? -chorowanie „na pokaz”.

Pan profesor, który mnie operował, kiedy go kiedyś przywitałem: „Witam mistrza!”, powiedział: „Mistrzem to pan jest. W chorowaniu”. To był dla mnie wielki komplement i wielkie zobowiązanie. Wielka motywacja do właśnie takiego, anie innego zachowywania i innego traktowania siebie, a może bardziej wszystkich wokół mnie. Na tym polega czasem trudność z chorowaniem, że człowiek, kiedy choruje, cierpi – staje się dużym egoistą. Zaczyna wymagać. Zaczyna domagać się tego, czego może nie dostał w życiu wcześniej: opieki, troski, miłości, koncentracji na swojej osobie.

Albo mam to w naturze, albo się tego nauczyłem, albo to sobie wymyśliłem. Nie ma znaczenia. Efekt jest taki, jaki jest. To, że się mną ludzie opiekują, pomagają mi, odwiedzali mnie, kiedy byłem w szpitalu, „tracili” czas, myślę… tracili, bo musieli go urywać innym osobom, innym swoim zajęciom, sobie, to oczywiste.

Nie wiem, jak będzie dalej. Nie wiem, jak się potoczą dalsze losy. Na ile będę w stanie dalej, kolejny duży cudzysłów, „udawać dzielnego”, dziarskiego, pracować często ponad siły – co dotąd dawało mi – też paradoksalnie, o czym już mówiliśmy – energię. Bo mój zawód wyzwala energię, której człowiek normalnie nie uruchamia na co dzień. Myślę, że my jesteśmy naprawdę bardzo silnym zwierzęciem. W naszej psychice istnieje niezwykła moc.

Właściwie na przestrzeni wieków świadczą o tym wszystkie dzieje ludzi, których dzisiaj nazywamy świętymi, bohaterami. W każdym razie osobami jakoś dla nas niezwykłymi, które zachowują się nie na naszą codzienną miarę, czy przekraczają – w naszym wyobrażeniu – miarę człowieka. Jeżeli więc robią to ludzie, znaczy, że moc tkwi w człowieku! […]

Muszę przyznać – i to z czystym sumieniem mogę powiedzieć – że otrzymałem ostatnio tyle dowodów i sympatii, i takiego… już nie mówię o modlitwach, podnoszeniu na duchu czy o wspieraniu myślą, dobrymi życzeniami w związku z moimi doświadczeniami chorobowymi. W ciągu całego życia miałem poczucie niezwykłych objawów sympatii, życzliwości, czegoś dobrego. Nawet w takich drobiazgach, że ktoś mi sam chciał coś ułatwić, pomóc. […]

Mogę Bogu dziękować, […] że poprzez ludzi, tego wszystkiego, o czym mówiliśmy przed chwilą, doświadczam. Z jednej strony jestem doświadczany przeżyciami, zdrugiej – powodują one, że dostrzegam istniejące dobro, życzliwość, chęć niesienia pomocy. W tym wypadku mnie konkretnie, ale przecież nie tylko mnie to dotyczy. Na szczęście. Są to takie naczynia połączone, które muszą wyrównać zło i dobro.

1 Fragmenty wypowiedzi Krzysztofa Kolbergera z wywiadu przeprowadzonego przez Aleksandrę Iwanowską, „K. Kolberger, Przypadek nie-przypadek. Rozmowa między wierszami księdza Jana Twardowskiego”, Edycja Świętego Pawła, Częstochowa 2007.
2 J. Twardowski, „Śmierć na śmierć nie umiera. Myśli wybrane”, Warszawa 2005, s. 24.
3 J. Twardowski, „Jesteś”, [w:] „K. Kolberger, Przypadek nie-przypadek”, dz. cyt., s. 97.

Powyższy wybór wypowiedzi Krzysztofa Kolbergera ukazał się w „Życiu Duchowym” nr 59/2009.

http://www.deon.pl/religia/duchowosc-i-wiara/zycie-i-wiara/art,347,moge-bogu-dziekowac.html

 Chciała być aktorką. Obiecującą karierę filmową rozpoczęła u boku Elvisa Presleya. Zwróciła uwagę krytyki filmowej i, chociaż Hollywood stał przed nią otworem, rzuciła wszystko. Wstąpiła do klasztoru.

Dolores Hart z Elvisem Presleyem.

Dolores Hart z Elvisem Presleyem.

