Archive for the ‘Muzycy’ Category

Muniek Staszczyk – lider T.Love.

Posted: 20 czerwca 2014 in Muzycy

Zygmunt „Muniek” Marek Staszczyk – współzałożyciel, lider, wokalista, autor tekstów, w początkowym okresie także basista zespołu T.Love. Współpracował z wieloma artystami i zespołami, jak Maanam, Kasia Nosowska, Pidżama Porno, Zipera, Habakuk.

ru-0-r-6400-n-733736ih1v_muniek_staszczyk_urodziny_5_11

W wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Zygmunt „Muniek” Staszczyk przyznaje, że zmagał się w swoim życiu z różnymi uzależnieniami.

– Było mi z moim życiem źle, cztery lata temu myślałem o samobójstwie. Czułem działanie złych mocy. O tym właśnie jest nasza piosenka „Lucy phere” – o pozornym zbliżeniu się do rzeczy dobrych, a takim wymanewrowaniu, przez tego przeciwnika naszego – mówi.

Wokalista twierdzi, że miał kontakt z szatanem.

– Tak, poczułem go. To nie były, mówiąc delikatnie, fajne emocje. Męczyłem się. Myśli samobójcze, bardzo niskie poczucie własnej wartości, przekonanie że jestem do niczego i najlepiej z tym wszystkim skończyć – podkreśla.

Według Staszczyka, ateiści są nieraz pełni agresji przeciwko osobom wierzącym.

– Nie ma we mnie również agresji wobec ateistów, ale zastanawiam się, czemu ludzie niewierzący mają tyle agresji do katolików. I dlaczego stereotypowo myślą? Oczywiście, jest wiele Diabła nawet w Kościele, ale prawda jest taka, że jak jesteś wierzący, od razu zrobią z ciebie debila. To łatwo powiedzieć: katolicyzm to ciemnogród.

Gwiazdor T. Love mówi również o swoim stosunku do Pisma Świętego.

– Ja na przykład nie odnajduję ciemnoty w Biblii. Uważam, że jest to księga współczesna, trudna na maksa, ale jak czytam w Psalmach o takim Dawidzie, który był przecież niezłym rozrabiaką i hulaką, to to są przecież rzeczy całkowicie współczesne. Generalnie nic się nie zmieniło od tamtych czasów. Dobro i zło istnieje. Bóg i diabeł istnieją.

Artysta wielokrotnie podkreśla w wywiadzie, że nie zamierza wstydzić się swojej wiary, choć nie jest mu łatwo o tym mówić.

– Proszę mi uwierzyć, bardzo mi trudno o tym wszystkim mówić. Mam świadomość, że dla wielu mogę być niewiarygodny. Poza tym wciąż we mnie dużo jest hedonizmu i daleko mi do ascety – zaznacza.

Staszczyk podkreśla, że jest katolikiem. Wyznaje też, że był w Medjugorje – miejscu kultu maryjnego. Jak mówi, poleca to miejsce każdemu. Zapewnia też, że „jest pierwszy” do modlitwy różańcowej.

Pod spodem wspomniana piosenka Lucy Phere:

http://chnnews.pl/index.php/pl/rozrywka/item/973-muniek-staszczyk-biblia-to-ksiega-wspolczesna.html

Bono – lider U2.

Posted: 19 czerwca 2014 in Muzycy

Bono, właśc. Paul David Hewson, KBE – irlandzki muzyk, filantrop, lider grupy rockowej U2. Bono jest głównym tekściarzem zespołu i autorem słów do prawie wszystkich piosenek grupy. Jego poetyckie teksty mają często religijny wydźwięk ale poruszają także problemy społeczne oraz polityczne.

Bono - U2.

Bono – U2.

W sieci krąży wideo z wypowiedzią lidera U2 na temat Jezusa.

Choć wywiad pochodzi jeszcze z ubiegłego roku, teraz zrobiło się o nim głośno w chrześcijańskich mediach.

Na nagraniu Bono jest pytany o to czy się modli i do kogo. Odpowiada, że zanosi modlitwy do Jezusa, by znać wolę Bożą.

Artysta wyjawia, że modlitwa i czytanie Pisma Świętego są  praktykowane w jego rodzinie, choć nieregularnie. Czasem uczęszcza ona także do kościoła.

– Zwykle modlimy się za znajomych, ludzi, którzy z czymś się zmagają, na przykład z chorobą – wyjaśnia.

Według niego, kluczowym pytaniem dla chrześcijanina jest „kim był Chrystus?”.

Jego zdaniem, nie można Go określić wyłącznie jako wielkiego myśliciela czy filozofa.

– Tak naprawdę, On mówił, że jest Mesjaszem. Dlatego został ukrzyżowany. Został ukrzyżowany, ponieważ powiedział, że jest Synem Bożym. Więc, moim zdaniem, albo był Synem Bożym albo był szaleńcem – powiedział Bono i jednocześnie wykluczył tę drugą opcję.

– Trudno jest mi przyjąć, że miliony żyć ludzkich, połowa ziemi od dwóch tysięcy lat jest dotykana i inspirowana przez jakiegoś wariata. Po prostu w to nie wierzę – powiedział.

Wokalista wierzy, że Jezus przyszedł od Boga i fizycznie zmartwychwstał. Przyznał też, że „nie ma problemu” z wiarą w cuda, ponieważ żyje pośród nich i sam jest cudem.

Bono czyli Paul David Hewson jest żonaty i ma czwórkę dzieci. Jego ojciec był katolikiem, matka – protestantką. Właśnie w kościelnych psalmach i hymnach gwiazdor U2 znalazł pierwsze inspiracje dla swojej twórczości.

Poniżej wspomniany wywiad z Bono.

http://chnnews.pl/index.php/pl/rozrywka/item/1390-bono-odpowiedzial-na-pytania-o-jezusa-i-modlitwe.html

Adam Nowak (ur. 28 września 1963 w Poznaniu) – lider, twórca większości tekstów, gitarzysta i wokalista zespołu Raz, Dwa, Trzy. Pochodzi z Poznania. Jest absolwentem technikum gastronomicznego, przez kilka lat pracował jako kelner. Studiował też pedagogikę kulturalno-oświatową w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Zielonej Górze.

n200913_019Adam Nowak, lider zespołu RAZ DWA TRZY w książce „Trudno nie wierzyć w nic” mówi o poszukiwaniu wiary, byciu artystą, przemianie wewnętrznej, życiu, małżeństwie i zmaganiach z sobą.

Mądra, poruszająca opowieść o życiu artysty we współczesnym świecie, o konsekwencjach błądzenia i możliwości powrotu do szczęścia dzięki zawierzeniu swojego życia Temu, któremu wszystko zawdzięczamy.

