Archive for the ‘CUDA’ Category

Seria „ARGUMENTY ZA WIARĄ” ma na celu pokazanie, że chrześcijaństwo i ogólnie wiara w Boga nie jest czymś co wymaga całkowitego wyłączenia myślenia. Cykl ten może nie da niezbitego 100% dowodu na istnienie Boga (nie taki jest jego cel), lecz powinien sprawić, aby przynajmniej niektóre osoby niewierzące zmieniły swoją postawę z bezmyślnego wyśmiewania chrześcijaństwa w założenie, że „być może coś w tym jest”. Z kolei osoby już wierzące być może wzmocnią swoją wiarę po kolejnych wpisach z tej serii.

PAUL CLOUDEL – DRAMATURG FRNCUSKI PRZEŁOMU XIX/XX WIEKU

Paul_Claudel_cph.3b31258Po południu, nie mając nic lepszego do roboty, poszedłem na nieszpory. Chłopcy chóru katedralnego w białych komeżkach przy współudziale seminarzystów śpiewali właśnie, jak później się dowiedziałem „Magnificat”. Stałem w tłumie  przy drugim  filarze u wejścia do chóru, na prawo po stronie zakrystii.

Wtedy to zdarzył się fakt, który przesądził o całym moim życiu. W mgnieniu oka serce moje zostało porażone i UWIERZYŁEM. Uwierzyłem z taką mocą przekonania, z takim porywem całego jestestwa, z przeświadczeniem tak dogłębnym, z taką oczywistością nie dopuszczającą cienia wątpliwości, że od tej chwili żadne książki, żadne dowodzenia, żadne przygody burzliwego życia nie zdołały zachwiać mojej wiary, czy też  choćby jej  naruszyć.  Owładnęło mną nagle rozdzierające uczucie niewinności, wiekuistego dziecięctwa Bożego: niewysłowione doznanie! Gdy próbuję, po raz nie wiadomo który, odtworzyć sobie  sekundy,  które  nastąpiły bezpośrednio do tej chwili nie pojętej,  znajduję  tylko  porwane myśli,  które  wszakże wówczas stanowiły jeden błysk, jedną broń w ręku Boga, by porazić i rozewrzeć nareszcie serce biednego, zrozpaczonego chłopca: ,,Jakżeż szczęśliwi są ci, którzy wierzą! – A gdyby to jednak była prawda? – To jest prawda! – Bóg istnieje, jest tam. To ktoś tak konkretny jak ja, osoba. – On kocha mnie, woła mnie”. Z oczu moich trysnęły łzy, a rzewny śpiew kolędy „Adeste” potęgował jeszcze moje wzruszenie. Wzruszenie  jakże  słodkie, choć zmieszane z uczuciem przestrachu i niemal grozy. Albowiem moje przekonania filozoficzne pozostały nietknięte. Bóg zlekceważył je po prostu; nie widziałem, co by można w nich zmienić, religia katolicka wydawała mi się nadal istnym stekiem niedorzecznych klechd, księża i wierni budzili we mnie tę samą odrazę, która dochodziła do nienawiści i niemal wstrętu. Gmach moich poglądów i wiadomości stał niezachwiany i nie  widziałem  na  nim  żadnej rysy. I tylko tak się złożyło, że wyszedłem zeń ja. Objawił mi się ktoś nieznany i groźny, z przeraźliwymi wymaganiami w stosunku do młodzieńca i artysty we mnie i ja nie wiedziałem, jak go pogodzić z otaczającym mnie światem. Byłem jak człowiek, którego żywcem odarto by ze skóry i przeniesiono w obce ciało, w nieznany świat: oto jedyne porównanie, które narzuca mi się, ilekroć próbuję wyrazić ten stan dogłębnej rozterki. Co było najwstrętniejsze dla  moich poglądów i dla moich upodobań, właśnie było prawdą, właśnie z tym, chcąc nie chcąc, miałem się pogodzić. Muszę się przyznać, że zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, by stawić opór. Ten opór trwał cztery lata. Śmiem rzec, że była  to piękna  obrona,  walka lojalna i na całego. Nie zaniedbałem żadnego środka: jedna po drugiej wysuwała mi się z ręki bezskuteczna broń. Byt to największy przełom w moim życiu, ta ,,agonia  myśli”,  o  której  Artur Rimbaud pisze: ,,Walka duchowa jest tak brutalna jak trud bitewny. Twarda noc! Wyschła krew dymi na obliczu!” Młodzi ludzie, którzy tak łatwo rzucają wiarę, nie zdają sobie sprawy, jak ciężko ją odzyskać i za cenę jakich mąk! Idea piekła,  a  także  myśl  o  tych wszystkich przyjemnościach i urokach, których musiałbym się wyrzec, oto główne moje hamulce na drodze do prawdy. A jednak zaraz owego pamiętnego dnia, w katedrze Notre-Dame, gdy nareszcie powróciłem do domu słotnymi ulicami, które teraz oto wydały mi się takie inne, takie dziwne, wziąłem do rąk Biblię protestancką podarowaną ongiś mojej siostrze Kamili przez przyjaciółkę Niemkę i po raz pierwszy usłyszałem ten słodki i nieugięty głos, który odtąd nigdy już nie przestał rozbrzmiewać w moim sercu. Znałem tylko za pośrednictwem Renana historię Jezusa i – zgodnie z myślą tego oszczercy – nie wiedziałem nawet, że mienił się Synem Bożym.

Każde słowo, każdy wiersz z dostojną prostotą zadawały kłam bezwstydnym twierdzeniom apostaty i  zdzierały mi łuski z oczu. To prawda, wyznawałem wraz z setnikiem, tak, Jezus jest Synem Bożym. Mnie, Pawła, wpośród  wszystkich  innych  poraziła łaska; mnie przyrzekł swoją miłość. Lecz jednocześnie, o ile nie chciałbym iść za Nim, nie pozostawiał mi innego wyjścia krom potępienia. Ach, nie trzeba było mi tłumaczyć, czym jest piekło, sprawdziłem na sobie, co znaczy w nim ,,Pobyt”! Wystarczyło mi tych kilka godzin, by zrozumieć, że piekło jest wszędzie, gdzie nie ma Pana Jezusa. Cóż mnie obchodził cały świat wobec tego  gościa natrętnego, który wdarł się w mój dom? Tak mówił we mnie ,,nowy” człowiek, ale ,,stary” wierzgał ze wszystkich sił i nie chciał wyrzec się za nic tego życia, które stało przed nim otworem. Mamże być szczery? W gruncie rzeczy najbardziej hamował mnie w wyznaniu moich nowych przekonań ludzki wzgląd. Na samą myśl, że będę musiał przyznać się do swego nawrócenia, powiedzieć rodzicom, że chcę pościć w piątki, ogłosić się jednym z tych katolików tak zjadliwie wyszydzanych, oblewał mnie zimny pot; toteż gwałt, jaki mi zadawano, budził we mnie rzetelne oburzenie. Lecz czułem na sobie twardą rękę!

WIĘCEJ: http://www.recogito.pologne.net/recogito_12/poczta1.htm

ALFONS RATYZBONE – CZŁONEK SŁYNNEJ RODZINY ŻYDOWSKICH BANKIERÓW

AlphonseRatisbonneWydarzeniem, które poruszyło prawie cały świat połowy XIX wieku, było nawrócenie na katolicyzm pochodzącego z rodziny bankierów żydowskich Alfonsa Ratisbonne’a.

Starannie wykształcony wyznawca judaizmu z pogardą odnosił się do chrześcijaństwa, szczególnie zaś do katolicyzmu. Niechęć ta jeszcze się zwiększyła w momencie, gdy jego brat Teodor nawrócił się i został księdzem, a później przewodził Arcybractwu Serca Maryi. Alfons, spośród wszystkich członków rodziny, był najbardziej zawziętym przeciwnikiem nawróconego brata.

Pewnego roku młody Ratisbonne zatrzymał się w Rzymie, gdzie wspaniałe świątynie – pomniki chwały Kościoła katolickiego, jeszcze bardziej utwierdzały go w nienawiści do Chrystusa. Po latach wyznał: Żywiłem w sercu nienawiść do księży, świątyń, klasztorów, przede wszystkim zaś do jezuitów. Samo ich wspomnienie doprowadzało mnie do szału.

Goszcząc w Wiecznym Mieście, postanowił odwiedzić swego przyjaciela Gustawa de Bussieres, brata hrabiego Teodora de Bussieres. Jakiś czas potem, de Bussiers poszedł do Kosćioła załatwić pewne formalności. Alfons z kolei spacerował po kościele i przyglądał się poszczególnym ołtarzom. Ścierały się w nim skrajne uczucia. Z jednej strony był pełen podziwu dla piękna katolickiej świątyni, z drugiej zaś ciągle bardzo krytycznie nastawiony wobec Kościoła katolickiego, oskarżał go w duchu o wszelkie możliwe nieszczęścia swego narodu.

