Posts Tagged ‘Anna Świderkówna’

Seria „ARGUMENTY ZA WIARĄ” ma na celu pokazanie, że chrześcijaństwo i ogólnie wiara w Boga nie jest czymś co wymaga całkowitego wyłączenia myślenia. Cykl ten może nie da niezbitego 100% dowodu na istnienie Boga (nie taki jest jego cel), lecz powinien sprawić, aby przynajmniej niektóre osoby niewierzące zmieniły swoją postawę z bezmyślnego wyśmiewania chrześcijaństwa w założenie, że „być może coś w tym jest”. Z kolei osoby już wierzące być może wzmocnią swoją wiarę po kolejnych wpisach z tej serii.

finger-love

Człowiek żyje na tej ziemi kilkadziesiąt lat. Jest to okres dosyć krótki, dlatego trzeba by go wykorzystać jak najlepiej. Patrząc zdroworozsądkowo, najmądrzejszą rzeczą jaką można zrobić jest maksymalizacja przyjemności jakie można znaleźć w życiu. Skrajny egoizm jest tym, co powinno cechować racjonalne podejście do życia. Wiemy jednak, że nie wszyscy ludzie są zawsze egoistami w 100%. Istnieje coś takiego jak altruizm. I teraz to co jest ważne, to to, że naukowo, poprzez teorię ewolucji można najpewniej wyjaśnić takie bądź inne zachowanie niesamolubne. Nie to jest jednak najważniejsze. To co jest naprawdę istotne i co jednocześnie stanowi serce Ewangelii Jezusa, to miłość i to nie tylko taka, która jest przyjemnym uczuciem, które to odczuwamy min. w stanie zakochania, choć także oczywiście później. Jezus poprzez swoje słowa, a również, co nie mniej ważne, czyny mówi/pokazuje nam, że sens ludzkiego istnienia znajduje się w całkowitym darze z siebie drugiej osobie. Nie chodzi tutaj o jedno czy drugie altruistyczne zachowanie, które można by wyjaśnić przez ewolucjonizm. Chodzi o SENS istnienia i jedyne źródło prawdziwego szczęścia, którym byłby całkowity dar z siebie. Jeżeli Chrystus mówił – jak wierzą chrześcijanie – prawdę. Jeżeli kto chce zachować swoje życie straci je (inaczej zmarnuje), a kto straci je z powodu Chrystusa żyć będzie, to nauka tego nie wyjaśni i nie zrozumie nigdy. A nie zrobi tego, ponieważ aby to pojąć, trzeba wyjść poza przyrodę, trzeba odnieść się do świata nadprzyrodzonego, do Boga. Człowiek z pozoru uważa, że im więcej oddaje tym więcej traci. Logika Boga jest jednak paradoksalna: im więcej daję tym więcej zyskuję. Czy jest to jednak, aby na pewno prawda? Cóż, aby prawdziwie się upewnić, każdy musi przekonać się na własnej skórze. Innej drogi nie ma, gdyż teoria to za mało. Jedni dochodzą do tego wcześniej, inni dopiero u schyłku życia zaczynają rozumieć, że szczęście nie jest zależne od tej czy innej rzeczy, którą posiadają.