Książka zawiera wybór ponad 20 tekstów piosenek Adama Nowaka, w tym z najnowszej płyty „Skądokąd”.

Fragment książki „Trudno nie wierzyć w nic”:

Twoje piosenki od początku miały charakter osobistej refleksji nad życiem. Czy człowiek wrażliwy, który intensywnie przeżywa własne istnienie, musi w pewnym momencie otworzyć się na pytania metafizyczne?
Prawdopodobnie musi, z naciskiem na prawdopodobnie. Myślę, że każdy jest wrażliwy. Z tą wrażliwością się rodzimy, tylko potem często dzieje się z nią coś dziwnego. Pojawiają się przecież pytania, które nie dają nam spokoju i z czasem dochodzimy do momentu, w którym musimy wybrać: albo oprzemy się na osi wiary, albo z niej zrezygnujemy; albo dostaniemy taką łaskę, że będziemy mogli w pełni świadomie wierzyć i żyć nie tylko dla siebie, ale i dla drugiego człowieka, albo będziemy całkowicie zapatrzeni w siebie i wtedy nasza wiara będzie miała dosyć niską jakość.

W moim przypadku było tak (czy jest tak), że do wiary wróciłem, szukając ratunku, żeby nie umrzeć.

W Twoich tekstach z pierwszych płyt dużo było egzystencjalnego zapatrzenia w życie, gwałtownego rzucania się w jego jasne i ciemne strony.
Dla mnie był to początek publicznego wypowiadania się. Byłem w pisaniu tych piosenek –przynajmniej niektórych – bardzo nieporadny. Niektóre po prostu udały mi się, bo nawiązywały do mojego życiorysu. I to właśnie te piosenki, które są ze mną nierozerwalnie związane, przetrwały do dzisiaj.

Był to proces naturalny, wręcz techniczny, że po przeżyciu pewnego etapu swojej historii chciałem o nim mówić. Któregoś dnia doszedłem jednak do wniosku, że być może nie jestem aż tak bardzo interesujący, aby mówić tylko o sobie i swoich przemyśleniach, ale że warto sięgnąć nieco głębiej. Chodziło o to, żeby przestać uprawiać „literackość własnej duszy”, a wypowiedź przestała być zwierzeniem i zaczęła dotykać tematu. (…)

Zacząłem mówić o tym, co się we mnie dzieje w sprawach wiary. Nie opowiadam o tym wprost, tak jak to robią zespoły katolickie śpiewające piosenki religijne. Ja chcę znaleźć swój własny język, którym mógłbym w prosty sposób przedstawić to, co posiadłem z wiary i co mogę przekazać innym.

W piosence „Spójrz – widzę” uderzyły mnie ostatnie zdania: „zapytaj mnie, czy się boję / czegóż miałbym się bać / słowa są twoje życie jest twoje wszystko jest twoje / czegóż miałbym się bać?”. Widać w nich wyraźny element zawierzenia…
Tak, ale jednocześnie są i wątpliwości, bo to jednak pytanie. Wiem, że Pan Bóg na pewno mnie słyszy, ale nie znam efektu tego kontaktu. Wierzę, że nie muszę się bać, ale boję się niektórych rzeczy. Być może wypowiedzenie tego przydaje mi odwagi, fakt, że się boję, przechodzi do historii i za chwilę nie muszę się już bać. Ale to jednak coś w rodzaju nieumiejętności nielękania się.

W tej piosence rzeczywiście jest element zawierzenia, który występuje jeszcze w kilku innych moich utworach. Bo ja doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że Bóg istnieje. Wierzę w Pana Boga i wierzę Panu Bogu, ale mam też wątpliwości, które mnie nie opuszczają. Im bardziej się gdzieś zapędzę, tym bardziej się boję. Nie potrafię jednak tak się otworzyć (może nie dostałem jeszcze takiej łaski), żebym mógł całkowicie postępować według woli Bożej. Ale cierpliwie na to czekam.

Czy sztuka jest formą uwodzenia odbiorcy, a pewne niedopowiedzenia i dwuznaczności są jej podstawowym tworzywem?
Dobrze, kiedy sztuka jest dwuznaczna, jeszcze lepiej, gdy znaczeń ma więcej, a najlepiej, kiedy za każdym razem odsłania przed nami nową treść i możemy odczytywać ją przez całe życie. Dzieło powinno sprostać weryfikacji życia, w różnych czasach i kontekstach. Może uwodzić, przyciągać, zwracać na siebie uwagę odbiorcy. Im bardziej nie daje mu spokoju, tym lepiej.

Kiedy nie mogę tekstu drążyć i nieustannie iść głębiej, to zatrzymuję się i umiera we mnie jakaś cząstka.

Niedawno z żoną odkryliśmy drugie dno piosenki „Trudno nie wierzyć w nic”. Do tej pory wydawało się nam, że śpiewasz: „I byłem, kim chciałbym być, żyłem, jak chciałbym żyć”, tymczasem ten tekst w rzeczywistości brzmi: „Byłem, kim chciał, bym był, żyłem, jak chciał, bym żył”. To kopernikańska różnica!
Ogromna! Nie traktuję siebie jako narzędzie w ręku Boga (choć tak kiedyś myślałem), bo to niebezpieczne myślenie. To tak, jakbym wiedział, kiedy Pan Bóg chce, żebym był Jego narzędziem. To pycha. To nie ja mam wiedzieć. To On wie! Lecz daje mi możliwość wyboru: „Idziesz moją drogą albo swoją”. Mało tego, każe nam wybierać, zmusza nas do wyboru. Zgadza się tylko na „tak” albo „nie”. Nie interesuje Go szarość, rozmywanie. Nie chce krzaków uginających się na wietrze, choć wymaga elastyczności i ciągłego spontanicznego namysłu na temat tego, co nas otacza.

Toteż szalonej odwagi wymaga zdobycie się na słowa: „byłem, kim chciał, bym był”. To nawet niebezpieczne, bo właśnie tak myśleli faryzeusze.
To podejrzenie jest niebezpieczne, ponieważ przemilcza fakt, że konstrukcja tekstu zakłada przypuszczenie. Piosenka opisuje sytuację odległą w czasie, nie tu i teraz. Wątpliwość, jaką wyzwala cała piosenka, jest skierowana w moją stronę, a nie w stronę Boga. (…)

Ale może pojawić się zarzut, o którym mówisz. Interpretacja nie należy do mnie! (śmiech). Nie jestem od rozwiewania podejrzeń. Przynajmniej nie teraz. Ja jestem od wątpliwości i paradoksów.