W pewnym momencie Ratisbonne spostrzegł, że chociaż w całym kościele było ciemno, to w kaplicy św. Michała pokazała się jakaś cudowna jasność. Jakież było jego zdumienie, gdy okazało się, że widzi Niepokalaną Dziewicę w takiej postaci jak na Cudownym Medaliku. Mimo woli zbliżył się do Niebieskiej Pani, upadł na kolana i pozostał tak przez długi czas nieruchomy. Ukazała mi się Maryja Dziewica, taka, jak przedstawiona na medaliku! – mówił później do swego przyjaciela. Alfons relacjonował, że Maryja dała mu znak, by uklęknął i wypowiedziała tylko jedno słowo: dobrze. To jednak wystarczyło, żeby Alfons zrozumiał wszystko i wszystko w swoim życiu zmienił. Wiarę, plany życiowe… Wszystko! Teodor de Bussieres znalazł go klęczącego z oczami zalanymi łzami przed jednym z ołtarzy. Musiał trącić go parę razy, zanim ten zauważył jego obecność.

Odmieniony Alfons Ratisbonne potem mówił:

O Boże! Pół godziny temu jeszcze bluźniłem, czując wściekłą nienawiść do religii katolickiej… Po ludzku sądząc, niemożliwym mi było zmienić religię: rodzina moja żydowska, narzeczona Żydówka… Jakże jestem szczęśliwy!… Jaka pełnia łaski i dobroci!

WIĘCEJ: http://www.pch24.pl/nawrocenie-alfonsa%E2%80%93ratisbonnea-,19318,i.html

BLAISE PASCAL – UCZONY FRANCUSKI

Blaise_Pascal_VersaillesW listopadzie 1654 roku Pascal stał się prawdopodobnie jednym z uczestników wypadku na moście Neuilly-sur-Seine, gdzie konie prowadzące karetę przeskoczyły barierę, niemalże pociągając za sobą do rzeki pojazd. Szczęśliwie wodze pękły i kareta zawisła na krawędzi mostu, pozwalając pasażerom na wyjście z niebezpiecznej sytuacji bez szwanku. Wrażliwy filozof jednak, przerażony bliskością śmierci, zemdlał i przez pewien czas pozbawiony był świadomości. Piętnaście dni później, 23 listopada pomiędzy 10:30 a 12:30 w nocy doświadczył wizji religijnej, której treść natychmiast zapisał w krótkiej notatce, zaczynającej się słowami: „Ogień. Bóg Abrahama, Bóg Izaaka, Bóg Jakuba, a nie filozofów i uczonych…” i zakończonej cytatem z Księgi Psalmów 119:16: „Nie zapomnę mów twoich. Amen”. Po przeżyciu tym ostrożnie wszył notkę, znaną dziś jako Pamiątka, w swój płaszcz i zawsze przekładał ją do ubrania, które aktualnie miał na sobie; po jego śmierci została ona przypadkiem odnaleziona przez jednego ze służących[. Niektórzy biografowie Pascala kwestionują jednak tezę, jakoby historia z karetą miała doprowadzić go do objawienia opisanego w Pamiątce.

„Pamiątka
w roku łaski 1654,
w poniedziałek 23 listopada, święto Św. Klemensa, Papieża i Męczennika oraz innych Męczenników,
w wigilię św. Chryzogonusa, Męczennika i innych,
od około wpół do jedenastej wieczorem do pół godziny po północy
Ogień!
Boże Abrahama, Boże Izaaka, Boże Jakuba (Wy 3,6; Mt 22,32)
Nie filozofów czy uczonych.
Pewność. Pewność. Uczucie. Radość. Pokój.
Boże Jezusa Chrystusa.
„Twój Boże i mój Boże” (J20,17)
Zapominanie o świecie i wszystkim za wyjątkiem Boga.
Jego możemy znajdywać jedynie na sposoby nauczane w Ewangelii.
Wielkość Ludzkiej Duszy.
„Ojcze sprawiedliwy! Świat Ciebie nie poznał, lecz ja Ciebie poznałem” (J17,25)
Radość, radość, radość, łzy radości.
Oddzieliłem się od Niego.
„Opuścili Mnie, źródło żywej wody” (Jer 2,13)
„Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?” (Mt 27,46)
Niech nie będę oddzielony od Niego wiecznie.
„A to jest życie wieczne: aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga, oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa” (J17,3)

Jezus Chrystus
Oddzieliłem się od Niego,
Uciekłem od Niego,
Zaparłem się Go,
Ukrzyżowałem Go,
Obym nigdy nie był od Niego oddzielony.
Posiadamy Go tylko przez sposoby opisane W Ewangelii.
Wyrzeczenie się, zupełne i słodkie.
Pełne poddanie Jezusowi Chrystusowi i mojemu przewodnikowi.
Wiecznie w radości za dzienne szkolenie na ziemi.
„Słów Twoich nie zapomnę” (Ps 119,16) Amen

ANDRE FROSSARD – SŁYNNY DZIENNIKARZ FRANCUSKI „LE FIGARO”

frossardAndré Frossard – francuski dziennikarz, pisarz i filozof katolicki pochodzenia żydowskiego (jego babcia była Żydówką), syn Ludwika Oscara Frossarda – założyciela Francuskiej Partii Komunistycznej. Wieloletni felietonista „Le Figaro”, publikujący na pierwszej stronie. Jako ateista doznał nawrócenia w 1935 roku po przypadkowej wizycie w kościele.

Frossard wszedł do kościoła. Bez żadnych zmartwień miłosnych ani niepokoju, ani ciekawości. Religia była dla niego jak to powiedział „starą chimerą, a chrześcijanie gatunkiem opóźnionym na drodze historycznej ewolucji”. Kiedy spojrzał na główny ołtarz, jego uwagę przykuł wystawiony Najświętszy Sakrament. Nie wiedział, co to jest, gdyż po raz pierwszy w życiu widział monstrancję z Najświętszym Sakramentem. Nagle, w sposób niewytłumaczalny i całkowicie niezależny od niego, Frossard czuje, że w jego wnętrze wnika jakaś tajemnicza moc, która uwalnia go od duchowej ślepoty spowodowanej przez ateizm i umożliwia mu doświadczenie istnienia innego świata, bardziej rzeczywistego aniżeli ten, który poznajemy naszymi zmysłami. „Przede wszystkim zostają mi dane słowa duchowego życia – pisze Frossard – (…) słyszę je jakby wypowiadane obok mnie cichym głosem przez osobę, która widzi, czego ja jeszcze nie widzę”. Po usłyszeniu tych słów Frossard zostaje ogarnięty nadprzyrodzoną rzeczywistością, promieniującą wprost od Najświętszego Sakramentu. „Jest to niezniszczalny kryształ o nieskończonej przejrzystości – próbuje opisać to doświadczenie A. Frossard – jasności prawie nie do zniesienia lekko niebieskiego światła (jeden stopień więcej byłby mnie uśmiercił). To jest inny świat o takim blasku i realności, że nasz świat wydaje się przy nim podobny do rozwiewających się cieni sennych marzeń. Tę nową rzeczywistość i prawdę widzę z ciemnego brzegu, na którym stoję. To jest ład we wszechświecie, a na jego szczycie jest Oczywistość Boga, która jest Obecnością i Osobą. Jeszcze przed sekundą zaprzeczałem Jej istnienia. Chrześcijanie nazywają ją »naszym Ojcem«. Doświadczam Jej łagodnej dobroci i łaskawości, której nie jest w stanie dorównać żadna inna. Łagodność ta jest zdolna przemienić każde ludzkie serce – również takie, które jest twardsze od najtwardszego kamienia. Temu wtargnięciu rzeczywistości Boga towarzyszy radość, która jest entuzjazmem uratowanego od śmierci, w samą porę wydobytego z oceanu rozbitka. Dopiero teraz uświadamiam sobie, w jakim błocie byłem pogrążony, i dziwię się, jak mogłem tam żyć i oddychać. Jednocześnie zostałem obdarowany nową rodziną, a jest nią Kościół katolicki. Jego zadaniem jest prowadzenie mnie tam, dokąd muszę iść, gdyż pozostaje mi do przebycia jeszcze kawał drogi (…). Kościół jest wspólnotą; w niej obecny jest Jedyny, którego imienia nigdy więcej nie będę mógł napisać bez trwogi, że zranię Jego miłość. Stoję przed Nim jak dziecko, któremu przypadło w udziale szczęście otrzymania przebaczenia” (Istnieje inny świat, ss. 39-40).

– Frossard bulwersuje, niewątpliwie — mówił paryski pisarz agnostyk. — Ale gdyby „spotkanie”, o którym mówi, było tylko złudzeniem, pomyłką, czy jego skutki nie rozwiałyby się szybko? A tymczasem przez pięćdziesiąt lat ten człowiek żyje tak, jak w ciągu tych kilku minut mu „wskazano”. Jest to może jedyny możliwy dowód na to, że się nie pomylił.

