Archive for the ‘ZARZUTY WOBEC CHRZEŚCIJAŃSTWA’ Category

jesus

Fragment książki „Rozmowy o Biblii. Nowy Testament” Anny Świderkówny

Warto zwrócić uwagę na pewne podobieństwa, jakie zdają się zachodzić między uczniami, którzy gromadząc się wokół rabina tworzyli jego „szkołę”, a uczniami Jezusa. Punktem istotnym jest tutaj fakt, że rabini (a niewątpliwie i „protorabini” – żyjący przed 70 rokiem n.e.) przekazywali swoją mądrość ustnie, powtarzając przekazywane zasady wielokrotnie, a przy tym w takiej formie, jaka była najłatwiejsza do zapamiętania. Od uczniów swoich nie oczekiwali zresztą, by powtarzali wszystko słowo w słowo. Wręcz przeciwnie, żądano od nich wysiłku zrozumienia tego, co zostało im przekazane, a wysiłek ten wyrażał się we własnej interpretacji. Jezus również na pewno nie dyktował, lecz nauczał ustnie, podobnie też przekazywali te nauki Jego bezpośredni uczniowie. Świat ich znał jeszcze tradycję ustną, o czym nazbyt łatwo zapominamy, chociaż w specyficznych warunkach pojawia się ona niekiedy i w naszych czasach. Tak na przykład pewien Hindus opowiadał francuskiemu bibliście, Xavier Leon-Dufourowi, że jego własna matka, zupełna analfabetka, umiała wyrecytować bezbłędnie hinduską modlitwę, której tekst wydrukowany zająłby w książce ok. 250 stron! Tam, gdzie pismo nie istnieje lub nie można się nim posługiwać (np. w więzieniu), pamięć staje się niesłychanie pojemna i trwała.

SŁOWA WOBEC KTÓRYCH NIE PRZECHODZI SIĘ OBOJĘTNIE

Trzeba przy tym zdać sobie sprawę, że to, co Jezus mówił, a także sposób, w jaki mówił, ułatwiało słuchającym zapamiętanie Jego słów. Nie wygłaszał przecież długich przemówień retorycznych ani filozoficznych czy teologicznych dysertacji. Upodobał sobie, jak się zdaje, głównie krótkie powiedzenia, porównania, przypowieści, wszystko to, co język hebrajski nazywał meszalim i co łatwo wpadało w ucho. Z początku mogło się ludziom nawet wydawać, że słyszą rzeczy dobrze im znane. Jezus cytował i objaśniał Pismo, oświadczając zarazem, że „nie przyszedł unieważniać Prawa i Proroków” („Prawo i Prorocy” to tyle co całe Pismo). Kiedy jednak przygotowywali się już do wysłuchania jeszcze jednego zwykłego kazania, spadał nagle grom: Jezus nakazywał im kochać nieprzyjaciół i modlić się za swoich prześladowców! A co gorzej, żądał, by ten, kogo uderzą w jeden policzek, nadstawił także i drugi. Powołując się na przykazanie „nie cudzołóż”, mówił, że cudzołóstwem jet już spojrzenie na kobietę z pożądaniem, dodając przy tym: „Jeśli twoje prawe oko skłania cię do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie! […] A jeśli prawa twoja ręka skłania cię do grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie!” (Mt 5,17; 5,44; 5,39; 5,25-30). Na takie słowo można było się buntować, ale jedno jest pewne, że się ich łatwo nie zapominało, zwłaszcza wtedy, gdy po raz pierwszy i niespodziewanie uderzały w człowieka.

RYTM

Jezus mówił po aramejsku, lecz Ewangelie zachowały się w języku greckim, my zaś czytamy je najczęściej w polskim przekładzie. Otóż niewątpliwie ciekawy jest fakt, że nawet w tym polskim tłumaczeniu odnajdujemy jeszcze miejscami rytm, charakterystyczny dla tekstu przekazywanego drogą ustną (rytm taki ułatwia zapamiętanie). Odnajdujemy go w Błogosławieństwach, które też musiały szokować wielu słuchaczy:

„Błogosławieni ubodzy duchem, ponieważ ich jest Królestwo niebieskie. Błogosławieni, którzy są pełni bólu, ponieważ oni będą pocieszeni . Błogosławieni cisi, ponieważ oni odziedziczą ziemię” (Mt 5,3-5; por. 6-12 oraz Łk 6,20-26).

Całkiem wyraźnie słyszymy go też w wezwaniu do wytrwałej modlitwy: „Proście, a będzie wam dane, szukajcie a znajdziecie, kołaczcie, a zostanie wam otworzone. Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje, kto szuka, znajduje a kołaczącemu zostanie otworzone” (Łk 11,9-10; por. Mt 7,7-8). Całą zaś misterną strukturę rytmiczną odkrywamy pod koniec 7 rozdziału Ewangelii według św. Mateusza. Czytamy ten tekst na ogół zbyt pobieżnie, by zwrócić na nią uwagę, przyjrzyjmy się mu zatem bliżej:

24 Każdego więc, kto tych słów moich słucha i wypełnia je, można porównać z człowiekiem roztropnym, który dom swój zbudował na skale. 25 Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i uderzyły w ten dom. On jednak nie runął, bo na skale był utwierdzony. 26 Każdego zaś, kto tych słów moich słucha, a nie wypełnia ich, można porównać z człowiekiem nierozsądnym, który dom swój zbudował na piasku. 27 Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i rzuciły się na ten dom. I runął, a upadek jego był wielki.

Przez to podwójne tłumaczenie – z aramejskiego na grecki z greckiego na polski – dochodzi do nas jeszcze głos Jezusa Jego słowa, które tak głęboko zapadły w serca słuchaczy, że docierają do nas jeszcze dzisiaj, po prawie dwudziestu wiekach […]

Niewątpliwie dość prędko pojawiła się potrzeba spisywania niektórych tekstów. Służyły one choćby jako „notatki” podręczne dla tych, którzy, sami niedawno ochrzczeni, szli w świat, by głosić Ewangelię innym. Potrzebne były też z pewnością przy katechizowaniu nowych , niedokształconych jeszcze chrześcijan. Tradycja ustna żyła jednak nadal, wpływając na powstające pisma, i nie znikła nawet wtedy, gdy pojawiły się już cztery Ewangelie.

AUTORYTET

Mówiąc o pewnych podobieństwach, jakie zachodzą między „szkołami” rabinów (a właściwie „protorabinów sprzed 70 r. przed Chrystusem) a uczniami gromadzącymi się wokół Jezusa, nie możemy zapominać o różnicach. Najistotniejszą z nich jest miejsce, jakie zajmuje On sam w tradycji chrześcijańskiej. W szkołach rabinów przekazywano sentencje i komentarze uczonych w Piśmie i dawnych mędrców. Jezus natomiast, choć uważany również przez swoich uczniów za Nauczyciela, miał jednak pozycję całkiem odmienną. Tam, gdzie przekazywali zawsze to, co sami przejęli od swoich mistrzów, postępując tak nawet i wtedy gdy przekaz ten w sposób jakiś uzupełniali czy aktualizowali, On jeden nie powoływał się nigdy na żaden autorytet, ani nikogo poza tym, którego nazywał po prostu Ojcem. Wrażenie jakie Jezus wywierał na swoich słuchaczach, oddaje może najlepiej jedno zdanie z Ewangelii według św. Marka, dość wszakże trudne do właściwego przełożenia na język polski. Biblia Tysiąclecia tłumaczy je tak: „Zdumiewali się Jego nauką; uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie” (Mk 1,22). W zdaniu tym chodzi jednak nie tyle o „władzę” ile raczej o to, co nazywamy autorytetem. Jezus nauczał jak ktoś, kto opierał się na własnym autorytecie. I to właśnie zdumiewało.

——————————————————–

PS Mówi się czasami, że Jezus nigdy nie istniał lub że bardzo różnił się od wizerunku jaki znajdujemy w NT. Należy jednak pamiętać, że takie zdanie w jakimś stopniu mogłoby być uzasadnione, gdyby postać z NT była Kimś zwyczajnym, kto za swojego życia mógłby pozostać względnie niezauważony przez  środowisko. Jezus Ewangelii nie jest jednak Kimś „szarym” czy „bezbarwnym”. Stworzenie tak oryginalnej postaci i wmówienie tłumom kilkadziesiąt lat później, że istniała jest czymś graniczącym z niemożliwością. Tak przynajmniej podpowiada zdrowy rozsądek. W ostatecznym jednak rozrachunku każdy sam musi odnieść się do tego, co czytamy w NT.

PS2 Warto zauważyć jeszcze, pewien motyw przewijający się przez cały NT. Jest to motyw naśladowania Chrystusa. Sprawia on, że dla chrześcijan musiało bardzo zależeć na tym, aby jak najwierniej przywoływać przynajmniej słowa i czyny Jezusa.

PS3 Jezus bardzo często mówił językiem poetyckim. Mnóstwo w NT przypowieści czy porównań, które to z pewnością ułatwiają zapamiętywanie. Oprócz tego Jezus najprawdopodobniej wiele ze swoich nauk powtarzał wielokrotnie, gdyż nauczał w wielu miejscowościach.

Anna Świderkówna (1925 – 2008) – polska historyk literatury, filolog klasyczny, papirolog, biblistka, tłumaczka, oblatka tyniecka; profesor Uniwersytetu Warszawskiego, popularyzatorka wiedzy o antyku i Biblii. Ponad 30 lat kierowała Katedrą Papirologii (późniejszym Zakładem Papirologii) UW.

ZOBACZ TAKŻE (ang)–> http://reknew.org/2008/01/how-reliable-was-the-early-churchs-oral-traditions/

A TAKŻE (akapit o historyku Sherwin-White) –> http://www.zajezusem.com/index.php?num=5799

jezus-sennik-chrystusZadanie teologii fundamentalnej sprowadza się dziś do pytania: Jak wykazać, że Chrystus ukazywany w wierze Kościoła jest tym samym Jezusem, który wędrował po palestyńskich ścieżkach, aczkolwiek poznanym znacznie głębiej dzięki światłu zmartwychwstania?

Zasadniczy zarzut stawiany chrześcijaństwu mówi, że Jezus z Nazaretu był inny, niż przedstawia Go wiara Kościoła. Od czasów oświecenia zarzut ten pojawia się w kuszącym opakowaniu metodologicznym: Sapere aude! („Miej odwagę myśleć!”), co zdaje się sugerować, że ujęcie życia Jezusa musi być godne człowieka jako istoty myślącej.

Dziś, bez wątpienia, żyjemy na etapie „drugiego oświecenia”.

Człowiek współczesny jest nieco „schizofreniczny”, rozdarty między racjonalizmem i fideizmem. Teologia, zajmująca się Jezusem Chrystusem – czyli Logosem, który stał się człowiekiem – jest powołana do tego, by naświetlić wewnętrzny związek między wiarą i rozumem, doświadczeniem religijnym i badaniem historycznym. Jak bowiem w swoim „wykładzie ratyzbońskim” (12 IX 2006) mówił Benedykt XVI:

Nowożytny rozum naukowy (…) nosi w sobie (…) pytanie, które przerasta jego samego i jego możliwości metodologiczne. (…) Dla filozofii, a w odmienny sposób także dla teologii, wsłuchiwanie się w wielkie doświadczenia i przekonania tradycji religijnych ludzkości, zwłaszcza wiary chrześcijańskiej, jest źródłem poznania (…). Otwierać się odważnie na cały zakres możliwości rozumu, nie odrzucać jego wielkości – oto program, z jakim teologia, prowadząca refleksję nad wiarą biblijną, włącza się we współczesną debatę („L’Osservatore Romano”, wyd. pol., nr 11/2006).

W niniejszym opracowaniu pragnę naszkicować metodologię apologii Jezusa historycznego w kontekście niezwykle dynamicznego dzisiaj nurtu Third Quest (tzw. trzecie poszukiwanie). Scharakteryzuję zatem najpierw ten nurt wraz z jego korzeniami, a następnie wyłożę zasady wspomnianej apologii.

Poszukiwanie Jezusa historycznego

W latach 1774–1778 Gotthold E. Lessing wydał kilka fragmentów rękopisów, które pozostawił po sobie Hermann Samuel Reimarus, profesor języków orientalnych z Hamburga (Fragmente eines Ungenannten). W jednym z nich („O celu Jezusa i Jego uczniów”) Reimarus opowiedział się za odseparowaniem prawdziwego Jezusa historycznego od zafałszowanego, jego zdaniem, Chrystusa przepowiadanego przez Kościół. „Znajduję wielki powód – pisał – aby odseparować całkowicie to, co Apostołowie mówią w swoich pismach, od tego, co sam Jezus faktycznie mówił i czego nauczał”[1]. Czym był ten „wielki powód”, skoro Lessing zaczął nawet mówić o „okropnej, szerokiej czeluści”, oddzielającej „Jezusa historii” od „Chrystusa wiary Kościoła”? Otóż Jezus miał uczyć jedynie o sprawach moralnych i nadejściu ziemskiego królestwa Bożego. Dopiero gdy w Jerozolimie skrytykował żydowskie autorytety za to, że swym postępowaniem opóźniają przyjście tego królestwa, został aresztowany i skazany na śmierć. Jego okrzyk na krzyżu: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”, dobitnie świadczy o doznanej klęsce, bowiem zapowiadane przezeń królestwo nie nadeszło[2].

Jednak uczniowie Jezusa, wykorzystując istniejące w apokaliptyce żydowskiej przekonanie o podwójnym przyjściu Mesjasza (raz w upokorzeniu, a raz w chwale), wykradli Jego ciało i je ukryli. Potem, w dzień Pięćdziesiątnicy, poczęli głosić, że On zmartwychwstał, duchowo odkupił ludzkość i wkrótce przyjdzie ponownie[3].

Te prowokacyjne idee uruchomiły lawinę. W tworzonych z ogromną intensywnością racjonalistycznych żywotach Jezusa ich autorom nie chodziło wprost o atak na Nazarejczyka, ale o takie Jego przedstawienie, aby mógł zostać zaakceptowany przez ludzi oświeconych. Najsłynniejszy literacko-imaginacyjny wizerunek Jezusa stworzy Ernest Renan w książce Żywot Jezusa (1863). Rozbudzona fantazja tego pisarza koncentrowała się bardziej na życiu wewnętrznym Jezusa niż na Jego historycznej biografii. W konsekwencji, książka ukazuje dwa obrazy. W części pierwszej dominuje „słodka teologia miłości”:

Jezus jako twórca prawdziwego królestwa Bożego, królestwa cichych i maluczkich, to Jezus owych pierwszych, niczym nie zmąconych dni, kiedy głos Ojca rozbrzmiewał w jego duszy. Wtedy rzeczywiście przez kilka miesięcy, a może przez rok Bóg zamieszkał na ziemi. Głos młodego cieśli odezwał się nagle z niesłychaną słodyczą. Nieopisany urok bił z całej jego postaci, a najbliżsi poznać go nie mogli[4].

Gdy natomiast na święto Paschy Jezus poszedł do Jerozolimy i nie potrafił w ten sam sposób podbić serc ludzi z kół rządzących, przekształcił się w zdeterminowanego rewolucjonistę – tak rozpoczyna się jak gdyby druga część książki Renana[5]. Jezus, zdając sobie sprawę z tego, że wszedł na bardzo niebezpieczną ścieżkę, świadomie podjął decyzję, aby w Jerozolimie umrzeć za swoje przekonania:

Gdyby Jezusowi nie stawiano przeszkód, byłby się wyczerpał w walce z utopią. Bezwzględna nienawiść przeciwników zapewniła powodzenie jego dziełu i wycisnęła na nim pieczęć jego boskości. (…)

Mógł jeszcze uniknąć śmierci, ale nie chciał. Miłość, którą odczuwał dla swej misji, odniosła zwycięstwo. Zdecydował się wypić kielich aż do dna[6].

Dzięki temu po śmierci stał się „bardziej żywy niż za życia, (…) bardziej kochany niż w czasie ziemskiej pielgrzymki”[7].

Inną drogą poszedł David F. Strauss, który dostrzegł syntezę tego, co boskie, z tym, co ludzkie, nie w Jezusie jako jednostce, ale w całej ludzkości, w gatunku ludzkim. W dwutomowym dziele Das Leben Jesu kritisch bearbeitet (1835–1836), pragnął on obronić istotę chrześcijańskiej wiary za pomocą historyczno-krytycznego badania Biblii. Według niego ewangeliści nie byli ani dogmatykami, ani „oświeconymi” historykami, lecz żyli w „świecie mitycznym” i wyjątkową tożsamość Jezusa wyrazili za pomocą mitycznych terminów i obrazów. Mit nowotestamentalny to, zdaniem Straussa, przedstawienie w pojęciach historycznych ideału religijnego pierwszych chrześcijan czy w ogóle wszystkich ludzi:

Oto klucz całej chrystologii, iż wszystkie tytuły, które Kościół nadaje Chrystusowi, zamiast do indywiduum odnieść należy do idei, przy tym idei realnej (…). Zakładane dla indywiduum, dla Boga-człowieka, właściwości i funkcje, przypisywane przez naukę kościelną Chrystusowi, przeczą sobie, podczas gdy w Idei gatunku są ze sobą zgodne. Ludzkość jest zjednoczeniem obydwu natur, jest Bogiem, który stał się człowiekiem, duchem nieskończonym i ogołoconym ku skończoności, a zarazem skończonym i pamiętającym o swej nieskończoności. Jest dzieckiem widzialnej matki i niewidzialnego ojca: ducha i natury. Jest cudotwórcą, gdy w dziejach ludzkości duch coraz pełniej włada naturą, a ta sprowadzona zostaje do bezwolnego materiału jego działania. Jest bezgrzeszny, gdy bieg jej rozwoju jest właściwy, jako że nieczystość dotyka tylko jednostki, podczas gdy w gatunku i jego dziejach zostaje zniesiona. To właśnie ludzkość umiera, zmartwychwstaje i wstępuje do nieba, gdy wynik negacji jej naturalności stanowi coraz wyższe życie duchowe, a rezultat jej skończoności, rozumianej jako duch osobowy, narodowy bądź światowy, oznacza jej jedność z nieskończonym duchem nieba[8].

Wszystkie te teorie otwierały drogę do zanegowania historycznej egzystencji Jezusa. Wprawdzie teza taka została zgłoszona już przed Straussem, ale przedłożona w sposób nienaukowy nie wywołała w świecie większego echa. Poruszenie wzbudził dopiero Bruno Bauer, który stwierdził, że Jezus nigdy nie istniał, a chrześcijaństwo zawdzięcza swój początek Markowi ewangeliście[9]. Nic więc dziwnego, że w konsekwencji wzrósł sceptycyzm uczonych w odniesieniu do możliwości rekonstrukcji historii Jezusa niezależnie od wiary Kościoła.