Dolores Hart, a dzisiaj matka Dolores, przeorysza benedyktynek w Betlejem w amerykańskim stanie Connecticut, nie do końca jednak zerwała swoje kontakty z filmem. Do opactwa przybywa wielu aktorów szukających odpowiedzi na nurtujące ich problemy duchowe. – Jestem szczęśliwa, że moja obecność tutaj jest okazją do pogodzenia się z Bogiem w sposób możliwie najgłębszy i najbardziej autentyczny – mówiła w jednym z wywiadów. Matka Dolores jest prawdopodobnie jedyną zakonnicą wchodzącą – jako członek Amerykańskiej Akademii Filmowej – w skład komisji przyznającej nominacje do Oscarów. W styczniu przyszłego roku, w czasie kongresu poświęconego nowej ewangelizacji, który odbędzie się w Pas Robles w Kalifornii, opowie o tym, jak kariera w Hollywood doprowadziła ją do wiary.

Teatr w opactwie

W założonym w 1947 r. klasztorze w amerykańskim Betlejem mieszka dziś 40 benedyktynek. Dzień sióstr toczy się utartym od wieków rytmem – modlitwa, śpiewy na chwałę Boga i uprawa należącej do opactwa rozległej farmy. Zakonnice hodują owce, lamy, bydło i trzodę chlewną. Wyrabiają też doskonałe sery. Starają się, by wspólnota była samowystarczalna. Przełożoną zgromadzenia jest matka Dolores Hart. To dzięki niej w klasztorze znalazło się miejsce dla teatru letniego, dedykowanego pamięci Gary’ego Coopera i jego córki Olivii. Scenę teatralną z widownią pod gołym niebem na 200 miejsc oddano do użytku w 1982 r. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie wsparcie i zaangażowanie Patrycji Neal, znakomitej aktorki filmowej, laureatki Oscara i wielu innych nagród.

Aktorka, żarliwa propagatorka pro life i przyjaciółka Hart, nawróciła się na katolicyzm, a po śmierci została pochowana na cmentarzu opactwa. W teatrze wystawiano bardzo szeroki repertuar, poczynając od klasyki, Szekspira, Sartra i Czechowa, przez opery, musicale i współczesne komedie. Były wśród nich m.in. „Music Man”, „Skrzypek na dachu” i „West Side Story”. W przedstawieniach występowali zarówno znani aktorzy starszego pokolenia, jak i ci dopiero rozpoczynający karierę.

Chciałam być aktorką

Dolores Hart nie uwiódł blichtr Hollywood. A przecież jej największym marzeniem, już od dzieciństwa, było aktorstwo. – Nie myślałam o tym, by zostać zakonnicą. Zawsze chciałam być aktorką. Gdyby ktoś w tamtych latach sugerował, że pewnego dnia wstąpię do klasztoru, nie uwierzyłabym – mówiła po latach. Naprawdę nazywała się Dolores Hicks. Urodziła się w 1938 r. Jej ojciec też był aktorem, ale rodzice, którzy katolikami byli tylko z nazwy, rozwiedli się, kiedy miała 3 lata. Nie wychowywała się w duchu katolickim. Jako dziesięciolatka na własne życzenie nawróciła się na katolicyzm, co zdawało się zapowiadać przyszłe wydarzenia. Na razie jednak wydawało się, że jej marzenia spełniają się. Ze światem filmu miała kontakt od dzieciństwa, bo ojciec przeniósł się do Hollywood, gdzie występował w filmach. W 1957 r. zadebiutowała, jako Dolores Hart, grając jedną z ważnych ról w „Kochając ciebie”, drugim filmie z udziałem Elvisa Presleya i pierwszym, w którym piosenkarz zagrał główną rolę. Była to fabularna opowieść przedstawiająca karierę Elvisa. Udany debiut sprawił, że szybko zaczęła otrzymywać kolejne propozycje. Wystąpiła w dwóch produkcjach, a w 1958 r. znowu zagrała z Presleyem w „Królu Kreolu”, uważanym za najlepszy jego film.

Najdłuższy pocałunek

Prasa bulwarowa, doszukując się sensacji, nie dawała spokoju Hart, pytając ją o pozaekranowe relacje z Presleyem, bo jako pierwsza aktorka pocałowała go na ekranie. Zawsze zaprzeczała, że łączyły ich jakieś bliższe relacje. Po latach na pytania dziennikarki, co czuła, całując piosenkarza w czasie kręcenia zdjęć, odpowiedziała, nawiązując do tego, że od 40 lat jest zakonnicą. – O ile mnie pamięć nie myli, to w tamtych czasach pocałunek na ekranie trwał 15 sekund. A ten ostatni trwa już 40”. – Nie wiedziałam nawet, kto to, nie był jeszcze taki sławny. Bardzo go polubiłam, ponieważ zwracając się do mnie, mówił „Miss Dolores”; w Hollywood tylko on i Gary Cooper mówili tak do mnie – mówiła matka Dolores o Presleyu w wywiadzie dla „L’Osservatore Romano”. – Elvis był dobrym i wrażliwym chłopcem, z biegiem lat był coraz smutniejszym i bardziej samotnym, i strasznie nieszczęśliwym. Wkrótce potem przyszedł występ na Broadwayu i od razu wyróżnienie w postaci prestiżowej nagrody Theatre World Award, przyznawanej za najlepszy debiut na scenie, a także nominacja do broadwayowskiego Oscara, czyli Tony Awards. Ale i rozczarowanie, kiedy okazało się, że rolę, którą grała na scenie i miała początkowo zagrać w realizowanym na podstawie sztuki filmie, otrzymała Debbie Reynolds. Jednak ciągle przychodziły nowe propozycje filmowe, Hart występowała z największymi gwiazdami kina lat 50. i 60., m.in. z Anthonym Quinnem, Robertem Wagnerem czy Montgomerym Cliftem. W 1960 r. grała główną rolę w jednej z najbardziej kasowych produkcji tamtych lat, filmie Henry’ego Levina „Gdzie są chłopcy”.\