WIĘCEJ: https://znanichrzescijanie.wordpress.com/2014/02/15/andre-frossard-najslynniejszy-publicysta-polityczny-francji/

ZOBACZ TAKŻE: https://znanichrzescijanie.wordpress.com/2014/08/26/argumenty-za-wiara45-mistyka/

Reklamy

Seria „ARGUMENTY ZA WIARĄ” ma na celu pokazanie, że chrześcijaństwo i ogólnie wiara w Boga nie jest czymś co wymaga całkowitego wyłączenia myślenia. Cykl ten może nie da niezbitego 100% dowodu na istnienie Boga (nie taki jest jego cel), lecz powinien sprawić, aby przynajmniej niektóre osoby niewierzące zmieniły swoją postawę z bezmyślnego wyśmiewania chrześcijaństwa w założenie, że „być może coś w tym jest”. Z kolei osoby już wierzące być może wzmocnią swoją wiarę po kolejnych wpisach z tej serii.

miracles-of-jesus1

Owszem, Jezus dokonywał licznych cudów, ale po pierwsze: nie wszyscy je widzieli, więc mogli traktować wieści o nich jako nie sprawdzone pogłoski, a po drugie, ważniejsze: było i jest wielu ludzi, którzy dokonywali różnych dziwnych rzeczy graniczących z cudami, i to wcale nie mocą Bożą! Byli przecież ludzie, jak chociażby Cagliostro czy współcześni bioenergoterapeuci, którzy może również dokonywali niezwykłych wyczynów.

Nie przepisałem tego fragmentu Pańskiego listu, z którego wynika, że jest Pan osobiście człowiekiem głęboko wierzącym, a pragnie Pan tylko bronić dobrej woli tych, którzy w Jezusa nie uwierzyli. Ze swej strony dziękuję Panu za danie mi okazji do zastanowienia się nad cudami Pana Jezusa.

Za punkt wyjścia niech nam posłuży uwaga, jaką w roku ok. 178 rzucił na ten temat Celsus, autor pierwszego w dziejach traktatu przeciwko chrześcijanom. Porównał on Pana Jezusa do kuglarzy jarmarcznych i magików egipskich, „którzy za kilka oboli sprzedają na rynku swe cudowne umiejętności, wypędzają z ludzi demony, zamawiają choroby, wywołują dusze bohaterów, pokazują stoły zastawione drogimi potrawami i przysmakami, które w rzeczywistości nie istnieją, wprawiają w ruch martwe przedmioty, tak że wskutek złudzenia poruszają się one jak żywe istoty” (Orygenes, Przeciw Celsusowi, 1,68). I pyta Celsus zjadliwie: „Czyż musimy uważać od razu za synów Bożych ludzi, którzy dokonują takich rzeczy?”

Pożytecznie jest nieraz przypatrzeć się myśleniu kogoś, kto – jak Celsus – z góry odrzuca chrześcijaństwo i wyklucza samą nawet możliwość, że Jezus jest Synem Bożym i Zbawicielem. W tym przypadku spróbujmy spokojnie ustalić, czego w cudach Pana Jezusa Celsus, w swoim antychrześcijańskim daltonizmie, w ogóle nie był w stanie zauważyć.

Mógł Celsus nie wierzyć w Pana Jezusa, mógł odrzucać realność Jego cudów albo ich moc przekonującą, ale jednego nie mógłby nie zauważyć, gdyby Ewangelie czytał rzetelnie: że Pan Jezus był postacią par excellence religijną i wszystkie Jego cuda (co by Celsus o nich nie sądził) są w Ewangeliach przedstawione w kontekście Jego religijnego posłannictwa. Toteż porównując Go do kuglarzy jarmarcznych, Celsus daje tylko świadectwo swojej nonszalancji i nieuczciwości.

Zobaczmy więc, co w opisach cudów Pana Jezusa powinien zauważyć nawet Celsus, człowiek chrześcijaństwu nieżyczliwy, gdyby Ewangelię czytał uczciwie. Po pierwsze, nie znajdziemy w cudach Pana Jezusa nawet śladu popisywania się, chęci budzenia podziwu, a nawet zyskiwania sobie zwolenników. Do popisywania się kusił Go na pustyni szatan, podsuwając Mu pomysł efektownego skoku ze szczytu świątyni (Mt 4,5n). Do jakiegoś cudu na zawołanie próbowali Go namówić faryzeusze (Mk 8,11n), a kiedy wisiał na krzyżu, wrogowie szyderczo obiecywali Mu, że w Niego uwierzą, jeśli potrafi zstąpić z krzyża (Mt 27,42n). Trudno sobie nawet wyobrazić, że Syn Boży mógłby podjąć tak niegodne propozycje.

Jezus nie tylko nigdy nie uczynił cudu dla samego cudu, ale z całą świadomością zmniejszał zasięg oddziaływania swoich cudów, jeśli istniało niebezpieczeństwo, że ludzie nie zauważą w nich dzieła Bożej miłości. Toteż świadkom cudu oraz cudownie uzdrowionym Jezus nieraz zakazywał mówić o tym (Mk 1,44; 5,43; 7,36), unikał bowiem taniej popularności zwłaszcza gdyby ona miała wzmacniać jakieś rozpowszechnione wówczas fałszywe wyobrażenia na temat Mesjasza. Dlatego też, kiedy po cudownym rozmnożeniu chleba chciano „Go porwać i obwołać królem” (J 6,15), Jezus zdemaskował całą powierzchowność takiej fascynacji swoją Osobą (J 6,26) i pokazał głęboki, sięgający życia wiecznego, sens dokonanego cudu, co zresztą doprowadziło do gwałtownego spadku Jego popularności (J 6,60-66).

Po wtóre, celem cudów Jezusa jest zawsze dobro człowieka. „Dobrze uczynił wszystko – zapisuje Ewangelista Marek reakcję tłumu na uzdrowienie głuchoniemego – nawet głuchym słuch przywraca i niemym mowę” (7,37). Jednak Jezus czyniący cuda nie jest dobroczyńcą tylko doczesnym, Jego cuda są darem zbawczym, darem na życie wieczne. Dlatego oczekuje od uzdrowionych nowego życia: „Oto wyzdrowiałeś – mówi uzdrowionemu z paraliżu – nie grzesz już więcej, aby ci się coś gorszego nie przydarzyło” (J 5,14). Warto zauważyć, że bardzo podobne słowa usłyszała cudzołożnica, którą Zbawiciel uwolnił od jej prześladowców (J 8,11).

Dary, jakich Pan Jezus udzielał ludziom swoimi cudami, były często znakiem lub zapowiedzią darów daleko większych, przynoszących życie wieczne. Przede wszystkim daru wiary. Udzielał Jezus tego daru w sposób głęboko zgodny z naszą ludzką godnością, wzywając zainteresowanych do aktywnego ubiegania się o ten dar (Mt 9,28; Mk 5,36; <MI> 9,23) lub dobrotliwie wypominając im niedowiarstwo (Mt 8,26; 14,31). Z kolei niewidomy, którego Zbawiciel obdarzył wzrokiem, otrzymał dar wiary jako nieoczekiwane uwieńczenie doznanego cudu (J 9,35-38).

Jednak ostatecznym darem, którego obietnicę zawierały w sobie cuda Pana Jezusa i na którego przyjęcie przygotowywały, był On sam. To bardzo znamienne, że po rozmnożeniu chleba Jezus wypowiada słowa, które odsłaniają najgłębszy sens tego cudu: „Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba; jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki” (J 6,51). Analogiczne słowa poprzedzają cud uzdrowienia niewidomego: „Ja jestem światłością świata; kto idzie za Mną, nie będzie chodził w ciemności, lecz będzie miał światło życia” (J 8,12). Bardzo podobne słowa zabrzmiały tuż przed wskrzeszeniem Łazarza: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem; kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie” (J 11,25).

To prawda, że nie tylko Jezus czynił cuda. Miłość ze swojej natury lubi czynić cuda. Każdy, kto stara się żyć według programu miłości, jakoś wie o tym z własnego doświadczenia. Jednak Pan Jezus jest nie tylko kimś kochającym, On jest Synem Bożym i naszym Zbawicielem. Toteż Jego cuda nie tylko obdarzały dobrem. One obdarzały dobrem skierowanym aż ku życiu wiecznemu. Mało tego: dobro, jakie otrzymywali ludzie dzięki cudom Jezusa, stanowiło zapowiedź, że ostatecznie chce On im udzielić w darze samego Siebie.

To prowadzi nas do trzeciej istotnej cechy cudów Pana Jezusa: one jawnie zwracały ludzi do Boga i kończyły się Jego uwielbieniem. Ewangeliczne opisy cudów rozbrzmiewają wysławianiem Boga. „Tłumy zdumiewały się widząc, że niemi mówią, ułomni są zdrowi, chromi chodzą, niewidomi widzą. I wielbiły Boga Izraela” (Mt 15,31). Tłumy wielbiły Boga po uzdrowieniu paralityka (Mt 9,8) i po wskrzeszeniu młodzieńca z Nain (Łk 7,16). Uzdrowiony pod Jerychem „szedł za Nim, wielbiąc Boga; tak że cały lud, który to widział, oddał chwałę Bogu” (Łk 18,42). Zgrzytem w epizodzie uzdrowienia dziesięciu trędowatych było to, że aż dziewięciu zapomniało uwielbić za to Boga, toteż wprawdzie dziesięciu zostało uzdrowionych na ciele, ale tylko jeden z nich doznał również uzdrowienia duchowego (Łk 17,17-19).