Od końca XIX wieku zaczyna się w biblistyce rozróżniać między Jezusem historii a Chrystusem wiary. Rozróżnienie to, stanowiące tytuł jednego z dzieł Straussa (1865), szczególnie popularne stało się po publikacji przez Martina Kählera wykładu Der sogenannte historische Jesus und der geschichtlische, biblische Christus (został on wygłoszony w 1892 roku, a opublikowany cztery lata później). Zdaniem autora tego wystąpienia, „tak zwany historyczny Jezus” skrywa „prawdziwego Chrystusa wiary i historii”: „Wyznać Go jako Chrystusa, oznacza wyznać Jego wyjątkowe, supra-historyczne znaczenie dla całej ludzkości”[10].

Wpływ Rudolfa Bultmanna sprawił, że na pewien czas zaprzestano poszukiwań Jezusa historycznego. Uczony ten twierdził bowiem, że Ewangelie dotyczą przede wszystkim sytuacji pierwotnego Kościoła, a nie okoliczności życia Jezusa[11]. W związku z tym o Jezusie historycznym wiemy jedynie, że istniał[12]: „To, co napisano (…) o życiu Jezusa, o Jego osobowości, wewnętrznym rozwoju itp., jest – o ile nie są to krytyczne badania – fantastyczne i powieściowe”[13].

Przekonanie: nie wobec Jezusa (historycznego), tak wobec Chrystusa (wiary), wywołało opozycję, zarówno wśród katolików, jak i protestantów. Jednak największa reakcja na sceptycyzm Bultmanna przyszła ze strony jego uczniów, którzy ponownie podnieśli kwestie historyczne związane z Ewangeliami. Rozpoczęło się nowe, drugie poszukiwanie Jezusa historycznego (die neue Frage; the New Quest).

W październiku 1953 roku Ernst Käsemann wygłosił w Marburgu wykład Das Problem des historischen Jesus[14], w którym wskazał zarówno na konieczność, jak i możliwość poznania Jezusa historycznego. Inni uczniowie Bultmanna również nie podzielali sceptycyzmu swego mistrza. I tak Günther Bornkamm opublikował pierwszą postbultmannowską chrystologię w ujęciu całościowym: Jesus von Nazareth (Stuttgart 1956). Rozpoczyna ją zdanie: „Nikt nie jest już w stanie odtworzyć biografii Jezusa”[15]. Jednakże – dodawał Bornkamm – można bez wątpienia ustalić „dość dużo” faktów Go dotyczących: „Pierwotna tradycja o Jezusie jest przepełniona historią aż po brzegi”[16]. Amerykański reprezentant nurtu postbultmannowskiego James M. Robinson, wydając książkę A New Quest of the Historical Jesus (1959), mógł zatem stwierdzić, że „nowe poszukiwanie” stało się faktem; jest ono historycznie możliwe i teologicznie uzasadnione[17].

Third Quest

Z biegiem czasu okazało się jednak, że dotychczasowa procedura badawcza, zakładająca w samym punkcie wyjścia kościelny obraz Jezusa, „wyrywała” Założyciela chrześcijaństwa z Jego właściwego żydowskiego środowiska. W konsekwencji, przede wszystkim w krajach anglojęzycznych, zrodziła się kolejna, trzecia faza poszukiwania Jezusa historycznego – Third Quest. Jej twórcy i zwolennicy badają Jezusa z czysto historycznej perspektywy oraz, akcentując żydowskość Jezusa, określają Jego relację do judaizmu. I z pełnym optymizmem twierdzą, że dostęp do Jezusa historycznego możliwy jest na drodze „historii Palestyny, na tyle, na ile stanowi ona miejsce posługiwania Jezusa”[18]. Historyczne źródła są kryterium decydującym: „Wszystko musi być mierzone przez te źródła i każda myśl im poddana”[19]. Zdają się oni także ze zdwojoną siłą powtarzać słynną tezę Juliusa Wellhausena: „Jesus war kein Christ, sondern Jude” („Jezus nie był chrześcijaninem, lecz Żydem”)[20].

Jakie są wyniki tych poszukiwań? Nietrudno zauważyć, że z początku wizerunki Nazarejczyka znacznie odbiegały od chrystologicznej wiary Kościoła, później jednak niektórzy uczeni doszli do obrazu Jezusa bliższego ujęciu tradycyjnemu. Zdaniem Johna D. Crossana, Jezus przypominał cyników ze środowiska hellenistycznego.

Nie zachęcał do rewolucji politycznej, lecz ry­sował wizję rewolucji społecznej sięgającej najgłębszych i najbardziej niebez­piecznych warstw wyobraźni. Nie przywiązywał żadnej wagi do podziału na pogan i żydów, kobiety i mężczyzn, niewolników i wolnych, biednych i bogatych. Trudno nawet powiedzieć, aby atakował je w teorii; po prostu nie uznawał tych podziałów w praktyce. (…)

Wydaje się pewne, iż Jezus, stając prawdopodobnie pierwszy i jedyny raz w życiu wobec wspaniałości świątyni, dokonał symbolicznego aktu jej destrukcji, przekreślił jej uznaną funkcję pośredniczącą w imię królestwa Bożego, które nie wymaga pośrednictwa. Taki czyn, dokonany w wybuchowej atmosferze Święta Paschy, święta upamiętniającego wyzwolenie z egipskiego jarzma, wystarczyłby, aby władze religijne i polityczne skazały Go na ukrzyżowanie[21].

Według Crossana, żaden z uczniów nie wiedział, co stało się z ciałem Ukrzyżowanego. Narodziny chrześcijaństwa stanowią więc interakcję pomiędzy Jezusem historycznym i Jego zwolennikami. W najwcześniejszym etapie po ukrzyżowaniu Jezusa zaistniały dwie tradycje: Tradycja Życia [Jezusa] (galilejska) i Tradycja [Jego] Śmierci (jerozolimska). Ta pierwsza podkreślała Jego program społeczny, ta druga starała się zrozumieć ukrzyżowanie. W kontekście lamentu po stracie Jezusa wyrafinowani literaci posłużyli się proroctwami Starego Testamentu oraz modelem „ocalonej niewinności” i „wywyższonego męczeństwa”, aby pokazać, że Jezus ostatecznie zwyciężył. Św. Marek rozumie to zwycięstwo jako powtórne przyjście Jezusa, paruzję. W konsekwencji zmartwychwstanie należy pojmować w kategoriach trwałej obecności Jezusa w Jego absolutnie odmiennym trybie egzystencji. Natomiast w stworzonych przez św. Mateusza chrystofaniach chodzi jedynie o wskazanie przywódców w Kościele, mających pokierować sprawą Jezusa pomimo Jego śmierci[22].

Geza Vermes prezentuje Jezusa jako galilejskiego charyzmatyka: „Osobę Jezusa należy włączyć w nurt charyzmatycznego judaizmu pierwszego stulecia i uznać za najwyraźniejszy przykład dawnego chasydejczyka czy pobożnego”[23]. Reprezentował On w sposób niezwykle wzniosły „świętych mężów”, którzy swą nadprzyrodzoną moc czerpali z bezpośredniej, bardzo bliskiej relacji z Bogiem. „Religia Jezusa Żyda stanowiła rzadką, być może unikalną, manifestację skondensowanego eschatologicznego entuzjazmu”[24]. Magnetyzm charyzmatycznego Jezusa zainicjował po Jego śmierci „złożony proces spekulacji teologicznej, który w ciągu trzech stuleci zakończył się wyniesieniem cieśli z Nazaretu do rangi drugiej osoby Trójjedynego Boga, Trójcy Świętej”[25].

Ed P. Sanders prezentuje Jezusa jako proroka zaangażowanego w proces odnowy Izraela, której faktycznie dokonać miał niebawem sam Bóg. Uczony ten jest – jak sam twierdzi – „liberalnym  protestantem”, który chce „wyzwolić historię i egzegezę spod kontroli teologii”[26]. Jako jeden z pierwszych podjął się on w sposób metodyczny zadania określenia intencji i relacji Jezusa wobec judaizmu (Jesus and Judaism, 1985), a potem całościowo zajął się postacią Jezusa (The Historical Figure of Jesus, 1993). Jego zdaniem, Jezus uważał siebie „za mającego pełny autorytet, aby mówić i działać w imieniu Boga”[27].

Moim ulubionym terminem, który wyraża samorozumienie Jezusa, jest określenie „wicekról”. Bóg był królem, a Jezus reprezentował Go i miał reprezentować w przyszłym królestwie[28].

Tym, co w sposób niekwestionowany wyznacza wyjątkowość Jezusa, jest rezultat Jego życia i dzieła. (…) Osiągnęło [ono] swój punkt kulminacyjny w zmartwychwstaniu i powstaniu trwałego ruchu[29].

Sanders podkreśla jednak, że zmartwychwstanie nie stanowi fragmentu opowiadania o Jezusie historycznym, lecz należy do tego, co nastąpiło po Jego życiu. Zatem konsekwencji historyk nie dysponuje odpowiednimi narzędziami badawczymi, aby zrekonstruować, co się faktycznie zdarzyło w poranek wielkanocny i zostało odzwierciedlone w teologicznych narracjach paschalnych: „To, że uczniowie (a później Paweł) mieli doświadczenia zmartwychwstania, stanowi – wedle mego osądu – fakt. Natomiast, jaka rzeczywistość zrodziła te doświadczenia – tego nie wiem”[30].

W drugim okresie Third Quest – czyli właśnie teraz – zaczęto z większą uwagą przyglądać się nie tylko życiu i śmierci Jezusa, ale także Jego powstaniu z martwych[31], i od razu pojawiły się wizerunki Jezusa w decydującym stopniu zgodne z wiarą Kościoła[32]. Okazało się, że poprawna procedura badawcza musi utrzymywać owocne napięcie między Jezusem oddziałującym na wiarę pierwszych chrześcijan a Jezusem umieszczonym w odpowiednim kontekście judaistycznym. Im lepiej wykaże się zarówno Jego osadzenie w judaizmie, jak i oddziaływanie na pierwotne chrześcijaństwo, tym wiarygodniej odtworzy się wizerunek Jezusa historycznego.

Wpływ Jezusa na wiarę pierwszych uczniów nie skończył się wraz z Jego śmiercią, lecz znalazł swą intensyfikację w wydarzeniach paschalnych, przede wszystkim w zmartwychwstaniu owocującym zesłaniem Ducha Świętego. Tu znajduje się punkt wyjścia chrystologii fundamentalnej; wtedy właśnie z judaizmu zrodziło się chrześcijaństwo.

„Elipsa hermeneutyczna”

Hans-Georg Gadamer w Prawdzie i metodzie wskazuje na „krąg hermeneutyczny” jako „ontologiczny moment struktury rozumienia”[33]. Modyfikując nieco tę intuicję, w odniesieniu do poznania Jezusa należy mówić o „elipsie hermeneutycznej”, czyli kręgu o dwóch punktach ogniskowych: historii i wiary. Zapamiętana historia odsyła do doświadczenia wiary paschalnej, a wiara znów do historii; między obydwoma punktami istnieje nieusuwalne napięcie. W autentycznej chrystologii fundamentalnej wiara pierwszych chrześcijan musi odsyłać do ich wspomnień o Jezusie, a wspomnienia te powinny znajdować ostateczne wyjaśnienie w wierze zrodzonej po zmartwychwstaniu. Wiara paschalna, że Jezus jest Synem Bożym i Zbawicielem świata, pozwala dokonać ontycznego pogłębienia wspomnień o słowach i czynach Jezusa ziemskiego, kiedy stawiał się On na równi z Bogiem i zbawienie ludzi wiązał ściśle ze swoją osobą.

Zadanie teologii fundamentalnej sprowadza się dziś do pytania: Jak wykazać, że Chrystus ukazywany w wierze Kościoła jest tym samym Jezusem, który wędrował po palestyńskich ścieżkach, aczkolwiek poznanym znacznie głębiej dzięki światłu zmartwychwstania?

Pierwszy problem dotyczy źródeł. Za życia Jezusa napisano o Nim jedynie tabliczkę umocowaną do krzyża: „Król żydowski”. Jak mówi Hans Waldenfels:

Pisma Nowego Testamentu zostały sporządzone przez uczniów Jezusa i wierzących w Chrystusa po Zmartwychwstaniu. (…) Wraz z lekturą Pisma Świętego, zwłaszcza Nowego Testamentu, poddajemy się świadomie lub nieświadomie wpływowi ludzi, którzy uwierzyli w Jezusa ukrzyżowanego i zmartwychwstałego. Inaczej mówiąc: dostajemy się w obszar wpływu Kościoła (…). Ktokolwiek czyta Nowy Testament, nie może zasadniczo uwolnić się od jego paschalnej perspektywy – niezależnie od tego, w jakiej pozostaje do niej relacji, czy przyjmuje ją, czy też stara się uniezależnić od niej, czy po prostu treściowo zaprzecza. (…) Jeśli ktoś szuka w Piśmie Świętym Jezusa, spotyka Jezusa Chrystusa, to znaczy Jezusa jako Chrystusa, Jezusa z Nazaretu, tak jak był On w popaschalnej wspólnocie chrześcijańskiej widziany, rozumiany i uznawany[34].

Pierwsi uczniowie „spaschalizowali” w pewnym sensie życie Jezusa. Wskutek tego – zauważa Avery Dulles – Ewangelie nie są „fotografiami” Jezusa, lecz Jego „portretami”[35]. W Ewangeliach – dopowiada Adolphe Gesché – „Jezus jest przysłonięty, ale rozpoznawalny pod palimpsestem chrystologicznego wyznania”[36]. Popaschalne wspominanie Jezusa przez Jego uczniów kierowane jest mocą Ducha Świętego. Przez takie wspominanie pierwsi wierzący wkraczają w głębszy wymiar wydarzeń i dostrzegają to, czego na początku, patrząc na zewnętrzny fakt, nie mogli jeszcze dostrzec. Takie poznanie – podkreśla Benedykt XVI – „nie oddala jednak od rzeczywistości, lecz osiąga głębsze jej poznanie”[37].

Drugi z kolei problem dotyczy procedury dotarcia do Jezusa historycznego. Tym razem chodzi o proces „depaschalizacji” źródeł – ale taki, który nie traci z oczu późniejszej wiary paschalnej, stanowiącej klucz interpretacyjny życia Jezusa. Popaschalny i przed-Pawłowy hymn (Flp 2, 6–11) nie tylko ukazuje wiarę w bóstwo Jezusa, ale również podkreśla kenozę Jego ziemskiej egzystencji. Nie wolno zatem sądzić, że Jezus został w pełni rozpoznany już za życia; zresztą w momencie Jego aresztowania „opuścili Go wszyscy i uciekli” (Mk 14, 50). Wiara jest skutkiem Paschy, rodzi się w mocy Ducha Świętego, będącego pierwszym darem zmartwychwstałego Chrystusa, ale jednocześnie bazuje na historycznym wspomnieniu o Nim. Konieczne było „odejście” Chrystusa (śmierć), abyśmy mogli poznać Go głębiej: „Jeżeli nie odejdę, Paraklet nie przyjdzie do was. A jeżeli odejdę, to poślę Go do was” (J 16, 7). Apologię Jezusa należy rozpoczynać od zaprezentowania Jego zmartwychwstania, owocującego powstaniem chrześcijaństwa, a dopiero potem starać się odtworzyć obraz Jezusa historycznego. Gerd Theissen sugeruje, aby w procesie tej rekonstrukcji rozpoznać odrębność Jezusa w samym wnętrzu żydowskiego kontekstu i uchwycić Jego wpływ na powstanie wiary pierwszych chrześcijan[38]. Nicholas T. Wright określa tego typu procedurę mianem kryterium podwójnego podobieństwa i podwójnej różnicy (dotyczą one zarówno judaizmu, jak i chrześcijaństwa I wieku): dane źródłowe o Jezusie są historycznie wiarygodne, gdy pasują do obu kontekstów (judaizmu i chrześcijaństwa) i jednocześnie są względem nich specyficzne[39].

Wiarygodność zmartwychwstania

Nie ma żadnego naocznego świadka Chrystusowego powstania z martwych. Fakt ten został poznany na bazie dwóch znaków: odkrycia pustego grobu i chrystofanii. Jaka jest ich historyczna wiarygodność?

Poszukując historycznego jądra narracji o odkryciu pustego grobu, należy zwrócić uwagę na to, że żaden z ewangelistów na podstawie tego znaku nie próbuje argumentować o zmartwychwstaniu Jezusa. Św. Łukasz zaznacza wręcz, że słowa kobiet, które odkryły pusty grób, „wydały się Apostołom czczą gadaniną” (Łk 24, 11). Dopiero ukazywania się Zmartwychwstałego zrodzą faktycznie wiarę paschalną.

Jednak przeciwko próbie potraktowania relacji o odkryciu pustego grobu jako tworów czysto literackich przemawia przede wszystkim to, że głównymi postaciami są w nich kobiety, których świadectwo w kulturze żydowskiej tamtych czasów nie miało żadnej wartości prawnej. Gdyby zatem św. Marek wymyślił wydarzenia przez siebie opisane (por. 16, 1–8), nie uczyniłby kobiet głównymi świadkami odkrycia pustego grobu. „Od kobiet – pisał Józef Flawiusz – nie wolno przyjmować żadnych zeznań, ze względu na lekkomyślność właściwą ich płci”[40]. A jak zauważa Walter Kasper,

Najważniejszym argumentem, jaki przemawia za tym, że w relacji tej tkwi określone jądro historyczne, jest to, że tak stary, zakorzeniony w samej Jerozolimie przekaz, nie utrzymałby się tam nawet dzień, gdyby pusty grób nie był dla wszystkich uczestników czymś pewnym[41].

Nietrudno zatem skonstatować, że pierwsi chrześcijanie byli pewni, iż grób, w którym złożono Jezusa, jest pusty. Należy tylko postawić pytanie: dlaczego jest on pusty? Przeciwnicy twierdzili: gdyż ciało Jezusa wykradli uczniowie (por. Mt 28, 13), a ci, którzy weń uwierzyli, mówili: gdyż On zmartwychwstał. Ci pierwsi opierali się na perfidnie skonstruowanej plotce, ci drudzy – na darze Objawienia, czyli orędziu anioła (por. Mk 16, 6).

Św. Piotr, analizując Psalm 16 (a więc na płaszczyźnie nie historycznej, lecz teologicznej), argumentował, że ciało Jezusa nie uległo rozkładowi (por. Dz 2, 24–31). Zaś Hans Kessler wystarczająco dobrze wykazał, że ani z perspektywy ówczesnego judaizmu, ani tym bardziej z perspektywy dzisiejszej, zmartwychwstałe ciało nie wiąże się z biochemiczną substancją ziemskiego ciała; (…) zresztą w czasie naszego ziemskiego życia ta materialna substancja co siedem lat zmienia się prawie całkowicie, przez co nie gwarantuje ciągłości i tożsamości nawet doczesnemu ciału[42].