Jesteś Klarą

W 1960 r. Michael Curtis kręcił w Rzymie zdjęcia do monumentalnej superprodukcji „Św. Franciszek z Asyżu”. Hart zagrała św. Klarę. W czasie zdjęć naszkicowała postać świętego. W Watykanie została przyjęta przez papieża Jana XXIII. – Jestem aktorką grającą Klarę w filmie o św. Franciszku – przedstawiła się Dolores Hart papieżowi. Nie – powiedział papież – ty jesteś Klarą. Odpowiedź papieża miała głęboki wpływ na podjętą później przez aktorkę decyzję o rezygnacji z błyskotliwej kariery filmowej. Myśl o zerwaniu z Hollywood zresztą nurtowała ją już od pewnego czasu. Zagrała jeszcze w czterech filmach. Ostatnim z nich był film Henry’ego Levina „Come Fly with Me”, nakręcony w 1962 r., znany u nas pt. „Zakochane stewardesy”. Zerwała z narzeczonym i postanowiła porzucić przemysł filmowy. Dla przyjaciół i znajomych to był szok. Jak to? Jedna z najpiękniejszych i najbardziej utalentowanych amerykańskich aktorek młodego pokolenia, przed którą drzwi kariery stoją otworem, zostaje zakonnicą? Hart była wielkim, samorodnym talentem. Porównywano ją do Grace Kelly. Nie studiowała aktorstwa. Uczyła się, oglądając filmy z kabiny projekcyjnej kina, w którym jako operator pracował jej dziadek. Mało kto wierzył, by porzuciła Hollywood dla klasztoru. Jej decyzja nie była jednak podjęta pod wpływem chwili.

Rekolekcje w klasztorze

Hart wspomina, że w 1959 r., w czasie zdjęć do „Grabieżców”, spojrzała w lustro i usłyszała wewnętrzny głos: „Lubisz grać, ale nie będziesz tego robić zbyt długo”. Po 9 miesiącach spędzonych w Nowym Jorku, gdzie grała na Broadwayu, zwierzyła się przyjaciółce, że czuje się bardzo zmęczona i niespokojna. Ta poleciła jej rekolekcje w klasztorze benedyktynek w Connecticut. Wahała się, ale ostatecznie zdecydowała się pojechać. Było to niezwykłe przeżycie, odzyskała spokój. Od tego czasu dwa razy w roku spędzała jakiś czas w klasztorze. Wracała do Holly- wood, a nawet zaręczyła się z Donem Robinsonem, biznesmenem. W grudniu 1962 r. poleciała znowu do klasztoru w amerykańskim Betlejem. Odbyła nowicjat, a w 1970 r. złożyła śluby wieczyste. Dzisiaj jest przeoryszą benedyktyńskiego zgromadzenia. W wywiadzie dla „L’Osservatore Romano” powiedziała, że chociaż nie uważa czasu spędzonego w Hollywood za zmarnowany ani za pomyłkę, to jednak nie mając „jeszcze dwudziestu lat zdałam sobie sprawę, że praca w filmie przynosiła mi mniej radości, niż należałoby się spodziewać”.

http://gosc.pl/doc/1030411.Z-Hollywood-do-Betlejem

Nicole Mary Kidman (ur. 20 czerwca 1967 w Honolulu) – australijska aktorka i piosenkarka urodzona w Stanach Zjednoczonych, laureatka Oscara za rolę Virginii Woolf w filmie Godziny.

nicole_kidmanPochodząca z Australii gwiazda Hollywood, Nicole Kidman, zaangażowała prywatnego nauczyciela religii. 37-letnia aktorka i katoliczka pobiera naukę teologii od profesora Roberta Cargilla.

Jak poinformował interenetowy magazyn „Contactmusic.com” wykładowca religii wyjaśnia aktorce m.in. znaczenie Starego Testamentu dla współczesnej polityki bliskowschodniej.