Podsumujmy: nie w tym, że Jezus czynił cuda, należy szukać potwierdzenia Jego posłannictwa i Jego nauki, ale w tym, że czynił takie cuda, w taki sposób i z takimi skutkami duchowymi.

Jezus cały był Świadkiem miłości Ojca Przedwiecznego do nas ludzi – o miłości Bożej do nas świadczyły nie tylko Jego cuda, również Jego nauka, Jego postępowanie i całe Jego życie. „Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca” (J 14,9) – powiedział kiedyś sam o Sobie. Toteż Samarytanie uwierzyli w Niego, choć nie widzieli żadnego cudu. „Wierzymy nie dzięki twemu opowiadaniu – powiedzieli swojej krajance, dzięki której mogli zaprosić Jezusa do siebie – ale na własne uszy usłyszeliśmy i jesteśmy przekonani, że On jest prawdziwie Zbawicielem świata” (J 4,42).

Czyż my, którzy wierzymy w Jezusa dzisiaj, nie odczuwamy podobnie, jak owi Samarytanie? Przecież Jezus wywiązuje się ze swojej obietnicy i rzeczywiście jest z nami po wszystkie dni, aż do skończenia świata. Naucza nas dróg Bożych, uzdrawia nas z naszej ślepoty i trądu, i paraliżu, karmi nas własnym Ciałem. Również my sami możemy mówić to, co napisał kiedyś Apostoł Jan: że wierzymy w to, „co było od początku, cośmy usłyszeli o Słowie życia, co ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały ręce nasze – bo Życie nam się objawiło” (1 J 1,1n).

Jeśli dobrze wgłębimy się w okoliczności i cel cudów Jezusa, sami będziemy umieli odróżniać cuda prawdziwe od fałszywych. Pozostawmy na boku, jako dla naszego tematu mniej ważne, różne wydarzenia nadzwyczajne, które zdają się nie mieć żadnego sensu, ani bożego, ani bezbożnego. Otóż sam Pan Jezus przestrzegał nas przed fałszywymi mesjaszami i fałszywymi prorokami, którzy „działać będą wielkie znaki i cuda, by w błąd wprowadzić, jeśli to możliwe, także wybranych” (Mt 24,24). Apostoł Paweł fałszywe cuda przypisywał szatanowi (2 Tes 2,9-11). W Apokalipsie wyraźnie mówi się o tym, że celem fałszywych cudów jest doprowadzenie ludzi do tego, ażeby zaczęli kłaniać się Bestii (13,13n; 16,13n).

Krótko mówiąc, fałszywość cudów poznaje się zwłaszcza po tym, że wprowadzają one zamęt w nasze relacje z Bogiem, a nawet podpowiadają nam odejście od Boga do takich lub innych służb bałwochwalczych. Dodatkowym kryterium fałszywości cudu jest egocentryzm cudotwórcy lub jego daltonizm na prawa miłości oraz na obietnicę życia wiecznego.

http://www.nonpossumus.pl/biblioteka/jacek_salij/praca_nad_wiara/49.php

———————————————

Cuda dokonywane przez Chrystusa Pana nie były typu: zamiana krzesła w wielbłąda czy rozpłynięcie się w powietrzu. Odzwierciedlały one głównie procesy, które naprawdę występują w naturze tylko w wolniejszym tempie.

Istnieje działalność Boga sprawowana w świecie stworzonym, powiedzmy sobie, całościowa działalność, której ludzie nie chcą rozpoznać. Cuda dokonane przez Boga wcielonego, który żył jako człowiek w Palestynie, dotyczą dokładnie tych samych rzeczy co całościowa działalność, tyle że dokonują się w innym tempie i na mniejszą skalę. Jednym z ich głównych celów jest to, by ludzie zobaczywszy rzecz dokonaną przez indywidualną, osobową moc w małej skali, mogli uznać – kiedy ujrzą tę samą rzecz dokonaną w dużej skali – że moc stojąca za nią jest również osobową i że w rzeczywistości chodzi tu o tę samą Osobę, która żyła pośród nas dwa tysiące lat temu. Cuda są w istocie rzeczy przepisywaniem drobnymi literkami dokładnie tej samej historii, która jest pisana w całym świecie literami zbyt dużymi, by niektórzy z nas mogli je zobaczyć. Z tego dużego zapisu część jest już widoczna, część wciąż pozostaje przed nami zakryta. Innymi słowy, niektóre z cudów sprawiają w wymiarze ograniczonym to, co Bóg już uczynił w skali uniwersalnej, inne dotykają tego, czego On jeszcze nie uczynił, lecz niechybnie sprawi. W tym sensie, i z naszego ludzkiego punktu widzenia, niektóre są przypomnieniami, a inne proroctwami.

Bóg stwarza winorośl i uczy ją, by przez korzenie wciągała wodę do góry i żeby z pomocą słońca zamieniała wodę w sok, który sfermentuje i nabierze określonych właściwości. W ten sposób co roku od czasów Noego po dziś dzień Bóg zamienia wodę w wino. Tego ludzie nie potrafią dostrzec. Albo – jak poganie – wiążą ten proces z jakimś określonym duchem, Bachusem czy Dionizosem, albo też – jak współcześni – przypisują rzeczywistą i ostateczną przyczynowość chemicznym i innym materialnym zjawiskom, które są wszystkim, czego nasz umysł może się w tym dopatrzyć. Lecz kiedy Chrystus w Kanie przemienia wodę w wino, zdejmuje zasłonę z całego tego procesu . Jeżeli cud ten przekonuje nas jedynie o tym, że Chrystus jest Bogiem, to jego oddziaływanie na nas jest połowiczne: będzie ono pełne, gdy patrząc na winnice albo pijąc wino, za każdym razem będziemy pamiętać, że to działa On, Ten, który był na przyjęciu weselnym w Kanie. Co roku Bóg zamienia małą ilość zboża w dużą; sieje się ziarno, ono się rozmnaża, a ludzie, zgodnie ze zwyczajem swojej epoki, mówią: „Oto Ceres, oto Adonis, oto Król Zboża”; lub też: „Oto prawa natury”. Skondensowaną, przetransponowaną formą tego corocznego cudu jest nakarmienie pięciu tysięcy . Chleb nie powstaje tam z niczego. Nie jest zrobiony z kamieni, jak to pewnego razu na próżno diabeł proponował Chrystusowi Panu . Mała ilość chleba zostaje zamieniona w dużą ilość chleba. Syn nie uczyni niczego, jeżeli nie widzi, by czynił to Ojciec. Istnieje tu coś, co można nazwać rodzinnym, familijnym stylem.

Cuda uzdrawiania są podporządkowane tej samej zasadzie. Bywa to czasem niezrozumiałe dla nas z powodu nieco magicznego punktu widzenia, jaki mamy w odniesieniu do zwykłego lekarstwa. Lekarze patrzą na to inaczej. Siła magiczna nie spoczywa w lekarstwie, lecz w ciele pacjenta. Rola lekarza polega na stymulowaniu naturalnych funkcji organizmu lub na usuwaniu przeszkód. W pewnym sensie, choć wygodniej jest nam mówić o wyleczeniu rany, każda rana leczy się sama; żaden opatrunek nie spowoduje, by skóra zasklepiła się nad raną na ciele zmarłego. Ta sama tajemnicza siła, którą nazywamy grawitacyjną, gdy steruje planetami, i biochemiczną, kiedy leczy ciało, stanowi przyczynę sprawczą wszystkich wyzdrowień, a jeżeli Bóg istnieje, to siła ta, pośrednio lub bezpośrednio, należy do Niego. Wszyscy, którzy zostają wyleczeni, są wyleczeni przez Niego, uzdrowiciela od wewnątrz. Lecz kiedyś zechciał On to uczynić w sposób widzialny; jako Człowiek spotykający się z człowiekiem.

Proszę sobie nie wyobrażać, że staram się uczynić cuda mniej cudownymi. Nie dowodzę, że są one bardziej prawdopodobne przez to, że są mniej niepodobne do zdarzeń naturalnych; próbuję odpowiedzieć tym, którzy uważają je za arbitralne, teatralne, niegodne Boga, bezsensowne zakłócenia ogólnego porządku. Dla mnie pozostają w pełni cudami. Uczynienie w sposób natychmiastowy z ziarnem, które jest już nieżywe i upieczone w bochenki, tego, co normalnie dzieje się powoli z żywym ziarnem, jest cudem tak samo wielkim jak zrobienie chleba z kamieni; cudem równie wielkim choć innego rodzaju. Na tym rzecz polega.

