Archive for the ‘SPORTOWCY’ Category

Tyson Fury – pogromca Kliczki.

Posted: 4 kwietnia 2016 in SPORTOWCY
Tagi:

Wielu chrześcijan mówi, że naśladowca Chrystusa nie powinien zajmować się boksem itp. Być może mają oni trochę racji. Faktem jednak jest, że znani celebryci, którzy przyznają się publicznie do Jezusa to rzadkość, dlatego myślę, że należą się wielkie brawa dla Fury’ego za jego słowa.

Reklamy

Neymar da Silva Santos Júnior (ur. 5 lutego 1992 w Mogi das Cruzes) – brazylijski piłkarz występujący na pozycji napastnika, reprezentant Brazylii, piłkarz FC Barcelona. Swoją profesjonalną karierę zaczynał w Santosie. Od 2009 był podstawowym zawodnikiem pierwszej drużyny. Neymar w wieku 17 lat zadebiutował w meczu przeciwko Oeste 7 marca 2009 roku – Santos wygrał 2:1, kolejny mecz zagrał przeciwko Mogi Mirim tydzień później, podczas którego zdobył swoją pierwszą bramkę w pierwszej drużynie.

440615e4afb3499a8ebba390917c796d

Tuż po zakończeniu finałowego meczu Ligi Mistrzów, w którym Barcelona wygrała z Juventusem 3:1, strzelec trzeciego gola – Brazylijczyk Neymar – zawiązał na głowie opaskę z napisem „100 % Jesus” i przez kilkanaście minut celebrował triumf, dając jednocześnie świadectwo swojej wiary. Wielu kibiców zastanawiało się, czy to tylko pokazowy gest napastnika, który jako ostatni dotknął piłki w finałowej rozgrywce trafiając do bramki Juve i ustalając wynik spotkania.

Otóż Neymar od lat podkreśla swoje przywiązanie do wiary. Piłkarz urodził się w ewangelickiej rodzinie w miejscowości Sao Vincent i jako dziecko trenował w takiej właśnie opasce na głowie – z napisem „100 procent Jezus”. Wygrana w Champions League była spełnieniem jego dziecięcego marzenia – stąd decyzja o założeniu opaski. Do dzisiaj po strzeleniu każdego gola wykonuje charakterystyczny gest w stronę nieba. Jeszcze grając w Brazylii, Neymar przekazywał jedną dziesiąta swojej pensji na rzecz organizacji Athletes for Christ, która zajmuje się ewangelizacją Ameryki Południowej.

W trakcie zeszłorocznego mundialu rozgrywanego w Brazylii, w trakcie którego gospodarze dotarli do półfinału, Neymar z grupą kilku najbardziej wpływowych reprezentantów postanowili, że przed każdym meczem piłkarze, wśród których jest mniej więcej tyle samo katolików i ewangelików, będą się wspólnie modlić – podczas wcześniejszych mistrzostw świata robili to oddzielnie.

Zatem sobotnie zachowanie gwiazdora Barcelony nie było tylko gestem na pokaz, ale ma swoje uzasadnienie.

Podczas wczorajszej gali wręczenia Złotej Piłki FIFA doszło do skandalu. Organizacja w imię poprawności politycznej ocenzurowała napis „100% Jesus”, który znajdował się na opasce Neymara.

Prezentując sylwetkę nominowanego do nagrody brazylijczyka Neymara, pokazano film z ostatniego finału Ligi Mistrzów. Zamazano na nim napis: „100% Jesus”, który znajdował się na opasce Neymara. Piłkarz wielokrotnie przyznawał się do głębokiej wiary i dawał świadectwo przywiązania do Jezusa. Piłkarz w wywiadach wielokrotnie przyznawał, że w opasce z napisem 100% Jezus” trenował już w dzieciństwie.

FIFA usunęła napis „100% Jesus”, który umieszczony był na opasce Neymara, którą założył po zwycięskim 3:1 meczu z Juventusem w finale Ligi Mistrzów.

http://wpolityce.pl/sport/255218-neymar-po-finale-ligi-mistrzow-100-procent-jezus

ZOBZACZ TAKŻE–> http://wpolityce.pl/sport/277886-ich-tez-fifa-chcialaby-ocenzurowac-gwiazdy-swiatowego-futbolu-nie-wstydza-sie-swojej-wiary

Wardell Stephen Curry II (ur. 14 marca 1988 w Akron, Ohio) – amerykański koszykarz grający w zespole NBA Golden State Warriors. Jest synem byłego zawodnika NBA, Della Curry’ego. Najlepszy gracz sezonu zasadniczego 2014/2015. Mistrz NBA 2015 po zwycięstwie w finale z ekipą Cleveland Cavaliers. Jego Golden State wygrało 4-2, choć po trzech meczach przegrywało 1-2.

Po meczu finałowym Curry uznany za najlepszego zawodnika sezonu zasadniczego stwierdził:

„Jestem bardzo szczęśliwy. Bóg jest dla nas dobry że dał nam taką możliwość”.

Gracz jest znany ze swojego przywiązania do wiary. Gdy trafia za trzy punkty, często kieruje prawy palec do góry, by podkreślić swoją miłość i wiarę w Jezusa Chrystusa.

– Każdy mecz to okazja, by być na wielkiej scenie i byc świadkiem Chrystusa. Kiedy wchodzę na parkiet, ludzie powinni wiedzieć, kogo reprezentuję i w kogo wierzę – zaznacza.

Jego motto przed każdym meczem to werset z Listu do Filipian 4,13: „Wszystko mogę w tym, który mnie wzmacnia, w Chrystusie”.

Stephen był wychowany w wierze już jako chłopiec. Rodzice zabierali go ze sobą do kościoła co niedzielę i środę. Pewnego dnia młodzieżowy pastor zachęcił go by podjął osobistą decyzję w sprawie wiary. Uczynił to. Od tamtej pory umacnia swoją relację z Bogiem.

– Jest wiele rzeczy, które musimy pokonać w tym życiu z Jezusem, przez Jego dzieło na krzyżu. On zapłacił za nas największą cenę. Jestem dumny, że jestem dzieckiem Bożym – powiedział.

Curry zdradził niedawno, że 10 członków zespołu Golden State Warriors uczęszcza na przedmeczowe nabożeństwa i wspólnie się modli. Z kolei były trener tej drużyny, Mark Jackson jest pastorem kościoła True Love Worship Center International w mieście Reseda w Kaliforni.