Prawda o pustym grobie nie stanowiła zatem koniecznego warunku zmartwychwstania, ale skoro została objawiona, wskazuje wierzącym, że zmartwychwstanie oznacza „wyjście” z grobu.

W Kościele pierwotnym kluczową rolę odgrywało nie tyle opowiadanie o odkryciu pustego grobu, ile świadectwa o chrystofaniach. Karl Rahner, umieszczając chrystofanie na płaszczyźnie historycznej recepcji Objawienia, stwierdza, że nie wolno ich zbyt mocno upodabniać ani do mistycznych wizji z czasów późniejszych, ani do doświadczeń czysto zmysłowych[43].

Analiza tekstów o zmartwychwstaniu (…) wykazuje, że są one świadome szczególnego charakteru doświadczenia paschalnego: jest ono dane „z zewnątrz”, nie jest wytworem człowieka; (…) wiąże się ściśle z Ukrzyżowanym wraz z Jego całą określoną indywidualnością i Jego losem, tak że ten właśnie los (a nie tylko pewna istniejąca osoba, której wcześniej przydarzyło się to czy tamto) jest doświadczany jako ważny i zbawiony; jest dane tylko w wierze, ale jednocześnie nadaje tej wierze jej podstawę i uzasadnia ją; nie można oczekiwać, że będzie się ono wciąż na nowo powtarzało, ale jest ono przypisane do określonego etapu historii zbawienia, i dlatego musi być z konieczności wciąż na nowo poświadczane wobec innych, tak że owym świadkom powierzone jest jedyne w swoim rodzaju zadanie. To zatem, co jest przez nich poświadczone, jest doświadczeniem sui generis, które różni się od doświadczeń religijnego entuzjazmu czy od doświadczenia zmysłowego, które mogą być pobudzone i powtórzone. (…) Można by powiedzieć, że „historycznie” [historisch] zmartwychwstanie Jezusa jest dla nas nieosiągalne i że jest dla nas dostępne tylko przekonanie Jego uczniów, że On żyje[44].

Choć w relacjach wielkanocnych dominuje język oddający widzenie, to jednak autorzy relacji biblijnych wyraźnie sygnalizują, że chrystofanie miały „charakter totalnie personalny”[45]. Odsłaniały eschatologiczne i chrystologiczne znaczenie Jezusa oraz wzywały odbiorców do szczególnej misji w historii zbawienia. Przed świadkami w jakiś sposób otwierał się przekraczający granice czasu i przestrzeni eschatologiczny wymiar rzeczywistości, w którym trwał zmartwychwstały i uwielbiony Chrystus. Chrystofanie oznaczają więc zetknięcie się transcendencji Boga z uwikłanym w czas i przestrzeń człowiekiem – i dlatego widzenie Zmartwychwstałego jest darem Bożej łaski.

Tylko tam można Go widzieć, gdzie On na to pozwala; tylko tam, gdzie otwiera oczy i gdzie serce godzi się na to otwarcie, tam tylko można rozpoznać w naszym śmiertelnym świecie oblicze wiecznej miłości, która przezwyciężyła śmierć, a w niej rozpoznać nowy, odmienny świat (…). Dlatego tak trudno ewangelistom – a nawet jest to wprost niemożliwe – opisać spotkania ze Zmartwychwstałym, dlatego tylko jąkają się, gdy o tym mówią. Wydaje się, że sobie samym przeczą, gdy chcą je przedstawić. W rzeczywistości są zadziwiająco zgodni w dialektyce swych wypowiedzi, w równoczesnym dotykaniu i niedotykaniu, w poznawaniu i niepoznawaniu, w całkowitej tożsamości Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego, w całkowitej Jego przemianie. Poznaje się Pana i nie poznaje się Go; można Go dotknąć, a przecież jest niedotykalny; jest ten sam, a przecież całkiem inny[46].

Trzeba zatem mówić o „tajemniczej naturze wielkanocnych ukazywań”, która – zdaniem Geralda O`Collinsa – „nie jest niczym innym jak tylko zwierciadłem unikalnej tajemnicy znajdującej się poza nimi, mianowicie chwalebnego zmartwychwstania ukrzyżowanego Jezusa”[47].

Zmartwychwstanie a judaizm

Czy zmartwychwstanie Chrystusa ma jakąś paralelę w judaizmie? W ramach Third Quest pozytywną odpowiedź na to pytanie próbuje dać Pinchas Lapide, autor książki Auferstehung. Ein jüdisches Glaubenserlebnis(1977). Judaizm zna „zniknięcie” Henocha i „wstąpienie do niebios” Eliasza; ponadto Biblia hebrajska relacjonuje kilka wskrzeszeń (mówi o nich także literatura rabiniczna) oraz poświadcza wiarę w powszechne wskrzeszenie umarłych[48]. W czasach Jezusa nauczały jej faryzejskie szkoły Hillela i Szammaja (por. Genesis Rabbah XIV i Leviticus Rabbah XIV). Pobożny Żyd wyznawał tę wiarę w codziennej modlitwie Osiemnastu Błogosławieństw, a stwierdzenie uczniów Jezusa, że ludzie uważają Go za „Jana Chrzciciela, Eliasza, Jeremiasza czy za jednego z proroków” (Mt 16, 14), dowodzi szeroko rozpowszechnionego przekonania o zmartwychwstaniu niektórych jednostek już teraz[49].

Lapide rekonstruuje następnie sytuację uczniów Jezusa po Wielkim Piątku. Pascha żydowska dostarczyła im przekonania, że nastąpiło wyzwolenie pod wodzą Mesjasza, który – według popularnych przekonań – miał się objawić właśnie w środku tej nocy. Tylko pobożni Żydzi mogli uwierzyć, że sprawa Jezusa nie skończyła się tragedią krzyża. Kiedy pod koniec I wieku ginął z rąk Rzymian mesjański pretendent rabbi Akiba, jego uczniowie usłyszeli głos z nieba: „Jesteś przeznaczony do życia w świecie przyszłym” (Berakhot 61b). Uczniowie Jezusa również „musieli” tego doświadczyć. Ich doświadczenie paschalne, możliwe jedynie w obrębie żydowskiej tradycji, oznacza, że Jezus żyje. Wizje uczniów mają więc autentyczny charakter, są faktycznymi doświadczeniami wiary[50].

Pinchas Lapide przyznaje, że był dotąd faryzeuszem w odniesieniu do wiary w powszechne zmartwychwstanie umarłych i saduceuszem w stosunku do zmartwychwstania Jezusa; teraz, po głębszej analizie, wyrzeka się swego saducejskiego przekonania[51]. Orędzie o zmartwychwstaniu Jezusa – mówi – „jest zasadniczo midraszem mesjanicznym pierwotnej wspólnoty Jezusa, który zrodził się z wierności wobec miłującej sprawiedliwości Boga i wiary w Jezusa jako posłanego przez Boga głosiciela zbawienia”[52].

Jak odpowiedzieć Lapidemu? Nie wnikając w niuanse samej koncepcji zmartwychwstania, wystarczy wskazać, że pierwsi uczniowie w świetle wydarzeń paschalnych wyznają przede wszystkim bóstwo Jezusa Chrystusa, a nie tylko wywyższenie męczennika – i to jest różnica jakościowa.

Nietrudno zauważyć, że ewangeliści opisują wydarzenia wielkanocne jako „teofanię trynitarną”: „wskrzeszenie umarłego Syna zostaje przypisane bezpośrednio działaniu Ojcu, a w najściślejszym związku z tym wskrzeszeniem znajduje się wylanie Boskiego Ducha”[53]. W narracjach wielkanocnych pojawiają się wyraźne komponenty teofanijne: anioł i trzęsienie ziemi, grób i odwalony kamień, światłość i ciemność, bojaźń i radość, poznanie i nieuchwytność. W mroku pustego grobu, w świetle chrystofanii i mocy Ducha Świętego pierwsi chrześcijanie dostrzegają oczyma wiary boski blask Jezusa. To jest ten sam Mistrz, z którym wędrowali razem po palestyńskich ścieżkach i ich wspomnienia z tego okresu są w nich wciąż żywe. Teraz naśladowanie Jezusa staje się Jego boskim uwielbianiem.

„Depaschalizacja” źródeł

Dokonując „depaschalizacji” świadectw biblijnych w celu odnalezienia Jezusa historycznego, należy pamiętać o „elipsie hermeneutycznej”. Uczniowie Jezusa zapamiętali Jego życie i dlatego mogli rozpoznać Go jako Zmartwychwstałego; jednocześnie jednak wiara paschalna pozwalała im głębiej zrozumieć Jego życie. W życiu Jezusa najbardziej pewne jest to, że głosił On orędzie o królestwie Bożym (por. Mk 1, 15). Zwrot „królestwo Boże” (gr. basileia tou theou) wraz z treściowymi ekwiwalentami (np. „królestwo niebieskie”) występuje  w Ewangeliach 122 razy, z czego 90 razy w wypowiedziach Jezusa[54]. On nie tylko uważał, że przychodzące królestwo jest nierozerwalnie związane z Jego osobą, ale również twierdził, iż to, jak ludzie się do Niego odnoszą, zadecyduje o ich ostatecznej relacji z Bogiem (por. Łk 12, 8). Punktem kulminacyjnym autoprezentacji Jezusa jest Jego odnoszenie się do Boga.

Dla zrozumienia Jezusa zasadnicze znaczenie mają powtarzające się wzmianki, że udawał się On „na górę” i tam całymi nocami modlił się, pozostając „sam” z Ojcem. Te lakoniczne wzmianki uchylają rąbka tajemnicy i pozwalają wniknąć w synowską egzystencję Jezusa, w istotne źródło Jego działania, nauczania i cierpień[55].

W kontekście relacji z Bogiem Jezus oddziela się wyraźnie od innych osób, stosując rozróżnienie „Ojciec mój”i „wasz” (por. J 20, 17: „Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego”. Wskazuje ono na inne (ontyczne) synostwo Boże Jezusa i inne (przybrane) synostwo uczniów (por. Ga 4, 6; Rz 8, 15). Jezus sytuuje się na równi z Bogiem. Jego słowa i czyny znajdują swe ostateczne wyjaśnienie w tej unikalnej relacji z Ojcem (Abba).

Konkluzja

Syn Boży, który stał się człowiekiem, musi być „paralelny” w stosunku do ludzi. Jednakże Jego zasadnicza „nowość” – relacja do Ojca i do zbawienia ludzi – nie ma już żadnej paraleli. Ta „nowość” może być wykazana przy zastosowaniu procedury naukowej, która uwzględnia zarówno badanie historycznie, jak i doświadczenie wiary paschalnej („elipsa hermeneutyczna”), nigdy zaś za pomocą samych dociekań historycznych. Ostatecznie tylko ten jest w stanie uprawiać apologię Jezusa, kto uznaje się za Jego przyjaciela: Nemo nisi per amicitiam cognoscitur. Trzeba być przyjacielem osoby, którą chce się naprawdę poznać; trzeba być przyjacielem Jezusa, aby Go poznać i skutecznie bronić. Ewangeliści, którzy przez wiarę stali się przyjaciółmi Jezusa, chcieli z jednej strony nie naruszyć przekazu naocznych świadków Jego życia, z drugiej zaś – podzielić się z innymi tą wiarą, którą otrzymali w darze od Ojca, zmartwychwstałego Syna i Ducha Świętego.

KS. MAREK SKIERKOWSKI, dr hab., teolog fundamentalny, pracownik Wydziału Teologii UKSW.

Bibliografia pod poniższym linkiem:

http://www.miesiecznik.znak.com.pl/10499/calosc/apologia-jezusa-historycznego-kilka-uwag-metodologicznych

ZOBACZ TAKŻE–> https://znanichrzescijanie.wordpress.com/2014/11/01/zarzuty-jezus-historyczny-nie-jest-jezusem-wiary/

science_and_christianity

Do XIX wieku włącznie zdecydowana większość wybitnych naukowców była chrześcijanami. Czy był to jednak dowód na to, że chrześcijaństwo albo istnienie Boga jest prawdą? Oczywiście nie. Naukowcy badają świat przyrodzony i z definicji nie są w stanie odpowiedzieć na pytanie czy Bóg – a więc świat nadprzyrodzony – istnieje. Wbrew pozorom ich zdanie na ten temat nie ma dużo większej wartości niż zwyczajnego zjadacza chleba. Co jednak zrobić z faktem, że najwięksi uczeni w historii świata byli chrześcijanami? Jak bym był ateistą, to bym nic z tym nie zrobił, bo to prawie o niczym nie świadczy. Są jednak tacy, którzy źle się z tym czują i wysuwają zarzut, że Newton i reszta ferajny wierzyła po prostu dlatego, bo wtedy prawie wszyscy wierzyli. W skrócie ich wiara była tylko i wyłącznie kwestią wychowania i tradycji, a także czasami chęcią uniknięcia wrogości ze strony zdecydowanej większości, która była wierząca. Mogli więc również udawać dla świętego spokoju. Jak jednak sprawdzić, czy ktoś wierzy prawdziwie, a nie udaje bądź „wierzy” ze wyglądu na tradycję? Myślę, że bardzo łatwo. Wystarczy spojrzeć choćby na prywatne listy czy całość życia danego uczonego, aby przekonać się, że chrześcijańska wiara takiego człowieka stanowiła centrum jego życia.

Trochę statystyk. Rodney Stark – socjolog religii – zidentyfikował 52 osoby, które w największym stopniu przyczyniły się do rewolucji naukowej. Następnie zbadał źródła biograficzne dotyczące tych naukowców, aby odkryć ich poglądy religijne. W taki sposób odkrył, że wśród całej badanej próby, tylko dwóch było sceptykami (Paracelsus i Edmund Halley).

Stark następnie pozostałych 50 podzielił na dwie grupy. Pierwsza to ci, którzy w niczym nie wyróżniali się w swojej postawie religijnej od reszty wierzącego społeczeństwa. Druga grupa, to natomiast ci, którzy byli w swojej wierze „gorliwi” (ich własne pisma wyrażają silne zaangażowanie osobiste). Wyniki badań pokazują, że u ponad 60 procent z tych 50 wierzących naukowców wiara stanowiła centrum ich życia, a nie kwestie tradycji [1]. Poniżej tylko mała próbka:

JAN KEPLER

Fragment z dedykacji do Prodromus dissertationum cosmographicarum continens mysterium cosmographicum (1596r.)”

Chodzi tu o księgę przyrody, którą Pismo Święte tak mocno chwali. Paweł prezentuje ją poganom, by mogli w niej oglądać Boga, jak słońce w wodzie lub lustrze. Dlaczego zatem my, chrześcijanie, mamy w mniejszym stopniu czerpać przyjemność z tego oglądania, wszakże naszym zadaniem jest wielbić Boga prawdziwie, czcić Go i podziwiać? Nasz podziw jest tym głębszy, im lepiej poznajemy wielkość tego, co stworzone. Zaprawdę, ileż hymnów śpiewał Dawid, prawdziwy sługa Boży, Stwórcy, prawdziwemu Bogu! Natchnienia dostarczała mu do tego pełna podziwu obserwacja niebios. „Niebiosa opowiadają chwałę Boga,” powiedział. Będę oglądał Twoje niebo, dzieło Twoich rąk, księżyc i gwiazdy, które stworzyłeś. „Wielki jest Pan nasz i potężny w mocy; wyznacza liczbę gwiazd, wszystkim nadaje imiona.”

W innym miejscu [Dawid] pełen Ducha Świętego i świętej radości wykrzykuje do wszechświata: „chwalcie Go, słońce i księżycu, chwalcie Go, gwiazdy świecące!” Czy niebo i gwiazdy mają głos? Czy mogą chwalić Boga, tak jak ludzie? Tak – powiadamy – one chwalą Boga w ten sposób, że dają człowiekowi natchnienie do chwalenia Boga. Na kolejnych stronach rozwiązujemy niebiosom i przyrodzie język i pozwalamy ich głosowi głośniej się rozlegać; i gdy czynimy to, niech nikt nas nie posądza o próżny i niepotrzebny trud.”

Źródło: J.Kepler, Life and letters, New York: Philosophical Library 1951,126.

BLAISE PASCAL

Fragment z Pamiątki (około 1654 r.)

„Bóg Abrahama, Bóg Izaaka, Bóg Jakuba,
a nie filozofów i uczonych.(…)
A to jest życie wieczne, aby poznali Ciebie, jedynego
Boga prawdziwego
i Tego, któregoś posłał, Jezusa Chrystusa.
Jezusa Chrystusa.
Jezusa Chrystusa.
Rozłączyłem się z Nim, odstąpiłem Go, wyparłem się,
ukrzyżowałem.
Obym nigdy nie został z Nim rozłączony!
Ten tylko Go zachowa, kto idzie drogą wskazaną w Ewangelii.”

Źródło: Myśli, tłum. T.Boy-Żeleński, Warszawa: Pax 1972, 283-6, 322.

Fragment z Myśli

„Gdyby człowiek był przekonany, że proporcje liczb to są prawdy niematerialne, wieczne i zależne od pierwszej prawdy, w której istnieją, a którą nazywamy Bogiem, nie uważałbym, aby o wiele się posunął na drodze zbawienia.

Bóg chrześcijan to nie jest wyłącznie twórca prawd geometrycznych i ładu żywiołów; (…) Ale Bóg Abrahama, Bóg Izaaka, Bóg Jakuba, Bóg chrześcijan – to Bóg miłości i pociechy; to Bóg, który napełnia duszę i serce tych, których posiada; to Bóg, który daje im czuć ich nędzę i swoje nieskończone miłosierdzie; który zespala się z treścią ich duszy; który napełnia ją pokorą, weselem, ufnością, miłością; który czyni ich niezdolnymi do innego celu prócz niego samego. (…)

Bez Chrystusa świat by nie istniał; trzeba by mu albo się rozpaść, albo stać się jakoby piekłem.

Gdyby świat istniał po to, aby pouczyć człowieka o Bogu, boskość jego jaśniałaby ze wszech stron w niewątpliwy sposób; ale ponieważ istnieje jedynie przez Chrystusa i dla Chrystusa, i dla pouczenia ludzi i o ich skażeniu, i o ich odkupieniu, wszystko jaśnieje dowodami tych dwu prawd.

To, co widzimy w świecie, nie wskazuje zupełnego braku, ani jawnej obecności bóstwa, ale obecność Boga, który się ukrywa. Wszystko nosi to znamię.”

Źródło: Rozprawy i myśli, tłum. M. Tazbir, Warszawa: Pax, 1962, 77-8.