Nauczyciel akademicki z Pepperdine University w Malibu w Kalifornii potwierdził w rozmowie z „Contactmusic”, że uczy Nicole teologii, ale wyznaje zasadę, że z nikim o tym nie rozmawia. Przedstawiciel magazynu chciał wiedzieć, czy aktorka po zakończeniu kursu teologicznego zamierza studiować filozofię.

Kidman pochodzi z rodziny katolickiej i uczęszczała do prowadzonej przez zakonnice szkoły katolickiej „Monte Sant’Angelo” w Sydney. Mając 16 lat porzuciła ją i zapisała się do szkoły aktorskiej.

O swoich katolickich korzeniach Kidman wspominała w niedawnym wywiadzie dla fiilipińskiej gazety „Philippine Daily Enquirer”. „Katolicyzm stanowi część mego życia. Staram się regularnie chodzić do kościoła” – powiedziała aktorka i zapewniła, że swoje dzieci chce wychować w wierze katolickiej. To m.in. stało się powodem rozwodu z gwiazdorem kina amerykańskiego Tomem Cruisem, który należy do sekty scjentologów.

http://ekai.pl/kultura/x9220/nicole-kidman-uczy-sie-teologii/

Gary Frank James Cooper – amerykański aktor filmowy. Syn angielskich farmerów z Bedfordshire, Charlesa i Alice. Debiutował w 1925 w filmie Tricks (western, niemy). Uhonorowany w 1942 Oscarem za rolę w filmie Sierżant York, w 1953 Oscarem oraz Złotym Globem dla najlepszego aktora w filmie W samo południe. Od 1933 był żonaty z Veronicą Balfe. Zmarł na raka prostaty. W 1961 otrzymał Oscara za całokształt twórczości.

949467_5190940728_779f78bef1_b_7Watykański dziennik “L’Osservatore Romano” (…) przypomniał w obszernym artykule postać Gary’ego Coopera i jego nawrócenie na katolicyzm. 26 czerwca 1953 roku, podczas pobytu we Włoszech w ramach promocji filmu “W samo południe” ten znany amerykański aktor znalazł się na audiencji u Piusa XII. Wydarzenie to i inne wspomnienia zawiera materiał Silvii Guidi, oparty na wspomnieniach Veroniki Balfe i córki gwiazdora Marii Janis Cooper.

„Na audiencji ojciec miał w rekach święte obrazki, koszulki, medaliki i mnóstwo różańców, bo wielu jego przyjaciół z Hollywoodu prosiło o o przywiezieniem im czegoś pobłogosławionego przez papieża… Panowało duże napięcie, kiedy poprzedzany przez gwardzistów szwajcarskich wszedł papież – wysoki, blady, ubrany na biało. Byliśmy mniej więcej w połowie kolejki. Ojciec, przyklękając stracił równowagę – z powodu emocji, ale także chronicznego bólu w krzyżu – i upuścił na podłogę wszystkie te święte obrazki i różańce; medaliki potoczyły się po całej sali. Zakłopotany ojciec na czworakach starał się wszystko pozbierać jak najprędzej, gdy nagle natknął się na szkarłatny but i brzeg szaty. Papież Pius XII przyglądał mu się, cierpliwie czekając, aż wstanie z podłogi” – przytoczyła autorka słowa córki.

Gdy chodzi o nawrócenie aktora, który ochrzcił się pięć lat później, w 1958, Maria Janis zapewniła, że było ono samodzielne i przemyślane, a nie pod wpływem żony, jak twierdza niektórzy biografowie. Wcześniej Cooper zaprzyjaźnił się z księdzem Haroldem Fordem. Zanim jednak zaczął z nim rozmawiać o sprawach wiary, odkryli, że obaj pasjonują się bronią palną, myślistwem, wędkarstwem i nurkowaniem.

W wywiadzie, który ukazał się w książce Barry Normana „The Hollywood Greats”, Cooper powiedział: “Każdą godzinę mego życia, rok po roku, poświęcałem na realizowanie tego, co przychodziło mi do głowy; a to, co miałem ochotę robić, nie zawsze było poprawne. Ubiegłej zimy zacząłem się zastanawiać nad tym, o czym myślałem już od jakiegoś czasu: «Stary Coopie, winien jesteś wdzięczność Komuś za to, czego się dorobiłeś!» Nigdy nie będę nawet podobny do świętego…, mogę tylko powiedzieć, że staram się być nieco lepszy. Może mi się uda”.

Kiedy w czasie wręczania Oskarów w kwietniu 1961 odebrał go w jego imieniu James Stewart i świat dowiedział, że Gary Cooper jest ciężko chory, “nadeszły listy z całego świata; między innymi pisali papież Jan XXIII, królowa Elżbieta II i jego wielki przyjaciel Ernest Hemingway… zatelefonował do niego z Białego Domu prezydent Kennedy”. Dziennikarzowi, który rozmawiał z nim 6 maja 1961 roku, czyli na klika dni przed śmiercią, aktor powiedział: “Wiem, że to, co się wydarzy, jest wolą Boga, nie boje się przyszłości”.

