Archive for the ‘Naukowcy’ Category

220px-Oresme-NicoleMikołaj Oresme (ok. 1320-1382), także Nicole Oresme lub Nicolas d’Oresmus – francuski średniowieczny filozof, profesor uniwersytetu w Paryżu i biskup Lisieux. Prowadził badania między innymi w zakresie matematyki, ekonomii, fizyki i astronomii.

Francuz Mikołaj z Oresme (ok. 1320-1382), profesor uniwersytetu w Paryżu i biskup Lisieux, matematyk, fizyk, astronom, jest dla Rey Pastora i Babiniego “najważniejszym bez wątpienia matematykiem swego stulecia”, a dla Kistnera – “całego średniowiecza”. W opinii Beaujouan sięga matematycznych “wyżyn: suma nieskończonych szeregów, graficzne przedstawianie funkcji… i pierwsze kroki w kierunku geometrii analitycznej, zastosowanie wykładników ułamkowych”. “W swym Tractatus de latitudinibusformarum {Traktat o szerokości form) wprowadza po raz pierwszy pojęcie graficznego obrazowania funkcji albo inaczej – zjawisk zjedna zmienną”. “Równie oryginalna jest inna jego praca: Algorismus proportionum, gdzie przedstawia teorię operacji z wykładnikami ułamkowymi”. “Oresme bada sumę nieskończonego szeregu, co stawia go wśród zachodnich prekursorów rachunku całkowego”. Jak pisze Colerus: “Jego Traktat o szerokości form został gorąco przyjęty przez ówczesne kręgi naukowe. Rozchodził się najpierw w formie manuskryptu, potem, już po wynalazku Gutenberga, w postaci drukowanej, osiągając aż cztery wydania. W rzeczywistości owe «szerokości» to nic innego, jak obraz z pierwszego układu współrzędnych”. Oresme “dał początek prawdziwej geometrii analitycznej”.

Ponadto jako matematyk Oresme “stosował już wykładniki ułamkowe, rozumiejąc ich znaczenie”. Jak uważa Bourbaki, pojawia się u niego “po raz pierwszy pojęcie wykładnika ułamkowego większego od zera, o znaczeniu zbliżonym do dzisiejszego, a także pewne reguły działań (zapowiedziane w ogólnej formie) odnoszące się do podnoszenia do potęgi o dodatnich wykładnikach ułamkowych”.

Podobnie jak Albert z Saksonii, Oresme szuka potwierdzenia dla fizycznej teorii impetu w doświadczeniu. Bada zjawisko impetu podczas spadania ciał i wyrzucania pocisków. Carreras Artau dodaje: Oresme, “idąc za rozumowaniem Alberta z Saksonii, ogłosił prawo ciążenia, które odpowiedzialne jest za spadanie ciał”‚. Odkrył jednocześnie, że “czas, w którym ciało w ruchu jednostajnie przyspieszonym pokonuje określoną przestrzeń, jest równy czasowi, w którym ciało pokonałoby tę samą przestrzeń, poruszając się z prędkością równą połowie prędkości końcowej”.

Ruch obrotowy Ziemi to jedno z tych zagadnień, które szczególnie frapowały Mikołaja z Oresme. W jednym ze swych najsławniejszych dzieł, Le livre du ciel et du monde, utrzymuje, iż bezpośrednia obserwacja nie przynosi nam dowodów na to, by Ziemia trwała nieruchoma, niebo zaś pozostawało w dobowym ruchu. Dochodzi do wniosku, że “żadnym sposobem nie można wykazać, by niebo znajdowało się w ruchu dobowym, a Ziemia w nim nie pozostawała”. Ponadto, zakładając obrót Ziemi, znacznie łatwiej “zachować pozory” niż przy odwrotnej hipotezie, ponieważ jeśli zaneguje się ruch obrotowy Ziemi, założyć trzeba cały ciąg innych ruchów, by wyjaśnić dane empiryczne”. “Wydaje się dość oczywiste – komentuje Copleston – że mimo jego ewentualnej akceptacji powszechnie [wówczas] wyznawanej teorii, uważał on, że hipoteza o dobowym obrocie Ziemi wokół swojej osi bardziej odpowiadała wymogom naukowym niż hipoteza odwrotna”. “To rzeczywiście najgenialniejszy filozof przyrody XIV wieku”. Mikołaj z Oresme pisał część swych dzieł w języku ojczystym, tłumaczył też nań Arystotelesa i O sferach Sacrobosco, stając się tym samym jednym z twórców francuskiego języka naukowego.

http://w.kki.com.pl/piojar/polemiki/kosciol/nauka.html

Reklamy

153px-Grosseteste_bishop

Robert Grosseteste OFM (ur. ok. 1175 w Stradbroke, zm. 9 października 1253 w Buckden) – średniowieczny filozof, teolog, profesor Uniwersytetu Oksfordzkiego, biskup Lincoln, franciszkanin.

Grosseteste napisał wiele prac filozoficznych i przyrodniczych, w tym Chasteau d’amour – alegoryczny utwór opisujący stworzenie świata i zbawienie go przez Chrystusa. Innym ważnym dziełem jest traktat „O świetle”, opisujący jego metafizyczne koncepcje dotyczące światła jako zasady rzeczywistości. Grosseteste jest także znany z przekładu Etyki nikomachejskiej Arystotelesa.

Epistemologia: Przedmiotem poznania jest świat. Jednak wysiłek poznania jest daremny, jeśli nie włączymy do niego wewnętrznych idei zaszczepionych przez Boga w umyśle człowieka. Poznanie zmysłowe jest podnietą dla duszy, lecz nie umożliwia pełnego poznania. To dusza tworzy w sobie dane poznania, w pełni rozumowe.

Ontologia: Światłość to pierwsza forma. Za Arystotelesem Grosseteste powtórzył, iż wszystko, co istnieje pochodzi z połączenia materii i formy. Światłość, przez swą aktywną naturę jest warunkiem wielości i zmienności, czyli jako forma pełni w substancji rolę aktu (actus) (idea zaczerpnięta z Plotyna, Eriugeny, czy od arabów). Rzeczywistość ulega nieustannym przemianom na drodze do osiągnięcia ostatecznego celu. Forma wiąże się z materia, rodzajem cielesności. Wówczas dzięki jej aktywności możliwa jest organizacja przestrzeni. Światło zbliża się do doskonałości, do bytów duchowych, gdyż jego natura czyni go pośrednikiem pomiędzy bytami materialnymi a duchowymi.

Kosmologia: Bóg stworzył materialny punkt, od którego świat wziął swój początek. Od owego punktu ekspansywnie rozchodziło się światło, porywając za sobą materię i tworząc w ten sposób kulę. Grosseteste odróżniał światło zwane lux wyznaczające granice świata, od światła lumen, będące poza wszechświatem.

Grosseteste ponadto zastosował w badaniach przyrody tzw. metody pozytywne (matematykę). Jako pierwszy człowiek w średniowieczu docenił wartość nauk eksperymentalnych. Właściwie jest protoplastą myślenia naukowego. Zwrócił uwagę na fakty (a nie na przyczyny, co było wówczas powszechne). Odróżnił przyczynę od faktu, co jest wyraźnym zapożyczeniem od Arystotelesa. Fakty z kolei możliwe są do poznania tylko za pomocą nauk eksperymentalnych.

Jan Legowicz: Historia filozofii średniowiecznej Europy Zachodniej. Warszawa: PWN, 1980.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Robert_Grosseteste

stenoNicolaus Steno, także Nicolas Steno, Niels Stensen (ur. 11 stycznia 1638 w Kopenhadze, zm. 25 listopada 1686 w Schwerinie) – duński anatom i geolog, biskup katolicki, uznany za błogosławionego przez Kościół katolicki. W świecie nauki często uznawany za ojca geologii.

Po odbyciu studiów w Danii wyjechał w podróż naukową po Europie i większość życia spędził następnie we Włoszech, gdzie dokonał także konwersji z protestantyzmu na katolicyzm. Beatyfikowany przez papieża Jana Pawła II w 1988 roku.

W zakresie geologii Steno udowodnił, że część skał powstaje na drodze sedymentacji, czyli że są to skały osadowe. Sformułował także, obowiązujące do dziś, cztery podstawowe zasady stratygrafii: zasadę pierwotnie poziomego położenia warstw skalnych, ciągłości obocznej warstw, zasadę superpozycji oraz zasadę następstwa gatunkowego. Był też propagatorem tezy, że skamieniałości są pochodzenia organicznego. Wprowadził jeden z pierwszych podziałów dziejów Ziemi na epoki geologiczne. Prowadził także badania krystalograficzne odkrywając prawo stałości kątów w kryształach.

W zakresie medycyny Steno zajmował się głównie poznaniem systemu mięśniowego człowieka.

^^ Stratygrafia to dział geologii zajmującej się ustalaniem wieku i przyczyn rozmieszczenia skał w skorupie ziemskiej.

Jak zostało wyżej wspomniane, cztery najważniejsze zasady stworzył w XVII wieku Nicolas Steno, który jest uważany za ojca współczesnej stratygrafii.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Nicolaus_Steno

http://jarekpioro.blogspot.com/2014/12/ludzie-wiary-i-rozumu-mikoaj-steno.html

Rene_just_hauyRené Just Haüy (ur. 28 lutego 1743 w Saint-Just-en-Chaussée, zm. 3 czerwca 1822 w Paryżu) – francuski ksiądz katolicki i mineralog, wraz z Jeanem Baptiste Romé de l’Isle był twórcą krystalografii geometrycznej.

Pochodził z biednej rodziny tkackiej. Absolwent College de Navarre i College de Lemoine, po ukończeniu którego przyjął święcenia kapłańskie i wykładał w koledżu. Podczas swej 21-letniej pracy w College de Navarre zainteresował się botaniką. W r. 1802 został profesorem mineralogii w Muzeum Historii naturalnej w Paryżu, a w 1809 został mianowany na podobne stanowisko na Sorbonie. Krystalografią zainteresował się przypadkowo; podczas obserwowania pękniętego kryszatału kalcytu zauważył regularności w jego strukturze. Po przeprowadzeniu szeregu eksperymentów sformułował teorię struktury kryształu, w której najistotniejszą było stwierdzenie istnienia stałych kątów, które miały być identyczne jak struktura cząsteczkowa kryształów. Badał również zjawisko piezoelektryczności kryształów.

Prześladowany podczas rewolucji francuskiej; jego kolekcję minerałów skonfiskowano, a sam Haüy został uwięziony w Seminaire St-Firmin. Po zakończeniu rewolucji wrócił do pracy naukowej.

Był jednym z pierwszych członków Legii Honorowej. Jego nazwisko pojawiło się na liście 72 nazwisk na wieży Eiffla.

^^ Lista 72 nazwisk na wieży Eiffla – lista siedemdziesięciu dwóch nazwisk naukowców, inżynierów i przemysłowców, wyryta z inicjatywy Gustawa Eiffela pod pierwszym balkonem wieży Eiffla we wszystkich czterech jej częściach.