TRUDNO NIE WIERZYĆ W NIC

zapyta Bóg
w swym niebie
co dałem Mu
od siebie
wierzyłem i kochałem
i byłem tym kim chciał bym był
i żyłem jak chciał bym żył
i byłem kim miałem być

odpowiem Mu
od siebie
że spłacę dług
tym lepiej
tym bardziej bo
wiedziałem
co znaczy że nadziei brakowało mi
i kilku chwil
kilku dobrych chwil
może powie
to niepotrzebne słowa

trudno nie wierzyć w nic

zapyta Bóg
w swym niebie
jak spłacę dług
ja nie wiem
wierzyłem i kochałem
i byłem tym kim chciał bym był

trudno nie wierzyć w nic

http://glosojcapio.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=2418&Itemid=100

Helena Dzoka lub Tzoka z domu Milopulos, powszechnie znana jako Eleni (ur. 27 kwietnia 1956 w Bielawie) – polska piosenkarka pochodzenia greckiego. Jej rodzice, Perykles i Despina Milopulos, są emigrantami z Grecji, osiadłymi w Polsce w latach 50.

elenifioletmilos1cjakwinoEleni: Zawsze wierzyłam w Boga, chodziłam do kościoła. Ale przeżywając swoją osobistą tragedię jaka miała miejsce w 1994 roku, kiedy straciłam jedyną córkę Afrodytę, moja wiara uległa wielkiemu wzmocnieniu. Można powiedzieć, że było to moje ponowne, jeszcze głębsze nawrócenie. Wydawać by się mogło, że tak naprawdę to powinnam się odwrócić od Boga i zarzucić mu niesprawiedliwość, albo oskarżyć Go, o to, że zabrał mi jedyne dziecko. Tak większość ludzi po przeżytych tragediach reaguje. Przez wiele lat są katolikami, i nagle w tych trudnych chwilach tracą wiarę. W moim przypadku było odwrotnie. Kiedy dowiedziałam się o tym wydarzeniu, pierwszym odruchem był telefon do matki chłopca, który zabił moją córkę. Powiedziałam jej, że straciliśmy dzieci, bo uważałam, że ona też w jakiś sposób utraciła swoje dziecko. To właściwie była i jest tragedia dwóch rodzin. Skoro taka była wola Boża, uznałam, że Bóg przeznaczył mi jakieś zadanie tutaj na ziemi do wykonania.

W 2006, z okazji 30-lecia pracy artystycznej, Eleni wydała książkę Nic miłości nie pokona (wyd. Edycja Świętego Pawła, Częstochowa 2006). Książka jest rozmową z o. Robertem Mirosławem Łukaszukiem z Biura Prasowego klasztoru jasnogórskiego o jej życiu, miłości, cierpieniu i rozmowach z Bogiem.

http://mocne-wartosci.blog.onet.pl/2011/04/10/tak-wierze-w-boga/

Louis Armstrong – legenda jazzu.

Posted: 27 października 2013 in Muzycy

Louis Daniel Armstrong – amerykański trębacz i wokalista jazzowy. Wyróżniał się stylem gry na trąbce i wokalistyką jazzową, do której wprowadził śpiew scatem. W 1990 Louis Armstrong został wprowadzony do Rock and Roll Hall of Fame. Był znany na całym świecie. Przychodziły do niego oferty z całego globu. Płyty Louisa rozchodziły się w milionowych nakładach. Występował w Europie, przyjął go papież Pius XII, królowie, głowy państw, wielkie organizacje i koncerny.

Louis+Armstrong
 

Poniżej fragment wywiadu Armstronga dla „Il Giorno” (1960 r.)

Wypowiedź tę zanotował Carlo Mazarella: „Wiesz, Carlo, od dawna chciałem Ci to powiedzieć, bo dawno Cię obserwuję. Dzisiaj też. Nie głoszę Ci kazania… Mówisz, że kochasz jazz, poświęciłeś mu wiele lat swojego życia. Twój dom jest pełen moich płyt i starej muzyki Nowego Orleanu. Ty nigdy nie zrozumiesz jazzu, bo Ty nie wierzysz w Boga!

A czym są spirituals, blues i cała reszta, jeśli nie naszym hymnem, naszym uwielbieniem dla Boga? Myślisz, że Murzyni wytrzymaliby na plantacjach bez Boga, bez wiary, bez nadziei w Nim? Wszyscy popełnilibyśmy samobójstwo. To tym jest jazz”.

Już za życia Louisa ten gatunek muzyki rozwinął się, udoskonalił, zeuropeizował. Stary Armstrong mówił dalej do swego rozmówcy: „Jedną rzecz, zauważ, która różni stary jazz od nowego. Jest to idea śmierci. Na pogrzebach gramy stary jazz, bo jest w nim akceptacja życia i śmierci. W jazzie, który uprawiają młodzi, jest bunt przeciwko śmierci. Ludzie miotają się, wiją, jakby chcieli wymknąć się śmierci. To jest lęk przed śmiercią, trwoga przed śmiercią”.

Lekarze ostrzegali – mistrzu, trzeba zwolnić! Mistrz szedł w żywioł, który go porywał i unosił, i wyrzucał na brzeg. „Zabierzcie mi wszystko. Zostawcie mi tylko żonę i trąbkę”…

W 1970 roku mistrz przeszedł pierwszy zawał. Podleczono go, wrócił do domu i znów do trąbki. „Gdy nie usłyszycie już dźwięków mojej trąbki, to znaczy … przygotowuję się do „przejścia za Jordan”… Odchudzam się, abyście niosąc Satchmo (przydomek Louisa), nie zmęczyli się zbytnio. Ale poważnie… Proszę Was, na pogrzebie zagrajcie mi kawałeczek jazzu, np. „New Orlean Function”…

Ludzie, zostawcie mi trochę spokoju. Już nie mam dla Was czasu. Muszę się przygotować, bo poznałem największego specjalistę od trąbki, Archanioła Gabryela. Wykonam z Nim w duecie- „When It’s Thime Sleepy Down South”.

Pogrzeb odbył się w małej kapliczce dzielnicy, w której mieszkał. Uroczystość tę transmitowało 16 krajów Europy. Peggy Lee śpiewała „Our Father” – „Ojcze Nasz”. Zaś niewidomy śpiewak, Al. Hibber, śpiewał – „Nikt nie zna trosk, które przeżyłem”. Dzieciaki murzyńskie niosły transparent – „Wszyscy Cię kochali Louis!”. Pastor zakończył mowę słowami: „Zrób miejsce, Gabryelu, Louis przychodzi!”.