Poniżej 10 najlepszych akcji w tym sezonie w wykonaniu Stephena Curry’ego:

http://chnnews.pl/index.php/pl/rozrywka/item/2569-zobacz-co-swiezo-upieczeni-mistrzowie-ligi-nba-powiedzieli-o-bogu.html

Andre Tyler Iguodala – amerykański koszykarz, występujący w drużynie Golden State Warriors. Po dwóch latach gry na uczelni Arizona, Iguodala trafił do NBA, będąc wybranym z 9. numerem draftu 2004 przez Philadelphia 76ers. Wraz ze swoją obecną ekipą został mistrzem NBA, zostając jednocześnie najbardziej wartościowym graczem finałów (MVP).

uid_288217f3a0dd0bdd20b8cd25622027791434537967864_width_658_play_0_pos_0_gs_0_height_371

– Mówili, że jestem jak młody Scottie Pippenem, jak młody Penny Hardaway, albo jak młody Grant Hill. Gdy byłem dzieckiem, na boisku robiłem wszystko – mówił Igoudala, odbierając statuetkę dla MVP. Jego Golden State w finałowej batalii pokonali Cavaliers 4-2. W szóstym spotkaniu zwyciężyli w Cleveland 105:97

Iguodala to pierwszy w historii MVP, który nie rozpoczął wszystkich meczów finałów w podstawowej piątce. Trener Steve Kerr postawił na niego w czwartym spotkaniu, zastępując Andrew Boguta. Okazało się to strzałem w dziesiątkę. Zagrał 39 minut, zdobył 22 punkty i miał osiem asyst. Pokazał też bardzo dobrą grę w defensywie, choć krył lidera Cavs – Jamesa.

Iguodala szczególne pochwały odbierał za występ w meczach numer cztery i sześć. – Był naszym najlepszym obrońcą LeBrona. Podejmował świetne decyzje, miał siedem asyst, żadnej straty. Zbierał i do tego bronił – podkreślał po ostatnim boju Kerr.

James został wskazany jako MVP przez czterech ekspertów. Lider Cavs notował rewelacyjne statystyki – 35,8 punktu, 13,3 zbiórki i 8,8 asysty. Nie powtórzyła się jednak historia z 1969 roku, kiedy to zawodnik z drużyny przegranej został wybrany najbardziej wartościowym graczem finałów.

Iguodala w finałach wypadł zdecydowanie lepiej niż w sezonie regularnym (16,3 pkt przy 7,8 oraz 5,8 zb. przy 3,3), choć jego dokonania przy tych Jamesa i tak prezentują się skromnie. – Wierzę, że Bóg ma dla każdego z nas drogę. Każdemu wyznacza cel i ja swój zrealizowałem – zaznaczył.

Z kolei podczas Igrzysk Olimpijskich w Londynie (2012) Andre podczas jednego z wywiadów powiedział: Kiedy ludzie widzą nas na parkiecie chcemy, aby widzieli dzieło Boga. Chcemy być dobrymi przedstawicielami tego w co wierzymy. Kiedy już grasz, to nie jesteś jedynie reprezentantem swojego kraju czy NBA, reprezentujesz bowiem swoje wierzenia. Pragniesz grać najlepiej jak potrafisz dla Kogoś, kto za ciebie umarł.

http://sport.tvp.pl/20498107/iguodala-james-74-niespodziewany-mvp-finalow

W październiku ubiegłego roku ogłosił, że z powodu choroby nowotworowej zawiesza karierę. 2 kwietnia, że pokonał raka i wraca do siatkówki. Reprezentant kraju i atakujący Zaksy Kędzierzyn-Koźle Grzegorz Bociek opowiedział o zmaganiach z chorobą i swoich planach.

5416410-grzegorz-bociek-599-900Tuż przed Wielkanocą dostał pan informację, że pokonał nowotwór układu limfatycznego. To był pewnie jeden z najlepszych dni w pana życiu?

Na pewno. Jak się dowiedziałem, to najpierw się poryczałem, a potem obdzwoniłem wszystkich. Cieszyłem się bardzo. Ale zanim dostałem te dobre wieści, było sporo stresu. Po pierwszym cyklu chemii, a miałem ich w sumie sześć, okazało się, że działa ona bardzo dobrze na ten rodzaj nowotworu. Kolejne wyniki, robione w Opolu, gdzie się leczyłem, też dawały nadzieję, że będzie dobrze. A mimo to, jak doszło do ostatecznych badań, to kołatało mi po głowie, że coś może wyjść nie tak i że na przykład trzeba będzie dołożyć jeszcze ze dwa cykle. Starałem się oczywiście myśleć pozytywnie, ale niepokój był. Kiedy okazało się, że się udało, byłem naprawdę szczęśliwy!

To nie był koniec dobrych wieści. 2 kwietnia został pan też powołany przez Stephane’a Antigę do kadry.

Tak naprawdę byłem cały czas w kontakcie z trenerem Antigą. Mocno mnie wspierał i zagrzewał do walki z chorobą. Mówił, że czeka na dobre wieści, że widzi mnie w swojej drużynie. To mi bardzo pomagało. Więc jak tylko dowiedziałem się, że wyniki są dobre, to zadzwoniłem również do niego. A chwilę później zobaczyłem w internecie, że dostałem powołanie. To było miłe zaskoczenie, bo mimo tych naszych rozmów myślałem, że może jednak postawić na innych zawodników. Bardzo cieszy, że trener wierzy we mnie. Myślę, że poznał mój waleczny charakter. Kiedyś już wracałem na parkiet po długiej kontuzji, gdy zerwałem wiązadła krzyżowe i byłem wyłączony z gry przez 8 miesięcy. Zresztą, gdy dowiedziałem się, że mam nowotwór, to też myślałem tylko o tym, żeby zwalczyć chorobę i grać. Byłem pewien, że gdy się uda wyzdrowieć, to wrócę do siatkówki. Wiedziałem i wiem nadal, że dam radę. Siatkówka to moje życie i wielka pasja. Jeśli będę z niej musiał kiedyś zrezygnować, to chyba tylko ze starości. Ale i wtedy trudno mnie będzie ściągnąć z boiska (śmiech).

Co czuje młody 23-letni zawodnik u progu sportowej kariery, który – gdy zaczyna grać z orzełkiem na piersi w kadrze narodowej – dowiaduje się, że jest chory na raka?

