Archive for the ‘KĄCIK LITERACKI’ Category

1984+orwellROZMOWA GŁÓWNEGO BOHATERA [WINSTONA SMITHA] Z NOWYM WSPÓŁWIĘŹNIEM I PRZYJACIELEM

Na korytarzu rozległ się miarowy stukot butów. Stalowe drzwi otworzyły się z głośnym zgrzytem. Młody oficer o zgrabnej sylwetce opiętej czarnym mundurem, niemal całym z lśniącej, wypolerowanej skóry, i o bladej, surowej twarzy podobnej do woskowej maski wmaszerował sprężystym krokiem do środka i dał znak strażnikom, żeby wprowadzili eskortowanego więźnia. Do celi, powłócząc nogami, wszedł poeta Ampleforth. Drzwi zatrzasnęły się z głuchym łoskotem.

Ampleforth obrócił się niepewnie w lewo, potem w prawo, jakby szukał drugich drzwi, przez które mógłby wydostać się na zewnątrz, po czym zaczął chodzić tam i z powrotem. Jeszcze nie dostrzegł Winstona. Jego niespokojny wzrok przesuwał się po ścianie mniej więcej metr nad głową siedzącego. Ampleforth był bez butów; duże brudne palce u nóg wyłaziły przez dziury w skarpetkach. Najwyraźniej nie golił się od kilku dni. Twarz aż po kości policzkowe pokrywał szczeciniasty zarost, nadając jej bandycki wygląd, dziwnie nie pasujący do dużego, ale słabego ciała i nerwowych ruchów.

Winston otrząsnął się nieco z letargu. Choćby miał narazić się na wrzaski teleekranu, musiał odezwać się do Amplefortha. Istniał cień prawdopodobieństwa, że to właśnie poeta przekaże mu żyletkę.

– Ampleforth – rzekł.

Teleekran milczał. Ampleforth zatrzymał się, lekko zaskoczony. Powoli przeniósł wzrok na Winstona.

– A, Smith! – zawołał. – Ty również!

– Za co cię zamknęli?

– Prawdę mówiąc… – Usiadł ciężko na ławie naprzeciw Winstona. – Jest tylko jedna zbrodnia [myślozbrodnia], nie?

– I ty ją popełniłeś?

– Na to wygląda.

Przyłożył dłoń do czoła i trzymał ją tak przez chwilę, jakby usiłował sobie coś przypomnieć.

– Nie ma jak temu zapobiec. Zdołałem odgrzebać w pamięci jeden jedyny moment, kiedy mogłem ją popełnić. Tak, postąpiłem bardzo nierozważnie. Przygotowywaliśmy ostateczne wydanie poezji Kiplinga. Pozwoliłem, żeby na końcu jednego wersu pozostało słowo „Bóg”. Nie miałem wyjścia! – zawołał niemal z oburzeniem, unosząc głowę, by spojrzeć na Winstona. – Nie dało rady tego zmienić. Konieczny był rzeczownik, pełny rym męski do słowa „głóg”. Znalazłem czterdzieści, lecz żaden nie pasował. Przez wiele dni łamałem sobie głowę, aż w końcu dałem za wygraną. Więcej takich stów po prostu nie ma! – ROK 1984 [GEORGE ORWELL].

almighty-power

O POCZĄTKACH RODZAJU LUDZKIEGO

Dwa z nich, nad inne szlachetniejsze kształtem,
Postawę prostą miały i wzrost słuszny
Na podobieństwo Boże; przystrojone
W swą przyrodzoną nagość najgodniejszą,
Panami innych stworzeń się zdawały,
Godnymi swego panowania, bowiem
Boskie wejrzenie ich jest wizerunkiem
Ich Stworzyciela, chwalebnym odbiciem
Prawdy, mądrości i świątobliwości,
Świątobliwości surowej i czystej,
Surowej, jednak prawdziwie synowskiej
Swobody pełne; stąd to władza ludzi
Prawdziwa bierze swe źródło. A przecież