Na liście nie znajduje się żadna kobieta. Co najmniej 34 osoby uwiecznione na liście reprezentują kierunki techniczne. Większość z wymienionych osób było członkami Francuskiej Akademii Nauk. Poza Lagrangem, który był Włochem i pochodzącym ze Szwajcarii Sturmem wszyscy wymienieni są Francuzami.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Ren%C3%A9-Just_Ha%C3%BCy

Allan Rex Sandage – jeden z najbardziej wpływowych astronomów XX wieku. Od 1952 zatrudniony w obserwatorium astronomicznym Mount Wilson Observatory, gdzie był asystentem słynnego Edwina Hubble’a. Po śmierci tego drugiego Sandage kontynuował jego prace. Jako pierwszy wyliczył z dużą dokładnością stałą Hubble’a i wiek Wszechświata. Odkrywca pierwszego kwazara. Zdobywca Nagrody Crafoorda. Powiązany z takimi instytucjami jak: Carnegie Observatories w Pasadenie czy California Institute of Technology. Sandage jest często uznawany za ojca kosmologii obserwacyjnej. Po swoim nawróceniu na chrześcijaństwo około 50 roku życia, zajął się pisaniem tekstów na temat wiary i nauki.

la-me-2010notables-sandage

Nauka oświeca jasno, lecz tylko część rzeczywistości – Allan Sandage.

Chciałbym teraz odnieść się do zagadnień ze świata biologii. Największy żyjący kosmolog to Allan Sandage (1926-), astronom z Carnegie Institution w Pasadenie w Kalifornii. New York Times nazwał go kiedyś „wielkim autorytetem kosmologii”. Było to tuż po tym, kiedy w 1991 roku otrzymał prestiżową nagrodę Crafoord Prize nadawaną przez Szwedzką Królewską Akademię Nauk. Nagroda ta wręczana jest co sześć lat kosmologom i szwedzka akademia traktuje ją jako ekwiwalent nagrody Nobla. Allan Sandage zawierzył swoje życie Jezusowi mając 50 lat. W przytaczanej już książce Alana Lightmana (Origins: the Lives and Worlds of Modern Cosmologists) czytamy, że zadano mu często powtarzające się pytanie: „Czy można być zarazem naukowcem i chrześcijaninem?”

Spodziewano się odpowiedzi pozytywnej, ale Sandage przedstawił ciekawą perspektywę: „Świat we wszystkich swych częściach składowych i zależnościach jest zbyt skomplikowany, aby mógł być rezultatem wyłącznie przypadku. Jestem przekonany, że istnienie życia wraz z całym jego uporządkowaniem w każdym z gatunków jest na to po prostu zbyt dobrze zorganizowane.”

Sandage dokonał najbardziej miarodajnej współczesnej oceny wieku wszechświata i obliczył go na czternaście miliardów lat. Kiedy jednak ten świetny astrofizyk proszony jest o wyjaśnienie, jak można być naukowcem i chrześcijaninem równocześnie, wtedy odwołuje się nie do kosmologii, ale do biologii. Dlaczego naukowiec miałby stać się chrześcijaninem? Biologia odpowiada, że niezwykła złożoność i ogromna zawartość informacji nawet w najprostszym z żyjących organizmów (najprostszym samoreplikujacym się systemie biochemicznym), wskazuje na Boga jako na suwerennego stworzyciela.

Powyższy tekst to fragment eseju Henry’ego Schaeffera (pięciokrotnie nominowanego do Nagrody Nobla za prace dotyczące molekularnej mechaniki kwantowej).

ZOBACZ TAKŻE–> http://www.leaderu.com/truth/1truth15.html

aaaaaaaaaaaaaMoje życie pod wieloma względami nie było zwyczajne, ale jako syn wolnomyślicieli w kwestii wiary odebrałem dość konwencjonalne wychowanie: po prostu nie przywiązywano do niej zbyt wielkiego znaczenia.

Dorastałem na niewielkiej farmie w dolinie Shenandoah w Wirginii. Nie mieliśmy bieżącej wody, niewiele też było innych tego rodzaju udogodnień. Ich brak jednak rekompensowała z nawiązką niezwykła mieszanka doświadczeń, jaką zapewniał mi świat idei stworzony przez moich rodziców.

Poznali się w szkole średniej w Yale w 1931 roku, skąd wyjechali do Arthurdale w Wirginii Zachodniej. Wykorzystując swoje talenty organizacyjne i miłość do muzyki, pracowali tam dla działającej pod auspicjami Eleanor Roosevelt eksperymentalnej społeczności, która miała odbudować życie społeczne w tym podupadłym w czasach Wielkiego Kryzysu górniczym miasteczku.

Nie wszyscy doradcy prezydenta Roosevelta byli jednak zwolennikami tego przedsięwzięcia i źródło finansowania dość szybko wyschło. Ostateczna likwidacja Arthurdale przeprowadzona w wyniku pomówień waszyngtońskich polityków sprawiła, że moi rodzice już do końca życia traktowali rząd podejrzliwie. Podjęli życie akademickie w Eton College w Burlington w Karolinie Północnej. Tam, zetknąwszy się z nienaruszoną i piękną kulturą ludową wiejskiego Południa, mój ojciec poświęcił się zbieraniu pieśni ludowych i wędrował przez wzgórza i doliny, zachęcając powściągliwych mieszkańców stanu do występów przed mikrofonem jego magnetofonu. Te nagrania, razem z jeszcze bogatszą kolekcją Alana Lomaxa, stanowią istotną część zbiorów amerykańskich pieśni ludowych w Bibliotece Kongresu.

Kiedy Ameryka przystąpiła do II wojny światowej, muzyczne zainteresowania musiały ustąpić miejsca pilniejszym obowiązkom związanym z obroną kraju i mój ojciec zaangażował się w budowę bombowców; w końcu znalazł się w fabryce samolotów na Long Island, gdzie pełnił funkcję kierownika produkcji.

Po wojnie moi rodzice doszli do wniosku, że nie odpowiada im życie w ciągłym napięciu. Wyprzedzając swoją epokę, w połowie lat czterdziestych zachowali się jak pokolenie łat sześćdziesiątych: zamieszkali w dolinie Shenandoah w Wirginii, gdzie kupili farmę z 95 akrami ziemi i postanowili prowadzić proste wiejskie życie, gospodarując bez pomocy maszyn rolniczych. Kiedy po kilku miesiącach stwierdzili, że w żaden sposób nie pozwoli im to na wykarmienie dwóch synów (a szybko doszedł jeszcze jeden mój brat i ja), mój ojciec wylądował w college’u dla dziewcząt, gdzie prowadził zajęcia teatralne. Do ról męskich angażował chłopców z miasteczka. Dzięki niemu i uczennice college’u, i młodzi miejscowi sprzedawcy mieli okazję przekonać się, jak wielką frajdą jest przygotowywanie i wystawianie spektakli. Kiedy pojawiły się skargi na nudę w czasie długich wakacji, moja matka i ojciec założyli teatr letni w dębowym zagajniku tuż przy naszym domu. Teatr Pod Dębami po ponad 50 latach od swego powstania działa nieprzerwanie, wystawiając z sukcesem coraz to nowe przedstawienia.

Miałem szczęście spędzać dzieciństwo w świecie łączącym piękno wiejskich krajobrazów z ciężką pracą na farmie oraz letnim teatrem i muzyką. Jako najmłodszy z czterech synów nie miałem wielkiej szansy na popadnięcie w tarapaty, których nie znaliby już moi rodzice. Wyrastałem w głębokim przekonaniu, że każdy musi brać odpowiedzialność za swoje postępowanie i za swoje decyzje, bo nikt inny tego za niego nie zrobi.

Podobnie jak moi starsi bracia, pobierałem nauki w domu – nasza matka była wyjątkowo utalentowaną nauczycielką. Te pierwsze lata edukacji ofiarowały mi nieoceniony dar: radość płynącą z nauki. Chociaż mama nie rozpisywała planów lekcji, potrafiła bezbłędnie wybierać tematy, które mogły zainteresować młode umysły, prowadząc nas tak głęboko w poznawanie wybranego problemu, jak to tylko było możliwe, po czym zwracała się ku nowemu, równie fascynującemu zagadnieniu. Uczenie się nigdy nie było czymś, co robiło się dlatego, że się musiało, ale tym, co robiło się dlatego, że się to kochało.

Wiara nie stanowiła istotnej części mojego dzieciństwa. Zdawałem sobie dość mgliście sprawę z pojęcia Boga, ale moje własne z Nim relacje ograniczały się do rzadkich chwil dziecinnych prób wypraszania od Niego czegoś, na czym naprawdę mi zależało. Pamiętam na przykład, że zawierałem z Nim umowę (miałem wtedy chyba dziewięć lat), że jeśli sprawi, żeby w sobotę – kiedy mieliśmy wystawiać spektakl i organizowaliśmy zabawę z muzyką, na co tak bardzo czekałem – nie spadł deszcz, to ja zobowiązuję się nigdy nie palić papierosów. Deszcz oczywiście nie spadł, a ja nigdy nie zostałem palaczem. Wcześniej, kiedy miałem pięć lat, rodzice postanowili zapisać mnie i jednego z moich braci na zajęcia chóru chłopięcego w miejscowym kościele episkopalnym. Wytłumaczyli nam, że będzie to znakomita okazja do nauki muzyki, przy czym do wątków religijnych nie powinniśmy przywiązywać wielkiego znaczenia. Posłuchałem ich rad i chłonąłem piękno harmonii i kontrapunktu, słowa płynące z ambony puszczając mimo uszu.

Kiedy skończyłem dziesięć lat, przenieśliśmy się do miasta, by być blisko babci, która wymagała opieki, i tam rozpocząłem naukę w szkole publicznej. Jako czternastolatek dostrzegałem już zachwycającą moc naukowych metod poznawania świata. Dzięki znakomitemu nauczycielowi chemii, który potrafił pisać na tablicy to samo jednocześnie prawą i lewą ręką, odkryłem niezwykłą satysfakcję płynącą ze świadomości istnienia uporządkowanej natury Wszechświata. Wiedza o tym, że cała materia zbudowana jest z atomów i cząsteczek zgodnie z zasadami matematyki, była prawdziwym i najzupełniej nieoczekiwanym objawieniem, a możliwość wykorzystania narzędzi naukowych do poznawania rzeczy jeszcze nieodkrytych spadła na mnie wraz z pewnością, że to jest właśnie to, w czym pragnę uczestniczyć. Postanowiłem, z charakterystycznym zapałem neofity, że celem mojego życia będzie chemia. Nie przeszkadzał mi fakt, że niewiele wiedziałem o innych dziedzinach nauki, ta pierwsza młodzieńcza miłość wydawała się najważniejsza w życiu.