Na początku to do mnie nie docierało. Nie mogłem się z tym pogodzić. Ciągle zadawałem sobie pytania: dlaczego ja? Nie wiedziałem też, co to tak naprawdę znaczy. Mówiłem na przykład Sebastianowi Świderskiemu, że będę przyjmował chemię i grał, że dam radę. Ale chemia to coś naprawdę bardzo niszczącego organizm. Szybko się przekonałem, że jednak nie dam rady występować. Jak już to do mnie dotarło, to byłem bardzo wkurzony. Określałem to wtedy nawet ostrzej (śmiech). Ciągle powtarzałem sobie: za co? dlaczego ja? Z czasem stwierdziłem, że może to jakiś sprawdzian. Uznałem, że Pan Bóg specjalnie mnie wybrał, by na przykład dać nadzieję innym, że taką chorobę jak nowotwór w tych czasach da się zwalczyć. Nie można się tylko poddawać, nie można wątpić i bać się, że się umrze. Trzeba walczyć. W końcu podszedłem do tego jak do testu albo nauczki, z której mam wyciągnąć wnioski. Jak do sprawdzianu od Pana Boga.

Moment, gdy ogłosił pan w październiku ub. roku w Kędzierzynie-Koźlu, że jest chory i zawiesza karierę, był sporym szokiem dla środowiska i fanów siatkówki. Jak pan ten moment pamięta?

Najbardziej chyba pamiętam to, że gdy mieliśmy konferencję, na której powiedzieliśmy o mojej chorobie, to trudno mi to było wydusić z siebie tę informację. A chciałem o tym powiedzieć sam. Głos wiązł mi w gardle, myślałem, że nerwy puszczą i pojawią się łzy, a nie chciałem pokazać słabości. Chciałem być silny. Muszę też teraz przyznać, że jakiś czas ukrywaliśmy z klubem tę chorobę, by nie robić dużego zamieszania. Tym bardziej że w tamtym czasie miałem też zaplanowany swój ślub. I tak konferencja odbyła się bodaj dwa dni przed weselem. Moja żona uważała zresztą, że powinniśmy się jeszcze kilka dni wstrzymać, ale na szczęście nie było źle.

Miał pan trudne momenty podczas leczenia – takie, gdy na przykład zastanawiał się, co dalej z graniem, z kadrą.

O kadrze w ogóle wtedy nie myślałem. No bo w zasadzie jaki trener weźmie zawodnika, który kilka miesięcy nic nie robił (śmiech). Trudnych chwil nie było w zasadzie dużo. Najgorsze na pewno były pierwsze noce po kolejnych cyklach chemii. Wtedy było strasznie. Wymiotowałem i gorączkowałem. Było mi na przemian koszmarnie zimno i wchodziłem pod gorący prysznic, żeby się rozgrzać; a za chwilę miałem tak gorące stopy, że polewałem je lodowatą wodą. Ale zdarzyły się też dwa czy trzy cykle, które zniosłem bardzo dobrze. Czułem się po nich na tyle dobrze, że zaraz po przyjęciu chemii jechałem na mecz Zaksy.

Sebastian Świderski mówił, że przychodził pan też na treningi – chodził, biegał, chciał grać.

To prawda, strasznie mnie ciągnęło i nadal ciągnie do grania. Prosiłem Sebastiana, żeby mnie wpuszczał na boisko i dał poodbijać. Tylko po tych wszystkich chemiach piłka wydaje się strasznie twarda (śmiech). Ale siatkarskie ciała się do tego przyzwyczajają. Moje też na pewno szybko się znów przyzwyczai.

Jaki pan ma plan na powrót?

Plan jest taki, że od tygodnia po świętach mam indywidualnie pracować z naszym motorykiem Piotrem Pietrzakiem. Będziemy działać powoli. Pierwszy miesiąc to pewnie będą proste rzeczy, by delikatnie zacząć się ruszać i wzmocnić mięśnie. Potem zacznie się kadra. Mam nadzieję, że do tego czasu na sto procent będę mógł wejść w trening i porządnie się przygotowywać. Na pewno trzeba to też będzie robić z głową, by nie zdarzyła się żadna kontuzja. Po chemii mój organizm potrzebowałby więcej czasu na zaleczenie nawet drobnego urazu.

Kończy się panu kontrakt w Zaksie Kędzierzyn-Koźle, w której jest pan od 2013 roku. Świderski, już jako dyrektor sportowy tego klubu mówi, że Zaksa chce pana zatrzymać. Zostanie pan w Kędzierzynie-Koźlu?

Chciałby temu klubowi dać z siebie tyle, ile oni dali mi w tym mijającym sezonie. A byli naprawdę jak rodzina. Dzięki nim miałem absolutny spokój psychiczny. Jeśli wstaje się rano, mając świadomość, że jest się chorym, a na koncie są pieniądze na zabezpieczenie bytu najbliższych, to daje to olbrzymi komfort. Wiedziałem, że dzięki temu moja żona nie musi iść do pracy, zwłaszcza, że pojawiło się dziecko, że nie musimy szukać pieniędzy na życie. Wspierał mnie zresztą nie tylko klub, ale też koledzy. Dzwonili, pytali jak się czuję, odwiedzali, wspierali, przychodzili na herbatkę. To było dla mnie bardzo ważne. Więc oczywiście, że chciałbym w drużynie zostać. Tym bardziej że to fajny klub – z historią i dużymi ambicjami. Skoro mówią, że chcieliby, żebym został, to rozumiem, że nie muszę szukać awaryjnego wyjścia (śmiech). Jeszcze oczywiście nie rozmawiałem z nikim o pozostaniu w Zaksie, ale też czekałem na te wyniki. Chciałem być wobec klubu uczciwy, wiedzieć, że jestem zdrowy.

W ostatnim roku pokonał pan raka, został powołany do kadry, został tatą i mężem. Czego nauczył pana ten rok?

No tak, moja mała córeczka coraz więcej już rozumie. Wstaje nawet w łóżeczku ze smokiem w buzi nad ranem i delikatnie nas budzi. To bardzo cieszy! A czego mnie ten rok nauczył? Teraz chyba jeszcze ciągle cieszę się dobrą nowiną, że to już koniec walki. Na pewno nauczył mnie pokory i podchodzenia do wielu spraw chłodniej. Choroba wzmocniła też mój charakter.

Co by pan powiedział komuś młodemu, kto usłyszy diagnozę: rak.

Że nie można się poddawać i do wszystkiego trzeba podchodzić pozytywnie, do każdej choroby. Dobre nastawienie bardzo duże daje.

Pisał pan na swoim profilu społecznościowym o dużym wsparciu fanów, środowiska. Ono też pomaga?