Kiedy otwieram karty książek Owidiusza czy braci Grimm, znajduję ten rodzaj cudów, które rzeczywiście byłyby arbitralne. Drzewa mówią, domy zamieniają się w drzewa, magiczne pierścionki wyczarowują w odludnych miejscach stoły suto zastawione jedzeniem, statki stają się boginiami, a ludzie przemieniają się w węże, ptaki lub niedźwiedzie. Przyjemnie się to czyta, ale najmniejsze podejrzenie, iż rzecz naprawdę miała miejsce, zamieniłoby tę przyjemność w koszmar. Tego rodzaju cudów nie znajduje się w Ewangeliach. Takie rzeczy, gdyby istniały, świadczyłyby o tym, że jakaś obca moc dokonała inwazji na naturę; w najmniejszym stopniu nie mogłyby one być dowodem na to, iż była to ta sama moc, która stworzyła naturę i kieruje nią każdego dnia. Prawdziwe natomiast cuda wyrażają nie po prostu jakiegoś boga, ale Boga: tego, który jest poza naturą nie jako ktoś obcy, lecz jako jej monarcha. Cuda te ogłaszają nie tylko, że jakiś król odwiedził nasze miasto, lecz iż jest to ten Król, nasz Król.

„Bóg na ławie oskarżonych” – C.S. Lewis

—————————

PS Na sam koniec jedno spostrzeżenie. Wrogowie chrześcijaństwa w starożytności nie zaprzeczali temu, że Jezus czynił cuda lub coś, co na nie wyglądało. Uważali po prostu, że była to tylko jakaś magia, iluzja, sztuczki itp. Załóżmy jednak, że Jezus nie czynił żadnych cudów i to co opisują ewangeliści zostało przez nich wymyślone. O cudach napisali tylko po to, aby dodać niezwykłości Nazarejczykowi. W Ewangeliach znajdują się pewne dwa ciekawe fragmenty związane z cudami. Jednym z nich jest pewnego rodzaju niepowodzenie* Jezusa w dokonaniu cudów w jego rodzinnej Galilei. Drugim wydarzeniem nas interesującym jest ten cud, który jest największy – Zmartwychwstanie. Otóż co zobaczymy jak spojrzymy na opis tego drugiego cudu w NT? Nic. Największy, najbardziej spektakularny cud nie jest w ogóle opisany. Ani jednego słowa. Po prostu stwierdzono, że grób jest pusty. I teraz pytanie. Czy ludzie wymyślający cuda w życiu Chrystusa, aby podkreślić Jego wyjątkowość, umieściliby jednocześnie dwa tak dziwne opisy wydarzeń? Co ich powstrzymywało (poza uczciwością), przed stworzeniem jakiegoś spektakularnego opisu Jezusa opuszczającego grób. Po co wzmianka o niepowodzeniu Chrystusa w Galilei w dokonywaniu cudów?

* Jezus nie czynił cudów dla popisywania się. Ich celem miało być nawrócenie ludzi ku Bogu i odstąpienie od grzechu.  Niestety usposobienie moralno-duchowe niektórych ludzi jest takie, że nawet cud ich nie zmieni. Jezus to wiedział, dlatego nie czynił cudów w Galilei. Nie dałyby one żadnych owoców. „Nie rzucajcie pereł między wieprze”.

Seria „ARGUMENTY ZA WIARĄ” ma na celu pokazanie, że chrześcijaństwo i ogólnie wiara w Boga nie jest czymś co wymaga całkowitego wyłączenia myślenia. Cykl ten może nie da niezbitego 100% dowodu na istnienie Boga (nie taki jest jego cel), lecz powinien sprawić, aby przynajmniej niektóre osoby niewierzące zmieniły swoją postawę z bezmyślnego wyśmiewania chrześcijaństwa w założenie, że „być może coś w tym jest”. Z kolei osoby już wierzące być może wzmocnią swoją wiarę po kolejnych wpisach z tej serii.

sunshine-over-hills-wallpaper

FRAGMENT KSIĄŻKI V.MESSORIEGO „PYTANIA O CHRZEŚCIJAŃSTWO” (wywiad z Eleumire Zolla)

Miał rację Pietro Citati, wówczas konsultant wielkiego wydawcy laickiego, który w 1963 roku zlecił antologię tekstów mistycznych trzydziestosiedmioletniemu pisarzowi i eseiście. Kiedy spotkałem tego człowieka, upłynęło już od tego ponad dwadzieścia lat, ale dla autora skutki książki wciąż jeszcze trwały.

Tym człowiekiem jest Elémire Zolla (osobliwe francuskie imię nadał mu ojciec, turyński malarz, wielbiciel pisarza Elémire’a Bourges), obecnie wykładający literaturę anglo-amerykańską na uniwersytecie w Rzymie. Zolla, znany może bardziej w Stanach Zjednoczonych niż u nas — jego I letterati e lo sciamano zostało uznane za najlepsze dzieło o kulturze Indian amerykańskich — jest autorem licznych książek na tematy niepokojące i fascynujące (antropologia, historia różnych tradycji, alchemia, astrologia), których jest jednym z największych ekspertów światowych. Między innymi jest założycielem i dyrektorem przeglądu „Conoscenza religiosa”, otwartego dla głosów najbardziej starożytnych (a zarazem najbardziej aktualnych) kultur tradycyjnych i sapiencjalnych, które Oświecenie zachodnie chciało stłumić.

Przed epizodem z 1963 roku, nic nie wskazywało na to, że Zolla zostanie zamknięty w gułagu przygotowanym przez pewną kulturę. A nawet, wydawało się, że już jako młody intelektualista, jest przeznaczony do dokooptowania na godne miejsce przy stole tejże kultury. Były wszystkie tego przesłanki, ponieważ jego pierwsze dzieło, powieść Minuetto all’inferno, zostało wydrukowane przez bardziej niż „właściwego” wydawcę i otrzymało natychmiast nagrodę tyleż samo „właściwą”: Einaudi i Strega. Również dzieła, które nastąpiły po nim (druga powieść, następnie esej Eclisse dell’intelettuale) zostały dobrze przyjęte. Wystarczy powiedzieć, że antologia mistyków była poprzedzona inną, tekstów współczesnych moralistów (w znaczeniu, rozumie się, literackim, społecznym, politycznym) przygotowana wręcz na cztery ręce z Alberto Moravią, najwyższym kapłanem pewnego „kręgu”.

Tymczasem doszło do tego wyboru tekstów z mistyki. Zolla opowiedział, co się zdarzyło w zatłoczonym apartamencie, jednej z wyróżniających się siedzib jego wydziału, w okolicy piazza Indipendenza.

— Ależ tak — mówił ze swoim ironicznym uśmieszkiem, nieco zagadkowym — za tych mistyków zapłaciłem drogo. Cały świat kultury, który się liczy, powstał przeciwko mnie. Ze zdumieniem przyjąłem do wiadomości okrutne ataki prasy, i to takiej, jak prasa włoska, która prawie nigdy nie krytykuje gwałtownie, biorąc pod uwagę, że duża część współpracowników jest między sobą powiązana w środowisku wydawniczo-kulturalnym. Przeciwko mnie natomiast rozpętała się wściekłość. Stałem się czarnym ludem, którym straszy się dzieci.

Ale dlaczego taka reakcja? Znowu ironiczny uśmiech, spokój kogoś, kto się nie przejmuje, oczekując mało lub niczego od ludzi:

— Czego pan chce, zajmując się takimi tematami, jak mistyka, zwłaszcza w latach zachwytów technologicznych, postępowych, odurzenia pierwszym cudem ekonomicznym — zostałem uznany winnym pogwałcenia ślubu laickości. I wyrzuconym więc ze zgromadzenia.

Czasy się zmieniają, zainteresowania i refleksje, jakie Zolla przez lata kultywował samotnie, niekiedy wręcz jako wykluczony, wypływają znowu. Wśród ruin nowoczesności coraz bardziej zdobywają prawo obywatelstwa pytania, które on, jeden z pierwszych wśród nas, stawiał: a jeżeli pogardzane kultury preindustrialne, jeżeli mądrość tradycji religijnych każdego kontynentu miałyby rację i znaczyłyby o wiele więcej niż erudycja bez mądrości, która cechuje wyjałowiony już Zachód? Mówił słowami mocnymi, ale tonem spokojnym, cichym:

— Oszałamiające obelgi lub milczenie uderzają w tego, kto ośmiela się sprzeciwiać zabobonnemu kultowi Wiedzy, celebrowanemu przez nowych kapłanów, owych „ekspertów”, którzy teraz nie potrzebują nawet odwoływać się do ramienia świeckiego, aby odebrać dziesięciny, hołdy, posłuszeństwo pospólstwa.