IZAAK NEWTON

Fragment z Jezus Chrystus (rękopis)

„Bóg uczynił świat i rządzi nim w niewidzialny sposób, a nam nakazał kochać i wielbić Jego, a nie żadnego innego boga;
(…) Tą samą mocą, jaką dał życie najpierw każdemu gatunkowi zwierząt, jest On w stanie wzbudzić zmarłego do życia i tą samą mocą wzbudził do życia Jezusa Chrystusa, naszego Zbawcę, który wstąpił do nieba,”

Fragment z Krótki zarys prawdziwej religii (rękopis)

„Przeciwieństwem pobożności jest ateizm w wyznaniu i bałwochwalstwo w praktyce. Ateizm jest tak bezsensowny i odpychający dla ludzkości, że nigdy nie miał wielu wyznawców. Czyż może być przypadkiem, że wszystkie ptaki, zwierzęta i ludzie mają prawą i lewą stronę podobnie ukształtowaną (prócz jelit); tylko dwoje oczu, nie więcej, po obu stronach twarzy; i nos z dwiema dziurkami; (…) Czy przypadkowe siły wiedzą, że było światło i jaka była jego refrakcja i dostosowały oczy wszystkich stworzeń w najbardziej osobliwy sposób by uczynić z tego użytek? Te i temu podobne rozważania zawsze decydowały i będą decydować, że ludzkość wierzy, że istnieje Istota, która wszystko stworzyła i wszystko ma pod swoją kontrolą, dlatego należy mieć dla niej respekt. (…)

Powinniśmy więc uznać jednego Boga, nieskończonego, wiecznego, wszechobecnego, wszechwiedzącego, Stwórcę wszystkich rzeczy, najmędrszego, najsprawiedliwszego, najświętszego.”

Źródło: D. Brewster, Memoris of the life, writings, and discoveries of Sir Isaac Newton, Edinburgh 1850, 347-8, 354.

ANDRE MARIE AMPERE

Fragment z Oczy zwrócone ku Bogu (wrzesień 1805 r.)

„Nie wierz swemu duchowi, gdyż oszukał cię on tak często! Jakżeż mógłbyś jeszcze na niego liczyć? Gdy usiłowałeś zostać filozofem, poczułeś, jak próżny jest ten duch, który składa się z pewnej zdolności do produkowania wspaniałych pomysłów. Dziś, gdy pragniesz zostać chrześcijaninem, czyż nie odczuwasz, że nie ma dobrego ducha poza tym, który pochodzi od Boga? (…)

Szczęśliwy ten, który się rozdziewa, by zostać odzianym! Kto depcze próżną mądrość by posiąść mądrość Bożą, kto gardzi tym duchem, którego świat poważa. Nie upodabniaj swych myśli do myśli świata, jeśli chcesz, by upodobniły się one do prawdy. (… )

Czymże są te wszelkie nauki, wszelkie rozumowania, wszelkie odkrycia geniuszy, wszelkie szerokie koncepcje, które świat podziwia i których osobliwością tak łapczywie się karmi? Prawdę mówiąc niczym więcej, jak czystymi marnościami.

Badaj zatem, lecz bez zbytniej gorliwości.

Niech zapał już w połowie wygasły w twej duszy służy ci w sprawach mniej błahych. Nie zużywaj go na podobne marności.

Zważaj, byś się nadmiernie nie zajmował nauką, jak ongiś czyniłeś. Pracuj w duchu modlitwy. Badaj sprawy tego świata, jest to twoim obowiązkiem; lecz patrz na nie jednym tylko okiem; drugie oko powinno być cały czas nakierowane na wieczne światło. Słuchaj uczonych, lecz słuchaj ich jednym tylko uchem. Niech drugie ucho będzie ciągle gotowe na usłyszenie słodkiej tonacji głosu twego niebiańskiego przyjaciela.

Pisz jedną tylko ręką. Drugą ręką trzymaj się szaty Boskiej jak dziecko, które trzyma się szaty swego ojca. Bez tego środka ostrożności niechybnie roztrzaskasz swą głowę o kamień. Obym ciągle pamiętał o tym, co powiedział święty Paweł: ci, którzy używają tego świata winni żyć tak, jakby go nie używali. Oby ma dusza już dziś odpoczęła zjednoczona w ten sposób z Bogiem i Jezusem Chrystusem.

Błogosław mnie mój Boże.”

Źródło: Journal et correspondance d’André-Marie Ampere, Paris 1872, 351-3, 323-4.

MICHAŁ FARADAY

Fragment z O przebudzeniu (1859 r.)

„Przebudzenia nie powinny kłopotać chrześcijanina, którego Bóg uczy (przez swoje Słowo i Ducha Świętego), by ufać w obietnicę zbawienia dzięki dziełu Jezusa Chrystusa. Znajduje on wskazówki w Słowie Bożym i przekazuje w ręce Boże opiekę nad swą duszą. Nie szuka żadnej pewności poza tym, co daje mu Słowo i jeśli jego umysł męczy obawa i atakujący go strach, to powinien iść w modlitwie nie gdzie indziej, jak do tronu łaski i do Pisma. (…)

Zgodnie z Boską obietnicą Słowo to posłane jest na cały świat. Wszelkie powołanie i wszelka obietnica uczyniona jest za darmo każdemu człowiekowi, do którego Słowo to dociera. Żadne przebudzenie i żadna chwilowa nauka nie wdziera się pomiędzy nie a niego. Ten, kogo uczy Duch Święty, nie potrzebuje tłumu ani przebudzenia, by zostać pouczonym; jeśli jest on sam, zostanie pouczony w pełni, gdyż Pocieszyciel (Duch) otrzymuje od Chrystusa i przekazuje Jego ludowi.”

Fragment z Listu do siostrzenicy, Caroline Deacon (1859 r.)

„I choć myślenie o śmierci nasuwa myśl o sądzie – i to jest o wiele ponad wszelkie kłopoty wypływające z zerwania ziemskich tylko więzów – nasuwa ono chrześcijaninowi również myśl o Tym, który umarł, był osądzony i zmartwychwstał dla usprawiedliwienia tych, którzy wierzą w Niego. Choć obawa przed śmiercią może być wielką ideą, nadzieja życia wiecznego jest o wiele większą. Jeszcze większe jest stwierdzenie użyte przez apostoła w tych oto porównaniach. Choć grzech panował przez śmierć, o wiele większa jest nadzieja życia wiecznego przez Jezusa Chrystusa. (…)

Jak widzisz, gawędzę z tobą jak gdyby me myśli wylewały się przed nami na papier, i tak to wygląda. Moje ziemskie zdolności wymykają mi się dzień za dniem. To szczęście dla nas wszystkich, że nie kryje się w nich prawdziwe dobro. W miarę, jak odpływają, niech pozostawią nas jak małe dzieci ufających Ojcu łask i przyjmujących Jego niewypowiedziany dar.”

Źródło: B. Jones, The life and letters of Faraday, London: Longmans & Green 1870, t.II,428-30,431-3.

LORD KELVIN (William Thomson)

Fragment z Wykład wstępny do kursu filozofii naturalnej(1864 r.)

„Lecz choć chlubimy się postępem w doskonaleniu nauk przyrodniczych, nie powinniśmy zapominać wrażenia, jakie powinno robić w naszym umyśle prawdziwe badanie przyrody i powinniśmy pamiętać, że im lepszą wiedzę uzyskujemy o wspaniałych dziełach Bożych, tym silniejsze jest nasze odczucie podziwu i uwielbienia w kontemplowaniu ich i w próbie przybliżenia się do ich Autora. W czasach, gdy trudno byłoby powiedzieć, że astronomia istniała jako nauka, psalmista wykrzyknął: „gdy oglądam niebo Twoje, dzieło palców Twoich, księżyc i gwiazdy, które Ty ustanowiłeś: czymże jest człowiek, że o nim pamiętasz, lub syn człowieczy, że go nawiedzasz?”

Jakże pomaga to duchowi pokornej wdzięczności, gdy pozwolono nam badać, choć w sposób niedoskonały, prawa, zgodnie z którymi zostały stworzone niebiosa.

Gdy pojmiemy bezmiar tej części stworzenia, o której nieco wiemy, i uznamy to za nieskończenie małą cząstkę całego wszechświata, jakże nieznaczącą istotą musi się poczuć i jakże wdzięczny powinien być Bogu człowiek, o którym Bóg pamięta i nawiedza go, jakże wdzięczny za dary i nieustająca opiekę Stwórcy wszystkich rzeczy.”

Źródło: S.P. Thompson, The life of William Thomson, London: Macmillan 1910, 246, 250-1, 1098.

JAMES CLERK MAXWELL

Modlitwa (znaleziona wśród jego papierów)

„Boże Wszechmocny, który stworzyłeś człowieka na swe podobieństwo i uczyniłeś go duszą żywą, by mógł Cię poszukiwać i panować nad wszelkim stworzeniem, ucz nas badać dzieła rąk Twoich, byśmy mogli poddać sobie ziemię i wzmocnij nasz umysł, by Ci służył, byśmy mogli przyjąć Twe błogosławione Słowo, byśmy mogli uwierzyć w Tego, którego posłałeś, by dał nam wiedzę o zbawieniu i przebaczeniu naszych grzechów. O wszystko to prosimy w imieniu Jezusa Chrystusa, Pana naszego.”

Fragment z Listu do Miss Katherine M. Dewar (1858 r.)

„Sądzę, że im bardziej wkraczamy w dzieło Chrystusowe, tym więcej miejsca będzie miał On w nas dla dokonania swego dzieła, gdyż On zawsze pragnie byśmy byli tacy, z kim mógłby stanowić jedno. Nasze wielbienie Go jest natury społecznej i Chrystus znajduje się tam, gdzie jest dwóch lub trzech zgromadzonych w Jego imię.”

Fragment z Listu do żony(1864 r.)

„Znów czytałem 1 List do Koryntian 13. Myślę, że opis miłości Bożej jest jeszcze jednym magnesem dla naszego życia – by pokazać, że jest to jedna rzecz, która nie istnieje w częściach, lecz jest doskonała w swej istocie i dlatego nie należy jej się wyrzekać. (…) Przeczytaj również 1 Jana 4, od wiersza 7 do końca; lub, jeśli pragniesz, cały list Jana oraz Marka 12,28.”

Fragment z Listu do żony (1864 r.)

„Pomyśl, co Bóg ma dla tych, którzy podporządkowali się Jego sprawiedliwości i chcą otrzymać Jego dar. (…) Rozpocznijmy od zaprzestania zamartwiania się o sprawy ziemskie i skoncentrujmy się na sprawiedliwości Bożej i Jego królestwie, a wówczas o wiele jaśniej zobaczymy nasze ziemskie sprawy i będziemy w stanie radzić sobie z pomocą Tego, który zwyciężył świat.”

Źródło: L. Campbell, W. Garnett, The Life of James Clerk Maxwell, Macmillan 1882, 309-310, 312, 323, 328-9, 338-340.

[1] Rodney Stark, For the Glory of God: How Monotheism Led to Reformations, Science, Witch-Hunts, and the End of Slavery (Princeton, NJ: Princeton University Press, 2003), pp. 160-163, 198-199.

http://biblest.com.pl/instytut/NAUKA/nauka_2.html

ignacy_loyolaCO NAUKA ZAWDZIĘCZA JEZUITOM (TOWARZYSTWO JEZUSOWE)

Duża ilość członków zakonu łączyła religie z pracą naukową. Niektórzy z nich, mieli wkład w rozwój nauki. Wyróżniali się miedzy innymi w takich dziedzinach jak astronomia, matematyka i sejsmologia, którą czasem nazywano „jezuicka nauka”. Wiele osób z zakonu takich jak Maksymilian Hell, Johann Schreck, Gyula Fenyi, Albert Crutz, Jacques de Billy, Orazio Grassi, Christoph Clavius, Giovanni Battista Zupi czy Franz de Paula Triesnecker byli astronomami, którzy przyczynili się rozwoju wiedzy na temat kosmosu. Byli odkrywcami takich zjawisk jak zaćmienie, okultacje, obieg planet wokół słońca, wpływ księżyca na zjawisko pływów, atmosferę Jowisza czy plam na słońcu. Międzynarodowa Unia Astronomiczna nazwała od ich imion kilka kraterów i rowów na księżycu za uznanie ich osiągnięć.

Zakon ma również zasługi w rozwoju Fizyki, przez historyków są opisywani jako Ci którzy „wnieśli największy wkład w rozwój fizyki eksperymentalnej w XVII wieku”.[1] Jezuici przyczynili się do rozpowszechnienia zegarów wahadłowych, barometrów, teleskopów zwierciadlanych i mikroskopów, co stwierdził Jonathan Wright. Mają oni również wkład w rozwój wiedzy o magnetyzmie i optyce, elektryczności i biologii. Jednym z najwszechstronniejszych uczonych wszech czasów był Athanasius Kircher, a Ruder Josip Baskovic – prekursorem geometrii nieeuklidesowej i teorii względności.

Pod koniec XVIII wieku prowadzili siedemset szkół średnich i wyższych na pięciu kontynentach oraz kształcili około 20% Europejczyków odbierających klasyczną edukację.[2]

Działający na dalekim wschodzie i w Ameryce łacińskiej jezuiccy misjonarze nie ograniczali się do posługi religijnej. Członkowie Towarzystwa, tacy jak na przykład Lorenzo Hervás y Panduro, Jean-François Gerbillon, Claude de Visdelou, Sabatino de Ursis, Diego de Pantoja, Joachim Bouvet, Jean Joseph Marie Amiot czy José de Acosta dogłębnie badali przyrodę, geografie, kulturę i historie krajów w których mieszkali. Bardzo ważnym było to, że rozpowszechniali tą wiedzę w gronie elit europejskich. Dzielili się również osiągnięciami Europy w krajach misyjnych, przyczyniając się do ich rozwoju. Najbardziej doceniali ich władcy Chin, którzy chętnie powierzali im funkcje na dworze. (mandaryn Johann Adam Schall von Bell).

Patricia Buckley Ebrey podaje iż Jezuici w Chinach, byli uważani za specjalistów w dziedzinie astronomii, kalendarza, matematyki, geografii i hydrauliki.[3]

———————————

[1] Lindberg David C., Numbers Ronald Leslie, God and nature. Historical essays on the encounter between Christianity and science, Berkeley, California: University of California Press, 1986.

[2] Chris Lowney, Heroiczne przywództwo. Tajemnice sukcesu firmy istniejącej ponad 450 lat, Wydawnictwo WAM.

[3] Buckley Ebrey Patricia, The Cambridge Illustrated History of China, Cambridge, New York and Melbourne: Cambridge University Press, 1996.

LISTA JEZUITÓW-NAUKOWCÓW–> http://en.wikipedia.org/wiki/List_of_Jesuit_scientists

ZOBACZ–>https://znanichrzescijanie.wordpress.com/2015/01/22/kosciol-katolicki-hamowal-rozwoj-nauki/

A TAKŻE–> https://znanichrzescijanie.wordpress.com/2015/01/23/zarzuty-kosciol-katolicki-hamowal-rozwoj-nauki-cz-ii/

1024px-Studying_astronomy_and_geometry

Pewien profesor historii zdobił zwykle swe wykłady takimi uwagami: „Księża są do niczego! Od wieków nienawidzili oni wiedzy, sztuki, a kochali zawsze wstecznictwo i ciemnotę”.

Raz po wykładzie przyszedł do niego student, dobry i zdolny chłopiec, który nie dał się łatwo zbić z tropu.

– Panie profesorze – rzekł – czy nie byłby pan tak dobry rozwiązać mi kilka wątpliwości, które mną owładnęły od chwili, gdy słucham pańskich wykładów?

– Dlaczego nie, kochany przyjacielu! Bardzo chętnie! O cóż to chodzi?

– Tylko kilka pytań, panie profesorze! Kto zachował nam dzieła starych klasyków? W jaki sposób nie zginęły one, gdy za czasów średniowiecza barbarzyństwo zalało cały świat kulturalny?

– Mnisi poodpisywali je w swych klasztorach i tym sposobem zdołali je uratować.

– Mnisi?

– Tak, mnisi, zwłaszcza benedyktyni.

– Ach te klechy! Więc to oni poodpisywali stare kodeksy i w ten sposób dla nas je uratowali! Musiała to być wielka i żmudna praca? No i naturalnie niejeden nabawił się suchot wśród pyłu bibliotecznego? Nie inaczej! Prawda, to było jeszcze wtenczas, gdy głowy panujące nie umiały się nawet podpisać? Dziwne, zaiste, czasy! I dziwni, zaiste, ci mnisi, że mieli ochotę przepisywać literę po literze z Liwiusza, Cezara, Cycerona, Wirgiliusza itp. A jak te kodeksy wyglądają? Starannie pisane, jak malowane, a inicjały – to istne dzieła sztuki! Przemierzłe klechy!

Po chwili znów drugie pytanie:

– Czy to prawda, że bez nich nie mielibyśmy także Kolumba ani Vasco De Gama? Pewien bowiem mnich, niejaki Fra Mauro, jak powiadają, narysował w roku 1450 ową sławną mapę, którą następnie posługiwał się Kolumb.

– Tak, to prawda, ale taka mapę mógłby narysować także kto inny.

– To się rozumie! Dlaczego by tylko klechom miały przychodzić takie pomysły?

– Czytałem też, panie profesorze, że zamiast niezgrabnych rzymskich cyfr, pewien papież wprowadził w arytmetyce cyfry arabskie.

– Papież Sylwester II. Byłby to uczynił kto inny! Cóż, kiedy papieże zawsze i wszędzie naprzód się pchali!

– Powiadają także, iż lunetę i teleskop też jakiś ksiądz wynalazł. Lecz może to nieprawda? Księża zawsze lubią przyswajać sobie różne rzeczy!

– Nie, to prawda. Franciszkanin Roger Bakon wymyślił te instrumenty.

– A, to przeklęty Bakon! Kiedy on żył właściwie?

– Umarł w roku 1294.

– Był wcześnie już postępowym, prawda?

– A jeszcze coś! Wszak to ksiądz pierwszy udowodnił, że słońce stoi, a ziemia się obraca?

– Tak, Mikołaj Kopernik.

– Przepraszam pana profesora. Dlaczego nazywają wiek, w którym wiedza, sztuka i literatura najwięcej kwitły, złotym wiekiem Leona X?

– Bo papież Leon X był prawdziwym protektorem uczonych, artystów owego czasu.

– Co, papież protektorem cywilizacji?

– Ej, zdaje mi się, mój chłopcze, że sobie ze mnie kpisz!

– Skądże! To wszystko są tylko wątpliwości, nieznośne wątpliwości! Chętnie bym klechom chciał przypiąć łatkę, że są i byli zawsze wstecznikami, lecz te wątpliwości nie dają mi spokoju. Czy prawda, panie profesorze, że pierwsze szkoły ludowe bezpłatne stworzył de la Salle?