Panie Louis, nie umiem jazzu, ale jeśli Ty swoim graniem wyznawałeś wiarę w Boga, to ja Cię nie dogonię, bo ja tak nie umiem, jak Ty, wierzyć. Jeśli grasz z Gabryelem w duecie, to Ty jesteś Wielki KTOŚ!

Ks. Tymoteusz „Niedziela” 31/97

http://www.mateusz.pl/ludzie/louis.htm

Dariusz „Maleo” Majelonek – świadectwo.

Posted: 19 października 2013 in Muzycy
Tagi:

Dariusz Malejonek – kompozytor, wokalista, gitarzysta, rozpoczynał karierę od występów w zespole „Kultura”, następnie grał w zespole „Izrael” i „Moskwa”. Znany z występów w „Armii” oraz w zespole „2 Tm, 2,3”. Znany także z występów z „Arką Noego”. Współpracuje z fińskim reżyserem Miką Taurismakim tworząc muzykę do jego filmów. Grając z grupą „Houk” nagrał pięć płyt. Wspomniana grupa była wielokrotnie nominowana do nagrody Fryderyka, jest jej laureatem w 2000 r. Nagrał 20 płyt.

dariusz-maleo-malejonek

Dariusz „Maleo” Majelonek – członek takich zespołów jak „Armia” czy „Houk”.

W 1994 roku byłem na nocnym czuwaniu Odnowy w Duchu Świętym w kościele paulinów w Warszawie, gdzie Pan Bóg bardzo mocno mnie dotknął. Tam przeżyłem chrzest w Duchu Świętym – połączony z modlitwą o uwolnienie ze zniewoleń demonicznych – później dopiero był mój chrzest wodą, bierzmowanie. Czułem, że napełnia mnie Duch Święty i byłem jak pijany, mówi się przecież: pijany Duchem. Czułem wtedy wielką miłość, czułem się przytulony przez Boga i Maryję. Zrozumiałem wtedy, że moje miejsce jest w Kościele, bo Pan Bóg w Nim właśnie działa. Otrzymałem także Słowo prorocze, które bardzo mocno do mnie trafiło. Była też modlitwa wstawiennicza, podczas której doświadczyłem ingerencji Matki Bożej. Wiem, że to Matka Boża wyjednała moje nawrócenie i to Ona jest moją Mamusią. Wcześniej byłem z protestantami i do Matki Bożej odnosiłem się z rezerwą, traktowałem Ją jako taki dodatek do wiary, a Ona do mnie przyszła. Poczułem wówczas taką niesamowitą miłość i taki jednocześnie pokój, że wiedziałem, że to jest Boże.

Oprócz tego, że Pan Bóg doprowadził mnie do instytucji Kościoła, to dał mi ponadto miłość do niej. Odkryłem Kościół od strony wspólnoty — jestem we wspólnocie neokatechumenalnej od kilku lat – i wiem teraz, że mój wzrost w wierze nie jest anonimowy. W małej wspólnocie trudno jest ukryć swoje błędy. Pomagamy sobie nawzajem, kiedy ktoś upada i łatwiej jest zobaczyć prawdę o sobie.

Wiem, aż nadto, że jest Pan Bóg, bo przecież paliłem marihuanę, a już nie palę; brałem narkotyki a dzisiaj niczego takiego nie robię. Byłem kiedyś bardzo źle nastawiony do instytucji w ogóle, na przykład do instytucji rodziny i małżeństwa, a dzisiaj mam żonę Elżbietę i trójkę dzieci. Jestem na co dzień świadkiem ingerencji Boga w moje życie.

Po nawróceniu zmienia się mentalność, zmienia się zupełnie sposób patrzenia na świat. Na Kościół nie patrzę już jak na instytucję, która chce mną manipulować, ale jak rzeczywistość, którą Pan Bóg przygotowywał przez wieki i robił to także i dla mnie, aby było mi łatwiej. Abym mógł w tym nowym życiu, które otrzymałem, wytrzymać!

Niektórzy pytają mnie, czy do tekstów jakie śpiewamy pasuje ostra muzyka, którą gramy. Mogę odpowiedzieć, że niedawno zespół Tymoteusz dostał list od Ojca Świętego, w którym dziękuje nam i błogosławi naszą pracę.

http://www.opoka.org.pl/zycie_kosciola/kultura/piesnistrona/dariuszmalejonek.html

Jan Budziaszek (ur. 21 listopada 1945) – polski perkusista. Uczestniczył w wielu festiwalach muzycznych: Norymberga, Jazz Jambore, Bratysława, Berkeley, Reno. Szacuje się, że zagrał ponad 5000 koncertów. Nagrał 30 płyt, jest ponadto autorem wielu godzin muzyki na potrzeby teatru i telewizji.

152938_mgn05s10_budziaszek_34

Jan Budziaszek.

Historia mojego nawrócenia rozpoczęła się na przełomie marca i kwietnia 1945 r., kiedy miałem w łonie matki około miesiąca. Po aresztowaniu ojca przez UB matka moja została bez środków do życia. Znajomi, a także krewni, doradzali jej, aby usunęła dziecko, ponieważ nawet mojemu bratu – Adamowi, który miał wtedy pięć lat, nie miała co dać jeść. Mama wzięła różaniec do ręki i…

Wielka była radość na ulicy Bonarka 5 w Krakowie, kiedy 21 listopada 1945 roku, w Święto Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny, 5,5  kilogramowe stworzenie ujrzało świat.

W 1947 zapisano mnie do Milicji Niepokalanej (miałem wówczas półtora roku i nikt nie pytał mnie o zgodę). Na mojej legitymacji członkowskiej, w miejscu „Podpis ks. moderatora”, widnieje własnoręczny podpis o. Maksymiliana Kolbe. Widocznie podpisał kilka in blanco. Wielu spraw nie rozumiem. Dlaczego właśnie ja?

Jestem muzykiem-samoukiem. Z wykształcenia natomiast jestem chemikiem. Gram od bardzo dawna, lecz swój pierwszy krok uważam za spotkanie z Tomkiem. Było to w 1966 roku. Lubiłem jazz, prawie codziennie chodziłem do jazz-klubu przy ulicy św.Marka 15 i słuchałem Tomasza Stańki. Kiedyś Tomek przebudowywał swoją orkiestrę i potrzebował jakiegoś „sparingpartnera”, który by mu pomagał w pracy. Byłem w pobliżu, spróbowałem więc swoich sił i tak zostałem perkusistą.