Pierwsze doświadczenia z biologią nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia. Nastolatkowi, jakim wtedy byłem, biologia jawiła się bardziej jako czysto pamięciowe przyswajanie sobie pojedynczych informacji niż poszukiwanie praw. Nie miałem najmniejszej ochoty na beznamiętne zapamiętywanie kompletu odnóży raka czy ustalanie różnic między typem, gromadą a rzędem. Kiedy uświadomiłem sobie, jak nieprzytomnie skomplikowana jest natura życia, doszedłem do wniosku, że z biologią jest tak samo jak z filozofią egzystencjalną: nie ma żadnego sensu. Dla mojego wykluwającego się właśnie redukcjonistycznego umysłu nie było w niej wystarczająco dużo logiki, aby uznać ją za pociągającą. Kiedy w wieku 16 lat skończyłem szkołę średnią, wstąpiłem na Uniwersytet Wirginii z zamiarem studiowania chemii i poświęcenia się karierze naukowej. Jak większość świeżo upieczonych studentów, uznałem swoje nowe środowisko za niezwykle inspirujące, wielką radość sprawiały mi niezliczone idee pojawiające się co chwila tak w salach wykładowych, jak i w pokojach akademika późną nocą. Od czasu do czasu nieuchronnie padały pytania o istnienie Boga. Kiedy byłem nastolatkiem, doznawałem niekiedy przelotnej tęsknoty za czymś, co znajdowałoby się poza mną, uczucia takie zwykle nawiedzały mnie w obliczu wyjątkowego piękna natury lub szczególnie poruszającej muzyki. Moje życie duchowe pozostawało jednak ciągle w powijakach i byłem bardzo podatny na argumentację jednego czy dwóch zagorzałych ateistów, jakich zawsze łatwo spotkać w każdym akademiku. Po kilku miesiącach spędzonych w college’u nabrałem przekonania, że chociaż najrozmaitsze wierzenia religijne zainspirowały wiele wspaniałych dzieł sztuki i dokonań w dziedzinie kultury, nie zawierają w sobie żadnej podstawowej prawdy.

Chociaż nie znałem jeszcze tego określenia, byłem wówczas agnostykiem. Termin ten wprowadził dziewiętnastowieczny uczony T.H. Huxley na określenie osoby, która po prostu nie wie, czy Bóg istnieje. Można spotkać wszelkie odmiany agnostyków: niektórzy dochodzą do tej postawy po intensywnych poszukiwaniach dowodów na istnienie Boga, wielu innych jednak po prostu uznaje, że jest to wygodny wybór, dzięki któremu mogą uniknąć konieczności kłopotliwego roztrząsania argumentów przedstawianych przez obie strony. Ja zdecydowanie należałem do tej drugiej kategorii. Tak naprawdę moje „nie wiem” było równoznaczne z „nie chcę wiedzieć”. Dla młodego człowieka obracającego się w świecie pełnym pokus wygodniej było zignorować potrzebę odwoływania się do jakiegokolwiek zwierzchnictwa duchowego. Swoim sposobem myślenia i zachowaniem stanowiłem przykład „dobrowolnej ślepoty”, o której pisał znany uczony i pisarz C.S. Lewis.

Po ukończeniu studiów rozpocząłem studia doktoranckie z chemii fizycznej w Yale, pozostając pod urokiem matematycznej elegancji, która skłoniła mnie do poświęcenia się nauce. Moje życie intelektualne zdominowała wówczas mechanika kwantowa i równania różniczkowe drugiego rzędu, a za osoby godne największych hołdów uznawałem genialnych fizyków: Alberta Einsteina, Nielsa Bohra, Wernera Heisenberga i Paula Diraca. Stopniowo nabierałem przekonania, że wszystko we Wszechświecie można opisać za pomocą równań i praw fizyki. Kiedy dowiedziałem się z biografii Alberta Einsteina, że niezależnie od sympatii wobec ruchu syjonistycznego w czasie II wojny światowej nie wierzył w Jahwe – Boga żydów, utwierdziłem się w przekonaniu, że żaden myślący uczony nie może poważnie zajmować się rozważaniami nad możliwością istnienia Boga bez popełniania swego rodzaju intelektualnego samobójstwa.

W ten sposób stopniowo z agnostycyzmu przesuwałem się na pozycje ateistyczne. Bez oporów podejmowałem rozmowę na temat wiary, kiedy tylko ktoś poruszał go w moim towarzystwie, podkreślając, że takie przekonania są moim zdaniem przejawem ulegania sentymentom i dawno przebrzmiałym przesądom.  Kiedy byłem na drugim roku studiów doktoranckich, w moim ściśle wyznaczonym planie na przyszłość pojawiły się głębokie pęknięcia. Chociaż praca nad teorią mechaniki kwantowej dalej sprawiała mi wielką przyjemność, zwątpiłem w słuszność wyboru swojej drogi życiowej. Było oczywiste, że najważniejszych odkryć z mechaniki kwantowej dokonano 50 lat wcześniej i moja kariera naukowa sprowadzi się najpewniej do poszukiwania kolejnych uproszczeń i przybliżeń sprawiających, że pewne eleganckie, ale nierozwiązywalne równania staną się odrobinę bardziej przystępne. W praktyce zaś oznaczało to, że zostanę profesorem prowadzącym niekończące się wykłady z termodynamiki i mechaniki statystycznej  dla kolejnych roczników studentów najprawdopodobniej albo śmiertelnie nimi znudzonych, albo umierających ze strachu na samą myśl o egzaminie z tych przedmiotów.

W tym samym mniej więcej czasie, aby poszerzyć swoje horyzonty, zapisałem się na kurs z biochemii, zapuszczając się w ten sposób w obszary, których dotychczas tak skrupulatnie unikałem. Kurs ten wprawił mnie wręcz w osłupienie. Zasada prowadząca od DNA przez RNA do białka – której wcześniej sobie dobrze nie uświadamiałem – ujawniła mi się w swojej całej cyfrowej chwale. Możliwość zastosowania rygorystycznych reguł intelektualnych w wyjaśnieniu procesów biologicznych, czyli to, co wydawało mi się niemożliwe, wybuchło z całą mocą wraz z odkryciem kodu genetycznego. Kiedy opracowano metody cięcia DNA na dowolne fragmenty i łączenia ich ze sobą w zaplanowanej kolejności (czyli techniki rekombinacji DNA), prawdopodobieństwo wykorzystania całej tej wiedzy dla dobra ludzkości stało się całkiem realne. Byłem wstrząśnięty. Biologia zatem odznacza się matematyczną elegancją. Zycie ma sens.

W tym samym okresie, chociaż liczyłem zaledwie 22 lata, ale miałem już żonę oraz bystrą i dociekliwą córeczkę, zacząłem bardziej sobie cenić towarzystwo innych osób. W młodości często wybierałem samotność. Teraz coraz większą wagę przywiązywałem do związków z ludźmi i odczuwałem pragnienie dokonania czegoś, co miałoby istotne znaczenie dla ludzkości. Zastanawiałem się nad całym swoim wcześniejszym życiem, pytałem samego siebie o słuszność własnych wyborów, a zwłaszcza o to, czy rzeczywiście jestem stworzony do nauki i prowadzenia samodzielnych badań. Byłem już bliski ukończenia doktoratu, ale w wyniku głębokich przemyśleń złożyłem papiery do
akademii medycznej. Komisję egzaminacyjną najwyraźniej przekonała moja starannie przygotowana przemowa, w której dowodziłem, że w takim postępowaniu nie ma niczego nadzwyczajnego, a jego celem jest wyszkolenie jednego z lekarzy służących społeczeństwu. Sam jednak nie byłem do tego pomysłu w pełni przekonany. Czyż to w końcu nie ja sam nienawidziłem biologii za to, że wymagała zapamiętywania szczegółów? A czy jest inna dziedzina nauki, w której zapamiętywanie szczegółów odgrywa równie wielką rolę jak w medycynie? Coś jednak się zmieniło: tu chodzi o człowieka, a nie o skorupiaka; tu nie brak praw rządzących całą masą szczegółów, a wszystko to zarazem może mieć decydujące znaczenie dla życia realnych ludzi.

Przyjęto mnie na Uniwersytet Karoliny Północnej. Po kilku tygodniach nabrałem pewności, że akademia medyczna to dla mnie odpowiednie miejsce. Uwielbiałem wysiłek intelektualny, problemy etyczne, świadomość, że wszystko, co robię, dotyczy człowieka, a także zachwycającą złożoność ludzkiego ciała. W grudniu pierwszego roku studiów znalazłem sposób na pogodzenie tej nowej miłości do medycyny ze swoją starą miłością do matematyki. Pewien pediatra, dość surowy i trudny w bliższych kontaktach, który prowadził liczący całe sześć godzin wykład z genetyki medycznej dla studentów pierwszego roku, wskazał mi moją przyszłość. Zaprezentował nam dzieci chore na anemię sierpowatą, galaktozemię (uniemożliwiającą przyswajanie mleka, często śmiertelną) i zespół Downa – wszystkie te choroby są wynikiem zmian w genomie, czasami tak niewielkich, jak błąd zaledwie jednej litery.  Zdumiała mnie elegancja ludzkiego DNA i kodu genetycznego oraz wielorakie konsekwencje rzadkich przecież pomyłek mechanizmu kopiującego. Chociaż w tamtym czasie szansa na pomoc ofiarom takich pomyłek wyglądała na bardzo odległą, dziedzina ta ogromnie mnie za- frapowała. Nikomu nawet nie przemknęło przez myśl, by kiedykolwiek pojawił się pomysł uruchomienia czegoś tak wielkiego i brzemiennego w skutki jak Projekt Poznania Genomu Człowieka, ale droga, na którą wstąpiłem w 1973 roku, doprowadziła mnie, jak się okazało, wprost do udziału w jednym z najważniejszych przedsięwzięć w historii ludzkości.

Obrana przeze mnie droga doprowadziła mnie również na trzecim roku studiów do przejmujących doświadczeń związanych z bezpośrednią opieką nad chorymi. Studenci medycyny odbywający praktyki kliniczne nawiązują niezwykle intymne kontakty z ludźmi, którzy byliby im zupełnie obcy, gdyby nie zachorowali. Różne kulturowe tabu, ograniczające normalnie wymianę bardzo osobistych informacji, często znikają w bezpośrednim kontakcie lekarza i pacjenta. Wszystko to jest konsekwencją obowiązującego od wieków milczącego porozumienia między chorą osobą a jej uzdrowicielem. Dla mnie związki pojawiające się między ciężko chorym lub umierającym człowiekiem a lekarzem były niemal nie do udźwignięcia, robiłem wszystko, aby zachować dystans wymagany od profesjonalisty i by nadmiernie nie angażować się emocjonalnie, zgodnie z zaleceniami naszych nauczycieli.
Dużym przeżyciem było dla mnie odkrycie, przez co wszyscy ci nieszczęśliwi ludzie przechodzą w wymiarze duchowym. Miałem okazję wielokrotnie obserwować osoby, którym wiara pozwalała zachować ufność w ostateczny spokój, niezależnie od tego, czy będzie on na tym, czy na tamtym świecie, pomimo straszliwych cierpień, za które zazwyczaj w żaden sposób nie mogły się winić. Doszedłem do wniosku, że jeśli wiara jest psychologiczną podporą, to musi mieć ogromną moc. Gdyby była jedynie odpryskiem tradycji kulturowej, dlaczego ci ludzie nie wygrażali Bogu i nie żądali od swoich bliskich, aby wreszcie dali spokój tym pięknym słowom o miłującej nas wszystkich, dobroczynnej sile nadprzyrodzonej?