– Tak jest, Francuz de la Salle!

– Ksiądz?

– Ksiądz!

– I że pierwszym, który się zajął głuchoniemymi, był Hiszpan ksiądz Pedro de Ponce, a po nim de l’Epée?…

– Niech się pan nie gniewa, panie profesorze! Cóż ja temu winien, że klechy w historii nie dają mi spokoju? Czytałem jeszcze i to: nie dość, że mnich Bertold Szwarz wynalazł proch, mnich Guido d’Arezzo – skalę i podstawowe reguły nauki o harmonii, mnich Tegeruss w Bawarii około roku 1000 malarstwo na szkle, jezuita Cavalieri (1747) polichromię, jezuita Secchi – analizę spektralną…

– Dosyć, do pioruna! Widzę teraz dobrze, że sobie ze mnie kpisz!

– Prawda, prawda! – pierwszy piorunochron nie został wynaleziony przez Franklina, lecz zrobił to już w roku 1754 mnich Premonstratensów proboszcz Prokop Divisch! O tym wspomina nawet Kürschner w leksykonie konwersacyjnym!

– Milcz, gaduło!

– Największym znawcą językowym naszych czasów był kardynał Mezzofanti!

– Ty wsteczniku!

– O nie! Największym wstecznikiem był najsławniejszy paleograf XIX wieku, kardynał Mur.

– Dosyć tych głupstw! Zaraz mi się wynoś!

– A w którym kierunku? Może to panu powiedzieć: diakon Flavio Gioia. On znacznie ulepszył kompas już w roku 1300!

– Tyś całkiem oszalał i masz rozpaloną głowę!

– Jeśli bym się zapalił, to musiałaby przybyć sikawka, by gasić pożar! Sikawki wprowadzili najpierw biali mnisi cystersi, a paryscy kapucyni byli aż do XVII wieku strażakami ogniowymi w Paryżu!

– Jeśli nie zamilkniesz, to wylecisz!

– Może w przestworza powietrzne? Prawda! Pierwszy balon wynalazł jeszcze na 60 lat przed Montgolfierem mnich Bertold Gusman, który w roku 1720 wobec całego dworu portugalskiego wzbił się w powietrze. – Czego pan szuka, panie profesorze? Okularów? – To także wynalazek księży! Okulary wynalazł w trzynastym stuleciu dominikanin Aleksander Spina! Czy pan się tak spieszy, że spogląda na zegarek? Zegarek to również wynalazek księży! Pierwszy zegarek mamy od kronikarza kościelnego Kassiodora (505 r.), ulepszył go Gerbert, późniejszy papież Sylwester II. Pierwszy zegar astronomiczny sporządził opat Ryszard Wallimford w roku 1316. No, ale teraz już idę! Palą się gazowe lampy. Jeszcze tylko słówko, panie profesorze! Pewnie pan wie, że światło gazowe wynaleźli jezuici. Z całą pewnością wynaleźli je jezuici! I w roku 1794 wprowadzili najpierw w Stonyhurst w Anglii, a jezuita Dunn otworzył w roku 1815 w Preston pierwsze towarzystwo gazowe. Do widzenia, panie profesorze! Co, rower także pan ma? Przedmiot ten wynalazł także ksiądz Pinaton, który już w roku 1845 jeździł na dwukołowcu!…

– Przepraszam jeszcze raz! Lecz prawda zostanie zawsze prawdą i tylko prawdę powinien głosić badacz historii!

Artykuł drukowany w „Rycerzu Niepokalanej” nr 1/1930  Rycerz Niepokalanej, 12 grudzień 1997 (498)

http://janusz.neon24.pl/post/112740,kosciol-sprzeciwia-sie-nauce

TUTAJ SPOJRZENIE Z PRZECIWNEJ STRONY–> http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,343

ZOBACZ TAKŻE–> https://znanichrzescijanie.wordpress.com/2015/01/22/kosciol-katolicki-hamowal-rozwoj-nauki/

faith-and-scienceNa pytanie „co sądzisz o relacjach pomiędzy Kościołem Katolickim i nauką” większość odpowie „Galileusz”. Gdyby spytać jednak dokładniej o co chodziło w sprawie Galileusza, to pojawiłby się już mały problem. Gdyby dalej spytać czy jest mimo wszytko jakiś pozytywny wpływ Kościoła na rozwój nauki, a jeśli tak to jaki, to wówczas byłaby zazwyczaj cisza. Prawdą jest nie tylko to, że wielu najwybitniejszych naukowców było chrześcijanami: Pascal, Kepler, Newton, Boyle, Faraday, Maxwell, Pasteur (i to bardzo gorliwymi, co widać po ich licznych tekstach mówiących o ich wierze). To niektórzy wiedzą, choć również najpewniej zdecydowana mniejszość. Faktem jest jednak również, że wśród samych duchownych była ogromna ilość osób, którym nauka zawdzięcza bardzo wiele. Poniżej lista niektórych z nich. Gdyby dodać do tego duchownych protestanckich i prawosławnych to byłaby zapewne dużo dłuższa.

Gregor Mendel (1822-1884) – zakonnik, opat zakonu augustianów w Brnie na Morawach, prekursor genetyki.

Georges Lemaître (1894-1966) – belgijski ksiądz katolicki i astronom, jeden ze współtwórców współczesnej kosmologii relatywistycznej; współtwórca teorii Big-Bang.

Giuseppe Piazzi (1746-1826) – astronom włoski, założyciel obserwatorium w Palermo, odkrywca pierwszej planetoidy Ceres; W 1764 wstąpił do zakonu teatynów w Mediolanie.

René-Just Häuy (1743-1822) – francuski mineralog, wraz z Jeanem Baptiste Romé de l’Isle był twórcą krystalografii geometrycznej.

Christoph Scheiner (1573-1650) – niemiecki jezuita i astronom; jest uważany za autora koncepcji helioskopu. Za pomocą tego przyrządu w 1611 r. Scheiner jako pierwszy zaobserwował plamy słoneczne, na krótko przed Galileuszem.

Francesco Grimaldi (1616-1663) – włoski matematyk, fizyk, astronom i jezuita. Jest znany ze współpracy z Giovannim Batistą Ricciolim, któremu pomagał w badaniach dotyczących astronomii i fizyki. Jest uważany za odkrywcę zjawiska dyfrakcji optycznej.

Lazzaro Spallanzani (1729-1799) – ksiądz włoski; badając zjawisko zapłodnienia, jako pierwszy odkrył rolę plemników w tym procesie; ponadto badał płodność, trawienie, krążenie krwi i interesował się mikroorganizmami; w 1775 roku obalił teorię samorództwa.

Marin Mersenne (1588-1648) – francuski minimita, teolog, filozof, matematyk. Nauki pobierał w Le Mans i sławnym kolegium jezuickim w La Flèche, gdzie zawarł wieloletnią przyjaźń z Kartezjuszem. Prowadził ożywioną korespondencję naukową, m.in. z Fermatem i Pascalem. Interesował się także optyką, mechaniką i akustyką. Jako pierwszy zmierzył prędkość dźwięku w powietrzu.

Giovanni Riccioli (1598-1671) – włoski astronom i ksiądz katolicki; autor dzieła Almagestum Novum – najważniejszego tekstu astronomicznego XVII wieku; pisał o efekcie Coriolisa na długo przed Coriolisem.

Angelo Secchi (1818-1878) – włoski uczony i jezuita. Interesował i zajmował się głównie fizyką, matematyką i astronomią. Stosował metody spektroskopii do badania ciał niebieskich, był pionierem w klasyfikowaniu gwiazd ze względu na ich typ widmowy.

Nicholas Oresme (1320-1382) – był katolickim biskupem Lisieux; do jego osiągnięć zalicza się: stworzenie francuskiej terminologii naukowej, w matematyce – wprowadzenie potęgi o wykładniku ułamkowym, w astronomii – koncepcję dobowego ruchu Ziemi, w ekonomii – pionierskie prace na temat teorii pieniądza.

Girolamo Saccheri (1667-1733) – jezuita i matematyk. Krótko przed śmiercią opublikował Euclides ab omni noevo vindicatus, która uważana jest za pierwsze dzieło poświęcone geometrii nieeuklidesowej. Udowodnił nieprawdziwość hipotezy kąta rozwartego oraz równoważność hipotezy kąta prostego z aksjomatem Euklidesa. Dzieło to wyprzedzało swoją epokę i zaginęło, odkrył je ponownie dopiero Eugenio Beltrami.

Francesco Cavalieri (1598-1647) – był uczniem Galileusza, który powiedział o nim: „niewielu – od czasów Archimedesa – zagłębiło się w naukę geometrii tak głęboko jak Cavalieri”. Zajmował się głównie geometrią. Jako pierwszy zaczął stosować metody nieskończenie małych elementów do obliczania pól powierzchni i objętości. Miał istotny wkład w rozwój rachunku różniczkowego i całkowego.

Bernhard Bolzano (1781-1848) – został wyświęcony na księdza katolickiego w 1804; był pierwszym, który podał w pełni ścisłą definicję granicy ciągu. Wykazał także, że każdy ograniczony ciąg liczb rzeczywistych posiada podciąg zbieżny.

Nicolaus Steno (1638-1686) – duński anatom i geolog, biskup katolicki; w zakresie geologii Steno udowodnił, że część skał powstaje na drodze sedymentacji, czyli że są to skały osadowe. Sformułował także, obowiązujące do dziś, cztery podstawowe zasady stratygrafii. Wprowadził jeden z pierwszych podziałów dziejów Ziemi na epoki geologiczne. Prowadził także badania krystalograficzne odkrywając prawo stałości kątów w kryształach. Uznawany jest za ojca geologii i stratygrafii.

Sylwester II – francuski uczony, matematyk, filozof, papież. Uznawany za najwybitniejszego matematyka X wieku, rozpowszechnił w chrześcijańskiej Europie cyfry arabskie oraz system dziesiętny. Jako jeden z pierwszych uczonych europejskich zajmował się logiką formalną. Skonstruował abak Gerberta (abakus), a także pierwszy zegar mechaniczny.

Jan XXI (1210-1277) – papież w okresie od 8 września 1276 do 20 maja 1277; zajmował się dialektyką i logiką. Szczególnie jednak interesowała go filozofia Arystotelesa. W latach 1242-1252 studiował i wykładał medycynę na uniwersytecie w Sienie. Tam właśnie napisał swoje Summulae logicales, która przez następne trzysta lat była podstawowym traktatem na temat logiki.

Athanasius Kircher (1602-1680) – niemiecki teolog i jezuita, wynalazca i konstruktor, znawca języków orientalnych, badacz hieroglifów egipskich, medyk i teoretyk muzyki. Autor ponad 40 książek i 2000 listów. Uważany za ojca egiptologii.

Roger Joseph Bošković (1711-1787) – fizyk, astronom, matematyk, filozof, poeta i jezuita pochodzący z Raguzy. Pionier współczesnej fizyki atomistycznej (twierdził, że świat zbudowany jest z mikroskopijnych elementów). Zajmował się optyką, magnetyzmem, elektrycznością, chemią, architekturą, biologią, archeologią i wieloma innymi dziedzinami nauki.

Roger Bacon (1214-1292) – angielski franciszkanin naukowiec; filozof średniowieczny, uznawany za skrajnego empirystę. Czasem opisywany jako jeden z najwcześniejszych europejskich zwolenników nowoczesnej metody naukowej.

George Mary Searle (1839-1918) – amerykański astronom i ksiądz katolicki; odkrywca sześciu galaktyk i asteroidy Pandora 55.

http://www.firstthings.com/web-exclusives/2006/08/barr-christianitys-scientists

ZOBACZ TAKŻE–> http://www.pearceyreport.com/archives/2005/09/post_4.php

Destruction of Jerusalem by Ercole de' Roberti

Powierzchowne czytanie lub słuchanie eschatologicznej mowy Jezusa musi budzić wrażenie, że z chronologicznego punktu widzenia zburzenie Jerozolimy Jezus połączył bezpośrednio z końcem świata. Nasila się ono wtedy szczególnie, gdy u Mateusza czytamy: „Zaraz po ucisku owych dni słońce się zaćmi (…). Wówczas ukaże się na niebie znak Syna Człowieczego…” (24,29n). To bezpośrednie powiązanie końca Jerozolimy z końcem całego świata zdają się jeszcze bardziej potwierdzać słowa znajdujące się kilka wersetów dalej: „Zaprawdę powiadam wam: Nie przeminie to pokolenie aż się to wszystko stanie” (23,34).

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że powiązanie to rozluźnił jeden Łukasz. Czytamy u niego:

„Jedni polegną od miecza, a drugich zapędzą w niewolę między wszystkie narody. A Jeruzalem będzie deptane przez pogan, aż czasy pogan się wypełnią” (21,24).

Między zburzeniem Jerozolimy a końcem świata pojawiają się „czasy pogan”. Łukaszowi zarzucano, że w ten sposób przesunął chronologiczną oś Ewangelii i pierwotnego nauczania Jezusa, koniec czasów uczynił czasem pośrednim i tym sposobem wynalazł czas Kościoła jako nowy okres historii zbawienia. Jeśli jednak przyjrzymy się dokładniej, okaże się, że owe „czasy pogan” są zapowiedziane także u Mateusza i Marka, z tym, że innymi słowami oraz w innym miejscu mowy Jezusa.

U Mateusza znajdujemy następujące słowa Pana:

„A ta Ewangelia o królestwie będzie głoszona po całej ziemi na świadectwo wszystkim narodom. I wtedy nadejdzie koniec” (24,14).

U Marka zaś czytamy:

„Lecz najpierw musi być głoszona Ewangelia wszystkim narodom” (13,10).

Wynika stąd najpierw, że przy tworzeniu powiązań w tej mowie Jezusa trzeba zachować daleko posuniętą ostrożność. Została ona ułożona przez połączenie kilku przekazanych fragmentów, które należy czytać nie jako jedną całość, lecz tak jakby zostały one włączone w siebie. Do tego redakcyjnego problemu, mającego duże znaczenie dla należytego rozumienia tekstu, wrócimy w trzecim punkcie („Proroctwo i apokalipsa…”) i tam obszerniej go omówimy.

Z merytorycznego punktu widzenia oczywiste się staje, że wszyscy trzej synoptycy wiedzą coś o czasie pogan. Koniec świata może nastąpić dopiero wtedy, gdy Ewangelia zostanie ogłoszona wszystkim narodom. Czas pogan – czas Kościoła złożonego z narodów całego świata – nie jest wynalazkiem świętego Łukasza; to spuścizna tradycji wspólna wszystkim Ewangeliom.

W tym miejscu ponownie napotykamy powiązanie tradycji Ewangelii z podstawowymi motywami teologii Pawła. W swej mowie eschatologicznej Jezus zapowiada, że najpierw wszystkim narodom musi zostać ogłoszona Ewangelia, i wtedy dopiero może nastąpić koniec. Niemal dokładnie to samo twierdzenie znajdujemy u Pawła w Liście do Rzymian:

„Zatwardziałość dotknęła tylko część Izraela aż do czasu, gdy wejdzie [do Kościoła] pełnia pogan. I tak cały Izrael będzie zbawiony…” (11,25n).

Pełnia pogan i cały Izrael: w formule tej ukazuje się uniwersalizm Bożej woli zbawienia. W naszym kontekście istotne znaczenie ma jednak fakt, że również Pawłowi znany jest czas pogan, który biegnie już teraz i musi się dopełnić aby plan Boży osiągnął swój cel.

Wczesne chrześcijaństwo nie mogło mieć chronologicznie dokładnej idei długości owych kairoi („czasy”), i było z pewnością przekonane, że będą one krótsze; jest to jednak sprawa drugorzędna. Istotne znaczenia ma samo zasadnicze potwierdzenie i zapowiadanie takiego czasu, który uczniowie – bez obliczania jego długości – musieli rozumieć i rzeczywiście rozumieli przede wszystkim jako zadanie realizowania teraz tego, co zostało powiedziane i nakazane, czyli niesienia Ewangelii wszystkim narodom.

Niestrudzoną aktywność Pawła śpieszącego do pogan, ażeby wszystkim im zanieść orędzie i polecenie to, na ile możiew, wypełnić jeszcze za swego życia, uzasadnia jedynie świadomość historycznego i eschatologicznego znaczenia głoszenia tego orędzia”: świadom jestem ciążącego na mnie obowiązku. Biada mi bowiem, gdybym nie głosił Ewangelii!” (1Kor 9:16).

Tak więc widoczna w pokoleniu apostolskim pilna potrzeba ewangelizacji wynika nie tyle z pytania o to, czy poznanie Ewangelii przez każdego jednego człowieka jest konieczne do zbawienia, ile raczej z określonej koncepcji historii, wyrażającej się w przekonaniu, ze świat osiągnie cel wtedy dopiero, gdy Ewangelia dotrze do wszystkich narodów. W niektórych okresach dziejów odczuwanie tej pilnej potrzeby wyraźnie słabło, aby później na nowo wybuchnąć jasnym płomieniem i stać się zarzewiem nowego dynamizmu ewangelizacji. W tym kontekście zawsze pojawia się także pytanie o misję Izraela. Dzisiaj z przerażeniem widzimy , jak wiele brzemiennych w następstwa nieporozumień nagromadziło się tutaj w minionych wiekach. Nowe przemyślenia prowadzą jednak teraz do wniosku, że w każdym zaciemnieniu można na nowo odnaleźć przesłanki poprawnego rozumienia.

Chciałbym tu zwrócić uwagę na to, co w tej sprawie Bernard z Clairvaux doradził swemu uczniowi papieżowi Eugeniuszowi III. Przypomniał mu, że została mu powierzona troska nie tylko o chrześcijan: Jesteś „także dłużnikiem niewierzących, Żydów, Greków i pogan” (De cons, III/I,2). Zaraz jednak poprawił się i uściślił: „Rozumiem oczywiście, że w sprawie Żydów tłumaczy się czas, bo dla nich został ustalony określony termin, którego nie można uprzedzić. Przed nimi muszą wejść w pełnej liczbie poganie. Co jednak powiesz o samych poganach? (…) Co przyszło do głowy twoim poprzednikom, że (…) przerwali ewangelizację, mimo iż ciągle jeszcze szerzyła się niewiara. Z jakiego powodu (…) szybko mknące słowo zamilkło? (De cons. III/I,3, cyt. za Winklerem, I, s. 707).

Hildegarda Brem tak komentuje te słowa: „Mając na uwadze List do Rzymian 11,25, Kościół nie musi się zajmować nawracaniem Żydów, ponieważ musi oczekiwać nadejścia określonej przez Boga chwili, <<aż do czasu, gdy wejdzie [do Kościoła] pełnia pogan>> (Rz 11,25). Przeciwnie, sami Żydzi są żywym kazaniem, na które musi wskazywać Kościół, ponieważ przywodzą nam na myśl Mękę Chrystusa (zob. Ep. 363)…” (Winkler, I, s. 834).