——————————————-

Konstytucja Gaudium et Spes o Kościele w świecie współczesnym: Przede wszystkim człowiek, który na ziemi jest jedyną istotą jaką Bóg stworzył dla niej samej nie może znaleźć swej pełni inaczej niż przez całkowity dar z siebie. Nieco wcześniej w tym samym paragrafie Konstytucja przypomina słowa Jezusa z modlitwy arcykapłańskiej: Aby wszyscy stanowili jedno jak Ty Ojcze jesteś we Mnie, a Ja w Tobie, sugerując, że właściwy wzór dla naszego oddania odnajdziemy jedynie w darze jakim jest całe ziemskie życie Jezusa. Właściwą myśl Ojców Soboru pomaga nam lepiej zrozumieć odsyłacz do Mateusza, rozdział 16, wiersz 25, gdzie Jezus mówi do swych uczniów: Kto będzie chciał zachować swoje życie straci je, a kto je straci zachowa je. Jest to przedziwny werset i jedyny taki, który w 4 Ewangeliach pojawia się co najmniej 7 razy. Wprawdzie w trochę różnych wersjach, ale jego sens pozostaje zawsze ten sam. Trzeba stracić życie żeby je znaleźć, żeby je zachować, żeby je zbawić. Co to znaczy? Pomóc nam tutaj może Ewangelia wg świętego Jana w której ten werset występuje tylko raz. Warto jednak przyjrzeć się całemu kontekstowi. Jest to 12 rozdział, występujący natychmiast po triumfalnym wjeździe Jezusa do Jerozolimy. Do jednego z apostołów, konkretnie do Filipa przychodzą poganie tutaj nazywani Hellenami, Grekami. W tym okresie jest to określenie często stosowane na określenie pogan zwłaszcza wśród Żydów mówiących po grecku. Przychodzą oni do Filipa i mówią, że chcieli by spotkać się z Jezusem. Filip powiedział o tym Andrzejowi, a potem obaj poszli do Jezusa. On zaś dał im taką odpowiedź: Nadeszła godzina aby uwielbiony był Syn Człowieczy. Innymi słowy, aby Syn Człowieczy wszedł w chwałę Ojca.

Charakterystyczne, że w Ewangelii św. Jana aż do momentu, kiedy zacznie się rzeczywista męka Jezusa nie będzie mowy ani o Jego ukrzyżowaniu, ani o Jego śmierci, a tyko o wywyższeniu i uwielbieniu. Taka jest perspektywa w jakiej św. Jan widzi kres ziemskiego życia Jezusa: wywyższenie na krzyżu i wywyższenie w chwale. Tutaj Jezus mówi właśnie o nadejściu swojej godziny i zaraz dodaje pouczenie: zaprawdę, zaprawdę powiadam wam jeśli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze zostaje samo jedno, ale jeśli obumrze przynosi plon obfity. Kto kocha swoje życie straci je, a kto nienawidzi swojego życia na tym świecie zachowa je na życie wieczne. Odnajdujemy tutaj w nieco zmienionej formie werset do którego odsyła nas jak widzieliśmy Konstytucja Soborowa. Ów tekst Janowy pojawia się nieraz w liturgicznych czytaniach, ale chyba zawsze zaczyna się od słów o ziarnie pszenicy. Słuchacze odnoszą wrażenie, że jest to nauka jakiej Jezus udziela swoim uczniom. I rzeczywiście tak właśnie jest, bo Jezus zaraz potem dodaje: Kto chciałby mi służyć niech idzie za mną (a właściwie ze mną) a gdzie Ja jestem tam będzie i mój sługa. Przyjrzyjmy się jednak dokładnie tekstowi, a łatwo się przekonamy, że to tylko cząsteczka prawdy.

Jezus mówi tu przede wszystkim o sobie. I to nadaje Jego słowom całkiem inne brzmienie. On sam jest tym ziarnem pszenicznym, które musi umrzeć, żeby wydać owoc. A ci szukający Go poganie są dla Niego znakiem, że nadeszła już Jego godzina, godzina śmierci i wejścia w chwałę. On wie, że do pogan trafi dopiero przez swoją śmierć. Przyszedł zatem czas na złożenie daru ze swego życia. I tutaj mamy wzór i wskazaną drogę, bo nie darmo Jezus mówi o sobie, że jest Drogą, Prawdą i Życiem. Ale zaraz rodzą się pytania: dlaczego? w jaki sposób ma się to odnosić do nas? Prawda jest prosta. Człowiek został stworzony właśnie do takiego daru z siebie. Jak bowiem czytamy na początku Księgi Rodzaju: Bóg stworzył człowieka na swój obraz, na obraz Boga go stworzył, stworzył ich mężczyzną i niewiastą. Tak więc stworzeni jesteśmy mężczyzną i niewiastą właśnie dlatego, że Bóg stworzył nas na obraz i podobieństwo swoje. A on sam w odróżnieniu od Bogów świata pogańskiego objawia się nam już od pierwszych stronić Biblii jako Bóg dla człowieka (patrz imię Boga). Jesteśmy zatem i my również stworzeni do daru z siebie. Ten, kto na ów dar się nie zdobędzie, nie znajdzie nigdy szczęścia w życiu. Nie jest ważne jak to nam wychodzi. Lepiej, aby ów dar był koślawy, niż żeby go w ogóle nie było.