Najdziwniejszy był dla mnie moment, kiedy pewna starsza kobieta cierpiąca codziennie na ciężkie bóle serca z powodu niepoddającej się leczeniu zaawansowanej dławicy piersiowej, zapytała mnie, w co wierzę. To było uczciwe pytanie; mieliśmy za sobą wiele rozmów na różne ważne tematy, nie wyłączając życia i śmierci, i wielokrotnie mówiła mi o tym, jak głęboko wierzy w Chrystusa. Poczułem, że się czerwienię, i wymamrotałem coś w rodzaju: „Trudno mi powiedzieć”. Ogromne zaskoczenie, jakie dostrzegłem na jej twarzy, sprawiło, że odczułem wielką ulgę: zrozumiałem, że od dwudziestu sześciu lat uciekam od poważnego zastanowienia się nad argumentami na rzecz wiary oraz przeciwko niej.

Przeżycie to powracało do mnie przez wiele kolejnych dni. Czyż nie uważałem siebie za badacza oddanego naukom przyrodniczym? Czy taki badacz może formułować wnioski, nie dysponując żadnymi danymi? Czy można sobie wyobrazić ważniejsze pytanie w całym ludzkim życiu niż: „Czy Bóg istnieje?”. I tak stwierdziłem, że pozostaję w sytuacji łączącej dobrowolną ślepotę z czymś, co można by nazwać arogancją, unikając przez tyle czasu jakichkolwiek prób poważnego zastanowienia się nad tym, czy Bóg nie jest całkiem realną możliwością. Nagle wszystkie moje argumenty wydały mi się bardzo słabe, a ja poczułem się tak, jakby lód zaczął pękać mi pod stopami.

Uświadomienie sobie tego wszystkiego było przerażającym doświadczeniem. Jeżeli bowiem nie mogłem już polegać na trwałości swoich ateistycznych poglądów, to czy powinienem zdecydować się na coś, o czym tak naprawdę wolałbym zbyt wiele nie myśleć? Czy tych odpowiedzi mógłby mi udzielić ktokolwiek inny niż ja sam? Pytanie to stało się teraz zbyt ważne, by przed nim uciekać.

Po pierwsze, byłem przekonany, że staranne rozważenie racjonalnych podstaw wiary doprowadzi do odmówienia jej jakiejkolwiek wartości i potwierdzi słuszność postawy ateistycznej. Byłem jednak zdecydowany przyjrzeć się z bliska wszelkim danym, niezależnie od ostatecznego wyniku takich badań. Rozpocząłem od szybkiego i dość bezładnego przeglądu najważniejszych religii świata. Większość informacji, jakie uzyskałem z ich pobieżnej prezentacji (zapoznawanie się ze świętymi tekstami każdej z nich uznałem za zbyt trudne), pozostawiła mnie w poczuciu wielkiego zadziwienia, i stwierdziłem, że żadna z religii nie wydaje mi się bardziej pociągająca niż inna. Nabrałem przekonania, że wątpliwe są racjonalne podstawy wierzeń duchowych stanowiące fundament każdej z religii. To jednak szybko się zmieniło. Poszedłem z wizytą do pastora kościoła metodystycznego, który mieszkał w naszym sąsiedztwie, i zapytałem go, czy wiara ma jakikolwiek logiczny sens. Wysłuchał uważnie moich mętnych (i najpewniej bluźnierczych) wywodów, po czym sięgnął po niewielką książkę stojącą na półce i dał mi ją do przeczytania.

Było to Chrześcijaństwo po prostu C.S. Lewisa. Przez następne dni, kiedy wczytywałem się w kolejne stronice tej książki, czyniąc wszelkie starania, by skorzystać z bogactwa głęboko przemyślanych argumentów sformułowanych przez sławnego oksfordczyka, zrozumiałem, że moje własne konstrukcje myślowe skierowane przeciwko wiarygodności wiary pozostawały na poziomie dziesięciolatka. Stało się dla mnie jasne, że muszę zmierzyć się z tym najważniejszym ze wszystkich pytań ludzkości zupełnie od początku. Miałem wrażenie, że Lewis znał wszystkie moje zastrzeżenia, niekiedy nawet wcześniej, niż sformułowałem je ja sam. Każdemu z nich poświęcał jedną lub dwie strony. Kiedy dowiedziałem się później, że Lewis też kiedyś był ateistą, który występował przeciwko wierze, posługując się logicznym rozumowaniem, domyśliłem się, dlaczego tak dobrze rozumie moje zmagania. Były to przecież w równej mierze jego własne problemy.

Najbardziej zainteresował mnie – i całkowicie odmienił moje myślenie na temat nauki i wiary – argument zawarty w tytule samej księgi I: „Słuszność i niesłuszność, czyli wskazówka do pojęcia sensu wszechświata”. Chociaż opisywane przez Lewisa „prawo moralne” stanowiło pod wieloma względami uniwersalny składnik ludzkiego życia, odnosiłem wrażenie, że spotykam się z tym pojęciem po raz pierwszy.

Aby zrozumieć je w pełni, warto zauważyć, co uczynił Lewis, jak często odwołujemy się do prawa moralnego na setki sposobów, chociaż zwykle nie podejmujemy nawet próby wskazania podstaw swojej argumentacji. Rozbieżność ocen jest częścią naszego życia. Zwykle dotyczy to spraw codziennych – na przykład wówczas, gdy żona zarzuca mężowi, że nie jest wystarczająco miły dla jej przyjaciółki, czy kiedy dziecko narzeka, że porcje lodów rozdanych na przyjęciu urodzinowym były nierówne. Inne argumenty dotyczą jednak dużo poważniejszych problemów. W dziedzinie polityki międzynarodowej na przykład niektórzy głoszą pogląd, że Stany Zjednoczone mają moralny obowiązek szerzenia na świecie demokracji, nawet jeśli wymaga to użycia siły, podczas gdy inni twierdzą, że agresja militarna i ekonomiczna grozi USA utratą pozycji autorytetu moralnego.

Na polu medycyny niezwykle gorące dyskusje dotyczą obecnie problemu, czy dopuszczalne jest prowadzenie badań na komórkach macierzystych pochodzących z ludzkich zarodków. Jedni uważają, że takie badania łamią zasadę świętości ludzkiego życia, natomiast drudzy – że perspektywa złagodzenia w ten sposób cierpień wielu istot ludzkich daje nam moralne placet, aby prowadzić takie badania. (Tę kwestię, wraz z kilkoma innymi dotyczącymi bioetyki, rozważam w Aneksie do książki).

Zwróćmy uwagę, że we wszystkich tych sytuacjach każda ze stron sporu odwołuje się do nigdzie jednoznacznie niesformułowanych wyższych standardów. Czyli do prawa moralnego, które można by również nazwać „prawem przyzwoitego zachowania” i którego istnienie w każdej z tych sytuacji wydaje się nie podlegać kwestii. Przedmiotem sporu jest natomiast to, które z podejmowanych działań jest bliższe wymaganiom narzucanym przez to prawo. Osoby oskarżane o niedostateczne przestrzeganie obowiązujących
nakazów – na przykład mąż nie dość serdeczny wobec przyjaciółki żony – zwykle stosują różne wymówki, aby dać im święty spokój. Chyba nikt jednak nigdy nie powie: „Do diabła z tym twoim przyzwoitym zachowaniem”.

Mamy tu do czynienia z zastanawiającą sytuacją: okazuje się, że pojęcia dobra i zła są uniwersalne wśród przedstawicieli gatunku ludzkiego (chociaż ich praktyczne zastosowanie może przynieść bardzo różne i często zadziwiające rezultaty). A zatem, jak się wydaje, zjawisko to odznacza się cechą upodabniającą je do praw przyrody, takich jak prawo powszechnego ciążenia czy prawa opisywane przez szczególną teorię względności. Jeśli tak rzeczywiście jest, to prawo to – co musimy uczciwie przyznać – łamane jest z zaskakującą regularnością.

O ile mi wiadomo, prawo moralne obowiązuje wyłącznie wśród istot ludzkich. Chociaż bowiem u zwierząt można niekiedy dostrzec zachowania wykazujące ślad moralności, nie są one z pewnością bardzo rozpowszechnione, a najczęściej zachowania przedstawicieli innych gatunków pozostają, jak się wydaje, w sprzeczności z jakimikolwiek pojęciami uniwersalnego dobra. To właśnie na zdolność odróżnienia dobra od zła, a także na zyskanie umiejętności posługiwania się mową oraz pojawienie się samoświadomości i zdolności myślenia o przyszłości powołują się uczeni, kiedy chcą wskazać cechy właściwe wyłącznie gatunkowi Homo sapiens.

Czy jednak zdolność odróżnienia dobra od zła jest wrodzoną cechą człowieka, czy też jedynie konsekwencją tradycji kulturowej? Istnieje pogląd, że w rozmaitych kulturach obowiązują tak rozbieżne normy zachowania, że jakiekolwiek twierdzenia o istnieniu powszechnego prawa moralnego są całkowicie bezpodstawne. Lewis, znawca wielu kultur, pogląd taki nazywa „kłamstwem, dobrze brzmiącym kłamstwem. Jeśli pójdziemy do biblioteki i spędzimy kilka dni z encyklopedią religii i etyki, szybko dostrzeżemy u różnych ludów jednakowe praktyczne myślenie o świecie. W babilońskiem hymnie do Szamasza, księgach Manu, Księdze Umarłych, Dialogach konfucjańskich, pismach stoików czy platończyków, u australijskich Aborygenów i północnoamerykańskich Indian – wszędzie spotkamy się zawsze z takim samym potępieniem ucisku, morderstwa, zdrady i kłamstwa i takim samym nakazem dobroci wobec starszych, młodszych i słabszych, wspierania jałmużną ubogich, bezstronności i uczciwości”. W pewnych niezwykłych okolicznościach prawo to wpada w zaskakujące pułapki – przypomnijmy sobie palenie czarownic w siedemnastowiecznej Ameryce. Kiedy jednak przyjrzymy się takim zjawiskom bliżej, zapewne stwierdzimy, że te pozorne odstępstwa od uniwersalnego prawa wyrastają z silnie ugruntowanych, ale błędnych wniosków na temat tego, co jest dobrem, a co złem. Jeżeli głęboko uwierzy się w to, że czarownica jest personifikacją zła na ziemi, wcieleniem samego diabła, czyż nie uzna się za głęboko uzasadnione podejmowanie przeciwko niej najbardziej nawet drastycznych działań?