Grałem przez pół roku ze Stańką. Później, w jakiś dziwny sposób, zgłosił się do mnie Andrzej Zieliński i powiedział, że szuka bębnisty. Bardzo się z tego ucieszyłem. Po paru miesiącach edukacji dostałem się do Skaldów. Wtedy, w 1966 roku, Skaldowie byli bardzo popularni, tzw. szpica polska. Tam odbywałem długą, kilkunastoletnią naukę u Andrzeja, który bardzo dużo mi dał jako nauczyciel i przywódca grupy. Marzyłem jednak cały czas, aby jeszcze grać jazz.

W latach 1979-1987 miałem przerwę we współpracy ze Skaldami. Grałem wtedy m. in. w zespołach takich jak: Playing Family, której byłem także współorganizatorem, Extra Bali Jarka Śmietany, Kwartet Janusza Muniaka, Grupa pod Budą oraz z Marylą Rodowicz. Oprócz tego jestem „wolnym strzelcem”, tzn. grywam w praktyce ze wszystkimi.

Szukałem Boga w wielu różnych religiach, dużo podróżowałem, spotykałem różnych ludzi. Interesowała mnie zwłaszcza filozofia Wschodu. Może dlatego, że widziałem na Wschodzie wielki entuzjazm religijny. W Indiach nie znam innej muzyki poza muzyką sakralną i obrzędową. Prawie wszystko, co grają Hindusi, jest modlitwą.

Nie wiem, jak to się stało, ale w sierpniu 1984 r. zgłosiłem w mojej parafii NMP z Lourdes w Krakowie, że mogę przenocować u siebie w mieszkaniu kilku pielgrzymów wyruszających z pielgrzymką krakowską do Częstochowy.

Cztery dni przed planowanym wyjściem zatelefonowano do mnie z pytaniem, czy nie zgodziłbym się przyjąć wcześniej siedemnastu pielgrzymów z RFN. Co miałem zrobić? Oczywiście, że przyjąłem. Byłem w domu sam. Żona z dziećmi wyjechała na wakacje. Przygotowywałem się do wyjazdu na Międzynarodowy Festiwal Piosenki w Sopocie, gdzie miałem akompaniować Maryli Rodowicz. Tymczasem pielgrzymi urządzali w moim domu minifestiwal piosenki religijnej. Od rana ćwiczyli polskie pieśni, tak że między innymi kilka razy dziennie musiałem wysłuchiwać „Schwarze Madonna”.

Właśnie ta pieśń zaprowadziła mnie razem z innymi pielgrzymami na Jasną Górę.

Prosto z pielgrzymki wylądowałem w Operze Leśnej w Sopocie na próbach festiwalowych.

I oto pojawiło się przerażenie. Co ja tu robię?

Na pielgrzymce śpiewaliśmy nieczysto, nierówno, „niezawodowo”, ale było tam „coś”, co jest najważniejsze w sztuce – miłość do sprawy, którą się chce przekazać.

Na festiwalu zaś było wszystko „zawodowo”. W większości przypadków piosenkarzom zależało na tym, aby się podobać i zdobyć nagrodę. Natomiast treść schodziła jakby na drugi plan. Jeszcze, jakby na potwierdzenie mojego odkrycia, jedna z piosenkarek (z ościennego kraju) śpiewała swoją piosenkę, stojąc na głowie. Było to zresztą jedyny taki przypadek w historii festiwalu sopockiego. Podszedłem do niej w czasie jej próby, ustawiłem się w podobnej pozycji i patrzyłem w jej zmęczone oczy. Reżyser festiwalu krzyknął:

-Panie Budziaszek, proszę nie przeszkadzać artystce!

-Chciałem się tylko dowiedzieć, o co jej chodzi ? odpowiedziałem.

Ona zaś starała się mnie przekonać, że chodzi jej o lepszy wyraz artystyczny. Chciałem stamtąd uciekać, ale byłem związany kontraktem. Zagrałem więc z Marylą, zresztą z wielkim sukcesem, kilka jej przebojów takich, jak: „Małgośka”, „Wsiąść do pociągu” czy „Niech żyje bal”.

Po tej pierwszej pielgrzymce jeszcze nic nie wskazywało, że zamienię źródło moich natchnień i alkohol, i marihuanę na tebernakulum i różaniec.

Następnego lata (1985 r.) byłem już normalnym pielgrzymem, idącym z plecakiem na Jasną Górę. Teraz Maryja włożyła mi do ręki różaniec. A stało się to w ten sposób: ostatni etap pielgrzymki to droga od murów do kaplicy Matki Bożej. Etap ten trwa nieraz dwie godziny i dłużej. Szedłem na końcu pierwszej grupy. Druga grupa, polsko-włoska, odmawiała różaniec. Na przemian po włosku i po polsku. Po powrocie do Krakowa spędziłem piętnaście dni z kolejnymi tajemnicami różańca. Od rana do wieczora zbierałem wszystkie przemyślenia i modlitwy związane z tajemnicą dnia. Od tej pory Różaniec jest dla mnie tą drogą, którą jedni nazywają drogą do Jezusa, a ja drogą do wolności. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby ten, kto odmawia codziennie pięć dziesiątków różańca, w roku nie wszedł na drogę do wolności.

ks. Józef Orchowski – „TRYPTYK RÓŻAŃCOWY”; Michalineum 2001

Dan+Spitz+danspitz1

Dan Spitz.

Dan (Daniel) Spitz (ur. 28 stycznia 1963 w Jamaica Queens w stanie Nowy Jork) – amerykański gitarzysta metalowy, muzyk zespołu Anthrax w latach 1983-1995 i 2005-2007. Jest bratem Dave’a Spitza, byłego basisty Black Sabbath. Pseudonim Mini Tower (pol. mini wieża) wziął się od jego małego wzrostu – 5 stóp i 1 cal (około 153 cm). Jego miejsce w Anthraxie zajął Rob Caggiano.

Spitz był gitarzysta w jednym z przełomowych zespołów thrash metalu, Anthrax, w latach 80-tych i 90-tych. Nagle, w połowie lat 90-tych, Spitz stracił zainteresowanie muzyką.

„Po prostu straciłem miłość do grania tego rodzaju muzyki” powiedział chrześcijańskiemu serwisowi BeliefNet.com. „Nie mogę nawet tego wyjaśnić. I nawet nie chciałem dotknąć gitary – gdy za to się zabierałem, to było prawie jak uczucie pieczenia. Nie grałem przez prawie cztery lata.”

W 2000 roku, Dan Spitz, zaczął wyznawać judaizm mesjanistyczny, chrześcijańską religię, która podtrzymuje tradycyjny judaizm uznając jednocześnie, że zbawienie jest możliwe jedynie poprzez przyjęcie Jezusa jako swego Zbawiciela.

http://wnas.pl/artykuly/1000-nawrocenia-w-swiecie-rocka-uslyszeli-wezwanie-jezus-cie-kocha

http://www.beliefnet.com/Entertainment/2000/02/Back-From-The-Belly-Of-The-Beast.aspx

Dave Mustaine z Metalliki i Megadeth.