Zapowiedź czasu pogan i wynikające stąd zadanie stanowi centralny punkt eschatologicznego orędzia Jezusa. Szczególne zadanie ewangelizacji pogan, które Paweł otrzymał od zmartwychwstałego, jest solidnie zakorzenione w orędziu przekazanym uczniom przez Jezusa przed Męką. Czas pogan – czas Kościoła – o którym, jak widzieliśmy, jest mowa we wszystkich Ewangeliach stanowi istotny element eschatologicznego orędzia Jezusa.

PRZYPOWIEŚCI

Wydaje mi się zupełnie jasne, że wiele przypowieści Jezusa, na przykład przypowieść o sieci pełnej dobrych i złych ryb (Mt 13,47-50) i przypowieść o chwastach wyrastających na roli (Mt 13,24-30), mówi o tym czasie Kościoła [ewangelizacji świata]; interpretowane w perspektywie rychłego nadejścia eschatologii są one pozbawione jakiegokolwiek sensu.

Mt 13,47-50

47 Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do sieci, zarzuconej w morze i zagarniającej ryby wszelkiego rodzaju. 48 Gdy się napełniła, wyciągnęli ją na brzeg i usiadłszy, dobre zebrali w naczynia, a złe odrzucili. 49 Tak będzie przy końcu świata: wyjdą aniołowie, wyłączą złych spośród sprawiedliwych 50 i wrzucą w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów.

Mt 13,24-30

24 Inną przypowieść im przedłożył: «Królestwo niebieskie podobne jest do człowieka, który posiał dobre nasienie na swej roli. 25 Lecz gdy ludzie spali, przyszedł jego nieprzyjaciel, nasiał chwastu między pszenicę i odszedł. 26 A gdy zboże wyrosło i wypuściło kłosy, wtedy pojawił się i chwast. 27 Słudzy gospodarza przyszli i zapytali go: „Panie, czy nie posiałeś dobrego nasienia na swej roli? Skąd więc wziął się na niej chwast?” 28 Odpowiedział im: „Nieprzyjazny człowiek to sprawił”. Rzekli mu słudzy: „Chcesz więc, żebyśmy poszli i zebrali go?” 29 A on im odrzekł: „Nie, byście zbierając chwast nie wyrwali razem z nim i pszenicy. 30 Pozwólcie obojgu róść aż do żniwa; a w czasie żniwa powiem żeńcom: Zbierzcie najpierw chwast i powiążcie go w snopki na spalenie; pszenicę zaś zwieźcie do mego spichlerza”».

—————————–

PS [admin] Na sam koniec można jeszcze dodać jeden aspekt mów Jezusa: czuwajcie! Motyw czuwania pojawia się u Nazarejczyka wiele razy. Słyszymy jak koniec świata ma przyjść nagle, niepostrzeżenie. „Kiedy będą mówić pokój i bezpieczeństwo…”, „Albowiem jak w czasie przed potopem jedli i pili, żenili się i za mąż wydawali aż do dnia, kiedy Noe wszedł do arki, i nie spostrzegli się, aż przyszedł potop i pochłonął wszystkich, tak również będzie z przyjściem Syna Człowieczego”. Jakże te wypowiedzi mają się do zburzenia Jerozolimy, a więc wydarzenia dającego się przewidzieć i związanego z ucieczką a nie czuwaniem? Benedykt XVI wspomniał o problemie redakcyjnym w którym dwa rożne wydarzenia zostały połączone przez ewangelistów w jedno (zburzenie Jeruzalem i koniec świata). Dlaczego twórcy tych tekstów tak postąpili? Związane mogło to być min. z nastrojami apokaliptycznymi powszechnie panującymi w I wieku n.e. jak i pragnieniem jak najszybszego powtórnego przyjścia Chrystusa. Faktem jednak jest, że po całościowym spojrzeniu na NT (jak to ukazał BXVI) wyraźnie widać, że Jezus mówił, że przed końcem świata będzie trwać „czas pogan”, czyli ewangelizacji, a także, że ów koniec przyjdzie niepostrzeżenie, co wyklucza zrównanie zburzenia Jerozolimy z końcem rzeczy.

42 Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie. 43 A to rozumiejcie: Gdyby gospodarz wiedział, o której porze nocy złodziej ma przyjść, na pewno by czuwał i nie pozwoliłby włamać się do swego domu. 44 Dlatego i wy bądźcie gotowi, bo w chwili, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie [Mt 26:42-44].

Joseph Ratzinger – „Jezus z Nazaretu cz II” s. 52-56

ZOBACZ TAKŻE–> http://www.teologiapolityczna.pl/ostatnia-noc-swiata-c-s-lewis/

FreeGreatPicture.com-9899-hd-wheat-crop-material

Zadaje się teraz często pytanie, czy nie moglibyśmy mieć chrześcijaństwa pozbawionego jego cudownych elementów lub, jak mówią ludzie o to pytający, „uwolnionego” od nich, chrześcijaństwa z przemilczanymi cudami. Wydaje mi się jednak, że tą jedyną religią na świecie, a w każdym razie jedyną znaną mi, z którą nie można tego zrobić, jest chrześcijaństwo. W religii takiej jak buddyzm usunięcie cudów przypisywanych w niektórych bardzo późnych źródłach Gautamie Buddzie nie przyniosłoby żadnej straty, w istocie bardzo by dobrze tej religii zrobiło, ponieważ w jej przypadku cuda przeważnie pozostają w sprzeczności z jej nauką. Nawet w przypadku religii takiej jak mahometanizm, gdyby usunąć wydarzenia cudowne, nic istotnego nie uległoby zmianie. Mielibyśmy nadal wielkiego proroka głoszącego swoje dogmaty bez wprowadzania jakichkolwiek cudów; mają one tylko charakter dygresji czy iluminowanych inicjałów.

Pod żadnym pozorem nie można tego uczynić z chrześcijaństwem ponieważ przekaz chrześcijański jest właśnie opowieścią o jednym wielkim cudzie, chrześcijańska afirmacja dotyczy tego, co istnieje poza wszelką przestrzenią i czasem, nie stworzone przez nikogo, nieśmiertelne, co weszło w naturę, w ludzką naturę, zstąpiło do swojego własnego wszechświata i znowu wzniosło się, zabierając naturę, ze sobą. Oto właśnie jeden wielki cud, jeżeli go usunąć, nie pozostanie nic specyficznie chrześcijańskiego. Można będzie mówić o wielu wspaniałych ludzkich elementach, które chrześcijaństwo dzieli z innymi systemami na świecie, ale nie pozostanie nic, co by było specyficznie chrześcijańskie. I odwrotnie, jeżeli człowiek raz zaakceptuje ten wielki cud, to zobaczy, że wszystkie inne uznane chrześcijańskie cuda, bo oczywiście istnieją nie uznane chrześcijańskie cuda, istnieją chrześcijańskie legendy, tak samo jak pogańskie legendy lub współczesne legendy dziennikarskie – zobaczy, że wszystkie uznane chrześcijańskie cuda stanowią jego część, że wszystkie one albo przygotowują na Wcielenie, albo je obrazują, albo z niego wynikają. Podobnie jak każde naturalne wydarzenie ukazuje całościowy charakter wszechświata w danym punkcie i czasie, tak każdy cud obrazuje charakter Wcielenia.

Jeżeli ktoś stawia kwestię, czy ten centralny wielki cud w chrześcijaństwie jest jako taki prawdopodobny czy nie, musi mieć jasność, że tutaj nie da się zastosować rodzaju prawdopodobieństwa propagowanego przez Hume’a . Nie można tu mówić o prawdopodobieństwie opartym na statystyce, zgodnie z którą im częściej rzecz miała miejsce, tym większe jest prawdopodobieństwo, że zaistnieje ponownie (im częściej doświadczało się niestrawności po jakiejś potrawie, tym bardziej prawdopodobne, iż po ponownej jej konsumpcji znowu czeka nas niestrawność). Oczywiście nie można rozpatrywać prawdopodobieństwa Wcielenia w tym znaczeniu. W samej jego naturze leży to, że wydarzyło się tylko raz. Ale też w samej naturze historii tego świata leży to, iż wydarza się ona tylko raz: a jeżeli Wcielenie w ogóle miało miejsce, to jest ono głównym rozdziałem tej historii. Jest ono nieprawdopodobne w ten sam sposób, w jaki nieprawdopodobna jest cała natura, ponieważ istnieje ona tylko raz i jej historia wydarzy się tylko raz. Tak więc, należy zastosować w stosunku do niego zupełnie inne kryterium.

Uważam, iż stać nas na to. Załóżmy, że mamy przed sobą rękopis jakiegoś wielkiego dzieła, symfonii albo powieści. Przychodzi ktoś i mówi: „Znalazłem nowy urywek tego rękopisu; jest to główny fragment tej symfonii czy też główny rozdział tej powieści. Tekst bez niego jest niekompletny. Oto brakujący fragment, który stanowi naprawdę centrum całego dzieła”. Jedyna rzecz, jaką można by zrobić, to umieścić nowy urywek rękopisu w tym centralnym miejscu i wtedy zobaczyć, jak oddziałuje na resztę utworu. Gdyby całym swoim brzmieniem bądź wymową nadawał nowe znaczenie pozostałej części dzieła, gdyby powodował dostrzeganie w niej rzeczy do tej pory niezauważalnych, to sądzę, że uznałoby się go za autentyczny. Z drugiej strony, gdyby nie spełnił tego zadania, wtedy bez względu na to, jak by był atrakcyjny sam w sobie, zostałby odrzucony.

Co jest tym brakującym rozdziałem w naszym przypadku, rozdziałem, który proponują chrześcijanie? Historia Wcielenia jest historią zstąpienia i zmartwychwstania. Kiedy używam tu słowa „zmartwychwstanie”, nie mam na myśli tylko pierwszych kilku godzin czy pierwszych kilku tygodni związanych z faktem Zmartwychwstania. Mówię o tym całym ogromnym wzorcu zstąpienia głęboko w dół, a potem wstąpienia z powrotem do góry. Zmartwychwstaniem zazwyczaj nazywamy, że tak to określę, sam ów punkt, w którym następuje zmiana kierunku. Zastanówmy się, czym jest zstąpienie. Zejściem nie tylko w człowieczeństwo, lecz w te dziewięć miesięcy, które poprzedzają narodziny człowieka, w ciągu których podobno wszyscy powtarzamy w skrócie dziwne przedludzkie i podludzkie formy życia, i zejściem jeszcze niżej do formy martwego ciała, czegoś, co wkrótce – gdyby ruch wstępujący się nie rozpoczął – przestałoby w ogóle istnieć w postaci organicznej i cofnęłoby się do stanu nieorganicznego, jak się to dzieje ze wszystkimi zmarłymi ciałami. Można tu posłużyć się obrazem kogoś schodzącego na sam dół i pogłębiającego dno morskie. Albo obrazem silnego człowieka próbującego dźwignąć bardzo duży, trudny do uchwycenia ciężar. Nachyla się do ziemi i z wysiłkiem wsuwa się pod niego tak, że sam niknie nam z oczu: a wtedy z wolna wyprostowuje się i rusza z miejsca z całym tym ciężarem kołyszącym się na jego barkach. Można też przywołać obraz nurka, który po kolei zrzuca części garderoby, rozbiera się do naga, po czym mignie tylko w powietrzu i już sunie w dół poprzez zieloną, ciepłą, rozświetloną słońcem wodę, opuszcza się niżej w wodę czarną jak smoła, zimną, lodowatą, na sam dół, w muł i szlam; a potem znów kieruje się ku górze, jego płuca prawie pękają, zmierza znowu do zielonej i ciepłej, nasłonecznionej wody, a w końcu wydostaje się na światło słoneczne, trzymając w ręku coś ociekającego, po co schodził w dół. To coś to ludzka natura, ale też związana z nią cała natura, nowy wszechświat. To powiązanie między ludzką naturą a naturą w ogólności jest zagadnieniem, którego żadną miarą nie jestem w stanie rozwinąć dzisiejszego wieczoru, bo trzeba by tu wygłosić odrębne kazanie. Brzmi to zaskakująco, ale wierzę, że tak jest.

Kiedy więc pomyślimy o tym obrazie – wzorcu ogromnego nurkowania do dna, w głębiny wszechświata, i o powrocie do góry, do światła, natychmiast dostrzeżemy, jak jest on naśladowany i odwzorowywany w elementach świata natury: w zejściu ziarna w glebę i jego wznoszeniu się znowu w pędach roślin. Jest również wiele różnych spraw w naszym życiu duchowym, gdzie coś musi zostać unicestwione lub złamane, po to, by mogło odrodzić się jasne, mocne i wspaniałe. Analogia jest oczywista. W tym sensie ta doktryna pasuje doskonale, w istocie tak doskonale, że natychmiast przychodzi na myśl podejrzenie. Czy nie pasuje ona zbyt dobrze?

Innymi słowy, czy przekaz chrześcijański nie pokazuje wzorca schodzenia i ponownego wznoszenia się, ponieważ należy to nieodłącznie do wszystkich na świecie religii przyrody? Czytaliśmy o tym w Złotej gałęzi . Słyszeliśmy wszyscy o Adonisie i znamy opowieści o całej reszcie tego dość nudnego towarzystwa; czyż ta opowieść nie jest jeszcze jednym wariantem o tym samym, o „umierającym Bogu”? Owszem tak, i to czyni problem delikatnym. To, co zawsze twierdzi antropologiczna krytyka chrześcijaństwa, jest całkowitą prawdą. Chrystus jest postacią, tego rodzaju. I w tym oto miejscu widzimy coś bardzo osobliwego.

Kiedy po raz pierwszy, wyrósłszy z dzieciństwa, czytałem Ewangelie, miałem głowę pełną tego wszystkiego, mitów o umierającym Bogu, treści Złotej gałęzi, i tak dalej. Idea ta wtedy jawiła mi się jako bardzo poetyczna, tajemnicza i ożywiająca. Nigdy nie zapomnę, swego rozczarowania i zniechęcenia, kiedy sięgnąwszy po Ewangelię, nie znalazłem prawie zupełnie nic na ten temat. W Nowym Testamencie metafora ziarna padającego w ziemię występuje w związku z tym tematem chyba dwa razy , o reszcie raczej nie ma mowy. Wydało mi się to zadziwiające. Był tu umierający Bóg zawsze symbolizujący zboże: widzimy Go trzymającego w ręku przetworzone ziarna zboża, czyli chleb, i mówiącego: „To jest Ciało moje” : z mego punktu widzenia, tak jak to wtedy rozumiałem, chyba On nie uświadamiał sobie, co mówi. Oczywiście jeżeli gdziekolwiek, to właśnie tam owo powiązanie między przekazem chrześcijańskim a zbożem musiałoby się pojawić: domagał się tego cały kontekst. Wszystko jednak toczy się tak, jak gdyby główny aktor, a zwłaszcza Jego otoczenie było całkowicie nieświadome tego, co robi. Mamy tu sytuację taką, jak gdyby doskonały opis węża morskiego przedstawiali nam ludzie sprawiający wrażenie, że nigdy nie słyszeli o wężach morskich. Ujmując to inaczej, dlaczego tak się stało, iż jedyny przypadek „umierającego Boga”, który można by przyjąć za historyczny, zdarzył się u ludu (i to jedynego w całym świecie śródziemnomorskim), który nie wykazywał żadnych śladów tej religii przyrody i chyba rzeczywiście nic o niej nie wiedział? Dlaczego więc nagle wśród niego wszystko to ma miejsce?

Główny aktor, mówiąc z ludzkiego punktu widzenia, robi wrażenie, jakby nie miał pojęcia, jakim echem odbiją się jego słowa (i cierpienia) w pogańskim umyśle. No cóż, jest jedna hipoteza, która może to wytłumaczyć. Może Król Zboża, nie występuje w tej księdze, ponieważ występuje w niej Ten, którego obrazem był Król Zboża? Może wyobrażenie jest nieobecne, ponieważ tu nareszcie jest obecna rzecz wyobrażana? Może brak jest cieni, gdyż przedmiot rzucający cień sam się pojawił? Zboże jako takie stanowi daleką imitację rzeczywistości nadprzyrodzonej; czegoś, co umiera i znowu powraca do życia, zstępuje i ponownie wznosi się ponad wszelką naturę. Element ten występuje w naturze, ponieważ najpierw istniał w samym Bogu. W ten sposób wychodzimy poza religie przyrody i poza naturę do Kogoś, kogo się nie tłumaczy, lecz który tłumaczy, nie co prawda bezpośrednio religie przyrody, lecz całe to charakterystyczne funkcjonowanie natury, na którym opierały się religie przyrody. Taki był pierwszy powód mojego zdziwienia. Wszystko to układało się w bardzo szczególny sposób, mówiąc mi coś o naturze w sposób pełniejszy niż to, co przedtem dostrzegałem, jednocześnie zaś samo pozostawało zupełnie na zewnątrz i ponad religiami przyrody.

Jest jeszcze druga sprawa. My, z naszymi dzisiejszymi demokratycznymi i arytmetycznymi założeniami, życzylibyśmy sobie i wręcz oczekujemy równego startu dla wszystkich w ich poszukiwaniu Boga. Pokutuje w nas obraz wielkich dróg zbiegających się ze wszystkich kierunków, a na nich życzliwie usposobionych ludzi, myślących podobnie i coraz bardziej zbliżających się ku sobie. Jakże szokującym przeciwieństwem tego jest opowieść chrześcijańska! Jeden naród wybrany spośród wszystkich innych; naród ciągle doświadczany i wystawiany na próby. Niektórzy giną na pustyni jeszcze przed dotarciem do Palestyny; inni żyją w Babilonie: jeszcze inni obojętnieją. Wszystko to coraz bardziej się zawęża, aż wreszcie schodzi się w małym punkciku, tak maleńkim jak zakończenie włóczni: widzimy modlącą się żydowską panienkę. Oto do czego zawęziła się cała ludzka natura, zanim następuje Wcielenie. Zupełnie inaczej niż tego oczekiwaliśmy, ale wcale rzecz jasna nie inaczej niż zdaje się wyglądać – jak pokazuje przyroda – ogólny Boży sposób działania.