Szczerze mówiąc, gdy tylko ogłosiliśmy, że mam nowotwór, to mnie to wszystko bardzo denerwowało. Telefony, esemesy, całe to głaskanie po głowie. Ale – jak mówiłem – wtedy w ogóle miałem w sobie dużo złości na tę sytuację. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że przecież ci wszyscy ludzie chcą dla mnie dobrze. A dostawałem w ostatnim roku mnóstwo listów – ciepłych, serdecznych, czasem bardzo wzruszających. Szczególnie chyba wzruszające i ważne były dla mnie sygnały, że masa ludzi – zupełnie nieznanych mi, obcych – modliła się za mnie. Pisali mi o tym w listach, na Facebooku, w mailach. Msze organizował też mój brat, który jest księdzem. To mi dawało moc. Te wszystkie głosy sprawiały, że i moja wiara w to, że wszystko dobrze się skończy, była coraz większa.

Przed nami Wielkanoc. To będą dla pana dobre święta?

Chyba jedne z najlepszych. W pełni spokojne.

http://eurosport.onet.pl/siatkowka/reprezentacje/grzegorz-bociek-to-byl-moj-sprawdzian-od-boga/nkqvhm

Leandro Castán da Silva (ur. 5 listopada 1986 w Jaú) – brazylijski piłkarz grający na pozycji środkowego obrońcy. Od 2012 roku jest zawodnikiem klubu AS Roma. W 2011 roku wywalczył natomiast z Corinthiansem w którym wówczas grał mistrzostwo Brazylii. W 2012 roku wystąpił w finałowych meczach Copa Libertadores z Boca Juniors (1:1, 2:0), dzięki którym zdobył ten puchar. Kilka miesięcy temu przeszedł poważną operację móżdżku, gdyz w innym przypadku byłby zmuszony zakończyć przedwcześnie karierę.

Castan+UC+Sampdoria+v+AS+Roma+GNGOdtrS-y4lKoszmar niemal dobiegł końca. Leo Castan wznowił treningi z Romą po delikatnej operacji móżdżku i wkrótce przejdzie testy sprawnościowe, aby wznowić aktywność sportową. Tymczasem przybliża strach z ostatnich miesięcy, operację i swoją wielką determinację, która pomogła mu w powrocie do bycia piłkarzem.

Jak zaczął się twój koszmar?

– W pierwszej połowie meczu z Empoli wykonałem sprint i poczułem ostry ból w lewej nodze. Chciałem wrócić na boisko, ale Maicon zbliżył się do mnie i powiedział „Naciągnąłeś mięsień, tak?. A ja: „nie, czuję się dobrze”, jednak poradził mi, żebym nie wracał na boisko i zatrzymałem się. Potem, wieczorem miałem zawroty głowy. Myślałem, że jestem zmęczony, poszedłem spać i gdy się obudziłem, nadal kręciło mi się w głowie. Zadzwoniłem do lekarza Romy, który zabrał mnie do okulisty. Wzrok był w porządku, wówczas przeszedłem rezonans i odkryli obce ciało w móżdżku, wielkości truskawki. Przebywałem tydzień w Kampusie Biomedycznym, lekarze mnie badali. Moim zdaniem zrozumieli wszystko w tydzień lub dwa, od razu wykluczyli raka i inne poważne choroby, jednak dopiero po dwóch miesiącach radiolog wyjaśnił mi, co mi naprawdę dolega.

Bałeś się w trakcie okresu oczekiwania?

– Bardzo. Lekarze zapewniali mnie, że nie mam raka, jednak niektórzy pisali o tym w internecie lub kibice pytali mnie bezpośrednio na portalach społecznościowych. Wszyscy wypowiadali to straszne słowo i myślałem: „Mój Boże, umieram”. Pewnego dnia zebrałem mojego ojca, moja żonę i lekarzy, aby poznać prawdę: „Jeśli mam guza, powiedzcie mi, gdyż robię się szalony i ukrywacie coś przede mną”. Powtórzyli mi, że nie mam raka, potem radiolog wszystko mi wyjaśnił.

Kiedy zdałeś sobie sprawę, że musisz poddać się operacji?

– W listopadzie lekarze Włoskiego Komitetu Olimpijskiego i Romy powiedzieli mi, że jeśli nie podam się zabiegowi, nie będę mógł więcej grać. Taka wada, ogólnie, nie powoduje problemów, poza zawrotami głowy, jednak było ryzyko, że zostanę uderzony na boisku, naczyniak pęknie i spowoduje krwiaka. Nikt nie może podjąć takiej odpowiedzialności. Moją pierwszą reakcją było: „Dziękuję, dla mnie to koniec, wracam do Brazylii i tyle”. Rozmawiałem z moim ojcem i zaraz potem udałem się do Sabatiniego. Gdy wszedłem do jego biura, nie pozwolił mi nawet mówić i zapewnił mnie: „Weź tyle czasu ile zechcesz, nie rób niczego w pośpiechu, w każdym razie to zawsze będzie twój dom”. Dziękuję mu, gdyż gdyby nie powiedziałby mi w ten sposób, być może dziś nie byłbym już piłkarzem. Po 4-5 dniach zdecydowałem się na operację. Chciałem to zrobić w styczniu, aby być pewnym spędzenia Świąt Bożonarodzeniowych w Brazylii, ale oglądając mecz w telewizji zrozumiałem, że nie mogę żyć bez piłki nożnej i wówczas przyspieszyliśmy zabieg.

Najgorszy moment?

– Najtrudniejszy był dzień przed operacją. Próbowałem żartować, ale byłem bardzo zdenerwowany. Pytałem chirurga, Giulio Mairę, czy mogę zjeść kanapkę z Mc Donald’s, jakby to miał być mój ostatni posiłek. Potem wczesnym rankiem, gdy byłem na łóżku i udawałem się na salę operacyjną, spojrzałem w oczy mojej rodziny i wszyscy zaczęli płakać. Dziesięć kolejnych minut było straszne. Byłem sam i bałem się oczekiwania. Nigdy tego nie zapomnę.

A po przebudzeniu?

– Miałem problemy z całą lewą stroną ciała. Gdy przechylałem się na tę stronę, widziałem przez mgłę. Gdy tylko wstałem na nogi musiałem nauczyć się chodzić, później biegać. Prawa noga poruszała się sama, lewa nie: musiałem się koncentrować, aby ją poruszyć. Byłem o tym uprzedzony wcześniej, na szczęście nie doszło do trwałego uszkodzenia i wszystko wróciło do normalności.

Teraz w jakim jesteś punkcie?