Posted: 14 września 2013 in Muzycy
Tagi:

„Chociażbym chodził ciemną doliną zła się nie ulęknę, bo Ty Panie jesteś ze mną!”. Jeszcze kilkanaście lat temu Dave Mustaine, lider heavy metalowego Megadeth, nie myślał nawet, że Psalm 23 stanie się jego mottem. Dzisiaj często zdarza mu się iść ciemną doliną i zło go atakuje – ze zdwojoną siłą. Jednak się nie lęka i stawia mu mocny opór.

Dave-Mustaine-dave-mustaine-30473658-498-750

Dave Mustain.

Czy choroba może być początkiem nawrócenia? Oczywiście. Historia Mustaine’a jest tego świadectwem. W styczniu 2002 roku Mustaine przebywał w centrum medycznym w Teksasie. Miał usuwaną kamicę nerkową. Uległ tam niecodziennemu wypadkowi. Podczas snu odciął sobie dopływ krwi do bicepsa lewej ręki. Całą noc przespał leżąc na lewej ręce, ucisk tym spowodowany, doprowadził do uszkodzenia nerwu dłoni. Nie doszło do zagrożenia życia. U muzyka nie wykryto nowotworu, ani nie dopadł go AIDS. Można postawić nawet tezę, że te zagrożenia nie wpłynęłyby na przewartościowanie życia jak możliwość straty dłoni.

Dave Mustaine, współzałożyciel zespołu Metallica i Megadeth, całe dotychczasowe swoje życie poświęcił graniu na gitarze. Nagłe pozbawienie go możliwości gry na tym instrumencie doprowadziło do konstatacji, że gra nie jest istotą egzystencji. Zwrócił się do Boga, którego tak zawzięcie atakował w swoim życiu. W końcu sprawność wróciła.

„W pewnym momencie, gdy wszedłem na ścieżkę prowadzącą do Boga, uświadomiłem sobie jak bardzo wcześniej Go potrzebowałem. Wcześniej byłem złym człowiekiem. Teraz odkryłem swoje prawdziwe „ja” i czuję się cholernie odmieniony.”

Skąd ta zawziętość się wzięła? Dlaczego Mustaine znienawidził religię? Jego dzieciństwo było naznaczone biedą, przemocą, problemami alkoholowymi i… zmuszaniem go przez matkę do pełnego uczestnictwa w sekcie Świadków Jehowy. To wypaczenie religii doprowadziło do utraty wiary w jakiekolwiek wartości.   Do tej pory mowa o krzyżu Chrystusa była dla muzyka głupstwem. Pisząc takie utwory Metallicy, jak „Jump In the Fire”, czy „Phantom Lord” dawał mocny wyraz swojej nienawiści do chrześcijaństwa. Jednak inne wartości były blisko muzyka. On ich jednak nie dostrzegał. Pierwszą wskazówkę Mustaine otrzymał na samym początku kariery, kiedy w 1983 roku został wyrzucony z Metallicy za popadanie w coraz większy nałóg. Było to na miesiąc przed wydaniem debiutanckiej płyty „Kill’Em All”. To jednak muzyka nie otrzeźwiło. Niestety muzyk zaczął eksponować swoje negatywne emocje w nowej grupie Megadeth. W życiu muzyka pojawił się też okultyzm.

„Gdy byłem młody, zainteresowałem się czarną magią, co miało na mnie fatalny wpływ. Zmarnowałem sobie przez to sporą część życia. Rzucałem uroki na ludzi i na ciele wytatuowałem sobie różne satanistyczne motywy – przyznaję, że to była straszna głupota. Przepełniała mnie złość i agresja wobec świata. W głowie kotłowały mi się koszmarne myśli i w końcu wpadłem w depresję. Zachorowałem od całej tej złej energii, którą w sobie nagromadziłem. Moja przygoda z satanizmem rozpoczęła się, gdy mieszkałem w San Francisco. Czytałem też „Biblię Szatana”, z której dowiedziałem się o rytuałach związanych z braterstwem krwi, co bardzo podziałało na moją wyobraźnię. Kiedy więc odwiedzili mnie muzycy z Exodus, zaproponowałem im, żebyśmy zawarli tego rodzaju pakt. To wydarzenie miało na nas duży wpływ, czego odzwierciedleniem był tytuł kolejnej płyty Exodus – „Bonded By Blood”.

Powolne nawrócenie artysty, który gra taki rodzaj muzyki nie zostało dobrze przyjęte przez wielu jego kolegów po fachu. Widać to było w wypowiedzi Nergala z Behemota, który w kontekście nawrócenie Musteine’a stwierdził, że:

„Bycie chrześcijaninem w tym gatunku po prostu nie współgra ze sobą. Są w metalu religijni ludzie, z którymi mamy do czynienia każdego dnia. Dla mnie jest to nie do ogarnięcia i p…e”.

Metalowy „enfant terrible” odpowiada na takie słowa czynem. Nie godzi się na obecność satanistycznych zespołów na jednej scenie z swoją grupą Megadeth. Tak było podczas występu zespołu w Grecji, gdzie nie chciał wystąpić z Rotting Christ, Mayhem, czy Dissection. Nie wszędzie Musteineowi udawało się wpłynąć na organizatorów. W Polsce w 2010 roku na Sonisphere Festival wystąpił razem z Behemotem.

Lider Megadeth nie zerwał z ciężką muzyką. Image zespołu jest nadal wypełniony metalową estetyką. Są wszędobylskie trupie czaszki i metalowe sceniczne gesty. Muzyk przez to jest atakowany nawet przez środowiska chrześcijańskie. Zarzuca mu się, że nie pokazuje wizualnie, iż narodził się jako nowy człowiek. Można jednak się zastanawiać na co przydałby się jego przykład, gdyby zszedł ze sceny i odszedł w zapomnienie. Wydaje się, że muzyk kroczy dobrą drogą. Ewangelizuje poprzez słowa, postawę i piętnowanie zła. Podczas każdego koncertu muzyk mówi do publiczności: God Bless Sou All! Często ubiera się w białą koszulę, żeby pokazać swoja przemianę. Zrezygnował z grania utworów z repertuaru Megadeth, które obrażały Boga. Mówi do fanów:

„Robiłem to, uprawiałem magię, czytałem Biblię satanistyczną. Śpiewałem o pogańskich rzeczach, które wszyscy teraz uważają za takie fajne. Teraz raczej powiedziałbym: ‚Popatrz, przeżyłem to. Te rzeczy spowodowały, że pogrążyłem się w nałogu. Ale teraz wiem, że jest rozwiązanie, inny sposób na życie – zostać chrześcijaninem.”