Nie byli równi sobie, bowiem płeć ich
Także jednaką nie była, prócz tego
On do dzielności zdawał się stworzony
I do rozmyślań, gdy ona do czułej
Słodyczy, pełnej wdzięku wabiącego;
On Bogu służy jedynie, gdy ona
Bogu w nim. Jego piękne i wysokie
Czoło i oko pełne wyniosłości
Zdają się świadczyć, że on tu jest władcą;
Hiacyntowe kędziory spadały
Po obu stronach czoła u mężczyzny
W puklach, szerokich ramion nie sięgając;
Na kibić smukłą jej spływał rozwity
Włos nietrefiony, jakoby zasłona,
Lecz niby wina pędy tak się wijąc
W płochych pierścieniach, co ukazywało,
Że jest uległa, prosząc o łagodność
W poddaniu swoim; on zasię przyjmował
Radośnie owo poddanie i miękką
Uległość, dumę skromną i miłosną,
Ociągającą się nieco powolność.
Nieosłonięte były części ciała,
Tak skryte dzisiaj, gdyż wówczas nie było
Wstydu przez winę zesłanego, wstydu
Tak fałszywego wobec dzieł Natury.
O ty, godności niegodna, zrodzona
Z Grzechu, jak bardzo udręczyłaś ludzi
Swym udawaniem, zwykłym udawaniem
Czystości, żywot ludzki pozbawiając
Najszczęśliwszego żywota w prostocie
I niewinności nieposzlakowanej!
A więc chodzili nago, bez obawy
Spotkania Boga lub anioła, bowiem
Zła w tym żadnego dostrzec nie umieli.
A więc dłoń w dłoni chodzili i byli
Z par najpiękniejszą, jakie kiedykolwiek
W miłosnym dotąd splotły się uścisku:
Adam był z ludzi najpiękniejszym, odkąd
Synowie jego się zrodzili, Ewa
Także piękniejszą była niż jej córy.
Na trawie w cieniu szeleszczących liści
Drzewa, co rosło nieopodal źródła
Świeżego, siedli po trudzie przyjemnym
Przy doglądaniu ogrodu, po trudzie
Na tyle wielkim, aby stał się bliższym
Zefir im chłodny, milszym wypoczynek,
Zdrowszym pragnienie i większym łaknienie
Na ich wieczerzę z owoców, do których
Raźno się wzięli. Były to owoce
Pełne nektaru, a gałąź usłużna
Je podawała, gdy tak spoczywali
Na brzegu owym, usianym kwiatami
Wśród aksamitnych traw, a kiedy wreszcie
Zjedli miąższ smaczny, uczuli pragnienie,
Więc zaczerpnęli wody ze strumienia
W tykwy. Nie brakło i żartów łagodnych
Ani uśmiechów serdecznych, a także
Młodzieńczych pieszczot, co w pełni przystoją
Związkom małżeńskim w miłej samotności.

JOHN MILTON [RAJ UTRACONY]

MSDSIOF EC015ROZMOWA AGENTKI FBI – CLARISE STARLING Z HANNIBALEM LECTEREM

– Co pani wie o Buffalo Billu?

– Nikt nie wie o nim zbyt dużo.

– Czy w gazetach było wszystko, co wiecie?

– Tak myślę. Doktorze, nie oglądałam żadnych zastrzeżonych materiałów na ten temat, moim zadaniem jest…

– Ilu kobiet użył Buffalo Bill?

– Policja odnalazła pięć.

– Wszystkie obdarte ze skóry?

– Tak, częściowo.

– Gazety ani razu nie wyjaśniły, dlaczego tak go nazwano. Wie pani, dlaczego mówią na niego Buffalo Bill?

– Tak.

– Proszę mi powiedzieć.

– Powiem panu, jeśli rzuci pan okiem na kwestionariusz.

– Dobrze, rzucę i na tym koniec. A więc dlaczego?

– Ktoś w wydziale zabójstw Kansas City głupio sobie zażartował i stąd się to wzięło.

– Tak…?

– Nazwali go Buffalo Billem, ponieważ zdziera skórę z torsów. Clarice pomyślała, że ma do wyboru: okazać przerażenie albo potraktować to, co powiedziała, żartobliwie. Wybrała przerażenie.

– Proszę mi przesłać kwestionariusz.

Położła na wózku niebieski formularz. Siedziała nieruchomo, podczas gdy Lecter szybko przerzucał kartki. Położył je z powrotem na wózek.

– Och, pani inspektor, czy naprawdę sądzi pani, że podda mnie sekcji za pomocą tego błękitnego małego instrumentu?

– Nie. Sądzę, że może pan wniknąć w samego siebie i posunąć do przodu nasze badania.