– Nadal nie wiem kiedy wrócę, chcę to zrobić ze spokojem, bez błędów i wrócić w stu procentach. W lipcu muszę być na poziomie moich kolegów, aby rozpocząć przygotowania. Byłoby wielką radością, gdyby udało mi się usiąść przynajmniej raz na ławce w końcówce tego sezonu. Wróciłem już do pracy z kolegami, teraz mogę uderzać piłkę głową. Za 15-20 dni przejdę testy sprawnościowe. Polecano mi stosowanie kasku w pierwszym tygodniu, ale wolałem tego nie robić. Ryzykowałbym przyzwyczajenie się do niego i nigdy już bym go nie zdjął.

Owe doświadczenie ciebie wzmocniło?

– Los umieścił mnie naprzeciwko wyzwania i wygrałem. Zwycięstwem zakończył się pierwszy mecz, w którym grałem: moje życie jest normalne tylko wtedy, gdy jest w nim piłka nożna.

Roma potrzebuje ciebie bardzo w derbach w przedostatniej kolejce. To niemożliwe?

– To marzenie, zobaczymy, jednak nie chcę dawać daty mojego powrotu, gdyż nie chcę nikogo rozczarować.

Jaki wpływ na was ma Lazio przed wami w tabeli?

– To ciężki okres, moim zdaniem najgorsze już minęło, zagraliśmy dobrze w Turynie, mecz dał nam pewność siebie. Oni przeżywają pozytywny moment, jednak pozostało 8 meczów i jak powiedział Garcia, ważne jest kto będzie drugi na koniec sezonu.

Patrząc z zewnątrz, co przydarzyło się tej drużynie?

– Ciężko powiedzieć. Mieliśmy wiele kontuzji. Mówi się, że zabrakło mnie i Strootmana? Jednak my praktycznie nie graliśmy, a Roma grała dobrze w pierwszych sześciu miesiącach.

Porto pokonało Bayern w Lidze Mistrzów, wy straciliście siedem goli.

– Przeciwko nam grali w pełnym składzie, ale na pewno mogliśmy zagrać lepiej. Awansu nie przegraliśmy w tym meczu, po prostu nie byliśmy gotowi do Ligi Mistrzów. Ja, dla przykładu, nigdy w niej nie grałem. Trzeba było zdobyć doświadczenie, musimy spróbować w przyszłym sezonie i bez wątpienia spiszemy się lepiej.

Najpierw jednak musicie zakończyć sezon na drugim miejscu.

– To może być rewanż za 26 maja. To był najgorszy mecz w mojej karierze. Przez trzy lata w Corinthians rozegrałem wiele derbów, jednak w Sao Paulo są cztery drużyny. Tutaj są tylko dwie i stąd jest to mecz jeszcze mocniej odczuwalny przez kibiców, być może za bardzo. Zrozumiałem to gdy tylko przyszedłem i również ja dostałem się do klimatu derbów: nie jestem tu, aby być za ich plecami.

Twoje zdanie odnośnie zderzenia między Pallottą i kibicami?

– Nie mogę powiedzieć tego, co naprawdę myślę, jednak zgadzam się z prezydentem: w piłce nożnej nie może być rasizmu i przemocy. Resztę zatrzymam dla siebie.

Środowisko Romy naprawdę wpływa na wyniki?

– Tutaj trzeba być bardzo ostrożnym, gdyż gdy się wygrywa, wszyscy są fenomenami, a gdy się przegrywa, wszyscy są gównem. Jest niebezpieczniej gdy sprawy idą dobrze: gdy myślisz, że jesteś zbyt dobry ryzykujesz, to jest moment na ciężką pracę.

Gracze słuchają radia?

– Być może Włosi, ale niewielu. Ja, szczerze mówiąc, nie. Mam przyjaciół, rzymian, którzy przybliżają mi po trosze to, co mówią w radio. Zespół przyjmuje więcej krytyki, gdy jest na Olimpico. Kibice chcą, żebyśmy grali dobrze. Wiemy, że tego nie robimy i teraz zależy od nas, aby przyciągnąć ludzi z powrotem na naszą stronę.

Obrona bez ciebie nie funkcjonuje tak jak wcześniej.

– Nie mogę wychodzić naprzeciw moim kolegom i nie myślę, że spisują się aż tak źle, wystarczy popatrzeć na liczby. To nie jest jedynie kwestia obrońców, musimy pracować wszyscy razem, aby wrócić na poziom z poprzedniego sezonu.

Para Manolas-Castan jest warta tyle samo co Benatia-Castan?

– Nie mogę w tej chwili powiedzieć, zagraliśmy razem zaledwie 45 minut w Empoli. Kostas jest mocny, nie wystarczy ustawić obok siebie dwójki dobrych graczy, potrzeba, aby znaleźli porozumienie. Z Bentią od razu rozumieliśmy się dobrze. Zobaczymy, gdy wrócę, są również Astori i Mapou, wróci Romagnoli, który może stać się świetny tak jak Marquinhos. Już jest klasowym graczem.

Garcia się zmienił?

– Nie, jest po prostu zły, gdyż nie ma wyników. Nie ma innej rzeczy jak kontynuowanie z nim. Pierwszy sezon był świetny, teraz jesteśmy trzeci i możemy być drudzy. Reszta to rozmowy, które nie istnieją. Gdy przybyłem do Romy nie graliśmy nawet w Lidze Mistrzów, teraz jesteśmy bliscy, aby to zrobić, drugi sezon z rzędu. Nie widzę dlaczego trener miałby odejść.

Relacje z Sabatinim?

– Zanim mnie pozyskał, zaczął dzwonić do mnie w lutym. Lubię go, gdyż ściągnął mnie do Włoch i był blisko mnie w tym okresie. Chcę wrócić na boisku również po to, aby mu pomóc, gdyż razem z Garcią cierpi bardziej niż kibice dla Romy.

Powiedziałeś wiele razy: „jestem tutaj, aby zdobyć mistrzostwo”.

– Jeśli odejdę bez wygranej to będzie tak, jakbym nigdy nie grał w Romie. Nie chcę, żeby za 10-15 lat wspominano mnie jako chłopaka, który poddał się operacji mózgu. Nie, muszą mnie pamiętać jako jednego z tych, którzy zdobyli scudetto.

Wy, Sportowcy Chrystusa często prosicie o pomoc Boga. Ale nie wydajesz się „bardzo religijny” w konfrontacji z przeciwnikami.