Niech mi będzie wolno zatrzymać się tutaj na chwilę, aby zwrócić uwagę na to, że pogląd na temat uniwersalności prawa moralnego pozostaje w poważnym konflikcie z modną obecnie filozofią postmodernistyczną, zgodnie z którą nie ma żadnego absolutnego zła ani dobra i nic nie jest absolutnie słuszne czy niesłuszne, a wszystkie wybory moralne mają charakter relatywny. Pogląd ten, dość powszechny, jak się wydaje, wśród współczesnych filozofów, ale dość zagadkowy dla większości zwykłych ludzi, stwarza liczne logiczne pułapki w rodzaju paragrafu 22. Jeśli na przykład prawda absolutna nie istnieje, to czy sam postmodernizm jest prawdą? A jeżeli nie ma ani dobra, ani zła, to nie ma też najmniejszego powodu, aby w ogóle zajmować się moralnością.

Inni będą protestowali przeciwko takiemu sposobowi myślenia, twierdząc, że prawo moralne jest po prostu wynikiem presji ewolucyjnej. Sprzeciw ten formułują przedstawiciele nowej dziedziny zwanej socjobiologią, która szuka wyjaśnień zachowań altruistycznych w ich dodatniej wartości selekcyjnej dla darwinowskiego doboru naturalnego. Jeśli udałoby się wykazać słuszność tej argumentacji, to interpretowanie wielu nakazów prawa moralnego jako pochodzących od Boga stałoby się trudne – dlatego też warto przyjrzeć się temu poglądowi dokładniej.

Pomyślmy o jednym z najważniejszych przejawów prawa moralnego: owym impulsie, który skłania nas do zachowań altruistycznych, tym głosie sumienia wzywającym nas do pomagania innym, nawet jeśli w zamian nic za to nie dostaniemy. Prawo moralne nie ogranicza się oczywiście do altruizmu; niepokój sumienia, jaki odczuwa się po wpisaniu drobnych nieścisłości do zeznania podatkowego trudno powiązać z poczuciem wyrządzenia krzywdy jakiejkolwiek konkretnej ludzkiej istocie.

Przede wszystkim jednak ustalmy jasno przedmiot naszych rozważań. Używając określenia „altruizm”, nie mam na myśli zachowań typu: „ty drapiesz mnie po plecach, a ja drapię ciebie”, polegających na podejmowaniu działań na rzecz kogoś innego i
oczekiwaniu od niego wzajemności. Altruizm to rzecz bardziej interesująca: jest prawdziwie bezinteresownym postępowaniem, pozbawionym innej motywacji niż dobro drugiej osoby. Wszelkie przejawy takiej miłości i dobroci budzą nasz ogromny podziw i szacunek. Oskar Schindler ryzykował życiem, ocalając w czasie II wojny światowej przed zagładą ponad 1000 Żydów, a kiedy umierał, był bez grosza – i mamy dla niego wielkie uznanie. Matkę Teresę od dawna uważa się za jedną z najbardziej godnych podziwu postaci czasów współczesnych, chociaż praktykowane przez nią ubóstwo i bezinteresowna pomoc chorym i umierającym mieszkańcom Kalkuty tak drastycznie kontrastuje z materialistycznym stylem życia dominującym obecnie w naszej cywilizacji.
W niektórych przypadkach altruizm obejmuje nawet tych, którzy należą, wydawałoby się, do grona zaprzysiężonych wrogów. Siostra Joan Chittister z zakonu benedyktynek snuje taką oto suficką opowieść:

Dawno, dawno temu żyła sobie stara kobieta, która często medytowała nad brzegiem Gangesu. Pewnego ranka, pod koniec medytacji, zauważyła skorpiona walczącego bezradnie z nurtem rzeki. Gdy znalazł się blisko niej, zaczepił się o korzenie sięgające daleko w głąb wód. Starając się z nich wyswobodzić, pogrążał się jeszcze bardziej. Kobieta schyliła się, aby go ocalić, ale on użądlił ją, kiedy poczuł jej rękę. Stara kobieta cofnęła się, po chwili jednak – gdy tylko odzyskała równowagę – sięgnęła ku niemu ponownie. I tak za każdym razem skorpion wbijał kolec w jej rękę, aż spłynęła krwią, a jej twarz wykrzywiła się z bólu. Przechodzący obok człowiek, widząc, co się dzieje, wykrzyknął: „Kobieto, czy oszalałaś?! Chcesz stracić życie, żeby uratować to wstrętne stworzenie?”. Wtedy ona, patrząc mu prosto w oczy, odrzekła: „Przecież naturą skorpiona jest robienie użytku ze swego kolca, dlaczegóż bym zatem ja miała zaprzeczać swojej własnej naturze nakazującej mi ratowanie innych?”.

Wielu z nas z pewnością uzna tę opowieść za przesadzoną – mało kto chciałby narażać się na niebezpieczeństwo, żeby ocalić skorpiona. Z pewnością jednak większość z nas usłyszała choć raz ów wewnętrzny głos nakazujący nam pomóc zupełnie obcej osobie, która gwałtownie tego potrzebowała, chociaż w żaden sposób nie mogliśmy oczekiwać płynącej z tego korzyści. A jeśli ulegliśmy temu impulsowi, ogarniało nas ciepłe uczucie, że „zrobiliśmy to, co zrobić należało”.

C.S. Lewis w swojej niezwykłej książce Cztery miłości wiele uwagi poświęca naturze takiej całkowicie bezinteresownej miłości, którą nazywa z grecka agape. Podkreśla jej odmienność od pozostałych trzech form miłości (sympatii, przyjaźni i miłości romantycznej), które łatwiej zrozumieć w kategoriach oczekiwania na wzajemną korzyść i które można znaleźć u innych zwierząt poza człowiekiem.

Agape, czyli bezinteresowny altruizm, to dla ewolucjonistów prawdziwe wyzwanie. A dla myślenia redukcjonistycznego – po prostu skandal. Nie można go uznać za rezultat dążenia samolubnych genów do rozprzestrzeniania samych siebie. Wręcz przeciwnie, altriuzm może skłaniać ludzi do poświęceń wiążących się z wielkim osobistym cierpieniem, zagrożeniem zdrowia i życia, a nawet prawdopodobieństwem śmierci, bez żadnych widoków na jakąkolwiek korzyść. Tymczasem, jeśli uważnie wsłuchamy się w ten głos wewnętrzny, który niekiedy nazywamy świadomością, okaże się, że wszyscy mamy w sobie gotowość ulegania tego rodzaju miłości, choćbyśmy nawet często udawali, że go nie słyszymy.

Socjobiolodzy tacy jak E.O. Wilson usiłowali znaleźć wytłumaczenie dla podobnych zachowań w kategoriach pośredniego wpływu na sukces rozrodczy podejmującego je osobnika, argumentacja ta szybko jednak wywołała wątpliwości. Jedna z hipotez zakłada, że stale podejmowane zachowania altruistyczne jako cecha pozytywna są faworyzowane przez dobór płciowy. Pogląd ten wszakże kłóci się z obserwacjami dotyczącymi nieczłekokształtnych naczelnych ujawniającymi wręcz przeciwne zjawiska, takie jak dzieciobójstwo dokonywane przez samca, który właśnie uzyskał w grupie
dominację, co jest sposobem na zapewnienie lepszej przyszłości własnemu potomstwu. Inna hipoteza mówi o tym, że altruizm daje pośrednie wzajemne korzyści zapewniające praktykującym go osobnikom pewną przewagę w skali czasu ewolucyjnego; trudno jednak uznać to za dobre wyjaśnienie motywacji ludzkich dobrych uczynków, o których nie wie nikt poza ich sprawcą. Zgodnie z trzecim wyjaśnieniem altruistyczne zachowania członków grupy przynoszą korzyść całej grupie. Przykładem miałyby tu być kolonie mrówek, w których bezpłodne robotnice krzątają się bez wytchnienia, aby stworzyć warunki umożliwiające królowej-matce wydawanie na świat jak największej liczby potomstwa. Tego rodzaju „mrówczy altruizm” łatwo jednak wyjaśnić w kategoriach ewolucyjnych, wiedząc, że geny skłaniające robotnice do wytężonej pracy to dokładnie te same geny, jakie są przekazywane przez królową-matkę ich własnemu rodzeństwu, do którego pojawienia się na świecie tak istotnie się przyczyniają. Taki niezwykły bezpośredni związek na poziomie DNA nie zachodzi w obrębie bardziej złożonych populacji, które – co do tego panuje obecnie zgoda między niemal wszystkimi ewolucjonistami – podlegają doborowi naturalnemu obejmującemu jednostki, a nie całą grupę osobników. Zachowania mrówek robotnic wbudowane w ich mózgi są zatem czymś zasadniczo odmiennym od tego wewnętrznego głosu, który sprawia, że muszę wskoczyć do rzeki, kiedy widzę, że ktoś tonie, nawet wtedy, kiedy jest to ktoś zupełnie mi obcy, a ja wcale nie jestem dobrym pływakiem i sam mogę przy tym stracić życie. Co więcej, aby utrzymać w mocy argument ewolucyjny o korzyści, jaką altruizm przynosi grupie, należałoby znaleźć przykłady reakcji przeciwnych – czyli wrogości wobec osobników nienależących do grupy. Tymczasem agape kultywowana przez Oskara Schindlera czy Matkę Teresę zadaje kłam takiemu sposobowi myślenia. To zdumiewające, ale prawo moralne nakazuje mi ratować tonącego, nawet jeśli jest moim wrogiem.

Jeżeli prawa natury ludzkiej nie sposób uznać za wytwór kultury lub skutek uboczny ewolucji, to jak wyjaśnić jego istnienie? Jest w tym coś naprawdę niezwykłego. Jak pisze Lewis: „Gdyby istniała siła wywierająca wpływ na wszechświat z zewnątrz, nie mogłaby ujawnić się nam jako jeden ze składników wszechświata – tak jak architekt jakiegoś domu nie będzie jedną ze ścian, częścią klatki schodowej czy kominkiem tego domu. Jedynym sposobem, w jaki możemy spodziewać się ujawnienia się tej siły, są wpływy czy nakazy obecne w naszym wnętrzu, mające na celu skłonienie nas do określonego zachowania. I to rzeczywiście odnajdujemy wewnątrz siebie. Czyż nie powinno nas to skłonić do zastanowienia?”.  Kiedy zetknąłem się z tą argumentacją w wieku 26 lat, uderzyła mnie jej logika. Oto ukryte w moim sercu i równie oczywiste jak wszystko inne w codziennym życiu, a teraz ujawniające się po raz pierwszy jako zasada wyjaśniająca, owo prawo moralne rzuciło jasne światło na zakamarki mojego dziecięcego ateizmu i domagało się poważnego zastanowienia się nad jego pochodzeniem. Czy to Bóg na mnie patrzył?

A jeśli tak, to jaki był to Bóg? Czy był to Bóg deistów, który wynalazł fizykę i matematykę i wprawił Wszechświat w ruch około 14 miliardów lat temu, a potem odszedł, by zająć się innymi, ważniejszymi sprawami, jak uważał Einstein? Nie, ten Bóg,jeżeli w ogóle byłem w stanie go sobie uświadomić, musi być Bogiem teistów – takim, który pragnie jakiegoś związku z owymi wyjątkowymi istotami zwanymi ludźmi i dlatego wyposaża każdego z nas w możliwość Jego dojrzenia. Mógłby to być Bóg Abrahama, ale z pewnością nie Bóg Einsteina.