Wszechświat jest dość szokująco selektywnym, niedemokratycznym miejscem, gdzie pośród najwyraźniej nieskończonej przestrzeni stosunkowo małą część zajmuje materia wszelkiego rodzaju. Spośród gwiazd może tylko jedna ma planety: spośród zaś planet w ogóle tylko jedna, jak wiele na to wskazuje, jest w stanie podtrzymywać życie organiczne. Spośród zwierząt tylko jeden gatunek jest rozumny. Selekcja, jaką obserwujemy w naturze, i przerażające spustoszenie, które ona za sobą pociąga, z ludzkiego punktu widzenia wydaje się czymś strasznym i niesprawiedliwym. Selekcyjność, z jaką mamy do czynienia w historii chrześcijańskiej, nie należy jednak do tego samego rodzaju. Ludzie, którzy zostali wybrani, są w pewnym sensie niesprawiedliwie wybrani do najwyższego zaszczytu, ale jest to również największe brzemię. Lud Izraela zdaje sobie sprawę z tego, że to jego cierpienia zbawiają świat.

Również da się zaobserwować, jakie możliwości nierówność ta stwarza w łonie społeczności ludzkiej dla wszelkiego rodzaju tyranii i służalstwa. Z drugiej jednak strony daje się zauważyć, że sprzyja też możliwości zaistnienia czegoś bardzo dobrego – pokory i dobroci, i tej ogromnej radości podziwu. (Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, jak zaradzilibyśmy nudzie świata, w którym nigdy nie można by spotkać nikogo bardziej inteligentnego, piękniejszego czy silniejszego od nas. Nawet te tłumy, które szaleją za sławami piłkarskimi i gwiazdami filmowymi, są zbyt mądre na to, by pragnąć tego rodzaju równości!). Historia Wcielenia zdaje się rzucać nowe światło na ów element natury i ukazywać po raz pierwszy, że element nierówności w naturze nie jest ani dobry, ani zły. Jest ogólnym motywem przebiegającym zarówno przez dobro, jak i zło świata natury: zaczynam też widzieć jego miejsce jako najwyższego piękna w odkupionym wszechświecie.

W ten sposób, nie uświadamiając sobie tego, przeszedłem do punktu trzeciego. Otóż powtórzę, że selektywność nie jest niesprawiedliwa, tak jak to początkowo podejrzewaliśmy, bo wybrani do wielkich zaszczytów są również wybranymi do wielkiego cierpienia, a ich cierpienie uzdrawia innych. We Wcieleniu mamy oczywiście do czynienia z tą ideą zastępowania i czerpania, gdzie jedna osoba korzysta z zasług drugiej. W swojej najwyższej formie stanowi to samo centrum chrześcijaństwa. Okazuje się również, że ten sam rodzaj zastępstwa jest charakterystyczną cechą lub, jak by powiedział muzyk, lejtmotywem natury.

Wedle praw rządzących światem przyrody, żadna istota nie może samodzielnie utrzymać się przy życiu. Każdy i wszystko jest beznadziejnie zadłużone u wszystkich i wszystkiego. W świecie, jak na to teraz patrzymy, bywa to źródłem wielu okropności: wszystkich okropieństw związanych ze zwierzętami mięsożernymi i najgorszych związanych z pasożytami, tymi potwornymi stworzeniami, które żyją pod skórą innych zwierząt, i tak dalej.

Mimo to, jeżeli nagle spojrzymy na to w świetle historii chrześcijańskiej, zobaczymy, iż czerpanie z czegoś, z kogoś innego, a także przyzwolenie, by ci inni z nas czerpali, samo w sobie nie jest złe, że w przypadku wszystkich tych zwierząt, insektów i okropności widzimy tylko jedną stronę medalu.

Jeżeli się nad tym zastanowić, to prawie wszystko, co w naturze jest dobre, również bierze się z czerpania. Przecież dziecko, zarówno przed, jak i po urodzeniu, żyje kosztem matki, podobnie jak pasożyt żyjący kosztem swojego żywiciela. Jedno jest okropnością, drugie źródłem prawie każdego naturalnego dobra w świecie. Wszystko zależy od tego, co zrobimy z tej zasady.

I oto trzecią drogą również doszedłem do stwierdzenia, że to, co ukazuje Wcielenie, doskonale odpowiada temu, co zaobserwowałem w naturze, i – co ważne – za każdym razem ukazuje to od innej strony. Jeżeli akceptuję ten hipotetyczny brakujący rozdział, jakim jest Wcielenie, to stwierdzam, że zaczyna on oświetlać pozostałą część rękopisu. Rzuca światło na występujący w przyrodzie wzorzec śmierci i powtórnych narodzin, po drugie selektywności, a po trzecie zastępowania i czerpania.

Chcę teraz zwrócić uwagę na sprawę bardzo zastanawiającą. Wszystkie pozostałe religie świata, o ile się w nich rozeznaję, są albo religiami przyrody, natury, albo antynatury. Religie natury są to wszystkie znane religie starego, prostego, pogańskiego rodzaju. Człowiek rzeczywiście się upijał w świątyni Bachusa. W świątyni Afrodyty cudzołożył. Bardziej współczesną formą religii natury byłaby religia w pewnym sensie zapoczątkowana przez Bergsona (który jednak wycofał się z niej i umarł jako chrześcijanin), a kontynuowana w bardziej popularnej formie przez pana Bernarda Shawa. Religie antynatury to takie, jak hinduizm i stoicyzm, gdzie ludzie powiadają: „Zamorzę głodem swoje ciało. Nie dbam o to, czy żyję czy umarłem”. Wszystko, co naturalne, należy tu odrzucić; celem jest nirwana, apatia, negatywna duchowość. Religie natury po prostu potakują moim wrodzonym pragnieniom. Religie antynatury je negują. Religie natury tylko udzielają nowej sankcji temu, co zawsze dotąd myślałem o świecie w chwilach krzepkości i beztroskiej zwierzęcości. Religie antynatury po prostu powtarzają to, co o nim myślałem, będąc w nastroju zmęczenia, drażliwości lub współczucia.

Tu jednak mamy do czynienia z czymś zupełnie innym. Tu jest coś, co uczy, że w żadnym przypadku nie wolno mi twierdzić, tak jak to czynią stoicy, iż śmierć nie ma znaczenia. Nie istnieje bardziej od tego niechrześcijańskie podejście. Śmierć, która spowodowała, że Ten, który jest samym Życiem, zapłakał przy grobie Łazarza i uronił krwawe łzy w Getsemani , jest przerażającą okropnością i ohydnym poniżeniem. (Pamiętają państwo wspaniałe stwierdzenie Thomasa Browne’a: „Nie tyle boję się śmierci, co się jej wstydzę”?)

A jednak w jakiś niewytłumaczalny sposób śmierć jest czymś nieskończenie dobrym. Chrześcijaństwo ani nie aprobuje, ani nie zaprzecza okropności śmierci, lecz mówi mi o niej coś zupełnie nowego. Ponadto nie umacnia ono, jak Nietzsche, mojego pragnienia, by być silniejszym i inteligentniejszym niż inni ludzie. Z drugiej strony nie pozwala mi mówić: „O Panie, czyż nie nastąpi dzień, w którym wszyscy będą jednakowo dobrzy?” To samo tyczy się prawa zastępowania. Chrześcijaństwo nie pozwoli mi w żadnym przypadku być wyzyskiwaczem, postępować jak pasożyt w stosunku do innych ludzi, ale też nie pozwoli mi śnić o życiu na własną rękę. Ono nauczy mnie przyjmować z radosną pokorą poświęcenie innych dla mnie, jak również przynagli, by samemu poświęcać się dla nich.

Oto dlaczego uważam Wielki Cud za brakujący rozdział powieści, rozdział, na którym opiera się cała fabuła; oto dlaczego wierzę, iż Bóg rzeczywiście zanurkował do dna stworzenia i wynurzył się, dźwigając na swoich barkach całą odkupioną naturę. Cuda, które się już wydarzyły, oczywiście są – o czym Pismo święte tak często mówi – pierwszymi owocami nadchodzącego lata wszechświata . Chrystus zmartwychwstał, a więc i my zmartwychwstaniemy. Święty Piotr przez kilka sekund szedł po wodzie , a przyjdzie dzień, kiedy nastanie uczyniony na nowo wszechświat, nieskończenie posłuszny woli wyniesionych do chwały i pełnych posłuszeństwa ludzi, kiedy będziemy w stanie robić wszystko, kiedy będziemy bogami, o których mówi Pismo święte.

Wprawdzie jeszcze ciągle jest mroźno, ale tak często bywa wczesną wiosną. Dwa tysiące lat w tej skali stanowi tylko dzień lub dwa. Naprawdę powinno się mówić: „Zmartwychwstanie miało miejsce dwa tysiące lat temu” w tym samym duchu, w jakim mówi się: „Wczoraj widziałem krokusa”. Wiadomo przecież, zapowiedzią czego jest krokus. Wiosna zbliża się powoli, lecz wielką rzeczą jest to, że najgorsze mamy już poza sobą. Istnieje oczywiście ta różnica, iż w przypadku wiosny w przyrodzie krokus nie może decydować o tym, jak się do niej odniesie. My możemy. Posiadamy możliwość przeciwstawienia się wiośnie i ponownego pogrążenia w zimie wszechświata, albo też przejścia do tego „wzniosłego przepychu pełni lata”, w którym nasz Przewodnik, Syn Człowieczy, już przebywa i do którego nas wzywa. Do nas należy wybór, czy posłuchać czy nie, czy umrzeć podczas tej zimy, czy posuwać się naprzód ku owej wiośnie i temu latu.

C.S. Lewis – Esej: „Wielki cud” [1945]

ZOBACZ–> https://znanichrzescijanie.wordpress.com/2015/01/02/argumenty-za-wiara52a-zmartwychwstanie-chrystusa-a-adonis-ozyrys-i-reszta-towarzystwa/

A TAKŻE–> https://znanichrzescijanie.wordpress.com/2015/01/04/zarzuty-zmartwychwstanie-chrystusa-jest-tylko-plagiatem-mitologii-poganskiej-cz-ii/

Ress

Mimo fundamentalnych różnic (patrz koniec artykułu) w rozumieniu zmartwychwstania, skojarzenia Jezusa z bogami misteryjnymi mogły się rodzić i rodziły się już w początkach chrześcijaństwa.

Pewne podobieństwo Jezusa do Mitry, Adonisa czy Ozyrysa, budziło niepokój np. Tertuliana (ok. 150-ok. 220), który widział w tym działanie demonów, małpujących prawdę Ewangelii. Uważał że wszystko poza chrześcijaństwem jest szkodliwe i bluźniercze. Teolog ten miał tak radykalne poglądy, że doprowadziło go to do zerwania z Kościołem, gdyż po kilku latach przynależności do niego, zaczął uważać Kościół za zbyt liberalny i zbyt otwarty na filozofię pogańska, przystąpił więc do sekty montanistów.

Zupełnie inne podejście miał jeden z pierwszych apologetów – Justyn (ok. 100-167). Odwoływał się on do doktryny o Logosie preegzystującym w czasach Starego Testamentu (praeparatio evangelica biblica), który objawił ziarna prawdy o sobie (Logos spermatikos) niektórym filozofom (praeparatio evangelica filosofica), natomiast w pełni objawił się dopiero w osobie Jezusa z Nazaretu, Mesjasza, Syna Bożego. Logos spermatikos, czyli „Słowo rozsiane”, jest jedną z tych genialnych intuicji Justyna, dzięki której był zdolny znaleźć wspólny język z filozofią swego czasu. Ponadto kategoria ta, która po raz pierwszy pojawia się właśnie w pismach Justyna, stała się podstawą refleksji teologicznej Kościoła różnych epok (czasami niestety zapomnianej) o ziarnach prawdy obecnych w innych religiach i kulturach.

W naszych czasach idea ta powróciła wraz z nauczaniem Soboru Watykańskiego II. Istotą tej koncepcji jest przekonanie, że od początku istnienia wszechświata ziarna prawdy zostały rozsiane przez boski Logos wśród wszystkich ludzi i w ten sposób wszyscy w różnym stopniu odkrywają prawdę i w różnym stopniu mają udział w boskim Logosie. Dzięki Objawieniu się całego Logosu w osobie Chrystusa pełnię prawdy o Bogu i człowieku oraz pełne uczestnictwo w mocy boskiego Logosu mają oczywiście tylko chrześcijanie. Natomiast zarówno objawienie starotestamentowe, jak też filozofia są tylko częściowym odkryciem prawdy.

Choć Logos spermatikos jest oryginalną koncepcją Justyna, to została ona zainspirowana trzema różnymi tradycjami: filozoficznymi tradycjami neoplatonizmu i stoicyzmu, judaizmem hellenistycznym, zwłaszcza nauką Filona Aleksandryjskiego o bytach pośrednich między Bogiem i ludźmi, oraz oczywiście wcześniejszą tradycją chrześcijańską, zwłaszcza dotyczącą zdolności naturalnego poznania Boga (Rz 1-2). Kategoria Logos spermatikos pozwoliła Justynowi nie tylko dostrzec ziarna prawdy w innych tradycjach religijnych i filozoficznych, ale uzupełniona o koncepcję Logosu pełnego (można by ją określić jako Logos totus), okazała się również kluczowa w prezentacji chrześcijaństwa jako jedynej i najpełniejszej ze wszystkich filozofii. Widziane w takiej perspektywie chrześcijaństwo jest nauką uniwersalną, pełnią takiego poznania prawdy, której wszyscy inni poszukują niejako po omacku.

Taka optyka była i nadal pozostaje podstawą misyjnego zaangażowania chrześcijan w głoszenie Ewangelii wszystkim ludziom. Dla Justyna pełnia prawdy znajdowała się tylko w chrześcijaństwie, zaś w pozostałych religiach czy kulturach obecne były jedynie ziarna Logosu (semina Verbi), elementy prawdy. Na podstawie nauki o Logosie rozsianym Justyn opracował również swoją teologię historii zbawienia. Według apologety istnieje tylko jedna historia zbawienia ludzkości, zarówno Żydów, Greków, jak i barbarzyńców, i jest ona historią świętą, gdyż kieruje nią Bóg objawiający się na różne sposoby, a ostatecznie w osobie swojego Syna. Ponieważ to właśnie w historii dokonuje się zbawienie człowieka, każdy jest zaproszony do prowadzenia życia zgodnie z zasadami Logosu, które mogą być poznane poprzez wiarę, jak w przypadku chrześcijan, albo za pomocą naturalnego światła rozumu ludzkiego. Zbawczy plan Boga jest więc propozycją dla wszystkich ludzi.

Do Żydów Bóg przemawiał przez proroków, do pogan poprzez prawdę „objawienia naturalnego”, przeznaczoną do odkrycia rozumem, natomiast do wszystkich poprzez Ewangelię swego wcielonego Syna. Warto postawić sobie pytanie, czy Bóg, który się objawił w tradycji hebrajskiej i w Jezusie Chrystusie, zawarł również z „poganami” jakąś formę zbawczego „przymierza”, tak że i oni mogą być nazywani „ludami Boga”, „ludami Boga przymierza”. Z problemem przynależności „innych” do historii zbawienia i ich związku przymierza z Bogiem żywym łączy się problem objawienia Boga ludziom poprzez historię „wiele razy i na wiele sposobów”, nim objawił się „ostatecznie w tych dniach … przez Syna” (Hbr 1, 1-2). Autor listu do Hebrajczyków miał na myśli objawienia Boga przez proroków tradycji hebrajskiej, Jacques Dupuis w książce „Chrześcijaństwo i religie” stawia jednak pytanie, czy nie należy poszerzyć perspektywy otwartej przez tekst na całość historii ludzkości. Jeśli w plan Bożych przymierzy i w historię zbawienia są włączone wszystkie narody, to czyż nie należałoby wnioskować, że w jakiś sposób, niechby nawet wstępny i niepełny, Bóg objawił się w ich historii przez słowa objawiające i zbawcze gesty?

Czy można przyjąć, że w innych tradycjach religijnych, w pamięci zapisanej w ich świętych księgach jak też w ich żywej praktyce religijnej, mamy do czynienia ze śladami słów Boga i gestów zbawczych, „różnym obliczem Boskości”, które można odkryć, wydobyć i uhonorować. Jacques Dupois stawia kontrowersyjną tezę, że działalność Ducha Świętego dosięga wyznawców innych religii za pośrednictwem ich tradycji. Jest to szokujące stwierdzenie. Czy niebiblijne Księgi mogą pośredniczyć w działalności Ducha w życiu religijnym ich wyznawców? W jaki sposób ją wspomagają i ułatwiają doświadczenie religijne? W jaki sposób wzywają wyznawców tych religii do posłuszeństwa wierze, która zbawia? Czy jest rzeczą możliwą, by teologia zebrała w Świętych Księgach innych tradycji religijnych żniwo autentycznego objawienia Bożego – prawdziwe Słowo Boga skierowane do ludzi? Jeśli w innych tradycjach religijnych istnieje prawdziwe, choć niepełne, pośrednictwo tajemnicy, wynika z tego, ze mogą one służyć jako „drogi” czy „ścieżki” zbawienia swoim członkom.

Taka działalność innych tradycji religijnych w porządku zbawienia powinna oczywiście, patrząc na to z chrześcijańskiego punktu widzenia, zawsze być umieszczana w globalnym planie Boga wobec ludzkości, który swój szczyt znajduje w Wydarzeniu Jezusa Chrystusa. Bóg, choć wypowiedział swoje ostateczne Słowo w Jezusie Chrystusie, choć mówił przez proroków Starego Testamentu, wypowiedział początkowe lub zarodkowe słowa do ludzi przez proroków innych narodów – słowa, których ślady można odnaleźć w Księgach Świętych światowych tradycji religijnych. Słowo ostateczne nie wyklucza innych słów: wprost przeciwnie, zakłada je. Nie możemy powiedzieć, że pierwszym słowem było słowo zapisane w Starym Testamencie. Nie: to właśnie ten dokument zaświadcza, że Bóg przemawiał do narodów wcześniej, nim zwrócił się do Izraela. Gwarancją tego są przymierza Boga z Adamem i z Noem i zażyłość w obu przypadkach, z jaką Bóg odnosi się do ludzi. Święte Księgi narodów reprezentują więc, razem ze Starym i Nowym Testamentem, różne sposoby i formy, w jakich Bóg zwraca się do ludzi w ciągłym procesie Bożego samo-objawienia skierowanego do nich. „Ziarna Słowa” zawarte w wierzeniach innych religii są słowami zarodkowymi i początkowymi Boga, w których jest też obecny wpływ Ducha.