– Nigdy nie prosiłem, aby sprawił, żebym wygrał lub przegrał ktoś inny, ale o to, aby wyzwolił mnie od złego. Dalej oczywiście, jeśli pochodzisz do strzelania karnego i modlisz się, mówisz: „Boże pomóż mi, żebym nie popełnił błędu, inaczej umrę!”.

W waszej grupie jest również Felipe Anderson.

– Tak, to dobry gracz i  świetny chłopak, ale nie skończy na drugim miejscu, przykro mi… Ja będę drugi, gdyż pierwszy jest Bóg.

http://asroma.pl/news/Castan-Myslalem-ze-umieram-10303

Kevin Wayne Durant – amerykański koszykarz grający obecnie w Oklahoma City Thunder, były zawodnik Seattle SuperSonics i University of Texas at Austin. Po roku studiów na teksańskiej uczelni, kiedy notował średnio 25,8 punktu, oraz 11,1 zbiórki w meczu został zgłoszony do draftu NBA. Razem z innym koszykarzem, który także spędził tylko rok na studiach Gregiem Odenem byli typowani do pierwszego numeru draftu. Ostatecznie Durant został wybrany z numerem drugim, choć jak się później okazało zrobił większą karierę niż nękany ciągle kontuzjami Oden. MVP sezonu NBA 2013/14.

20c9b93f8a6862c9570f2444079dc0c9

Kevin Durant swój debiut w NBA zaliczył w przegranym meczu z Denver Nuggets, w którym zdobył 18 punktów, 5 zbiórek, oraz 3 przechwyty. Swojego pierwszego game-winnera, Durant rzucił 16 listopada 2007 w wygranym meczu Sonics z Hawks w podwójnej dogrywce. Jako pierwszoroczniak pięciokrotnie był wybierany najlepszym rookie miesiąca (listopad, grudzień, styczeń, marzec i kwiecień). Rzucał najwięcej punktów wśród wszystkich pierwszoroczniaków (20,3 pkt/mecz co jest o 7,6 pkt/mecz więcej od któregokolwiek innego rookie oraz najlepszym wynikiem w drużynie Ponaddźwiękowców) – wraz z 4,4 zbiórki/mecz i 2,4 asysty/mecz w 80 meczach (wszystkie w pierwszej piątce). Durant był też jedynym pierwszoroczniakiem, który prowadził w pięciu statystykach w swoim zespole – wliczając średnią punktową, bloków, przechwytów, celnych oraz procent rzutów osobistych.

Na koniec sezonu regularnego Kevin Durant został uznany najlepszym pierwszoroczniakiem, zostając tym samym pierwszym zawodnikiem, który tego dokonał w historii SuperSonics. Ponadto jego średnia punktowa (20,3) pobiła czterdziestoletni rekord rookie Boba Rule’a (1967/1968).

We wrześniu 2010 roku Durant wziął udział w Mistrzostwach Świata rozgrywanych w Turcji. Wraz z reprezentacją USA zdobył mistrzostwo globu w finale pokonując reprezentację gospodarzy 81:64. Po meczu został ogłoszony MVP mistrzostw, znalazł się także w pierwszej 5 turnieju. Mistrz olimpijski (2012).

Lider Oklahoma City Thunder 19 lutego 2012 roku ustanowił swój rekord kariery zdobywając 51 punktów w wygranym meczu przeciw Denver Nuggets zakończonym wynikiem 124-118 dla OKC. Innym ważnym osiągnięciem tego zawodnika było zdobycie tytułu All-Star Game MVP, w którym to meczu wystąpił w wyjściowym składzie zdobywając 36 punktów.

To co jest jednak ważne dla tego wybitnego sportowca, to nie tylko osiągnięcia sportowe, lecz również jego wiara. Zawodnik Oklahoma City Thunder, Kevin Durant, nie zapomina bowiem o Bogu w ważnych chwilach.

MVP sezonu zasadniczego 2013/14 po otrzymaniu statuetki dla najlepszego gracza powiedział:

„Przede wszystkim chciałbym podziękować Bogu za to, że zmienił moje życie i pozwolił mi zrozumieć, o co tak naprawdę chodzi w życiu. Koszykówka jest tylko platformą do tego, bym mógł inspirować ludzi. Zdaję sobie z tego sprawę”.

W bardzo emocjonalny sposób opisał następnie zmagania, przez które przechodził dorastając. Uczcił także swoją matkę, która jako samotny rodzic wychowała go razem z jego bratem.

Wcześniej Kevin Durant niejednokrotnie przyznawał się do Jezusa Chrystusa w wywiadach. Zapytany przez Doris Burke ze stacji ESPN o swoje pasmo sukcesów, koszykarz odpowiedział:

„Dziękuję Bogu, Jezusowi Chrystusowi. To wszystko, co mogę powiedzieć”.

Poniżej wideo z przekazania Durantowi nagrody MVP sezonu:

http://chnnews.pl/index.php/pl/rozrywka/item/1485-najlepszy-koszykarz-sezonu-nba-podziekowal-bogu-za-to-ze-zmienil-jego-zycie-wideo.html

Mariusz Wlazły – polski siatkarz, grający na pozycji atakującego; reprezentant Polski. W 2006 roku na mistrzostwach świata w Japonii zdobył wraz z drużyną narodową wicemistrzostwo świata. W 2014 roku na mistrzostwach świata w Polsce zdobył wraz z drużyną narodową mistrzostwo świata. Na zakończenie tych zawodów przyznano mu dwie nagrody indywidualne. Został najlepszym atakującym oraz najbardziej wartościowym zawodnikiem (MVP) turnieju.

635469727975135890

Mariusz Wlazły, czyli najbardziej wartościowy gracz zakończonych w niedzielę mistrzostw świata w siatkówce, nie wstydzi się otwarcie mówić o swojej wierze. Dał temu wyraz kilka lat temu, jako jeden z bohaterów książki „Ewangelia dla sportowca i kibica”. Teraz jego wypowiedzi – będące świadectwem wiary – zdobywają sieć.

Wlazły nie kryje się ze swoją wiarą. Przy okazji wywalczenia przez Polaków złota szybko w internecie rozchodzą się religijne deklaracje siatkarza sprzed dwóch lat. Co ciekawe: są to słowa opublikowane pierwotnie w związku z Euro 2012. Komentarze internatów z reguły są pozytywne: – Tak mi się wydawało, że to nie jest typowy siatkarz. Nie widziałem (po ruchu ust), żeby przeklinał.