Odkrywanie natury Boga, jeżeli w istocie jest On rzeczywisty, pociągało za sobą jeszcze inne konsekwencje. Wnioskując z niezwykle wysokich standardów prawa moralnego – które, co musiałem przyznać, w praktyce regularnie łamałem – musiałby to być Bóg święty i prawy. Musiałby być wcieleniem dobroci. Musiałby nienawidzić zła. I nie było najmniejszego powodu, by sądzić, że jest to Bóg łaskawy i pobłażliwy. Kiełkujące powoli przeświadczenie o dopuszczalności istnienia Boga wywołało u mnie sprzeczne uczucia: głęboki spokój, jaki dawała świadomość rozległości istnienia takiego Umysłu, a zarazem ogromny niepokój, kiedy zdałem sobie sprawę z własnej niedoskonałości, ujawniającej się wobec Niego.

Podjąłem tę intelektualną wędrówkę, aby uzyskać potwierdzenie dla swojego ateizmu. Tymczasem cel ten legł w gruzach w chwili, gdy argumenty wynikające z istnienia prawa moralnego (i wiele innych) zmusiły mnie do uznania, że hipoteza o istnieniu Boga jest uzasadniona. Agnostycyzm, w którym czułem się bezpieczny niczym w raju, nagle okazał się zwykłym wykrętem, czym zresztą zawsze był. Wiara w Boga wydała mi się teraz bardziej racjonalna niż jej brak.
Stało się dla mnie również jasne, że nauka, niezależnie od jej niekwestionowanej mocy wyjaśniającej tajemnice świata przyrody, nigdzie dalej już mnie nie zaprowadzi w poszukiwaniach odpowiedzi na pytanie o Boga. Jeżeli Bóg istnieje, to musi pozostawać poza światem przyrody, tym samym zaś narzędzia nauki nie pozwolą na dowiedzenie się o Nim czegokolwiek. Zaczynałem natomiast rozumieć, zaglądając do swojego serca, że dowody na istnienie Boga mogą pojawić się z innych stron i że ostateczna decyzja będzie zależeć od wiary, a nie od dowodów. Choć byłem ciągle pogrążony w niepewności, którą powinienem podążyć drogą, muszę przyznać, że przekroczyłem wówczas pewien próg – osiągnąłem gotowość przyjęcia światopoglądu duchowego, z istnieniem Boga włącznie.

Niemożliwe wydawało mi się wtedy i pójście dalej, zawrócenie z drogi. Wiele lat później natknąłem się na sonet Sheldona Vanaukena, który bardzo wiernie opisuje moje ówczesne rozterki. Oto jego końcowe wersy:

Między domysłem i prawdą – przepaść bez dna.
Strach przed skokiem zniewala, absurd gwałci pewność,
Ziemia spod nóg ucieka: to już pewnie szach-mat…
A gdy nasz bastion – punkt widzenia rozpada się do cna,
Myśl świta z nadzieją: Skoczyć! I tylko trafić w sedno,
By zerwać tę zasłonę, co przesłania nam świat.
(przeł. Jerzy Nowakowski)

Przez dłuższy czas stałem drżący na krawędzi owej przepaści. W końcu, nie widząc innego wyjścia, skoczyłem.

Jak takie przekonania może mieć przyrodnik? Czyż wiele prawd głoszonych przez religie nie pozostaje w sprzeczności z żądaniem: „Poproszę o dowody” – tak charakterystycznym dla tych, którzy poświęcili się chemii, fizyce, biologii czy medycynie? Czy uchylając wrota swego umysłu na duchowy wymiar świata, rozpętałem wojnę światopoglądów, która doprowadzi mnie do unicestwienia i w której zwycięstwo jakiejkolwiek ze stron musi być totalne i bezlitosne?

Francis Collins – Język Boga. Kod życia – nauka potwierdza wiarę.

CZĘŚĆ I – https://znanichrzescijanie.wordpress.com/2015/08/22/francis-collins-jeden-z-najwybitniejszych-wspolczesnych-genetykow/

Francis Collins – amerykański lekarz i genetyk. Znany z przełomowych odkryć w dziedzinie chorób genetycznych. Kierował Projektem poznania ludzkiego genomu (HGP, z ang. Human Genome Project) – największy międzynarodowy projekt biologiczny. Powołał BioLogos Foundation, zajmującą się relacją pomiędzy nauką a religią. Początkowo był ateistą, po czym nawrócił się na chrześcijaństwo. Podkreśla zgodność tej religii z nauką. 17 sierpnia 2009 roku zaczął sprawować funkcję dyrektora National Institutes of Health. 14 października 2009 papież Benedykt XVI powołał go do Papieskiej Akademii Nauk.

aaaaaaaaaaaaaPewnego ciepłego letniego dnia dokładnie sześć miesięcy przed początkiem nowego tysiąclecia ludzkość przekroczyła próg zupełnie nowej ery. Wiadomość, która obiegła cały świat, pojawiając się na pierwszych stronach wszystkich najważniejszych gazet, głosiła, że wstępna postać genomu człowieka – instrukcji budowy i działania ludzkiego organizmu – została odczytana.

Na genom człowieka składa się cały DNA naszego gatunku – otrzymywany w drodze dziedziczenia kod życia. Ten właśnie odczytany tekst liczy 3 miliardy liter i jest zapisany dziwnym, czteroliterowym szyfrem. Złożoność informacji zawartej w każdej komórce ludzkiego ciała jest tak ogromna, że odczytywanie tego szyfru w tempie jedna litera na sekundę zajęłoby nam 31 lat, nawet gdybyśmy pracowali bez przerwy we dnie i noce. Po wydrukowaniu tego tekstu literami o normalnej wielkości czcionki na zwyczajnym papierze i ułożeniu wszystkich stron jedna na drugiej powstałby stos wysokości pomnika Waszyngtona. Tego letniego dnia ów fascynujący tekst, zawierający wszystkie instrukcje konieczne do zbudowania ludzkiego ciała, został po raz pierwszy ogłoszony światu.

Jako szef międzynarodowego zespołu realizującego Projekt Poznania Genomu Człowieka, który pracował całą mocą przez ponad dziesięć lat nad odczytaniem sekwencji DNA, stałem obok prezydenta Billa Clintona w Pokoju Wschodnim w Białym Domu, razem z Craigiem Venterem, szefem konkurencyjnego zespołu finansowanego przez sektor prywatny. Premier Tony Blair uczestniczył w tym wydarzeniu za pośrednictwem telewizji satelitarnej, a uroczystość transmitowano na żywo w wielu krajach całego świata.

Prezydent Clinton rozpoczął swoje przemówienie od przyrównania mapy genomu ludzkiego do mapy, którą Meriwether Lewis rozłożył przed prezydentem Thomasem Jeffersonem dokładnie w tym samym pomieszczeniu niemal 200 lat wcześniej. Powiedział: „Jest to niewątpliwie najważniejsza, najwspanialsza mapa, jaką kiedykolwiek stworzył człowiek”. Największą uwagę wszystkich odbiorców przyciągnęła jednak ta część przemówienia, w której prezydent z perspektywy naukowej przeskoczył do perspektywy duchowej tego osiągnięcia. „Poznajemy dzisiaj – powiedział – język, w jakim Bóg stworzył życie. Odczuwamy tym większy podziw wobec złożoności, piękna i cudowności tego najbardziej boskiego i świętego daru Boga”.

Czy mnie, przedstawiciela nauk przyrodniczych, takie czysto religijne oświadczenie płynące z ust przywódcy wolnego świata w tej właśnie chwili zaskoczyło lub zbulwersowało? Czy miałem ochotę skrzywić się z niesmakiem albo wbić wzrok w podłogę, aby ukryć zażenowanie? Nie, ani trochę. Tak naprawdę w tych gorących dniach pracowałem wspólnie z osobą przygotowującą mowę prezydencką i zdecydowanie opowiadałem się za włączeniem do niej tego akapitu. Kiedy poproszono mnie o zabranie głosu, wypowiedziałem się w podobnym tonie: „To szczęśliwy dzień dla świata. Budzi moją pokorę, a zarazem zachwyt myśl, że udało nam się wejrzeć w instrukcję budowy i działania naszego własnego ciała, znaną wcześniej jedynie Bogu”.

Co to wszystko miało znaczyć? Dlaczego prezydent i uczony przy okazji ogłaszania przełomowego odkrycia w biologii i medycynie postanowili odwołać się do Boga? Czyż nauka i wiara to nie całkowicie przeciwstawne światy, a w każdym razie nie powinny pojawiać się one wspólnie pod dachem Białego Domu? Czemu miało służyć wspomnienie o Bogu w obu tych przemówieniach? Czy miała to być poezja? Obłuda? Cyniczna próba zyskania sympatii osób wierzących bądź też obrony przed tymi, którzy skłonni są zarzucać badaniom genomu człowieka, że redukują ludzką istotę do maszyny? Nie. Nie z mojego punktu widzenia. Wręcz przeciwnie, dla mnie zsekwencjonowanie genomu człowieka i odczytanie tego najważniejszego ze wszystkich tekstów świata było zarówno fascynującym doświadczeniem naukowym, jak i okazją do oddania czci Bogu.

Z pewnością dla wielu osób takie uczucia będą stanowić zagadkę: badacz przyrody nie może przecież poważnie wierzyć w transcendentnego Boga. W swojej książce chciałbym obalić to przekonanie i udowodnić, że wiara w Boga może być konsekwencją całkowicie racjonalnej decyzji oraz że zasady wiary stanowią w istocie uzupełnienie zasad nauki.

Taką syntezę między nauką a światem ducha uznaje się często w czasach współczesnych za niemożliwą, a prowadzące ku niej wysiłki za równoważne próbie zmuszenia obu biegunów magnesu do spotkania się w jednym punkcie. Tymczasem wielu Amerykanów pragnęłoby, jak się wydaje, obecności obu tych światopoglądów jako równocennych w myśleniu o świecie. Ostatnie wyniki badań opinii publicznej dowodzą, że 93 procent Amerykanów deklaruje jakąś postać wiary w Boga, chociaż większość z nich jeździ samochodami, korzysta z urządzeń elektrycznych i śledzi prognozy pogody, zakładając najwyraźniej, że nauka, która zapewnia te udogodnienia, jest w zasadzie godna zaufania.

A jak jest z wiarą wśród uczonych? Jest ona w istocie bardziej popularna niż zwykło się sądzić. W 1916 roku biologom, fizykom i matematykom zadano pytanie, czy wierzą w Boga, który pozostaje w stałym kontakcie z ludźmi i do którego można się modlić, oczekując odpowiedzi. Około 40 procent odpowiedziało: tak. W 1997 roku badanie to powtórzono i ku zaskoczeniu prowadzących je naukowców na identycznie sformułowane pytanie otrzymano niemal taki sam odsetek pozytywnych odpowiedzi.