I jeszcze jedno, jak już mówiliśmy dar zawsze zakłada wzajemność. A ten wzajemny dar to miłość, której najlepszą definicją moim zdaniem jest przyjmowanie i dawanie. Pewien duchowy napisał: Kochać to nie znaczy brać, ale przyjmować i dawać. I taka też jest, jeśli można tak powiedzieć, tajemnica Boga Trójjedynego. Znajduje to swój może najpełniejszy wyraz w słowach Jezusa z 17 rozdziału Ewangelii św. Jana, gdzie Pan nasz na progu wieczności mówi do swojego Ojca: wszystko co moje Twoje jest, a co Twoje moje. Te słowa w szczególny sposób łączą się z przypowieścią o miłosiernym ojcu z 15 rozdział Ewangelii św. Łukasza. Kiedy zbuntowany starszy syn nie chce wejść do domu oskarżając ojca o brak sprawiedliwości, bo tak uroczyście powitał tego nicponia, swego marnotrawnego syna, a jemu nigdy nie dał nawet koźlęcia, żeby się zabawił ze swymi przyjaciółmi, ojciec mówi mu: Dziecko moje, ty jesteś zawsze ze mną i wszystko co moje twoje jest. Odkrywamy tu przedziwną zgodność, bo Łukasz na pewno nie korzystał z Jana, bo gdy pisał swoją Ewangelię, Janowej, przynajmniej tej, którą znamy dzisiaj jeszcze nie było. Jan z kolei na pewno nie korzystał z Łukasza. Taka zbieżność zdaje się wskazywać, że są to słowa samego Jezusa i w nich właśnie odnajdujemy tajemnice daru.

Anna Świderkówna, „Nie tylko o Biblii”

Anna Świderkówna (1925 – 2008) – polska historyk literatury, filolog klasyczny, papirolog, biblistka, tłumaczka, oblatka tyniecka; profesor Uniwersytetu Warszawskiego, popularyzatorka wiedzy o antyku i Biblii. Ponad 30 lat kierowała Katedrą Papirologii (późniejszym Zakładem Papirologii) UW.

ZOBACZ TAKŻE–> http://ps-po.pl/wszyscy-musza-umrzec-aby-mogli-przejsc-do-nowego-zycia-23-kwietnia-2015/

Reklamy

bible

Biblia: między mitem a historią. Jest to jeden z rozdziałów książki Anny Świderkówny [Biblia a człowiek współczesny].

„Czym właściwie jest Biblia? Zbiorem mitów czy opowieści historycznych. Ani jednym ani drugim. To wielki księgozbiór na który złożyły się pisma należące do najróżniejszych gatunków literackich. Znajdziemy tam, zarówno fragmenty pisane językiem mitycznym, jak i teksty historyczne. Trzeba zawsze jednak pamiętać, że historia tworzona w czasach starożytnych, różni się bardzo od tego, co rozumiemy pod tym pojęciem dzisiaj”.

„Izrael podobnie jak pozostałe ludy Starożytnego Wschodu nie miał właściwego języka, którym mógłby przekazać swoje refleksje filozoficzne czy teologiczne. Posługiwał się więc obrazowym i symbolicznym językiem mitów, aby wyrazić największe prawdy, a nawet objawienie Boże.”