“L’Osservatore Romano” stwierdza, że “po zapoznaniu się ze świadectwami przyjaciół na temat ostatniego okresu życia Gary Coopera, tradycyjne określenie «an american hero» jest mniej retoryczne i bardziej odpowiada rzeczywistości”.

http://gosc.pl/doc/1077159.Historia-nawroconego-kowboja

Pieniądze szczęścia nie dają. Nie dają go także uroda i sława – tak wydaje się przemawiać do nas Maria Magdalena XX wieku, słynna aktorka francuska o niezwykłej urodzie – Ewa Lavalliere.

d17b62cc58Miała wszystko, o co zabiega współczesny człowiek: niezwykłą urodę, talent, sławę i potężny majątek. Żyła jak we śnie, hołubiona przez rzesze wielbicieli. A jednak to nie było to, o czym marzyła. Czego jej brakowało?

Ewa Lavalliere, używająca pseudonimu estradowego Eugenie Fenoglio, urodziła się w Tulonie, we Francji w 1866 r. Dzieciństwa nie miała szczęśliwego. Ojciec alkoholik często miewał napady złości i zazdrości o żonę. W końcu, na oczach córki zastrzelił matkę, a później popełnił samobójstwo. Ewa zaznała biedy i osamotnienia…

Jednak niezwykła uroda, piękny głos i dystyngowane ruchy sprawiły, że trafiła do najlepszych teatrów w Paryżu. Szybko też zyskała uznanie publiczności i stała się bożyszczem tłumów. Cały świat ją podziwiał. Niemal wszyscy interesowali się tym, co robiła, jak się czesała, jakich używała perfum. Niemal wszystkie kobiety ją naśladowały. Kupowały kosmetyki, perfumy i ubrania á la Lavalliere.

Król Karol z Portugalii, król Leopold II z Belgii, król Edward VII z Wielkiej Brytanii, dyplomaci, magnaci, księżniczki i książęta przychodzili na spektakle, w których grała. Szczerze ją podziwiali. Nie dziwi więc fakt, że ta oszałamiająca kariera zawróciła Ewie w głowie. Ale Ewa nie zaznała szczęścia.

Miałam wszystko…

Wspominała w swoim pamiętniku: Miałam wszystko, co tylko może zaoferować świat. Wszystko, czego mogłam zapragnąć. A mimo to, czułam się najnieszczęśliwszą z dusz.

Pomimo życia w paryskim pałacyku pełnym przepychu, czuła wyrzuty sumienia. Przynajmniej kilka razy usiłowała popełnić samobójstwo. Raz nawet, tuż po wspaniałym występie w Londynie.

Nie potrafiła dać szczęścia kochającemu mężowi i córce. Z biegiem lat stawała się coraz bardziej kapryśna, zmienna i nieczuła. W jej życiu zaczęli pojawiać się kolejni mężczyźni, zawsze z zasobnymi portfelami.

Nigdzie nie jest mi dobrze…

Ani w jej najbliższym otoczeniu, ani wśród oklaskującej ją publiczności nikt nie domyślał się, jak bardzo cierpiała. Promienna i uśmiechnięta w blaskach scenicznych świateł, nosiła w sercu wciąż wzbierającą gorycz.

– Nigdy i nigdzie nie jest mi dobrze – powiedziała kiedyś. – Gdziekolwiek się znajdę, zawsze zamykam się w sobie, chyba że jestem na scenie. Jej dorastająca córka Jeanne coraz wyraźniej schodziła na złą drogę. Mężczyźni, którzy ją otaczali, w końcu zawsze rozczarowywali i zadawali ból.

Szatan naprawdę istnieje!

W czerwcu 1917 r. Ewa chciała odpocząć z dala od świata, przygotowując się do występu w Nowym Jorku. W tym celu wynajęła pałac Porcherie w Chanceux, blisko Tours. Przebywała tam ze swoją powiernicą Leonią, młodą Belgijką, która opuściła kraj podczas I wojny światowej.

Zarządcą pałacyku był proboszcz, o. Chasteigner, bardzo surowy, ale świątobliwy człowiek, gorliwie zabiegający o dusze dla Pana Boga.

Kapłan zauważył, że nowa mieszkanka pałacu, która przybyła w niedzielę, wcale nie pojawiła się na Mszy św. Poprosił ją więc do siebie, aby wyrazić zatroskanie. Ewa obiecała mu, że w następną niedzielę na pewno będzie na Mszy. Zrobiła tak, jak obiecała, tylko, że jej zachowanie było skandalicznie lekceważące.