Być może zatem „wojna” między nauką a wiarą nie jest aż tak zacięta, jak by się wydawało? Niestety, świadectwa tej potencjalnej harmonii często giną w zgiełku bezkompromisowych wypowiedzi tych, którzy zajmują skrajne bieguny tego sporu. Strzały padają bez wątpienia z obu stron. Na przykład wybitny ewolucjonista Richard Dawkins, dyskredytując w gruncie rzeczy przekonania niemal 40 procent swoich kolegów i traktując ich wiarę w Boga jako sentymentalny nonsens, został głównym orędownikiem poglądu, zgodnie z którym wiara w ewolucję wymaga ateizmu. Wśród jego licznych wpadających w ucho stwierdzeń znajdujemy takie: „Wiara to jeden wielki wykręt, znakomita wymówka, żeby nie musieć myśleć i zastanawiać się nad dowodami. Wierzyć to wierzyć, niezależnie od – a może wręcz z powodu – braku dowodów. […] Wiara, oznaczająca wiarę nieopartą na żadnych dowodach, to podstawowa słabość każdej religii”.

Natomiast niektórzy fundamentaliści religijni atakują naukę, uznając ją za niebezpieczną i niegodną zaufania, i odwołują się do dosłownego rozumienia świętych tekstów jako jedynego wiarygodnego sposobu oceny prawd naukowych. Charakterystyczna dla zwolenników tego typu poglądów jest wypowiedź nieżyjącego już Henry’ego Morrisa, jednego z głównych przedstawicieli kreacjonizmu: „Kłamstwo na temat ewolucji przenika cale współczesne myślenie i zyskuje przewagę w każdej dziedzinie życia. Ponieważ tak właśnie jest, nie sposób nie zauważyć, że to myśl ewolucyjna jest w głównej mierze odpowiedzialna za śmiertelnie groźny rozwój sytuacji politycznej, chaos moralny i dezintegrację społeczeństwa, które przybierają na sile wszędzie. […] Kiedy nauka i Biblia nie zgadzają się ze sobą, to nauka w oczywisty sposób źle interpretuje swoje dane”.

U wielu bezstronnych obserwatorów ta kakofonia sprzecznych głosów wywołuje poczucie zagubienia i zniechęcenie. Rozsądni ludzie dochodzą do wniosku, że zmusza się ich do wyboru między tymi dwiema mało pociągającymi skrajnościami, z których żadna nie sprawia wielkiej przyjemności. Wiele osób, rozczarowanych bezkompromisowym podejściem rzeczników obu punktów widzenia, decyduje się na odrzucenie zarówno wiarygodności wniosków formułowanych na gruncie nauki, jak i wartości religii w jej zorganizowanej postaci, i w zamian wpada w najrozmaitsze nurty myślenia antynaukowego, płytką duchowość lub zwykłą apatię. Inni postanawiają uznać wartość nauki i ducha, oddzielając jednak oba – materialny i duchowy – wymiary swojej egzystencji, aby uniknąć niepokojów wynikających z ich potencjalnego konfliktu. Jednym z rzeczników takiego poglądu był nieżyjący już Stephen Jay Gould, który uważał, że nauka i wiara powinny zajmować odrębne, „niezachodzące na siebie magisteria”. Trudno jednak uznać takie rozwiązanie za całkowicie zadowalające. Także i ono jest potencjalnym źródłem konfliktu i pozbawia nas możliwości pełnego oddania się czy to nauce, czy wierze.

Tutaj właśnie pojawia się najważniejsze pytanie tej książki: czy we współczesnej epoce kosmologii, nauki o ewolucji i wiedzy na temat genomu człowieka istnieje ciągle szansa na osiągnięcie pełnej harmonii między światopoglądem naukowym i religijnym? Moja odpowiedź brzmi: zdecydowanie tak! Uważam, że nie ma żadnej sprzeczności między byciem uczonym, prowadzącym badania w dziedzinie nauk przyrodniczych, a pozostawaniem osobą wierzącą w Boga, który czuwa nad każdym z nas. Domeną nauk przyrodniczych jest badanie przyrody. Domeną Boga jest świat duchowy, obszar niedostępny poznaniu za pomocą narzędzi i języka nauki. Należy go poznawać sercem, umysłem i duszą – a umysł musi znaleźć sposób na poruszanie się w tych dwóch światach.

Sądzę, że obie te perspektywy – materialna i duchowa – nie tylko mogą współistnieć w każdym z nas, ale i owo współistnienie może zachodzić w taki sposób, że wzbogaci i rozjaśni ludzkie doświadczenie. Nauka jest jedynym wiarygodnym źródłem wiedzy o świecie przyrody, a jej narzędzia – jeśli zostaną właściwie użyte – dostarczają głębokiego wglądu w materialną postać życia. Nauka jednak traci swoją moc, kiedy pojawiają się takie pytania, jak: Dlaczego zaistniał Wszechświat? Jaki jest sens ludzkiego istnienia? Co stanie się z nami po śmierci? Jednym z najważniejszych celów ludzkości było zawsze znalezienie odpowiedzi na najbardziej podstawowe pytania, i musimy zrobić wszystko, aby wykorzystać siłę obu – naukowego i duchowego – porządków myślenia, by zrozumieć zarówno to, co widoczne, jak i to, czego zobaczyć nie sposób. Celem tej książki jest sprawdzenie, czy uda nam się znaleźć drogę prowadzącą ku rozsądnej i intelektualnie uczciwej integracji obu tych punktów widzenia.

Rozważania dotyczące tak ważkich problemów mogą okazać się trudne i niepokojące. Każdy z nas, czy się do tego głośno przyznaje, czy nie, przyjął za swój jakiś światopogląd. Pomaga nam to nadać sens światu, z którym mamy do czynienia, zapewnia ramy etyczne naszego działania i ułatwia podejmowanie decyzji na temat przyszłości. Jakiekolwiek majstrowanie przy światopoglądzie nie powinno odbywać się pochopnie. Książka zachęcająca do fundamentalnych zmian może spowodować więcej przykrości niż przyjemności. My, ludzie, mamy w sobie jednak, jak się wydaje, ogromną potrzebę dotarcia do prawdy, nawet jeśli tęsknota za nią ginie w powodzi spraw do załatwienia pojawiających się nieustannie każdego dnia. Rozpraszająca nas codzienna krzątanina nakłada się na chęć uniknięcia rozważań dotyczących własnej śmiertelności, mijają więc dni, tygodnie, miesiące, a nawet lata, kiedy nie poświęcamy ani chwili na próbę zastanowienia się nad odwiecznymi pytaniami ludzkości. Ta książka to jedynie maleńkie antidotum na tę sytuację, być może jednak skłoni czytelników do samodzielnej refleksji i wywoła potrzebę spojrzenia nieco głębiej.

Na początku powinieniem wyjaśnić, jak uczony, który poświęcił się genetyce, został osobą wierzącą w Boga nieograniczonego w czasie ani przestrzeni i czuwającego bezpośrednio nad każdą ludzką istotą. Niektórzy z pewnością skłonni będą sądzić, że musiało to być wynikiem surowego religijnego wychowania, światopoglądu tak głęboko zaszczepionego przez rodzinę i kulturę, że nie sposób uwolnić się od niego w dorosłym życiu. Mój przypadek był jednak zupełnie inny.

Francis Collins – Język Boga. Kod życia – nauka potwierdza wiarę.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

James-clerk-maxwell_1James Clerk Maxwell (ur. 13 czerwca 1831 w Edynburgu, zm. 5 listopada 1879 w Cambridge) – szkocki fizyk i matematyk. Autor wielu wybitnych prac z zakresu elektrodynamiki, kinetycznej teorii gazów, optyki i teorii barw. Jest autorem słynnych równań Maxwella, które opisują właściwości pola elektrycznego i magnetycznego oraz zależności między tymi polami. Obok Faradaya uznawany jest powszechnie za największego fizyka XIX wieku.

Modlitwa (znaleziona wśród jego papierów)

„Boże Wszechmocny, który stworzyłeś człowieka na swe podobieństwo i uczyniłeś go duszą żywą, by mógł Cię poszukiwać i panować nad wszelkim stworzeniem, ucz nas badać dzieła rąk Twoich, byśmy mogli poddać sobie ziemię i wzmocnij nasz umysł, by Ci służył, byśmy mogli przyjąć Twe błogosławione Słowo, byśmy mogli uwierzyć w Tego, którego posłałeś, by dał nam wiedzę o zbawieniu i przebaczeniu naszych grzechów. O wszystko to prosimy w imieniu Jezusa Chrystusa, Pana naszego.”

Fragment z Listu do Miss Katherine M. Dewar (1858 r.)

„Sądzę, że im bardziej wkraczamy w dzieło Chrystusowe, tym więcej miejsca będzie miał On w nas dla dokonania swego dzieła, gdyż On zawsze pragnie byśmy byli tacy, z kim mógłby stanowić jedno. Nasze wielbienie Go jest natury społecznej i Chrystus znajduje się tam, gdzie jest dwóch lub trzech zgromadzonych w Jego imię.”

Fragment z Listu do żony(1864 r.)

„Znów czytałem 1 List do Koryntian 13. Myślę, że opis miłości Bożej jest jeszcze jednym magnesem dla naszego życia – by pokazać, że jest to jedna rzecz, która nie istnieje w częściach, lecz jest doskonała w swej istocie i dlatego nie należy jej się wyrzekać. (…) Przeczytaj również 1 Jana 4, od wiersza 7 do końca; lub, jeśli pragniesz, cały list Jana oraz Marka 12,28.”

Fragment z Listu do żony (1864 r.)

„Pomyśl, co Bóg ma dla tych, którzy podporządkowali się Jego sprawiedliwości i chcą otrzymać Jego dar. (…) Rozpocznijmy od zaprzestania zamartwiania się o sprawy ziemskie i skoncentrujmy się na sprawiedliwości Bożej i Jego królestwie, a wówczas o wiele jaśniej zobaczymy nasze ziemskie sprawy i będziemy w stanie radzić sobie z pomocą Tego, który zwyciężył świat.”

Źródło: L. Campbell, W. Garnett, The Life of James Clerk Maxwell, Macmillan 1882, 309-310, 312, 323, 328-9, 338-340.

http://biblest.com.pl/instytut/NAUKA/nauka_2.html

Charles Hard Townes (ur. 28 lipca 1915 w Greenville w stanie Karolina Południowa) – amerykański fizyk, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki w roku 1964 za badania dotyczące elektroniki kwantowej i wynalezienie masera. Opracował też podstawy naukowe, które doprowadziły do skonstruowania lasera rubinowego przez jego studenta Theodore’a Maimana.

tow0-002

Charles Townes – zdobywca Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki, a także rektor MIT.