„Jedyną w Biblii szeroko rozbudowaną bajkę spotykamy w rozdziale IX Księgi Sędziów. Drzewa rozprawiają tam ze sobą, bo postanowiły wybrać króla i nie wiedzą, które z nich ma nim zostać. Co ciekawe, chociaż opowieść ta znalazła się w Piśmie Świętym, nikt nie próbuje dowodzić, że Pismo naucza, iż kiedyś drzewa mówiły i wybierały króla. Dlaczego? Bo w tym przypadku nawet nie wiedząc o tym, umiemy rozpoznać gatunek literacki. Kłopot pojawia się dopiero tam, gdzie go nie rozpoznamy”.

„Autorzy biblijni korzystali z języka mitycznego, jednak bardzo starannie oczyszczali cegiełki przejęte ze świata pogańskiego”.

„Przyznaję, że rozdział pierwszy Księgi Rodzaju raczej mnie denerwował. Złościł mnie tak długo, póki nie zobaczyłam go na tle mitologii bliskowschodniej z której przecież wyrasta. Wtedy dopiero oceniłam podobieństwa i różnice”.

„To co czytamy w Biblii, aż do połowy czwartego wersetu rozdziału drugiego ma formę hymnu liturgicznego na cześć jedynego Stwórcy nieba i ziemi. Wszystko jest tu stworzone, także to co i gdzie indziej, nie tylko na Bliskim Wschodzie, ale i w Grecji było uznawane za bóstwa: ciała niebieskie, Słońce, księżyc, gwiazdy. W tekście biblijnym są to lampy, które Bóg wiesza na sklepieniu nieba, żeby pomagały ludziom tworzyć kalendarz i odróżniać dzień od nocy”.

„Wszystkie znane mi kosmogonie są zarazem teogoniami, co oznacza, że powstawanie świata ściśle wiąże się z narodzinami bogów. To dlatego, że rodzą się coraz to nowi bogowie, powstaje niebo, Ziemia, księżyc, gwiazdy, morze i wszystko inne. Początek Księgi Rodzaju to jedyny tekst w którym mowa jest tylko o kosmogonii. Nie znajdujemy w niej genealogii Boga. Nie słyszymy, aby miał On żonę albo żony. Nie dowiadujemy się niczego o Jego dzieciach. I nas to nie zdumiewa, gdyż myślimy zawsze w kategoriach monoteizmu […] Trzeba uświadomić sobie, że kiedy ten tekst powstał, prawdopodobnie na przełomie VI i V wieku przed naszą erą, nigdzie w znanym mi świecie starożytnym takiego Boga nie było. I to jest naprawdę zadziwiające”.

„Nie bójmy się zatem tego, co mityczne. Nie szukajmy w pismach sprzed wielu wieków naszego rozumienia historii. Nie próbujmy decydować, jakimi gatunkami literackimi Bóg ma prawo się posługiwać. Wsłuchajmy się raczej w Jego słowo, które w swej dobroci sam  zechciał wcielić w słowo ludzkie”.

CAŁY ROZDZIAŁ PONIŻEJ. CZYTA KRYSTYNA CZUBÓWNA.

Anna Świderkówna (1925 – 2008) – polska historyk literatury, filolog klasyczny, papirolog, biblistka, tłumaczka, oblatka tyniecka; profesor Uniwersytetu Warszawskiego, popularyzatorka wiedzy o antyku i Biblii. Ponad 30 lat kierowała Katedrą Papirologii (późniejszym Zakładem Papirologii) UW.