Cytaty z MVP turnieju dotyczące wiary rozpowszechniają się obecnie głównie w sieci. A skąd pochodzą? Z wydanej przed Euro 2012 książki „Ewangelia dla sportowca i kibica”. Na rynek wprowadziło ją wydawnictwo Edycja Świętego Pawła. W promocji publikacji uczestniczyli najbardziej znani polscy sportowcy. A ich religijne deklaracje znalazły się na jej łamach. Jedna z nich należy do Mariusza Wlazłego.

Pisał on tak: – W moim życiu wiara jest bardzo ważna. Życie opiera się na wierze, więc czym byłoby bez niej? Ważne jest, żeby nosić Boga w sercu. We wszystkich momentach mojego życia – tych prostych i tych trudniejszych – Bóg był przy mnie. Zawsze staram się dziękować Mu za to, że prowadzi mnie przez życie. Nieraz bardzo krętą drogą, lecz na pewno ku prawdzie i oświeceniu. Jak się ma chęci i wiarę, to Bóg sam nas znajdzie.

Następnie mistrz świata w siatkówce dodawał, że „każdy z nas ma jakiś cel w życiu”. – Każdy ma jakąś drogę, którą musi przejść, lecz na niej napotyka różnego rodzaju trudności, poboczne cele itp. Myślę, że to, co robię w chwili obecnej, jest bardzo ważne dla mnie, dla mojego rozwoju, więc staram się wypełnić i zrobić wszystko z jak największą perfekcją. Nie zawsze się to udaje, lecz każda porażka jest jeszcze mocniejszą motywacją do osiągnięcia wyznaczonego celu – czytamy w deklaracji Wlazłego opublikowanej w książce „Ewangelia dla sportowca i kibica”.

Siatkarz podkreślał też, że „fundamentem jego życia jest rodzina”, a „każda chwila spędzona w domu jest najważniejsza i niezastąpiona”. – Nie ma nic lepszego, jak nauczyć czegoś własne dziecko. Żona daje mi oparcie w ciężkich chwilach i podnosi na duchu – podkreślał.

Zwłaszcza pierwszy cytat jest teraz często przypominany w internecie – nie tylko na chrześcijańskich www i stronach rożnych parafii bądź instytucji katolickich. „Gość Niedzielny” pisze entuzjastycznie, że Mariusz Wlazły „jest także człowiekiem wiary”. A publicysta Deona Piotr Żyłka ocenia: – Mariusz Wlazły miażdży nie tylko na boisku.

Podobnie też serwis „Polonia Christiana” odnotowuje: – Okazuje się, że najlepszy polski siatkarz – od niedzieli mistrz świata w tej dyscyplinie – jest również gorliwym katolikiem. Brawo! Tak trzymać!

W kontekście wyznań Wlazłego przypominane są też i te innych sportowców jak np. Roberta Lewandowskiego, który – przyjmując symboliczny medalik – wziął udział w akcji „Nie wstydzę się Jezusa” i Agnieszki Radwańskiej. Ona również wsparła tę inicjatywę, ale została wykluczona z grona jej ambasadorów po tym, jak wystąpiła w rozbieranej sesji dla ESPN. Inni sportowcy z tego grona to np. Kuba Błaszczykowski, Marek Citko i Mateusz Ligocki. A wśród osób publicznych znaleźli się m.in. także: Przemysław Babiarz, Tomasz Zubilewicz, Krzysztof Ziemiec i Radosław Pazura.

Komentarze internautów nt. słów Wlazłego są z reguły pozytywne: – Tak mi się wydawało, że to nie jest typowy siatkarz. Nie widziałem (po ruchu ust), żeby przeklinał. – Dobre świadectwo wiary tego sportowca.

W publikacji „Ewangelia dla sportowca i kibica” o Bogu w swoim życiu pisali także m.in: Leszek Blanik, Jerzy Dudek, Marcin Gortat, Kamil Stoch i Sławomir Szmal. Również Michał Winiarski – dziś, podobnie jak Wlazły, mistrz świata w siatkówce – napisał o swojej wierze: – Obecność Boga odczuwam na co dzień. Często nie jestem w stanie uczestniczyć w Mszach św., ale rozmawiam z Bogiem na modlitwie. Myślę, że prawdziwa wiara jest w sercu każdego dobrego człowieka. Zarówno wiara w Boga, jak i w dobro, miłość i nadzieję. Bez niej życie nie miałoby sensu.

http://wiadomosci.onet.pl/kraj/mariusz-wlazly-miazdzy-nie-tylko-na-boisku-slowa-o-bogu-robia-furore/qwvgd

rooney17marWayne Mark Rooney – angielski piłkarz występujący na pozycji napastnika w Manchesterze United i reprezentacji Anglii. Rooney karierę piłkarską rozpoczął w Evertonie, do którego szkółki piłkarskiej przeszedł w wieku 10 lat.

Napastnik Manchesteru United i reprezentacji Angli, Wayne Rooney, jak donosi, jest wierzącym i gorliwym katolikiem. Szczerze przyznaje się do swojej wiary. Jego zdjęcia z treningu, na którym nosi na szyi pokaźnych rozmiarów krzyż, obiegły całą Anglię. Stały się szybko przedmiotem dyskusji i konsternacji, tak ze strony mediów angielskich jak też angielskiej federacji piłkarskiej. Rzecznik prasowy FA Mark Whittle zakazał Rooney’owi wypowiadać się na tematy religijne.

Dla samego Wayne’a Rooneya jego katolicyzm to sprawa oczywista. Piłkarz nie ma zamiaru ukrywać swoich przekonań religijnych. W rozmowie z dziennikarzami angielskimi użył słów: „To moja religia, nosze krzyże od lat, a wy na ogół nie przychodzicie na treningi. Nie mogę oczywiście w nich grać”. Z kolei wspominając swoje dzieciństwo Rooney opowiadał, że „oczywiście wierzę w Jezusa. Rysowałem go w szkole i modliłem się co wieczór”. Wayne Rooney w dzieciństwie uczęszczał do rzymskokatolickiej szkoły podstawowej. W opinii szkolnej na temat gwiazdy Manchester United zachował się następujący wpis: „Wayne przytacza historie z życia Jezusa z wszelkimi szczegółami. Jego zaangażowanie w dyskusje pokazuje, że jest troskliwym dzieckiem, które wsłuchuje się w potrzeby innych”.