Nie uszło to uwagi proboszcza:

– Szkoda, że nie ma pani wiary – powiedział.

– Wiara, wiara! Jaki sens ma wiara? – spytała pogardliwie.

Później opowiedziała mu o swoich doświadczeniach spirytystycznych. Przyznała się, że skorzystała z okazji, by poprosić szatana o przywrócenie jej młodości i o uzdrowienie z dolegliwości jelitowych. Szatan naturalnie obiecał jej, że to zrobi pod warunkiem, że mu się odda. Ewa zgodziła się, mówiąc, że w zamian za te „dary” przyprowadzi mu nowych adeptów.

Kilka dni później znowu była na seansie spirytystycznym. Zbeształa szatana za to, że nie spełnił danej jej obietnicy. Na kolejnym spotkaniu krzyknęła, że jest „wielkim oszustem”. Uznała także, że spirytyzm jest jedną wielką farsą, a szatan wcale nie istnieje.

Wiejski proboszcz wysłuchał opowieści światowej sławy aktorki. Na koniec powiedział krótko:

– Zapewniam panią, że szatan naprawdę istnieje! – wsiadł na rower i odjechał.

Poruszona jego stanowczością, Ewa zaczęła rozmyślać: Jeśli szatan istnieje, to Bóg także musi istnieć A jeśli Bóg istnieje, to co ja robię z życiem, które od niego otrzymałam?.

Przemiana Ewy

Następnego ranka kapłan ponownie pojawił się przed pałacem. Przyniósł „Żywot Marii Magdaleny” pióra księdza Lacordaire’a.

– Madame – rzekł. – To, co mi pani powiedziała wczoraj, nie dawało mi spokoju. Muszę się przyznać, że większą część nocy spędziłem na modlitwie, prosząc Boga, aby zainspirował mnie, w jaki sposób mógłbym pani pomóc. Odprawiłem również Mszę świętą w tej intencji. Przywiozłem pani książkę o św. Marii Magdalenie, napisaną przez księdza Henryka Lacordaire’a. Proszę ją przeczytać na kolanach, a przekona się pani, co Bóg potrafi uczynić z duszą taką, jak pani.

Ewa Lavalliere tuż po obiedzie usiadła w pobliżu kuchni z otwartą książką i zaczęła głośno czytać tak, aby służba mogła ją słyszeć. Żywot św. Marii Magdaleny bardzo ją wciągnął. – Jeszcze nigdy nie czytała z takim przejęciem – opowiadała później Leonia. Wszyscy byli głęboko poruszeni. Głos Ewy łamał się. Do końca dnia obie kobiety pozostały wyciszone.

10 czerwca, podczas kolejnej Mszy św., Ewa była już zupełnie odmieniona. Leonia oznajmiła, że chciałaby móc przystąpić do Pierwszej Komunii. Miała już 23 lata i nigdy wcześniej nie przyjmowała Pana Jezusa do serca.

Ewa bardzo poruszona, zaoferowała swoją pomoc w przygotowaniach. Sama też zapragnęła po wielu latach przyjąć Komunię św.

Ksiądz ucieszony tą nowiną, obiecał przynieść Leonii katechizm. Już miał wyjść, gdy w drzwiach zatrzymała go Ewa.

– A ja, czcigodny ojcze?

– Pani?!

– Obiecałam tej młodej pannie, że jej pomogę przygotować się i że sama też przystąpię do Komunii św.

– Ale…

– Tak, doskonale wiem. Jestem grzesznicą i nie żyłam jak chrześcijanka. Mam jednak nadzieję, że nadal mam prawo powrotu do Boga?! I nie zważając na nic, zaczęła publicznie obnażać się ze wszystkich grzechów, niemal biegnąc za wiejskim proboszczem. Kapłan był bardzo zakłopotany.

– Proszę zaczekać… Przede wszystkim, proszę tak nie krzyczeć!

– Czekać? Na co mam czekać? Czy ja nie mam prawa do szczęścia, jak Leonia?

– Chodzi o to… chodzi o to, że Leonia jest dzieckiem w porównaniu z panią. Jej przypadek jest prosty. A pani jest Ewą Lavalliere… słynną aktorką. Pani życie jest publiczne. Nie mogę traktować pani w taki sam sposób, jak Leonię. Ponadto, zabawiała się pani w spirytyzm, a to jest grzech specjalny. Aby udzielić rozgrzeszenia, muszę najpierw uzyskać pozwolenie od arcybiskupa – powiedziawszy to, ksiądz wsiadł na rower i obiecał wrócić tak szybko, jak to tylko będzie możliwe.