Wpływ Ducha jest powszechny. Rozciąga się na słowa kierowane przez Boga do ludzkości w każdym okresie Jego samo-objawienia. To św. Tomasz z Akwinu napisał cytując Ambrozjastera: Omne verum a quocumque dicatur a Spiritu Sancto est („Każda prawda, niezależnie przez kogo powiedziana, pochodzi od Ducha Świętego”) (S.T., I, II, 109, 1, ad 1). Każda prawda pochodzi od Boga, który jest Prawdą, i winna być jako taka szanowana, niezależnie od tego, jakim kanałem do nas dociera. Słowa Boga i objawienia Bożego nie należy pojmować jak monolitu, lecz jako rzeczywistość zróżnicowaną i kompleksową. I tu wracam do zasadniczej kwestii. Oto teza, którą chcę zaproponować:

Może pogańskie intuicje na temat umierającego bóstwa, występujące w kulturach całego świata, to maska pod którą Jedyny Bóg ukrywał się od początku? Być może prawda jest rozrzucona w wielu mitach po całym świecie, a nie tylko w Biblii. Czy pogańskie mity mogły zapowiadać wcielenie?

Clive Staples Lewis (autor „Opowieści z Narnii”) w eseju „Mit stał się faktem”, napisał: „Istotę chrześcijaństwa stanowi mit, który jest również faktem. Stary mit o umierającym Bogu, nie przestając być mitem, schodzi z nieba legendy i wyobraźni na ziemię historii. Wydarza się w określonym dniu, w konkretnym miejscu”. Archetyp umierającego boga staje się prawdą, staje się rzeczywistym i historycznym wydarzeniem.

W powieści Marguerite Steedman „Ucieczka do Avalonu” jednym z bohaterów jest wierny sługa i przyjaciel Józefa z Arymatei – Grek Filon, który został w młodości wtajemniczony w misteria dionizyjskie. Gdy poznaje on Jezusa, zaczyna widzieć w nim urzeczywistnienie swojej wiary. Dostrzega pewną analogię symboliki używanej przez Jezusa z atrybutami łączonymi z Dionizosem. Wszystko to naprowadza go na przekonanie, ze Jezus jest Bogiem i ostatecznie ten człowiek, nie będący Żydem i nie znający religii żydowskiej, wcześniej niż wielu Żydów, oczekujących na przyjście Mesjasza, staje się wyznawcą Jezusa Chrystusa.

Według Lewisa pogańskie mity o umierającym i wracającym do życia bóstwie, odzwierciedlają tęsknotę wszczepioną przez Boga, aby przygotować ludzkość na Wcielenie. Te pogańskie intuicje są oczywiście niedokończone i niepełne, posługują się alegorią i myśleniem mitycznym, zapowiadają jednak najlepszą opowieść – Dobrą Nowinę, że Jedyny prawdziwy Bóg, naprawdę stał się człowiekiem, umarł na krzyżu dla naszego zbawienia, a potem, pokonawszy śmierć, zmartwychwstał. Lewis zastanawiał się nawet, czy niektórym współczesnym ludziom nie należy przedstawić najpierw przedchrześcijańskich, pogańskich intuicji, aby przygotować ich odpowiednio na przyjęcie Ewangelii.

Również Odo Casela twierdzi , że misteria pogańskie były szkołą, przygotowaniem dla chrześcijaństwa, podobnie jak takim przygotowaniem był Stary Testament. To, czego pogaństwo szukało i oczekiwało w misteriach, a nawet o wiele więcej, przyniosło z sobą chrześcijaństwo. To właśnie i jeszcze wiele więcej zawiera w sobie chrześcijańska liturgia. Czego szukali bowiem poganie w misteriach o odradzających się bogach? Przedstawiali w dramatach misteryjnych życie i cierpienie bóstwa, aby samemu otrzymać udział w nieśmiertelnym życiu bogów i w ten sposób znaleźć zbawienie. A to właśnie przyniosło chrześcijaństwo.

Biblista Ronald H. Nash podaje następujące różnice:

1. Pogańscy bogowie-zbawiciele nie umierali za kogoś innego, dlatego śmierć Boga-człowieka w miejsce człowieka jest czymś unikalnym.
2. Chrystus umarł za grzechy, jak żaden z pogańskich bogów.
3. Jezus umarł raz na zawsze (Hbr7, 27; 9, 25-28; 10, 10-14), podczas gdy bogowie czczeni w misteriach umierali corocznie.
4. Ozyrys, Attis czy Adonis ponieśli śmierć w wyniku różnych okoliczności, natomiast Jezus złożył swe życie dobrowolnie.
5. Śmierć Jezusa jest wydarzeniem historycznym, natomiast śmierć bogów-zbawców jest tylko mitycznym dramatem – alegorią odradzającej się przyrody.

Roman Zając

http://www.kosciol.pl/article.php/20070129232607667/print

ZOBACZ TAKŻE CZ. I–> https://znanichrzescijanie.wordpress.com/2015/01/02/argumenty-za-wiara52a-zmartwychwstanie-chrystusa-a-adonis-ozyrys-i-reszta-towarzystwa/

Seria „ARGUMENTY ZA WIARĄ” ma na celu pokazanie, że chrześcijaństwo i ogólnie wiara w Boga nie jest czymś co wymaga całkowitego wyłączenia myślenia. Cykl ten może nie da niezbitego 100% dowodu na istnienie Boga (nie taki jest jego cel), lecz powinien sprawić, aby przynajmniej niektóre osoby niewierzące zmieniły swoją postawę z bezmyślnego wyśmiewania chrześcijaństwa w założenie, że „być może coś w tym jest”. Z kolei osoby już wierzące być może wzmocnią swoją wiarę po kolejnych wpisach z tej serii.

DRUGI TYTUŁ: ZARZUTY „Zmartwychwstanie Chrystusa jest tylko plagiatem mitologii pogańskiej”. CZ I

huge.99.499698Wszystko, co dotyczy zmartwychwstania Jezusa, było już od samego początku kwestionowane i podawane w wątpliwość. Jedni oskarżali apostołów o zwykłe oszustwo: ukradli ciało Ukrzyżowanego i sfabrykowali cudowną historię zmartwychwstania. Inni podejrzewali ich jedynie o zbytnią łatwowierność: Jezus nie umarł, ale był w letargu, albo groby zostały pomylone, halucynacje zaś wzięto za rzeczywistość. Jest jednak rzeczą charakterystyczną, iż pusty grób nie odgrywa żadnej roli w najstarszych świadectwach o Zmartwychwstałym. W Ewangelii św. Mateusza zarzut wykradzenia ciała przypisany jest kapłanom i faryzeuszom (Mt 28,13), co każe przypuszczać, że nieco później w taki sposób władze żydowskie próbowały przeciwstawić się rosnącej popularności chrześcijaństwa. Większość formułowanych aż do dzisiaj teorii wypływa zresztą z mało dokładnej znajomości świadectw chrześcijańskich i środowiska Nowego Testamentu, jak również z nieporozumień dotyczących religioznawstwa porównawczego. Ta właśnie dyscyplina dostarczyła w początkach naszego stulecia najsilniejszych, jak się zdawało, argumentów przeciw rzeczywistości Zmartwychwstania.

Wysunięto hipotezę, że pierwsi chrześcijanie, świadomie lub nieświadomie, kształtowali historię Jezusa według legend i kultów misteryjnych takich bogów pogańskich, jak Attis, Adonis, Ozyrys czy Dionyzos, którzy corocznie schodzili do podziemnego świata śmierci, by corocznie powracać znów do świata żywych (przeważnie były to bóstwa związane, przy­najmniej pierwotnie, z wegetacją, cyklicznie obumierającą i budzącą się ponownie do życia).

Otóż hipoteza ta ignorowała całkiem odmienny charakter Zmartwychwstania Jezusa, gdyż jej twórcy i zwolennicy sprowadzili pojęcie zmartwychwstania do języka mitu. Sądzę, że warto tu przytoczyć zdanie wybitnego historyka religii greckiej, profesora Uniwersytetu Genewskiego, Jean Rudhardta. Zasługuje on może tym bardziej na naszą uwagę, że właśnie badania nad religią grecką IV w. przed Chr. skłoniły go w latach pięćdziesiątych do porzucenia zdecydowanego ateizmu na rzecz bliżej jeszcze nie określonego deizmu. Powiedział mi przy ostatnim naszym spotkaniu, że „dostrzegł za tym wszystkim jakąś rzeczywistość”. Chrześcijaninem jednak, przynajmniej wówczas, jeszcze nie był. Przeszedłszy natomiast na emeryturę, zaczął czytać Nowy Testament w taki sam sposób, w jaki poprzednio czytał pogańskich autorów greckich. I tutaj zafascynowało go zmartwychwstanie Jezusa. Oczywiście, religioznawca, zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że wiele jest bóstw zstępujących do świata umarłych, aby potem z niego powrócić. Zawsze jednak, jak mi powiedział, dzieje się to na płaszczyźnie mitu, całkowicie ahistorycznej (lub pozahistorycznej). Jezus jest natomiast konkretnym, historycznym człowiekiem, żyjącym w określonym środowisku i czasie. I to właśnie – zdaniem szwajcarskiego historyka religii – jest zjawiskiem niezwykłym i fascynującym.

Należałoby do tego jeszcze dodać, że dla chrześcijanina, zmartwychwstanie Jezusa nie jest – jak w micie – Jego powrotem do dawnego życia, lecz przejściem przez śmierć w rzeczywistość całkiem nową.

Co więcej, to przejście dotyczy także nas samych, naszego własnego zmartwychwstania. Taka jest przynajmniej treść wiary wierzących, choć wielu z nich nie zdaje sobie z tego sprawy, nie rozumiejąc najczęściej do końca, o co naprawdę chodzi.

Uczniowie Jezusa nieśli swym współrodakom i poganom niewzruszoną pewność, że spotkali się ze swym Mistrzem, zmartwychwstałym i żywym. Temu, że taką pewność mieli niemal żaden z poważnych badaczy dzisiaj już nie zaprzecza, i to bez względu na to, jak będzie to „spotkanie” interpretować, czy uzna je za zjawisko obiektywne, czy też za czysto subiektywne przeżycie. Trzeba tu jednak uświadomić sobie, że nie wszystko, co rzeczywiste, poddaje się analizie naukowej, nie wszystko można stwierdzić czy udowodnić posługując się ściśle naukowymi metodami. Wymykają się im bez reszty choćby uczucia ludzkie, wiele wewnętrznych doznań, lecz także i niektóre zewnętrzne doświadczenia. Jeżeli na przykład ktoś znajomy opowiada nam o niezwykłych przygodach, jakie spotkały go w podróży po Afryce, możemy mu tylko wierzyć, albo nie wierzyć. Zależy to przede wszystkim od zaufania, jakim tego człowieka darzymy, swoich bowiem nawet najbardziej realnych doświadczeń nie będzie mógł nam udowodnić. Uczniowie Jezusa również nie udowodnią nam niczego w sposób naukowy. Pozostaje otwarte pytanie: wierzyć czy nie wierzyć?

Chrześcijanin podchodzi do tego problemu nieco inaczej. I dobrze, jeśli o tej inności podejścia będzie pamiętał również ten, kto się za chrześcijanina nie uważa. Jeśli nie możemy nieraz dowieść drugiemu człowiekowi prawdy tego, co sami przeżyliśmy, to niewątpliwie tam, gdzie mamy do czynienia z Bogiem, gdzie chodzi o Jego objawienie, to, co rzeczywiste, musi niejednokrotnie przekraczać granice tego, co można historycznie stwierdzić. Moje zaufanie do opowiadającego mi o swoich przygodach podróżnika opiera się na tym, co o nim samym wiem z całą pewnością, co zostało mi już niejako „historycznie udowodnione”. Trochę podobnie (choć tu porównanie naturalnie kuleje) w pełni historyczne przesłanki pomagają chrześcijaninowi przyjąć tajemnicę Zmartwychwstania. Właśnie: przyjąć! Bo tajemnicy się nie dowodzi, można ją przyjąć, albo odrzucić.

Anna Świderkówna (1925 – 2008) – polska historyk literatury, filolog klasyczny, papirolog, biblistka, tłumaczka, oblatka tyniecka; profesor Uniwersytetu Warszawskiego, popularyzatorka wiedzy o antyku i Biblii. Ponad 30 lat kierowała Katedrą Papirologii (późniejszym Zakładem Papirologii) UW.

——————————-

Do powyższych słów prof. Anny Świderkówny można jeszcze dodać jedną rzecz:

Jezus został ukrzyżowany na początku lat 30 n.e. Faktem historycznym jest natomiast, że wiara w to, że Chrystus zmartwychwstał była sercem wiary chrześcijan już od samego początku. Co prawda być może nie mamy niepodważalnego dowodu na to, że w tym roku, w którym Jezusa ukrzyżowano chrześcijanie wierzyli, że zmartwychwstał (to tak czysto teoretycznie). Wiemy jednak, że jeszcze zanim powstał pierwszy tekst NT (I List do Tesaloniczan – rok 50/51), czyli najpóźniej w latach 40 n.e. chrześcijanie głosili zmartwychwstanie Jezusa. Wiemy to natomiast dzięki św. Pawłowi, który w swoim I Liście do Koryntian (połowa lat 50) zamieścił wyznanie wiary, które to na 100% – jak mówią uczeni – nie zostało stworzone przez niego:

Przekazałem wam na początku to, co przejąłem: że Chrystus umarł – zgodnie z Pismem – za nasze grzechy, 4 że został pogrzebany, że zmartwychwstał trzeciego dnia, zgodnie z Pismem: i że ukazał się Kefasowi, a potem Dwunastu, 6 później zjawił się więcej niż pięciuset braciom równocześnie; większość z nich żyje dotąd, niektórzy zaś pomarli. 7 Potem ukazał się Jakubowi, później wszystkim apostołom. 8 W końcu, już po wszystkich, ukazał się także i mnie jako poronionemu płodowi [1Kor 15:3-8].

Anna Świderkówna: „Św. Paweł pisze do Koryntian może zapewne między 55 a 57 rokiem, powtarzając im raz jeszcze to, czego nauczał ich kilka lat wcześniej. Nauka owa nie stanowi jednak jego własności, on ją sam kiedyś przejął, a później przekazał Koryntianom. Apostoł posługuje się tutaj technicznymi terminami z języka rabinów. Użyte przez niego czasowniki to po hebrajsku odpowiednio gibbel i masar. Okre­ślały one sposób, w jaki uczeń przejmował tradycję od swego mistrza, aby następnie przekazać ją z kolei własnym uczniom. To czteroczęściowe zdanie z 15 rozdziału 1 Listu do Koryntian stanowi niewątpliwie wyznanie wiary. Paweł przekazał je korynckim chrześcijanom, a niezmiernie interesującą rzeczą byłoby wiedzieć, kiedy on sam to wyznanie otrzymał. Wydaje się prawdopodobne, że sta­ło się to przy jego własnym chrzcie, a zatem pewno koło lat 35–36, ale może i później, już w Antiochii, przed rozpoczęciem podróży misyjnych, gdzieś w latach 45–49. W każdym bądź razie jesteśmy tu jeszcze bardzo blisko śmierci Jezusa”.

To co tutaj jest najistotniejsze to właśnie ten bardzo krótki okres jaki dzieli ukrzyżowanie Jezusa a wiarę w Jego zmartwychwstanie. Jeżeli rezurekcja była tylko wymysłem zaczerpniętym z pogańskiej mitologii to wszystko to dziać się musiało dużooo szybciej niż to zazwyczaj ma miejsce w obrastaniu danej postaci historycznej w legendę. Kilka, kilkanaście lat to jest nic. Tym bardziej, że pierwsi chrześcijanie byli przecież żydami, a więc ostatnimi ludźmi na ziemi, którzy mieliby skłonności do kopiowania pogańskich wierzeń. To oni przecież jako jedyni w tamtych czasach uważali, że istnieje tylko jeden Bóg. Ich nietolerancja wobec innych bóstw była tak duża, jak to tylko możliwe. Poganie wobec siebie nawzajem byli z kolei bardzo tolerancyjni.

>>> Na sam już koniec jeszcze trzy małe uwagi. W czasach starożytnych istniała ogromna ilość najróżniejszych bóstw. Egipt, Rzym, Grecja, Sumer, Babilon, Akkad, Asyria itp. posiadały swoje mitologie z całym panteonem bogów. Dodatkowo w przypadku wielu z tych bóstw istniało wiele wariantów mitu. Biorąc to pod uwagę czy to tak niezwykłe, że niektóre motywy z NT pokrywają się z elementami mitologii starożytnej? Poza tym, kto powiedział, że tylko to, co jest całkowicie oryginalne jest prawdą, a cała reszta nie? Przecież rzecz niepowtarzalna może okazać się fałszem, a coś znane również skąd indziej być natomiast prawdą.

Po drugie zastanówmy się: mity starożytne od samego początku były pisane językiem mitycznym/ bajkowym (wystarczy rzut oka i porównać to do Ewangelii); twórcy NT takiego języka unikali (sam fakt występowania cudów nie determinuje bajkowości/realności danego opisu; widać to najbardziej w zadziwiającym braku jakiegokolwiek opisu największego cudu NT – Zmartwychwstania), im zależało na tym, aby Jezus z Nazaretu był postacią w pełni historyczną, żyjącą w określonym czasie i miejscu. W takiej sytuacji nawet jeśliby ewangeliści znali te wszystkie postacie (i szczegóły z ich życia, np. zmartwychwstanie Attisa po 3 dniach) do których porównuje się Jezusa, to czy kopiowali by te detale? Przecież właśnie coś takiego sprawiłoby, że ktoś mógłby podważyć to, co zawarli w NT (a przecież im zależało, aby wszystko wyglądało na prawdę historyczną). Dużo bardziej prawdopodobne jest, ze jeżeli rzeczywiście istnieje jakiś paralelizm pomiędzy danym słowem czy czynem Jezusa, a szczegółem z życia jakiegoś bóstwa, to jest on całkowicie niezależny/przypadkowy. Oczywiście celowe nawiązania NT do ST do inna bajka.

Poza tym, jeśli Bóg istnieje, to świat stworzony przez Niego nie byłby światem powstałym na chybił trafił. Kto wie, być może cykliczność, którą widzimy w naturze – a której obserwacja przyczyniła się do powstawania w czasach starożytnych mitów o umierającym i powstającym bogu – została stworzona po to, aby rozbudzać pragnienie nieśmiertelności obecne już w człowieku i w ten sposób – że tak powiem – formować świat pogański, aby przygotować go na przyjęcie chrześcijaństwa, które wtedy byłoby spełnieniem właściwych oczekiwań/pragnień pogan, skierowanych wcześniej po prostu w złym kierunku. Benedykt XVI pisał w swoim „Jezusie z Nazaretu”: Mity czekały na tego, w którym przedmiot pragnień stał się rzeczywistością.

Cóż, być może coś w tym jest. Być może pogańskie religie to po prostu – w pewnym sensie – takie roztrzaskane chrześcijaństwo, które było od zawsze odwieczną prawdą. O tym trochę będzie można poczytać w kolejnym artykule.

http://ps-po.pl/zagadka-pustego-grobu/ http://www.firstthings.com/article/1996/04/002-are-the-gospels-mythical