Zaraz po nawróceniu muzyk prosił o wybaczenie tych, którym wyrządził krzywdę. Pogodził się z muzykami, z którymi wojował w mowie nienawiści. Zagrał nawet okazjonalnie kilka utworów z Metallicą. Liczy na to, że koledzy się nawrócą. Tak się już dzieje z zespołem Anthrax, który wzorem Mustaine’a pozdrawia na koncertach fanów tym samym stwierdzeniem: God Bless You All! Tom Araya ze Sleyera deklaruje się oficjalnie jako katolik, co w konfrontacji z ateistycznym, satanizującym, liderem zespołu, Kerry Kingiem, tworzy dysharmonię. Trzeba jednak ufać i wierzy, że przykład Dave’a jest zaraźliwy dobrem. Basista grupy Megadeth, David Ellefson, przygotowuje się do bycia pastorem. Uczestniczy w specjalnym programie dla przyszłych pastorów w seminarium w mieście Saint Louis. Dziś muzyk należy do konserwatywnego Kościoła Luterańskiego. W jednym z wywiadów przyznawał, że jego postawę uformował Mustaine.

Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że uformowanie i sukces Megadeth zostały pobłogosławione przez Boga. To, że miałem przeczucie, żeby pojechać do Kalifornii po ukończeniu szkoły średniej, w wieku 18 lat spotkałem Dave’a Mustaine’a, a potem utworzyliśmy ten zespół, to nie przypadek. Według mnie, wszystko to miało nad sobą rękę Pana, już od pierwszego dnia.

Przemiana Mustaine to także nowe spojrzenie na sprawy społeczne. Często w utworach Megadeth poruszał tematykę wojny. Teraz kontekst nieuniknionej zagłady, śmierci w wyniku konfliktu nuklearnego, zamienił na antywojenny przekaz. Nie stał się jednak pacyfistą. Ba jest nawet zwolennikiem Partii Republikańskiej. Często wypowiada się kontrowersyjnie na bieżące tematy – religii i prezydentury Obamy.

Serwisowi MTV Hive podzielił się uwagą na temat wycofywania religii z tamtejszych szkół:

„Jest dosyć jasne, że religia jest zabierana ze szkół. To dzieje się już od jakiegoś czasu. Pierwszy w historii podręcznik szkolny był pełen Boga. Zbieram książki i mam kilka naprawdę starych podręczników szkolnych, w których Bóg jest na każdej stronie. [Obecnie] wycofują Boga ze szkół, żeby nas ogłupić. Tak dzieje się nie tylko w szkołach. Wielu ludzi jest prześladowanych za przekonania. Niedawno Macy’s [sieć sklepów odzieżowych ] zwolniło dziewczynę za to, że nie pozwoliła transwestycie wejść do damskiej przebieralni. Czy oni już powariowali?

Złośliwi przeciwnicy chrześcijaństwa twierdzą, że nie ma nikogo gorszego niż neofita. Przykład Dave’a Mustaine pokazuje, że mogą mieć rację. Ten były muzyczny wróg chrześcijaństwa dziś daje świadectwo swojej wiary. Tacy ludzie najmocniej denerwują oponentów cieśli z Nazaretu. Są żywym dowodem, że można zmienić życie i podążać zupełnie inną ścieżką. Nawet w takim środowisku, w jaki funkcjonuje Mustaine.

Grzegorz Kasjaniuk

http://wnas.pl/artykuly/890-dave-mustaine-z-megadeth-dotkniety-laska-boza

Chopin jest uważany za jednego z najważniejszych kompozytorów romantycznych, a także za jednego z najważniejszych polskich kompozytorów w historii. Był jednym z najsłynniejszych pianistów swoich czasów, często nazywany poetą fortepianu. Elementem charakterystycznym dla utworów Chopina jest pogłębiona ekspresja oraz czerpanie z wzorców stylistycznych polskiej muzyki ludowej.

fryderyk_chopin

Fryderyk Szopen.

Któż nie słyszał o wielkim polskim muzyku Szopenie?

Szopen był tym, który nasze chłopskie melodie, grywane przez pastuszków na fujarkach, na weselach przez wiejskich grajków rzępolone na gęślach, ubrał w artystyczne formy.

Szopen niewielu miał dobrych przyjaciół, ale za to wielu złych, tzn. ludzi bez wiary; ci ostatni byli jego gorącymi wielbicielami. Artystyczne triumfy tłumiły wezwanie Ducha Świętego. Pobożność, którą wyssał z piersi matki-Polki, miała dlań wartość li tylko rodzinnego wspomnienia. Obojętność towarzyszy i towarzyszek lat ostatnich przenikały coraz bardziej do jego umysłu; zwątpienie w duszy unosiło się nad życiem jak czarna i ciężka chmura. Wysubtelnione tylko poczucie form towarzyskich sprawiło, że otwarcie nie szydził z religii.

W tym opłakanym duchowym stanie zapadł na nieuleczalną, płucną chorobę. – Wiadomość o zbliżającej się śmierci Szopena – opowiada rówieśnik jego ks. Jełowicki – doszła mnie w powrotnej mej drodze z Rzymu do Paryża. Pobiegłem natychmiast do swego przyjaciela, którego znałem od lat dziecięcych; dusza jego tym bardziej była mi droga. Ucałowaliśmy się serdecznie; zmieszały się łzy nasze i przekonały mnie, że dni Szopena są policzone… Chudł i gasł w oczach; a jednak płakał nie nad sobą, ale nade mną, współczując bólowi, jaki mnie spotkał skutkiem okrutnej śmierci mego brata Edwarda, którego bardzo kochał. Skorzystałem z tego nastroju, by mu przypomnieć ukochaną matkę, a przez wspomnienie o niej, rozbudzić w nim wiarę, którą weń wpoiła.

– Rozumiem – tłumaczył mi – nie chciałbym umierać bez Sakramentów, by nie zasmucić mej drogiej matki; ale nie mogę ich przyjąć, gdyż ich nie rozumiem tak, jak ty rozumiesz. Odczuwam raczej całą słodycz spowiedzi, opartej na przyjacielskim zaufaniu; ale spowiedź jako Sakrament, jest dla mnie zupełnie niezrozumiała. Jeśli chcesz, przez wzgląd na twą przyjaźń, wyspowiadam się przed tobą; inaczej – nie.