jesus

Fragment książki „Rozmowy o Biblii. Nowy Testament” Anny Świderkówny

Warto zwrócić uwagę na pewne podobieństwa, jakie zdają się zachodzić między uczniami, którzy gromadząc się wokół rabina tworzyli jego „szkołę”, a uczniami Jezusa. Punktem istotnym jest tutaj fakt, że rabini (a niewątpliwie i „protorabini” – żyjący przed 70 rokiem n.e.) przekazywali swoją mądrość ustnie, powtarzając przekazywane zasady wielokrotnie, a przy tym w takiej formie, jaka była najłatwiejsza do zapamiętania. Od uczniów swoich nie oczekiwali zresztą, by powtarzali wszystko słowo w słowo. Wręcz przeciwnie, żądano od nich wysiłku zrozumienia tego, co zostało im przekazane, a wysiłek ten wyrażał się we własnej interpretacji. Jezus również na pewno nie dyktował, lecz nauczał ustnie, podobnie też przekazywali te nauki Jego bezpośredni uczniowie. Świat ich znał jeszcze tradycję ustną, o czym nazbyt łatwo zapominamy, chociaż w specyficznych warunkach pojawia się ona niekiedy i w naszych czasach. Tak na przykład pewien Hindus opowiadał francuskiemu bibliście, Xavier Leon-Dufourowi, że jego własna matka, zupełna analfabetka, umiała wyrecytować bezbłędnie hinduską modlitwę, której tekst wydrukowany zająłby w książce ok. 250 stron! Tam, gdzie pismo nie istnieje lub nie można się nim posługiwać (np. w więzieniu), pamięć staje się niesłychanie pojemna i trwała.

SŁOWA WOBEC KTÓRYCH NIE PRZECHODZI SIĘ OBOJĘTNIE

Trzeba przy tym zdać sobie sprawę, że to, co Jezus mówił, a także sposób, w jaki mówił, ułatwiało słuchającym zapamiętanie Jego słów. Nie wygłaszał przecież długich przemówień retorycznych ani filozoficznych czy teologicznych dysertacji. Upodobał sobie, jak się zdaje, głównie krótkie powiedzenia, porównania, przypowieści, wszystko to, co język hebrajski nazywał meszalim i co łatwo wpadało w ucho. Z początku mogło się ludziom nawet wydawać, że słyszą rzeczy dobrze im znane. Jezus cytował i objaśniał Pismo, oświadczając zarazem, że „nie przyszedł unieważniać Prawa i Proroków” („Prawo i Prorocy” to tyle co całe Pismo). Kiedy jednak przygotowywali się już do wysłuchania jeszcze jednego zwykłego kazania, spadał nagle grom: Jezus nakazywał im kochać nieprzyjaciół i modlić się za swoich prześladowców! A co gorzej, żądał, by ten, kogo uderzą w jeden policzek, nadstawił także i drugi. Powołując się na przykazanie „nie cudzołóż”, mówił, że cudzołóstwem jet już spojrzenie na kobietę z pożądaniem, dodając przy tym: „Jeśli twoje prawe oko skłania cię do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie! […] A jeśli prawa twoja ręka skłania cię do grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie!” (Mt 5,17; 5,44; 5,39; 5,25-30). Na takie słowo można było się buntować, ale jedno jest pewne, że się ich łatwo nie zapominało, zwłaszcza wtedy, gdy po raz pierwszy i niespodziewanie uderzały w człowieka.

RYTM

Jezus mówił po aramejsku, lecz Ewangelie zachowały się w języku greckim, my zaś czytamy je najczęściej w polskim przekładzie. Otóż niewątpliwie ciekawy jest fakt, że nawet w tym polskim tłumaczeniu odnajdujemy jeszcze miejscami rytm, charakterystyczny dla tekstu przekazywanego drogą ustną (rytm taki ułatwia zapamiętanie). Odnajdujemy go w Błogosławieństwach, które też musiały szokować wielu słuchaczy:

„Błogosławieni ubodzy duchem, ponieważ ich jest Królestwo niebieskie. Błogosławieni, którzy są pełni bólu, ponieważ oni będą pocieszeni . Błogosławieni cisi, ponieważ oni odziedziczą ziemię” (Mt 5,3-5; por. 6-12 oraz Łk 6,20-26).