Spełniona prośba

Ewa wspominała później, że kilkugodzinne czekanie na powrót księdza Chasteigner z miasteczka było jednym z najgorszych momentów w jej życiu. Ogarnęło ją potworne przerażenie na myśl, że Bóg odrzuci ją na zawsze. Zbawienie jej duszy wisiało na włosku. Kiedy w oddali zobaczyła zbliżającą się sylwetkę ojca Chasteigner, radośnie wymachującego swoim czarnym biretem, stało się jasne, że Bóg okazał jej miłosierdzie.

– Pokój Naszego Pana z Tobą, moja córko – powiedział uśmiechnięty od ucha do ucha kapłan, zsiadając z roweru. – Arcybiskup dał mi wszystkie potrzebne pełnomocnictwa.

Spowiedź i Komunia św. były wielkim wydarzeniem w życiu obu kobiet.

Od 19 czerwca 1917 r. życie Ewy zaczęło się zmieniać. Wyrzekła się raz na zawsze teatru, pozbyła się biżuterii i wszystkiego, co przypominało jej światowe życie. Mówiła: – To dzięki diabłu przyszłam do Boga.

Wkrótce potem wyjechała z Paryża, by nie ulegać pokusom. Wyjechała na krótko na misje, ale ze względu na słabe zdrowie, wróciła do kraju. Prosiła Boga, by zesłał jej więcej cierpienia, by szybciej mogła odpokutować za swoje grzeszne życie.

Pan Bóg spełnił jej prośbę. Cierpiała w różny sposób. Najpierw nie przyjęto jej do zakonu, ze względu na grzechy, a później po czterech latach posługi jako pielęgniarka w Tunisie, schorowana musiała wrócić do Francji.

Cierpię i jestem szczęśliwa!

Największego cierpienia doświadczyła jednak pod koniec życia. W sierpniu 1928 roku 62-letnia Ewa poważnie zachorowała na zapalenie otrzewnej. Lekarz opiekujący się chorą polecił wezwać jej córkę. Wiedział, że kochała swoje dziecko tym bardziej, im bardziej stawało się ono zagubione i zdeprawowane. Jeanne rzeczywiście przyjechała, lecz nie po to, aby opiekować się umierającą matką. Ukradkiem zaczęła podawać jej kokainę, by łatwiej wyciągnąć pieniądze na spłatę ogromnych długów. Doktor Grosjean odkrył zabójczą „kurację” po ośmiu dniach i osobiście wyrzucił Jeanne z domu.

Ostatni rok Ewa Lavallière przeżyła w wielkim cierpieniu. Twarz spuchła jej nie do poznania, wypadły wszystkie zęby, trzeba było zaszyć jej powieki. Kobieta była przytomna i zdawała sobie sprawę, że bezpowrotnie utraciła urodę, której kiedyś zawdzięczała sławę i pieniądze: – Dobry Panie, grzeszyłam tymi darami. Teraz zaś dzięki Ci, że przez te cierpienia pozwalasz mi odpokutować moje grzechy – mówiła.

Tuż przed śmiercią, paryski dziennik opublikował wywiad z nią.

– Czy pani bardzo cierpi?

– Tak, strasznie.

– Czy ma pani nadzieję na uzdrowienie?

– Nie, ale jestem szczęśliwa… Nawet trudno to Panu sobie wyobrazić, jak bardzo, pomimo tego cierpienia, a nawet głównie z jego powodu… Jestem w rękach Boga… Proszę powiedzieć moim przyjaciołom z przeszłości, że spotkał pan najszczęśliwszą osobę na świecie. Całe moje życie i cała moja wola znowu zwróciły się ku ostatecznemu celowi, ku miłości, ku Bogu, który mnie bardzo kocha, pomimo całej mojej przeszłości i obecnej nędzy.

Zmarła 10 lipca 1929 w wieku 63 lat. Na jej nagrobku widnieje napis: „Wyrzekłam się wszystkiego dla Boga. On sam mi wystarcza. Boże, któryś mnie stworzył, miej litość nade mną”.

oprac. Agnieszka Stelmach

http://www.piotrskarga.pl/dlaczego-zapieramy-sie-jezusa-,6951,7955,p.html

József A. „Joe” Eszterhas – amerykański scenarzysta węgierskiego pochodzenia, znany głównie jako autor scenariusza Nagiego instynktu. Film wywołał skandal, bo epatował wyrazistymi scenami przemocy i erotyzmu. Po tym filmie Eszterhas stał się najlepiej opłacanym scenarzystą na świecie. 

Joe EszterhasO Joe Eszterhasie mówiono: „diabeł”. Zyskał sławę „najbardziej wyklinanego człowieka w Ameryce”. Teraz pisze scenariusze… filmów religijnych.

Ta historia wydaje się być żywcem wzięta z filmowego scenariusza. Zdarzyła się jednak naprawdę.