Ścisnęło się serce moje, gdym słyszał te słowa Szopena; rozpłakałem się: cierpiałem za tę duszę. Biedna ona! Przekonywałem go jak mogłem, mówiąc mu o Chrystusie, o Najśw. Pannie, o oczywistych dowodach miłosierdzia Boskiego. Nic z tego. Ofiarowałem się przyprowadzić spowiednika, którego zechce. Wreszcie odpowiedział mi:

– Jeśli w ogóle będę się spowiadał, to tylko przed tobą.

Po takiej zapowiedzi obawiałem się, słusznie zresztą, dalszego uporu ze strony swego przyjaciela.

W następnych miesiącach często odwiedzałem Szopena, nie uzyskując lepszych wyników; stale odmawiał. Modliłem się jednak z ufnością za zbawienie tej duszy. Wszyscy Ojcowie Zmartwychwstańcy modlili się również za niego, przede wszystkim podczas naszych rekolekcyj. Naraz 12 października wieczorem, lekarz wezwał mnie nagląco, oświadczając, że nie odpowiada za noc. Drżąc z niepokoju, przybyłem do mieszkania Szopena i po raz pierwszy zastałem drzwi zamknięte. Za chwilę jednak, dowiedziawszy się o mym przybyciu, kazał mnie wprowadzić, by mi tylko dłoń uścisnąć i rzec:

– Kocham cię bardzo, ale nic mi nie mów; udaj się na spoczynek.

Proszę sobie wyobrazić, jaką noc spędziłem! Nazajutrz dzień św. Edwarda, patrona mego drogiego zmarłego brata. W czasie Mszy św. na jego intencję prosiłem: „Boże miłosierny, jeśli Ci miłą jest dusza brata mego Edwarda, daj mi dzisiaj duszę Fryderyka”.

Wzruszony, z iskrą nadziei w duszy, wróciłem do Szopena. Przygotowano mu śniadanie. Prosił, bym podzielił jego posiłek. Zwróciłem się doń:

– Drogi przyjacielu, dzisiaj dzień imienin mego brata Edwarda. – Szopen westchnął. A ja dodałem:

– W dniu Patrona mego brata chcę cię prosić o upominek dla siebie.

Szopen na to:

– Dam ci co chcesz.

Odpowiedziałem:

– Daj mi swą duszę.

– Rozumiem cię: weź ją – odrzekł mi Szopen. I usiadł na łóżku.

Niewypowiedziana radość, a jednocześnie obawa mnie owładnęły. Jak wziąć tę drogą duszę, by ją oddać Bogu? Ukląkłem i z gorącą w sercu prośbą do Boga się zwróciłem: „Weź ją Sam, Panie”. Podałem Szopenowi krucyfiks i złożyłem go w jego dłoniach; łzy gorące płynęły mu z oczu. Zapytałem go:

– Czy wierzysz?

Odrzekł mi:

– Wierzę.

– Jak matka twoja cię uczyła?

Odparł:

– Jak matka moja mnie nauczyła.

Ze wzrokiem utkwionym w krucyfiks spowiadał się, płacząc. Przyjął Wiatyk i Ostatnie Namaszczenie Olejem św., o które prosił.

Od tej chwili cały, rzec można, opromieniony łaską Bożą, a raczej Bogiem samym, stał się jakby innym człowiekiem; więcej powiem, jakby świętym.

Tegoż dnia rozpoczęła się agonia Szopena: trwała cztery dni i cztery noce. Cierpliwość, ufność w Bogu i często radość nie ustępowały z jego twarzy, aż do ostatniego tchnienia. W momentach największych cierpień mówił o swym szczęściu, dziękował Bogu, głosił swą miłość dla Niego i swe pragnienie ujrzenia Go conajrychlej. Opowiadał swe szczęście przyjaciołom, którzy przychodzili pożegnać go i czuwali w sąsiednich pokojach. Nie pozostawało mu już tchu prawie, konał; nie skarżył się więcej; chwilami tracił przytomność umysłu. Stroskani przyjaciele przychodzili tłumnie do jego sypialni, oczekując ze ściśniętym sercem śmierci. W pewnej chwili Szopen, otworzywszy oczy i spostrzegłszy ten tłum, zawołał:

– Co oni tu robią? Dlaczego się nie modlą?

Wszyscy uklękli za mną; odmawiałem litanię, której obecni, nawet protestanci, odpowiadali…

Dniem i nocą, prawie nieustannie, ściskał me ręce, jakby nie chcąc mnie opuścić i mówił:

– Nie zostawisz mnie w tej ważnej, uroczystej chwili.

Przylgnął do mnie jak dziecko, co ma zwyczaj tulić się do swej matki, kiedy jakieś niebezpieczeństwo mu grozi. Ciągle powtarzał słowa: „Jezus, Maryja”. Całował krzyż w przedziwnym uniesieniu wiary, nadziei i wielkiej miłości. Czasami zwracał się do obecnych przyjaciół i z najwyższą tkliwością mówił:

– Kocham Boga i kocham ludzi! Uświadamiam sobie, że umieram. Módlcie się za mnie. Zobaczymy się w niebie!

Do lekarzy, którzy pragnęli przedłużyć mu życie, odezwał się:

– Pozwólcie mi umrzeć; Bóg mi przebaczył i wzywa mnie do Siebie; zostawcie mnie – chcę umrzeć. I jeszcze:

– To piękna wiedza, co umie przedłużać cierpienie; gdybyż przydało się ono na zadośćuczynienie za winy moje! Ale jeśli tylko, by mnie męczyć i sprawiać ból tym, którzy mnie kochają – piękna wiedza!

Mówił również do otaczających go lekarzy:

– Wymierzacie mi za nic bolesne cierpienia. A może pomyliliście się? Ale Bóg się nie omylił. Bóg mnie oczyścił. Ach! jak Bóg jest dobry, że karze mnie na tym świecie! Jak Bóg jest dobry!

Przed samym skonem Szopen, co zawsze był tak wytworny w mowie, chcąc mi zaświadczyć niejako całą swą wdzięczność, jak również, by mi okazać, jak nieszczęśliwi są ci, którzy bez Sakramentów umierają, nie zawahał się wypowiedzieć:

– Bez ciebie, mój drogi, zdechłbym jak wieprz.

W chwili śmierci powtórzył raz jeszcze słodkie imiona Jezusa, Maryi, Józefa; zbliżył krucyfiks do ust swoich i serca, a przy ostatnim tchnieniu wyrzekł te słowa:

– Jestem u źródła szczęścia!

I skonał.

Tak umarł Szopen.

G. N.

Dlaczego wierzę. Nowe wydanie ku światłu, Niepokalanów 1937. Nakład Centrali Milicji Niepokalanej. (Za pozwoleniem Władzy Duchownej), ss. 121-126.