– A z jakiego powodu miałbym to zrobić?

– Z powodu ciekawości.

– Ciekawości czego?

– Dlaczego jest pan tutaj. Co się panu przydarzyło.

– Nic mi się nie przydarzyło, pani inspektor. Sam stanowię o swoim losie. Nie możecie ograniczyć moich możliwości. Zrezygnowaliście z kryteriów dobra i zła dla behawioryzmu. Założyliście wszystkim moralne pieluszki. Nic nie jest nigdy, według was, czyjąkolwiek winą. Niech pani spojrzy na mnie, pani inspektor. Czy ośmieli się pani powiedzieć, że jestem zły? Czy jestem zły? —- THOMAS HARRIS [MILCZENIE OWIEC 1988]

Tree Silhouette Against Starry Night Sky --- Image by © Robert Llewellyn/Corbis

SHEROCK HOLMES I DR.WATSON PODCZAS CAMPINGU:

Sherlock Holmes i Watson przebywają na campingu. Po zpożyciu smacznej kolacji popitej butelką wina, kładą się pod swoim namiotem i zasypiają. Kilka godzin później, w środku nocy Holmes budzi sie i zaczyna szturchać Dr. Watsona.

Watson Watson, spójrz w górę na niebo i powiedz mi co dostrzegasz.

Po chwili zastanowienia kompan odpowiada: Widzę miliony milonów gwiazd.

„I o czym to świadczy dla ciebie?” Holmes zapytał. Doktor przez minutę się zastanawia…

No więc z astronomicznego punktu widzenia, mówi mi to, że istnieją miliony galaktyk i potencjalnie miliardy planet.

Jeśli chodzi o astrologię, to dostrzegam, że Saturn znajduje się na tle zodiakalnego Lwa.

Czasowo natomiast jest około kwadransa po trzeciej.

Meteorologicznie, podejrzewam, że jutro będzie piękna pogoda.

Z kolei teologicznie, widzę, że Bóg jest wszechpotężny, a my jesteśmy mali i mało znaczący.

A co takiego ty o tym wszystkim myślisz Holmes?

Sherlock Holmes milczał przez około minutę, a następnie krzyknął: Watson, ty durniu! Ktoś ukradł nasz namiot!

SHERLOCK HOLMES [ARTHUR CONAN DOYLE]

brave-new-world-coverROZMOWA DZIKUSA Z MUSATFĄ MONDEM – JEDNYM Z 10 ZARZĄDCÓW ŚWIATA:

No więc, jak mówiłem, był kiedyś kardynał nazwiskiem Newman. O, jest ta książka. – Wyjął ją z sejfu. – Przy okazji wyjmę i tę drugą. Napisał ją niejaki Maine de Biran. Był filozofem, jeśli pan wie, kto to taki.

– Człowiek, któremu się nie śniło o wielu rzeczach, jakie są na niebie i ziemi – odparł natychmiast Dzikus.

– O właśnie. Przeczytam panu jedną z rzeczy, o których mu się w pewnym momencie śniło. Na razie jednak niech pan posłucha, co powiedział ów dawny archiśpiewak wspólnotowy. – Otworzył książkę w miejscu założonym skrawkiem papieru i zaczął czytać. – „Nie należymy do samych siebie, tak jak nie należą do nas posiadane rzeczy. Nie my siebie stworzyliśmy, nie możemy sobie samym przewodzić. Nie jesteśmy panami samych siebie. Stanowimy własność Boga. Czyż nie napełnia nas szczęśliwością taki obraz rzeczy? Czy przysparza szczęścia lub pociechy pogląd, że na1eżymy do siebie? Mogą tak sądzić ludzie młodzi lub ludzie kariery. Ci będą uznawać zapewne za rzecz nader istotną możliwość czynienia wszystkiego na własny rachunek, niezależność od kogokolwiek, możliwość niemyślenia o niczym, co poza zasięgiem wzroku, wolność od konieczności nieustannego zabiegania o akceptację, nieustannego modlenia się do kogoś, ciągłego uzależniania własnych poczynań od cudzej woli. Jednakże w miarę upływu czasu także i oni, jak wszyscy ludzie, przekonają się, że niezależność nie jest udziałem człowieka – że jest stanem nienaturalnym – może występować przez czas pewien, ale do kresu bezpiecznie nas nie doprowadzi…”