W Anglii przyznawanie się do religii, zwłaszcza rzymskokatolickiej nie leży w dobrym tonie. W kraju, w którym chrześcijaństwo było obecne już od pierwszych wieków po Chrystusie, dzisiaj chrześcijańskie obiekty sakralne przerabiane są na supermarkety, puby i dyskoteki. Po ulicach Londynu legendarne czerwone „piętrusy” jeżdżą z reklamami afirmującymi ateizm. Tym bardziej powinna więc nas katolików, cieszyć postawa jednego z najpopularniejszych piłkarzy.

http://sportowewadowice.pl/2012/06/sportowcy-ktorzy-nie-wstydza-sie-wiary-w-jezusa-czesc-ii/

Marian Krzysztof Kasprzyk (ur. 22 września 1939 w Kołomani koło Kielc) – polski bokser, mistrz olimpijski. Największe sukcesy odniósł na igrzyskach olimpijskich. W Rzymie 1960, walcząc w kategorii lekkopółśredniej, zdobył brązowy medal. W ćwierćfinale pokonał obrońcę tytułu Władimira Jengibariana (ZSRR). Nie stanął do walki półfinałowej ze względu na kontuzję. Na następnej olimpiadzie w Tokio 1964 został mistrzem olimpijskim w wadze półśredniej. W walce finałowej złamał kciuk w pierwszej rundzie, ale mimo to dotrwał do końca, pokonując faworyta turnieju, dwukrotnego (wówczas) mistrza Europy Ričardasa Tamulisa (ZSRR).

5e72408c9e3b65838f610db70dfbb8a4

Czy dużo pan się modli? [pytania zadawała pani Barbara Rak]

„Modlę się prawie cały czas: czekając na umówione spotkanie, spacerując, jadąc autobusem. Dzięki temu owocnie spędzam czas i głęboko przeżywam każdą chwilę. Kiedyś, na początku mojego powrotu, poszedłem do spowiedzi i dostałem za pokutę dziesiątek różańca. Pomyślałem: O matko! Z czym to się je? Nigdy nie miałem w ręku Różańca! Ale szybko odnalazłem tę modlitwę w książeczce i zacząłem się modlić według „instrukcji obsługi”. Modliłem się ponad 3 godziny, bo odmówiłem cały Różaniec 10 razy – bo myślałem, że to jest właśnie dziesiątek! Obracałem te karteczki w książeczce do przodu i do tyłu, tam i z powrotem. Ale pomyślałem sobie, że nie ma co, muszę nauczyć się modlić na Różańcu – dziś jest on moim nieodłącznym towarzyszem. Jak to mówią również w sporcie: Trening czyni mistrza – im więcej się modlę, tym lepiej i owocniej to robię.”

Czym dla pana jest modlitwa?

„Wszystkim! Pomaga mi dojrzale przeżyć całe moje życie. Po chorobie dużo się modliłem, wszystko układało się pomyślnie, i w pewnym momencie zachorowała moja żona Krystyna. Chorowała długo i ciężko, tracąc zdolności poruszania się, a później nawet mowę. Dzięki modlitwie znosiłem ten ciężki okres, pielęgnując ją w chorobie. Nigdy przez ten czas nie skarżyłem się, nie narzekałem. Wszystko przyjmowałem ze spokojem i pokorą. Wiem, że to wiara pomogła mi przez to przejść i dała mi dużo siły…”

„Żona zmarła na moich rękach – to też sobie wymodliłem – bardzo się bałem, że nie będzie mnie przy jej śmierci, że wstanę rano i zobaczę, że ona już nie żyje. Jednak Bóg obdarzył mnie tą łaską bycia przy niej w momencie przejścia. Odchodziła spokojnie, ja trzymałem jej głowę i patrząc na jej twarz widziałem Jezusa. Pomyślałem: <<Jeszcze tylko dodać koronę i byłby Jezus>>. Za kilka minut, kiedy położyłem ją na tapczanie, już tego nie zauważyłem, już ten obraz zniknął. Wdzięczny jestem Opatrzności, że pozwoliła mi to przeżyć. Potęga modlitwy i wiary jest wielka.”

„Dziś byłem na pogrzebie kolegi i pocieszałem jego córkę mówiąc, że trzeba dużo się modlić, że w modlitwie znajdzie potrzebne siły. Kiedy się modlę odczuwam obecność Ducha Świętego. Wiem, że kieruje moim życiem, a przez wyciszenie i skupienie łatwiej Go słychać. Teraz czuję w sobie ogromny spokój i radość życia – cieszę się każdym dniem. I bardzo się cieszę, że mogę o tym ludziom mówić, bo to jest piękne. Pewne rzeczy zauważa się dopiero po czasie. Kiedy się analizuje jakieś wydarzenia i widzi się, że czegoś się uniknęło, zaczyna się rozumieć. Niektórzy mówią: <<O, ten to miał szczęście!>> – ja tak nie uważam. Jakie szczęście? To Bóg nami kieruje, a Anioł Stróż pomaga uniknąć złego i wyciąga nas z rozmaitych opresji. To nie ma, moim zdaniem, nic wspólnego ze szczęściem.”

Dzisiaj w wielu kręgach niemodny i niewygodny jest temat modlitwy, wiary, kościoła. Ludzie nie afiszują się ze swoimi poglądami, a nawet szydzą z tych, którzy mówią, że są wierzący…

„Nie wstydzę się swoich poglądów i jestem z nich dumny. Nie wstydzę się przeżegnać, kiedy przechodzę obok kościoła lub widzę krzyż. Nie wstydzę się powiedzieć, że jestem wierzący. Dzisiaj bardzo wiele osób mówi o sobie <<wierzący niepraktykujący>>. To chyba jakaś pomyłka. Moim zdaniem albo jest się wierzącym, albo nie. Bycie katolikiem zobowiązuje – do określonych zachowań, gestów. I nie można być wierzącym bez całej tej otoczki.”

Jaki jest pana sposób na życie?

„Jestem szczęśliwym, spokojnym człowiekiem – najważniejsze, że wiem dlaczego taki jestem! W Bogu znalazłem sens życia, poprzez modlitwę i praktykowanie spełniam swoje życie. Z Bogiem łatwiej jest przełknąć nawet najbardziej gorzką pigułkę, jaka nam się przytrafi. To, co mam i co osiągnąłem – to, że żyję, i to jaki jestem, to co przeżyłem, i to co jeszcze przede mną – zawdzięczam tylko swojemu Stwórcy. W to wierzę, z tym się godzę i temu ufam.”

http://www.tajemnicamilosci.pl/paradoksy-wiary/rozaniec-na-szyi-a-pustka-w-sercu-wiara-w-boga-w-zyciu-gwiazd-sportu.html