Tym jego tematom i pytaniom zagraża dzisiaj, najwyżej, że staną się modne, a może nawet będą pretekstem dla nowych snobizmów i nowych sił (a to przeraża antykonformizm Zolli). Ale dlaczego przygotowanie tylko antologii tekstów mistycznych zostało ocenione wtedy jako coś tak bardzo niebezpiecznego, iż spowodowało zadekretowanie dla redaktora odpowiedzialnego ostracyzmu, getta, wygnania? („Nad moim przyjacielem Elémirem Zollą została rozciągnięta zasłona milczenia”, zaświadczył jego znakomity kolega z tego samego uniwersytetu, filozof katolicki Augusto Del Noce).

— Dlaczego tak niebezpieczne? — odpowiedział na moje pytanie — Ależ dlatego, że gromadząc znaleziska, ponosiłem odpowiedzialność za informowanie o realności świata, który wymyka się uspokajającym schematom, zbudowanym jak barykady przeciw niepokojowi, przez tę naszą biedną „kulturę”. Jest to kultura pochylająca się nad samą sobą, obawiająca się nowego, a która mimo to uważa się za „nowoczesną” i wręcz chwali się z dumą swoimi ograniczeniami. Dla tej kalekiej kultury mistycy są pomyloną ciotką odosobnioną w wieży. Jeżeli ktoś słyszy jej krzyki, powinien udawać, że nic się nie stało. Ja natomiast zebrałem te wołania: stąd kara, na którą sobie zasłużyłem. Owe wołania — mówił dalej — są tak bardzo nieznośne, ponieważ wzbudzają wątpliwość co do chwiejnych racji agnostycyzmu, ateizmu: — Studiując autorów mistycznych, odkrywa się u nich taką niezmienność tematów i akcentów (od orfizmu antycznej Grecji, aż, kto wie?, do ojca Pio z Pietralciny), że muszą świadczyć one w niepodważalny sposób o tajemniczej rzeczywistości, mieszczącej się poza wszelką możliwą krytyką.

Niepokojący dowód prawdy religijnej, gdy się pomyśli, że mistyka jest „konkretnym doświadczeniem boskości”, jest „poznawaniem Boga” nie przez filtry i mroki rozumu, lecz niejako w bezpośrednim kontakcie. — Wywiera wrażenie fakt, że nie ma zasadniczych różnic między tym, co relacjonują mistycy religii: Rzeczywistość, do której dochodzą, Tajemnica, którą poznają, wydaje się, zawsze i wszędzie, ta sama.

Zrozumiałem teraz lepiej strach: należało odizolować Zollę, ponieważ droga wybrana przez niego zagrażała dojściem do nieodpartego znaku zapytania. Jeżeli mianowicie przez wszystkie przeszło trzydzieści wieków historii ludzkiej, dla której mamy pisemną dokumentację, najlepsi ludzie każdego czasu i kultury relacjonują o swoich spotkaniach z Tajemnicą, dając takie samo świadectwo; a więc, jeżeli jest to godne zaufania, wtedy staje się konkretnym ryzyko, że ta Tajemnica istnieje rzeczywiście, otacza nas już teraz i oczekuje nas po drugiej stronie życia.

Coś, co może utwierdzić wierzącego (do jakiejkolwiek religii należy), ale przeciwnie, wywołuje reakcje epigonów cywilizacji, która (on sam to powiedział) „od dwóch wieków uzależnia człowieka zachodniego, ponieważ używa tylko połowy swojego mózgu: tej, która kieruje logiką. Ale jest druga połowa, równie, jeżeli nie bardziej ważna, która została dotknięta atrofią: to ta, która nie obcuje z bezsilną jałowością rozumowania, ale pojmuje symbol, metaforę, głęboki związek między wszystkimi rzeczami”.

Połowa więc mózgu, jaka kieruje ową Tradycją, która w każdym narodzie i kulturze jest w sposób istotny religijna. Jak Citati, również Zolla, zafascynowany bogactwem wszystkich religii, twierdzi, iż nie potrafi, nie chce wybierać:

— Czuję się wszystkim. Jestem rozbójnikiem: nie ma żadnej mądrości religijnej na świecie, której bym nie chciał uczynić własną.

Trzeba zgodzić się z nim, kiedy mówi:

— Musimy kochać naszą religię, tę, która prowadzi nas do spokoju wiecznego, nie znieważając innych dróg zbawienia.

Ale wydaje się pewne, że jego wizja („Wszystkie tradycje są tylko promieniami jednego słońca”) kończy się w synkretyzmie, choćby nawet fascynującym, i w dominującym zainteresowaniu symbolem, mitem — ze szkodą dla historii — co nie może zadowolić chrześcijanina, który stawia swoje karty na historię zbawienia.

Niemniej jednak, to właśnie temu jego instynktowi „wszystko jedzącego”, religia ogólnie, więc także i chrześcijaństwo, zawdzięczają wiele: ten człowiek docierał niestrudzenie do najodleglejszych zakątków świata („te — mówi — coraz rzadsze, do których plaga arogancji i ślepoty współczesnego Zachodu jeszcze nie dotarła”), miewał tam najbardziej niezwykłe spotkania, przeszukiwał biblioteki i archiwa najbardziej tajne, aby dojść do jedynego, przemyślanego wniosku. Do wniosku, który tak streszcza:

— Nie ma drogi, która prowadziłaby do prawdy, do światła, do poznania, do wewnętrznego pokoju, która nie przechodziłaby przez mądrość Tradycji religijnej.

Dosyć to niezwykłe, jak Elémire Zolla — wróg mentalności oświeceniowej — zgadza się z Luigim Firpo (którego słuchaliśmy jako jednego z najznamienitszych głosów neooświecenia) we wcale nie podrzędnym punkcie: w najsurowszej krytyce szybkiego porzucenia tysiącletniej tradycji (zwłaszcza liturgicznej, ale także teologicznej) dokonanego w tych latach przez niektórych ludzi Kościoła katolickiego. Gdy Firpo, z ironią laika, ale z goryczą człowieka, który wie jak bardzo to, co chrześcijańskie, stanowi wspólne dziedzictwo kulturowe, mówił o „niewiarygodnym widowisku wspólnoty religijnej, która pozbywa się najbardziej czcigodnej tradycji świata”, Zolla opłakiwał (z udziałem homo religiosus), „szalone zniszczenie, w imię oświeceniowego mitu liturgii zrozumiałej dla wszystkich, najcenniejszych skarbów Kościoła”.

Na pytanie, dlaczego to się stało, ma natychmiastową odpowiedź:

— Stało się to, ponieważ zabrakło miłości, ponieważ przeważyła pycha racjonalizmu. W każdym razie, nie ma przyszłości dla Kościoła, który nie stawia na najwyższym miejscu mistyki, kontemplacji.

http://mateusz.pl/ksiazki/vm-poch/poch_04.htm

Seria “ARGUMENTY ZA WIARĄ” ma na celu pokazanie, że chrześcijaństwo i ogólnie wiara w Boga nie jest czymś co wymaga całkowitego wyłączenia myślenia. Cykl ten może nie da niezbitego 100% dowodu na istnienie Boga (nie taki jest jego cel), lecz powinien sprawić, aby przynajmniej niektóre osoby niewierzące zmieniły swoją postawę z bezmyślnego wyśmiewania chrześcijaństwa w założenie, że “być może coś w tym jest”. Z kolei osoby już wierzące być może wzmocnią swoją wiarę po kolejnych wpisach z tej serii.

god-creates-man-sistine-chapel

Drugi tytuł: CUDA Tyle ataków i kryzysów, a Kościół Chrystusa wciąż trwa.

„Niebo i ziemia przeminą, ale Moje słowa nie przeminą”. Cywilizacja starożytności obejmowała cały ówczesny świat i ludzie nie bardziej spodziewali się jej końca niż tego, że słońce przestanie świecić. Nie potrafili sobie wyobrazić innego porządku, chyba że należałby do innego świata. Ale światowa cywilizacja przeminęła, a słowa nie przeminęły. Podczas długiej nocy wczesnego średniowiecza feudalizm był rzeczą tak bliską człowiekowi, że nikt nie potrafił sobie wyobrazić, by można żyć bez pana, a religia była tak mocno wpleciona w strukturę ustroju, że nikt nie mógł sobie wyobrazić, by można ją było rozerwać. A jednak feudalizm został rozerwany na strzępy i starty w braterskim duchu prawdziwego średniowiecza, a pierwszą i najświeższą siłą tej nowej wolności była ta sama stara religia. Feudalizm przeminął, a słowa nie przeminęły. Cały średniowieczny porządek, będący dla człowieka pod tyloma względami kompletnym i niemal kosmicznym domem, sam stopniowo uległ zużyciu, i wtedy wreszcie wydawało się, że słowa również wyzioną ducha. A jednak przebyły one całą świetlistą otchłań renesansu i już po pięćdziesięciu latach wykorzystywały jego światło i naukę do tworzenia nowych podstaw wiary, nowej apologetyki i nowych świętych. Wydawało się, że religia zwiędnie ostatecznie pod palącym słońcem wieku rozumu, że rozpadnie się od trzęsienia ziemi wywołanego przez wiek rewolucji. Nauka podważyła ją swoimi wyjaśnieniami, a ona trwała. Historia wykopała ją z ziemi w zamierzchłej przeszłości, a ona nagle pojawiła się na odległym horyzoncie. Dziś znowu stanęła na naszej drodze i na własne oczy obserwujemy jej wzrost.