Najpierw jednak był seks, alkohol i narkotyki. Tak można określić styl życia sławnego scenarzysty erotycznych thrillerów: „Nagiego instynktu”, „Slivera” czy „Showgirls”. Joe Eszterhas szokował nawet bardzo liberalne pod względem obyczajowym hollywoodzkie środowisko. Dlaczego więc zabrał się do pisania scenariusza o meksykańskiej Madonnie (Matce Bożej z Guadalupe)? Dla tych, którzy znają go dobrze, nie jest tajemnicą, że osiem lat temu Eszterhas całkowicie zerwał z dotychczasowym życiem.

Joe Eszterhas urodził się w 1944 roku na Węgrzech. Wczesne dzieciństwo spędził w austriackim obozie dla uchodźców, skąd wraz z ojcem i chorą na schizofrenię matką wyjechał do USA. „Kradłem samochody i nie rozstawałem się z nożem. O mało nie zabiłem innego chłopca i niedużo brakowało, bym wylądował za kratkami. Nie wiodło mi się w szkole” – wspominał czasy swojego dzieciństwa. Eszterhas nie skończył studiów, ale rozpoczął pracę w prasie w Cleveland. Przez kilka lat wydawał magazyn „Rolling Stone”. Potem zaczął pisać scenariusze filmowe. Zadebiutował w 1978 roku, kiedy Norman Jewison nakręcił według jego scenariusza głośny dramat związkowy „F.I.S.T” z Sylvestrem Stallone w roli głównej. Niebywałym sukcesem komercyjnym okazał się dramat muzyczny „Flashdance”, do którego scenariusz napisał we współpracy z Thomasem Hedleyem. Film otrzymał jednak nominację do „Złotej Maliny”, ironicznej nagrody krytyków, honorującej najgorsze filmy roku.

W twórczości Eszterhasa takie „wyróżnienia” stały się tradycją. Następne filmy – „Nóż”, „Jade” i „Zdradzeni” nie powtórzyły sukcesu „Flashdance”. Dopiero w 1992 roku wielkim hitem stał się „Nagi instynkt” z Sharon Stone w reżyserii Paula Verhoevena. Film wywołał skandal, bo epatował wyrazistymi scenami przemocy i erotyzmu. Po tym filmie Eszterhas stał się najlepiej opłacanym scenarzystą na świecie. Za scenariusz inkasował 3 mln dolarów. Jako pierwszy scenarzysta w historii znalazł się na liście najbardziej wpływowych ludzi w przemyśle filmowym. Przez cały ten czas prowadził dziki, jak to sam teraz nazywa, tryb życia.

Pod koniec lat 90. Eszterhas porzucił Hollywood i przeniósł się do Bainbridge w Ohio. Miesiąc po przeprowadzce dowiedział się, że ma raka gardła. Lekarze wycięli mu prawie 80 proc. krtani i kazali natychmiast rzucić palenie i picie. Zrozumiał, że musi coś zmienić w swoim życiu. Usiadł na krawężniku koło swego domu.

„Płakałem i prosiłem Boga, by mi pomógł… I on to zrobił.” – pisze Eszterhas o tym przełomowym momencie. – „Nie modliłem się od czasu, kiedy byłem chłopcem. W swojej twórczości kpiłem z Niego i z tych, którzy go kochają. A teraz słyszałem siebie proszącego, by mi pomógł… I w chwili, kiedy poprosiłem o pomoc, On odpowiedział na moją prośbę”.

Scenarzysta nie mógł początkowo zrozumieć, dlaczego Bóg, z którego kpił, pomaga takiemu jak on.

„Nie zasługuję na pomoc, myślałem. Jestem nic nie wart. Ignorowałem Go przez czterdzieści lat i nagle proszę o pomoc. A on mi pomaga. Dlaczego? Zabrało mi trochę czasu, zanim pojąłem, że pomógł mi, bo mnie kocha. On kocha wszystkich. Uratował mi życie”.

Eszterhas natychmiast porzucił wszystkie nałogi. 8 lat po operacji chirurg, który ją przeprowadził, stwierdził, że jest całkowicie wyleczony. A tkanki krtani tak się zregenerowały, że po raku nie pozostał ślad.

„Lekarz nazwał to cudem” – wspomina scenarzysta. – „Moje życie zmieniło się diametralnie. Ekscesy zastąpiły modlitwa i długie spacery. I tak często, jak tylko mi pozwolą, noszę krzyż w kościele w Bainbridge Township”.

O swoim powrocie do Kościoła Eszterhas napisał książkę zatytułowaną „Niosący krzyż: Pamiętnik wiary”.

„Napisałem ją jako dar dziękczynny dla Boga”.

http://www.tajemnicamilosci.pl/gwiazdy-mediow/joe-eszterhas-zwany-kiedys-diablem.html