– Mustafa Mond przerwał, odłożył pierwszą z książek i biorąc w dłoń drugą, kartkował stronice. – Proszę posłuchać na przykład tego – rzekł i raz jeszcze zaczął czytać swym głębokim głosem: – „Człowiek się starzeje; odczuwa w sobie owe doznania słabości, apatii, niewygody, jakie towarzyszą posuwaniu się w latach; czując zaś to wszystko, sądzi, że jest po prostu chory, i tłumi lęk przekonaniem, że ten przykry stan zrodziła jakaś szczególna przyczyna, z której, jak z choroby, ma nadzieję się wyleczyć. Daremne złudzenia! Ta choroba to starość; a jest to choroba straszna. Mówi się, że to lęk przed śmiercią i tym, co po niej nadejdzie, zwraca starzejących się ludzi ku religii. Jednakże na podstawie moich własnych doświadczeń nabrałem przekonania, że niezależnie od wszystkich takich lęków i wyobrażeń uczucia natury religijnej rozwijają się w nas z wiekiem same w sobie; rozwijają się, gdyż w chwili kiedy słabną namiętności, fantazja zaś i zmysły mniej są pobudzane i mniej skłonne do pobudzeń, umysł nasz napotyka w swej pracy mniej przeszkód, w mniejszym stopniu zamącają go obrazy, pragnienia i rozrywki, które dawniej go wciągały. I wówczas Bóg wynurza się niczym spoza chmury; dusza nasza czuje, widzi, zwraca się ku źródłu wszelkiego światła; zwraca się w sposób naturalny i nieuchronny. Teraz bowiem, gdy wszystko to, co światu wrażeń przydawało życia i uroku, zaczyna nas opuszczać, gdy egzystencji zjawisk nie podtrzymują już wrażenia z zewnątrz lub z wewnątrz, odczuwamy potrzebę wsparcia na czymś trwałym, na czymś, co nas nigdy nie zwiedzie – na rzeczywistości, prawdzie absolutnej i wiecznej. Tak, nieuchronnie zwracamy się ku Bogu; to bowiem uczucie religijne jest ze swej natury tak czyste, tak miłe dla doświadczającej go duszy, że wynagradza nam wszystkie inne straty”.

– Mustafa Mond zamknął książkę i odchylił się do tyłu w fotelu. – Jedną z licznych rzeczy na niebie i ziemi, o których się filozofom nie śniło, jest to – zatoczył krąg dłonią – my, nowoczesny świat. Można być niezależnym od Boga tylko w młodości i powodzeniu; niezależność bezpiecznie do kresu nie doprowadzi. A my tu mamy młodość i powodzenie aż do kresu. I co stąd wynika? Ano to, że możemy być niezależni od Boga. Uczucie religijne wynagrodzi nam wszystkie inne straty. Ale przecież u nas nie ma żadnych strat, które wymagałyby wynagrodzenia; uczucia religijne są zbędne. Po co mielibyśmy uganiać za namiastką młodzieńczych pragnień, skoro młodzieńcze pragnienia wcale nie wygasają? Za namiastką rozrywek, skoro aż do samego końca bawią nas wszystkie młodzieńcze głupstwa? Po co nam wypoczynek, gdy nasze ciała i umysły cieszą się nieustającą sprawnością? Na co nam pociecha, skoro mamy somę? Coś trwałego, skoro mamy porządek społeczny?

– Sądzi pan więc, że Boga nie ma?
– Nie, sądzę, że prawdopodobnie jest.
– Więc czemu…?
Mustafa Mond przerwał mu w pół zdania.
– On się różnym ludziom różnie przejawia. W czasach prenowożytnych przejawiał się jako byt opisany w tych tu książkach. Dziś…
– Jak się dziś przejawia? – zapytał Dzikus.
– No więc… dziś przejawia się jako nieobecność; tak jakby go wcale nie było.
– To wasza wina.
– Nazwijmy to winą cywilizacji. Boga nie da się pogodzić z maszynami, naukową medycyną i powszechną szczęśliwością. Trzeba wybierać. Nasza cywilizacja wybrała maszyny, medycynę i szczęśliwość. Dlatego muszę trzymać te książki w sejfie. Są gorszące. Ludzie byliby wstrząśnięci, gdyby…

NOWY WSPANIAŁY ŚWIAT [ALDOUS HUXLEY 1931]