Jeśli relacje i dokumenty opisujące nasze życie społeczne zachowają swoją ciągłość, jeśli ludzie naprawdę nauczą się używać rozumu do rozważania nagromadzonych faktów tak przytłaczającej historii, zdaje się, że prędzej czy później nawet wrogowie chrześcijaństwa wywnioskują ze swoich nieustannych rozczarowań, że w dziejach tej religii nie ma co spodziewać się czegoś tak prostego jak śmierć. Będą mogli nadal z nią walczyć, ale tylko tak, jak walczą z naturą; jak walczą z krajobrazem albo z niebem nad swoimi głowami. „Niebo i ziemia przeminą, ale Moje słowa nie przeminą”. Będą wyglądać jej potknięcia, będą wyglądać jej pomyłki, ale nie będą więcej! wyglądać jej końca. Bez ich woli, a nawet świadomości, ich własne ciche oczekiwania sprawią, że dokona się wypełnienie względnych warunków tej zdumiewającej przepowiedni; nie będą już spodziewać się wytępienia tego, co tak często na próżno próbowano wytępić, i nauczą się instynktownie oczekiwać, że wcześniej nastąpi pojawienie się komety albo zlodowacenie naszej gwiazdy.

CHRZEŚCIJAŃSTWO PRZETRWAŁO NIE TYLKO CZAS WOJNY, LECZ CO WAŻNE POKOJU

A oto fakt ostatni i najbardziej niezwykły ze wszystkich. Wiara nie tylko często traciła życie, ale często traciła je ze starości. Nie tylko często była zabijana, ale często umierała naturalną śmiercią w tym sensie, że spotykał ją całkiem naturalny i nieuchronny koniec. Oczywiste jest, że przetrwała ona najokrutniejsze i najbardziej powszechne prześladowania od wstrząsu wściekłości Dioklecjana po wstrząs rewolucji francuskiej. Miała w sobie jednak jeszcze dziwniejszą, a nawet jeszcze bardziej wariacką nieustępliwość; przetrwała bowiem nie tylko wojnę, ale także czasy pokoju. Nie tylko często umierała, ale równie często degenerowała się i psuła, a mimo to przetrwała własną słabość, a nawet własną kapitulację. Nie musimy powtarzać oczywistości o końcu, jaki spotkał Chrystusa; o pięknie zaślubin młodości ze śmiercią. Historia Kościoła robi jednak niemal takie wrażenie, jakby Chrystus dożył najstarszego możliwego wieku i jako stuletni siwowłosy starzec zmarł z wyczerpania, a potem odmłodzony zmartwychwstał przy dźwięku trąb i pod rozstępującym się niebem. Całkiem słusznie powiedziano, że ludzki element chrześcijaństwa w swej powracającej słabości zbyt łatwo żenił się z mocami tego świata; jeśli jednak żenił się z nimi, to często zostawał wdowcem. Wróg chrześcijaństwa mógł w pewnym momencie jego historii powiedzieć, że było ono jedynie elementem władzy cezarów, dziś jednak brzmi to równie dziwnie jak twierdzenie, że było ono elementem władzy faraonów. Inny wróg mógł powiedzieć, że było ono jedynie oficjalną wiarą feudalizmu, dziś jednak brzmi to równie przekonująco jak twierdzenie, że chrześcijaństwo musiało zniknąć razem z rzymskimi willami. Wszystkie te zjawiska faktycznie dopełniły swego biegu i dotarły do naturalnego końca; wydawało się, że także religia chrześcijańska nie ma innego wyjścia, niż skończyć się wraz z nimi. I rzeczywiście skończyła się. A potem zaczęła na nowo [GKC].

—————————–

Postawmy sobie jeszcze pytanie szczególnie intrygujące: Dlaczego właśnie chrześcijaństwo, jak chyba żadna inna religia, ma żywot tak szczególnie trudny, że praktycznie od zawsze i coraz to na nowo wydaje się przegrywać i mieć ku końcowi? Dla mnie osobiście odpowiedź na to pytanie jest oczywista: Bo nie od ludzi ta religia pochodzi, tylko od Boga, toteż przekracza wszelkie miary ziemskie. „Moc bowiem w słabości się doskonali” (2 Kor 12,9). „To bowiem, co jest głupstwem u Boga, przewyższa mądrością ludzi, a co jest słabe u Boga, przewyższa mocą ludzi” (1 Kor 1,25).

Toteż ilekroć obserwuję jakieś odejścia od Chrystusa albo słyszę niepokoje o przyszłość Kościoła, przypominają mi się słowa Listu do Hebrajczyków: „Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam także na wieki. Nie dajcie się uwieść różnym i obcym naukom, dobrze bowiem jest wzmacniać serce łaską” (13,8n) [o. Jacek Salij].

Zmartwychwstanie

„Człowiek wiekuisty” – G.K. Chesterton

ZOBACZ TAKŻE–> http://mateusz.pl/ksiazki/js-npp/js-npp_50.htm (o. Jacek Salij)

Saint_Thomas_AquinasSeria “ARGUMENTY ZA WIARĄ” ma na celu pokazanie, że chrześcijaństwo i ogólnie wiara w Boga nie jest czymś co wymaga całkowitego wyłączenia myślenia. Cykl ten może nie da niezbitego 100% dowodu na istnienie Boga (nie taki jest jego cel), lecz powinien sprawić, aby przynajmniej niektóre osoby niewierzące zmieniły swoją postawę z bezmyślnego wyśmiewania chrześcijaństwa w założenie, że “być może coś w tym jest”. Z kolei osoby już wierzące być może wzmocnią swoją wiarę po kolejnych wpisach z tej serii.

Św. Tomasz wskazuje m.in. na sam cud trwania wiary chrześcijańskiej, która przecież wymaga od człowieka wielu rzeczy trudnych (miłość nieprzyjaciół, wierność jednej kobiecie przez całe życie itp.) przeciwnych naszym spontanicznym pragnieniom i zachciankom (egoizm czy poligamia). Wiara ta nie była nikomu narzucona siłą (patrz Islam), wręcz przeciwnie, przetrwała ciężkie prześladowania (patrz pierwsze trzy wieki chrześcijaństwa, a także okres od XVIII wieku) i zgniliznę wewnętrzną, a przyciągnęła do siebie nie tylko prostaczków, lecz również największych mędrców. Zdaniem św. Tomasza, to nieprzystawanie wiary chrześcijańskiej do naszych doczesnych pragnień oraz jej zwycięstwo w prześladowaniach, i to zwycięstwo nie tylko tej czy innej jednostki, ale niezliczonych ludzi, jest świadectwem mocy, jaką kryje w sobie wiara, oraz świadectwem realności owych dóbr niewidzialnych, dla których chrześcijanie porzucają dobra widzialne. Według Akwinaty jest to „największy cud”, jaki dzieje się w świecie; jest to zarazem znak prawdziwości tamtych cudów, jakie towarzyszyły początkom wiary chrześcijańskiej.

http://www.nonpossumus.pl/biblioteka/jacek_salij/eseje_tomistyczne/10.php

Seria “ARGUMENTY ZA WIARĄ” ma na celu pokazanie, że chrześcijaństwo i ogólnie wiara w Boga nie jest czymś co wymaga całkowitego wyłączenia myślenia. Cykl ten może nie da niezbitego 100% dowodu na istnienie Boga (nie taki jest jego cel), lecz powinien sprawić, aby przynajmniej niektóre osoby niewierzące zmieniły swoją postawę z bezmyślnego wyśmiewania chrześcijaństwa w założenie, że “być może coś w tym jest”. Z kolei osoby już wierzące być może wzmocnią swoją wiarę po kolejnych wpisach z tej serii.

* * *

Poniżej zostały przedstawione przykłady świętych, których ciała nie ulegają rozkładowi.

UWAGA -Ktoś może powiedzieć, że rozkładowi można zapobiec np poprzez mumifikacje, balsamowanie, lub umieszczenia ciała w sprzyjających warunkach (odpowiednia temperatura, wilgotność, ruch powietrza i inne). To wszystko jest prawdą i w taki sposób można wytłumaczyć wiele lub większość przypadków świętych. Poniżej jednak zostały podane przykłady tych osób, których nie można w żaden naturalny sposób wytłumaczyć. Mamy pewność, że ich ciała nie były w żaden sposób balsamowane czy umieszczone w warunkach powstrzymujących rozkład.

Św. Andrzej Bobola

BobolaZmarły w 1657 r. polski jezuita. W trakcie powstania Chmielnickiego trafił w ręce Kozaków, którzy w rzeźni poddali go okrutnym torturom. Zwyrodnialcy obcięli mu uszy, wargi, nos i wydłubali jedno oko. W niektórych miejscach zdarli także z niego skórę i pozostawali otwarte rany. Zmasakrowane ciało Boboli zostało złożone w zawilgoconej ziemi, pełnej innych rozkładających się zwłok.