Fragment eseju Henry’ego F. Schaefera – pięciokrotnie nominowanego do Nagrody Nobla za swe prace z dziedziny molekularnej mechaniki kwantowej:

Moim typem na wybitnego naukowca eksperymentatora XX wieku jest Charles Townes (1915-), który w 1964 roku otrzymał nagrodę Nobla w dziedzinie fizyki za odkrycie lasera. Na moją opinię mogły wpłynąć czynniki pozamerytoryczne – profesor Townes jest jedynym spośród wiarygodnych kandydatów do tytułu naukowca stulecia, którego znam osobiście. Jednak odkrycie lasera z pewnością znacząco wpłynęło na życie każdego, kto czyta tę książkę. Doktor Townes prawie że otrzymał kolejną nagrodę Nobla za swoje obserwacje pierwszej cząsteczki interstelarnej. Badania nad tymi molekułami stały się następnie ważną częścią astrofizyki, wpływając również na moją pracę naukową. Charles Townes był rektorem Massachusetts Institute of Technology kiedy byłem studentem, a później moim współpracownikiem (choć zatrudnionym na wydziale fizyki) przez 18 lat mojej pracy jako wykładowcy w Berkeley.

W Berkeley każdy ustny egzamin w ramach obrony pracy doktorskiej wymaga obecności czterech nauczycieli z wydziału kandydata oraz piątego członka komisji z innego wydziału. W przypadku fizyki chemicznej, której naucza się w Berkeley na Wydziale Chemii, ów „zewnętrzny” członek komisji to z reguły jeden z profesorów z Wydziału Fizyki. Jest to dość uciążliwe dla niektórych wykładowców fizyki, bo tylko niewielu z nich zna się biegle na chemii i może wchodzić w skład takiej komisji, a musi się ona zbierać około 30 razy w roku. Z tego względu nie było niczym niezwykłym, że wykładowcy fizyki zawsze znajdowali jakieś oryginalne wymówki, aby nie brać udziału w tych ciężkich dwugodzinnych próbach. Jednak Charlie Townes do takich nie należał. Zawsze z entuzjazmem służył w tym względzie Wydziałowi Chemii, mimo że miał mnóstwo obowiązków w Waszyngtonie. Pytania, jakie kierował wtedy do doktorantów, były rozważne i tak skonstruowane, aby dać trzęsącym się ze strachu studentom jak największe szanse.

Doktor Townes napisał swą autobiografię zatytułowaną Making waves (Wzbudzanie fal), której tytuł stanowi aluzję do podobnego do fal zjawiska, opisującego w pewnym uproszczeniu pojęcie światła laserowego. Książka ta została wydana przez American Institute of Physics w 1995 roku i polecam jej lekturę. Townes nawiązuje w niej między innymi do swojego zaangażowania w kościele, a potem pisze: „Mógłbyś mi zadać pytanie ‘Pokaż mi, gdzież to Bóg ingeruje w nasz świat?’ Być może moja odpowiedź coś by ci wyjaśniła, ale dla mnie takie pytanie jest raczej pozbawione sensu. Jeśli w ogóle wierzysz w Boga, to nie można mówić o jakimś szczególnym ‘gdzie’. On zawsze tu jest, znajduje się przecież wszędzie. Dla mnie Bóg, choć wszechobecny, jest osobą i stanowi potężne źródło siły. On bardzo odmienił moje życie”.

http://chfpn.pl/index/?id=f80bf05527157a8c2a7bb63b22f49aaa

Jeden z największych w świecie autorytetów w zakresie badań ludzkiego mózgu, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizjologii i medycyny (1963), australijski neurofizjolog John Carew Eccles (1903 – 1997), w oparciu o wyniki swoich naukowych dociekań doszedł do wniosku, że każdy człowiek ma nieśmiertelną duszę.

eccles[1]

John Eccles – Laureat Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny.

John Eccles, opierając się na wynikach swoich wieloletnich naukowych obserwacji i analiz, stwierdza, że materia nie jest w stanie wytwarzać zjawisk psychicznych i nie ma przechodzenia energii fizycznej w psychiczną. Tym samym tylko duchowa rzeczywistość może wytwarzać zjawiska psychiczne. Australijski noblista uświadamia nam, że z naukowego punktu widzenia trzeba jednoznacznie odrzucić twierdzenie materialistów, że ludzka świadomość jest produktem materii. Dla J. Ecclesa stało się oczywiste, że umysł człowieka, jego osobowe ja, istnieje jako duchowy wymiar człowieczeństwa i jest nieśmiertelną duszą. Ten wybitny naukowiec podkreśla, że współczesna nauka przekazuje nam orędzie pokory w obliczu cudu życia i wspaniałości ludzkiej osoby. Prawdziwymi cechami człowieczeństwa są nie tylko inteligencja i mózg, ale przede wszystkim kreatywność i zdolność wyobraźni. Eccles pisze o dwóch pewnikach, a są nimi: niepowtarzalność osoby ludzkiej w jej cielesności i w duchowym istnieniu nieśmiertelnej duszy.

Bazując na wynikach swoich badań, profesor Eccles zdecydowanie odrzuca materialistyczną teorię umysłu, według której mózg jest rozumiany jako superskomplikowany komputer, w którym kora mózgowa generuje wszystkie myśli i uczucia. Określa tę teorię jako „zubożałą i pustą”, ponieważ posługuje się ona niejasnymi ogólnikami, a przede wszystkim nie jest zdolna uzasadnić cudu i tajemnicy istnienia niepowtarzalności ludzkiego ja wraz z jego duchowymi wartościami: kreatywnością i zdolnością wyobraźni (How the Self Controls Its Brain, ss. 33, 176).

„Skoro materialistyczna koncepcja – pisze Eccles – nie jest w stanie wyjaśnić i uzasadnić doświadczenia naszej niepowtarzalności, jestem zmuszony przyjąć nadprzyrodzone stworzenie niepowtarzalnego, duchowego, osobowego »ja«, czyli duszy. Wyjaśniając w terminach teologicznych: każda Dusza jest nowym Bożym stworzeniem wszczepionym w ludzki zarodek” (Evolution of the Brain, Creation of the Self, s. 237).

Profesor J. Eccles stworzył nową, genialną teorię funkcjonowania ludzkiego umysłu, znaną jako dualistyczny interakcjonizm (dualist-interactionism). Jej autor wyjaśnia:

„Stwierdzam, że tajemnica człowieka jest niewiarygodnie pomniejszona przez naukowy redukcjonizm z jego roszczeniem »obiecującego materializmu«, który miałby wytłumaczyć istnienie całego duchowego świata w kategoriach wzorców aktywności neuronów. Tego rodzaju wiara powinna być traktowana jako przesąd. Musimy uznać, że jesteśmy istotami duchowymi z duszami istniejącymi w duchowym świecie i równocześnie istotami materialnymi z ciałami istniejącymi w materialnym świecie” (Evolution of the Brain…, s. 241).

Twierdzenie materialistów, że myślenie jest wynikiem materialnych procesów, Eccles odrzuca jako przesąd, który nie ma nic wspólnego z ustaleniami nauki: „Im bardziej naukowe badania odkrywają prawdę o pracy ludzkiego mózgu, tym jaśniej możemy rozróżnić jego funkcjonowanie i myślenie – i w tym kontekście widać, jak wspaniałe jest zjawisko myślenia. Przekonanie, że myślenie jest efektem materialnych procesów, jest po prostu przesądem utrzymywanym przez dogmatycznych materialistów. Ma ono cechy mesjańskiego proroctwa z obietnicą przyszłości uwolnionej od wszelkich problemów – coś w rodzaju nirwany dla naszych pechowych następców. Materialistyczni krytycy argumentują, że nieprzekraczalne trudności sprawia hipoteza, iż niematerialne umysłowe wydarzenia mogą oddziaływać na materialną strukturę neutronów. Takie oddziaływanie jest rzekomo niezgodne z zachowaniem praw fizyki, a w szczególności z pierwszym prawem termodynamiki. Ta obiekcja z pewnością mogła być podtrzymywana przez dziewiętnastowiecznych fizyków, neurologów i filozofów, ideologicznie związanych z dziewiętnastowieczną fizyką, która nie jest świadoma rewolucji dokonanej przez fizykę kwantową w dwudziestym wieku” (A unitary hypothesis of mind-brain interaction in the cerebral cortex (1990); art. opublikowany w Proceedings of the Royal Society B 240, ss. 433-451).

Wieloletnie naukowe badania ludzkiego mózgu doprowadziły Johna Ecclesa do stwierdzenia, że wszyscy mamy osobowe ja – czyli niematerialny umysł, który działa poprzez materialny mózg. Tak więc oprócz świata fizycznego w człowieku istnieje umysłowy – czyli duchowy – świat i obie te rzeczywistości wzajemnie oddziałują na siebie (por. How the Self Controls Its Brain, s. 38).

Profesor Eccles podkreśla zdumiewający fakt, że samoświadomość osobowego ja u każdego człowieka trwa niezmiennie przez całe jego życie, „a ten fakt musimy uznać za cud” (tamże, s. 139).

Tak J. Eccles pisze o nieśmiertelności ludzkiej duszy, czyli o istnieniu osobowego ja po śmierci ciała każdego człowieka:

„Wierzę, że moje istnienie jest fundamentalną tajemnicą, która przekracza każdą biologiczną ocenę rozwoju mojego ciała (również mózgu) z jego genetycznym dziedzictwem i ewolucyjnym pochodzeniem. Byłoby nierozsądnym wierzyć, że ten wspaniały dar świadomego istnienia nie ma dalszej przyszłości oraz możliwości egzystencji w innej niewyobrażalnej rzeczywistości” (Facing Reality: Philosophical Adventures by a Brain Scientist, Heidelberg Science Library 1970, s. 83).

W innym miejscu australijski badacz wyjaśnia: „Możemy patrzeć na śmierć ciała i mózgu jako na rozpad naszego dualistycznego istnienia. Mamy nadzieję, że uwolniona dusza znajdzie nową przyszłość o głębszym znaczeniu i bardziej zachwycających doświadczeniach w jakiejś odnowionej ucieleśnionej egzystencji zgodnie z tradycyjnym chrześcijańskim nauczaniem” (Evolution of the Brain…, s. 242); „Nasze zaistnienie jest tak samo tajemnicze jak nasza śmierć. Czyż nie możemy mieć nadziei dlatego, że nasza ignorancja o naszym pochodzeniu jest taka sama jak o naszym przeznaczeniu? Czy nasze życie nie może być przeżywane jako wyzwanie i wspaniała przygoda, której ostateczne znaczenie jest jeszcze do odkrycia?” (Facing Reality: Philosophical Adventures by a Brain Scientist (1970), s. 95).

Niech to świadectwo o istnieniu nieśmiertelnej ludzkiej duszy jednego z największych na świecie znawców ludzkiego mózgu, laureata Nagrody Nobla prof. Johna Ecclesa, zmobilizuje nas do większej troski o swoją duszę, czyli o własne życie duchowe – o czystość serca, wolność od wszelkiego zła, o życie wieczne. Ma się to dokonywać przez pogłębianie osobistej relacji z Chrystusem w codziennej modlitwie oraz w sakramentach pokuty i Eucharystii. Pamiętajmy stale o słowach Pana Jezusa: „Cóż bowiem za ko­rzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę?” (Mt 16, 26).

ks. Mieczysław Piotrowski TChr

http://milujciesie.org.pl/nr/wiara_i_nauka/laureat_nagrody_nobla_o.html