Pochówek okaleczonych zwłok duchownego wśród innych szczątków, powinien przyśpieszyć rozkład. Tymczasem stało się inaczej (Bobola leżał w ziemi 40 lat) W trakcie jednej z ekshumacji, do której doszło w 1917 r. okazało się, że jego ciało wciąż nie uległo procesom gnilnym i zachowało się w dobrym stanie.

W 1922 r. żołnierze Armii Czerwonej wykradli zwłoki Boboli. Sowieccy naukowcy próbowali zgłębić ich tajemnicę i dowiedzieć się, co sprawiło, że mimo wielu lat nie uległy rozkładowi. Żadne medyczne uzasadnienia nie pasowały jednak do tego przypadku. Dzięki działaniom papieża, ciało zostało zwrócone w 1923 r.

Lekarze, którzy prowadzili badania nie potrafią w żaden sposób wyjaśnić, dlaczego w warunkach, które sprzyjają rozkładowi, zwłoki Andrzeja Boboli – zachowały się.

http://katalogi.pl/220195-ponad-sto-cia%C5%82-%C5%9Bwi%C4%99tych-i-b%C5%82ogos%C5%82awionych-nie-poddaje-si%C4%99-procesom-rozk%C5%82adu..html

………………………………

Św. Silvan

Jeden ze świętych, o którym nie wiadomo dziś wiele. Pewne jest, że umarł ok. IV wieku. Na jego szyi widoczne są ślady cięcia. Św. Silvan umarł śmiercią męczeńską i prawdopodobnie był duchownym. Jego zwłoki znajdują się w jednym z kościołów w Dubrowniku w Chorwacji. Biorąc pod uwagę fakt, że mają ponad 1600 lat, zachowały się w stanie znakomitym.

……………………………..

Św. Aniela Merici

aniela4Pochowano ją w kościele św. Afry, gdzie do dnia dzisiejszego spoczywa w kryształowej trumnie na ołtarzu poświęconym jej czci. Ciało św. Anieli kilkakrotnie w ciągu wieków było ekshumowane i ku wielkiemu zdumieniu świadków, zawsze znajdowane było w stanie nienaruszonym, nie uległo rozkładowi, cały czas zachowywało elastyczność.

Ostatnią ekshumację przeprowadzono 28 maja 1907 roku. Po szczegółowych badaniach sporządzono raport, w którym czytamy: „…gdy czcigodne szczątki św. Anieli Merici wyjęte zostały z urny, ciało prezentowało się zachwycająco dobrze zachowane i nienaruszone, bez pomocy żadnych chemicznych środków konserwujących…”. Dzisiaj jej ciało pociemniało, ale nadal jest w bardzo dobrym stanie.

O zwłoki Anieli spierali się kanonicy z Brescia i kanonicy regularni z Afra, i dla tego ciało przez 30 dni było nie pogrzebione; jednakże pozostało nie stęgłe i jakby żywe.

http://www.urszulanki-gandino.pl/service4.aspx

……………………………………..

Św. Jozafat Kuncewicz – wrzucony do rzeki 

Szczególne przypadki dotyczą ciał, które przez dłuższy czas pozostawione były na działanie powietrza lub wody, które normalnie powodują dużo szybszy rozkład. Taka sytuacja odnosi się do urodzonego na Wołyniu św. Jozafata Kuncewicza (1580-1623), zamordowanego toporem przez prawosławnych mieszkańców Witebska. Po śmierci został on wrzucony do rzeki, a jednak jego ciało pozostało nienaruszone przez 5 lat od śmierci. Co więcej, 27 lat po niej z rany na głowie wyciekła mu krew.

http://www.pch24.pl/swieci-niezniszczalni–nawet-po-smierci,7106,i.html

……………………………………..

Św. Bernadetta

sw_BernadettaCiało św. Bernadety, zmarłej w 1879 r., wystawione jest w klasztorze w Nevers we Francji. Podczas trzeciej ekshumacji twarz i dłonie świętej pokryto woskiem, a zwłoki wystawiono w szklanej trumnie. Obecny przy tym dr Comte stwierdził, że jej ciało było „nietknięte (nienaruszone), w ogóle nie uległo procesom gnicia i rozkładu, które są czymś normalnym po tak długim pobycie w grobie wykopanym w ziemi”. W piśmie medycznym zaś pisał: „To, co mnie tak naprawdę uderzyło podczas badań, to doskonale zachowany szkielet, wszystkie wiązania, skóra, a także elastyczność i jędrność muskułów. To, co mnie przede wszystkim zadziwiło, to stan wątroby, po 46 latach od śmierci. Ten organ, tak przecież kruchy i delikatny, powinien bardzo szybko ulec rozpadowi albo zwapnieniu i stać się twardy. Tymczasem przecinając go (aby pobrać relikwie), odkryłem, że posiada konsystencję elastyczną, normalną. Natychmiast pokazałem to asystentom, mówiąc im, że ten fakt nie wydaje się być w porządku naturalnym”.

Po zdjęciu pierwszy raz wieka, ukazał się ludziom zdumiewający i szokujący widok idealnie zachowanego ciała Bernadety, chociaż jej habit jest zmurszały i mokry. Z jej twarzy promieniowało dziewicze piękno, oczy ma zamknięte, jakby była pogrążona w spokojnym śnie, usta nieco rozchylone. Głowa lekko przechylona na lewo. Skóra była w idealnym stanie i przylegała do mięśni. Ręce złożone na piersi i owinięte różańcem, który już mocno pordzewiał. Pod skórą można zobaczyć zarys żył. Paznokcie u rąk i nóg są również w doskonałym stanie.

Więcej ciekawych informacji o okolicznościach śmierci, pochówku czy ekshumacji pod poniższym linkiem.

http://adonai.pl/cuda/?id=2

…………………………….

Inne

# W wielu przypadkach ciała były przechowywane w dużej wilgoci. To przypadek św. Teresy z Ávili (1515- 1582) odnalezionej w zgniłej trumnie i ubraniu pokrytym ziemią. Jej ciało wydzielające zapach, którym święta otoczona było za życia, pozostało nienaruszone.

# Ciało św. Katarzyny Bolońskiej 12 lat po śmierci było tak giętkie, że posadzono ją na tronie. Siedzi na nim od ponad 500 lat. W szklanej gablocie umieszczono ją dopiero w 1953 r., pokrywając twarz warstwą wosku.

# Zachowanie od rozkładu ciał świętych próbowano wytłumaczyć racjonalnie warunkami klimatycznymi, właściwościami gleby, w której złożono trumny albo podejrzewano o balsamowanie. Ale w przypadku tych świętych, które opisała Joan Carrol Cruz w książce „Niezniszczalni”, to się nie sprawdza. Ich zwłoki nie były balsamowane. Czasem były grzebane bez trumny, wprost w ziemi, jak św. Katarzyny Bolońskiej czy św. Pacyfika z San Severino.

# Bywało, że z powodu żądań ludu nie od razu grzebano zwłoki osób umarłych w opinii świętości, jak np. św. Bernardyna ze Sieny, pochowanego dopiero 26 dni po śmierci, czy św. Anieli Merici – 30 dni od zgonu.

# Ciało św. Kolomana było przez dłuższy czas zawieszone na drzewie.

# W przypadku trzech świętych: Franciszka Salezego, Jana od Krzyża i Pascala Baylona próbowano celowo – i całkowicie bezskutecznie – przyspieszyć rozkład ciał przez posypanie wapnem, by móc „bardziej higienicznie” przetransportować same kości lub oszczędzić wiernym „gorszącego” odoru.

*

Według Kościoła tylko te zakonserwowane przez długi czas i niepoddane sztucznym procesom mogą przejść proces uznania za cudownie zachowane. Warto dodać, że warunek ten nie jest konieczny do kanonizacji. Kościół podchodzi do sprawy bardzo ostrożnie. Czytanie takich i podobnych opisów, podobnie jak oglądanie za szklaną szybą wysuszonych, poczerniałych szczątków świętych, jednych przyprawia o mdłości, innych pobudza do oddawania większej czci. Jest jednak argumentem nadprzyrodzoności. – Jest łaską bożą niewytłumaczalne zachowanie ciał świętych, ale jego celu nie potrafimy wyjaśnić. My inaczej rozumujemy niż Bóg, który zna potrzeby Kościoła – przyznaje z pokorą o. Stefan Ryłko, promotor w wielu procesach kanonizacyjnych.

Uwaga: Do świętości – jak zostało wspomniane – ciała nie trzeba. Tylko raz Kościół uznał zachowanie ciała za cud potrzebny do beatyfikacji. Chodzi o św. Andrzeja Bobolę, torturowanego i zamordowanego w niezwykle bestialski sposób przez Kozaków w 1657 r

Opracowano min. na podstawie:

http://www.rp.pl/artykul/944409.html?print=tak&p=0 http://adonai.pl/cuda/?id=54

http://adonai.pl/cuda/?id=54