Całkiem wyraźnie słyszymy go też w wezwaniu do wytrwałej modlitwy: „Proście, a będzie wam dane, szukajcie a znajdziecie, kołaczcie, a zostanie wam otworzone. Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje, kto szuka, znajduje a kołaczącemu zostanie otworzone” (Łk 11,9-10; por. Mt 7,7-8). Całą zaś misterną strukturę rytmiczną odkrywamy pod koniec 7 rozdziału Ewangelii według św. Mateusza. Czytamy ten tekst na ogół zbyt pobieżnie, by zwrócić na nią uwagę, przyjrzyjmy się mu zatem bliżej:

24 Każdego więc, kto tych słów moich słucha i wypełnia je, można porównać z człowiekiem roztropnym, który dom swój zbudował na skale. 25 Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i uderzyły w ten dom. On jednak nie runął, bo na skale był utwierdzony. 26 Każdego zaś, kto tych słów moich słucha, a nie wypełnia ich, można porównać z człowiekiem nierozsądnym, który dom swój zbudował na piasku. 27 Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i rzuciły się na ten dom. I runął, a upadek jego był wielki.

Przez to podwójne tłumaczenie – z aramejskiego na grecki z greckiego na polski – dochodzi do nas jeszcze głos Jezusa Jego słowa, które tak głęboko zapadły w serca słuchaczy, że docierają do nas jeszcze dzisiaj, po prawie dwudziestu wiekach […]

Niewątpliwie dość prędko pojawiła się potrzeba spisywania niektórych tekstów. Służyły one choćby jako „notatki” podręczne dla tych, którzy, sami niedawno ochrzczeni, szli w świat, by głosić Ewangelię innym. Potrzebne były też z pewnością przy katechizowaniu nowych , niedokształconych jeszcze chrześcijan. Tradycja ustna żyła jednak nadal, wpływając na powstające pisma, i nie znikła nawet wtedy, gdy pojawiły się już cztery Ewangelie.

AUTORYTET

Mówiąc o pewnych podobieństwach, jakie zachodzą między „szkołami” rabinów (a właściwie „protorabinów sprzed 70 r. przed Chrystusem) a uczniami gromadzącymi się wokół Jezusa, nie możemy zapominać o różnicach. Najistotniejszą z nich jest miejsce, jakie zajmuje On sam w tradycji chrześcijańskiej. W szkołach rabinów przekazywano sentencje i komentarze uczonych w Piśmie i dawnych mędrców. Jezus natomiast, choć uważany również przez swoich uczniów za Nauczyciela, miał jednak pozycję całkiem odmienną. Tam, gdzie przekazywali zawsze to, co sami przejęli od swoich mistrzów, postępując tak nawet i wtedy gdy przekaz ten w sposób jakiś uzupełniali czy aktualizowali, On jeden nie powoływał się nigdy na żaden autorytet, ani nikogo poza tym, którego nazywał po prostu Ojcem. Wrażenie jakie Jezus wywierał na swoich słuchaczach, oddaje może najlepiej jedno zdanie z Ewangelii według św. Marka, dość wszakże trudne do właściwego przełożenia na język polski. Biblia Tysiąclecia tłumaczy je tak: „Zdumiewali się Jego nauką; uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie” (Mk 1,22). W zdaniu tym chodzi jednak nie tyle o „władzę” ile raczej o to, co nazywamy autorytetem. Jezus nauczał jak ktoś, kto opierał się na własnym autorytecie. I to właśnie zdumiewało.

——————————————————–

PS Mówi się czasami, że Jezus nigdy nie istniał lub że bardzo różnił się od wizerunku jaki znajdujemy w NT. Należy jednak pamiętać, że takie zdanie w jakimś stopniu mogłoby być uzasadnione, gdyby postać z NT była Kimś zwyczajnym, kto za swojego życia mógłby pozostać względnie niezauważony przez  środowisko. Jezus Ewangelii nie jest jednak Kimś „szarym” czy „bezbarwnym”. Stworzenie tak oryginalnej postaci i wmówienie tłumom kilkadziesiąt lat później, że istniała jest czymś graniczącym z niemożliwością. Tak przynajmniej podpowiada zdrowy rozsądek. W ostatecznym jednak rozrachunku każdy sam musi odnieść się do tego, co czytamy w NT.

PS2 Warto zauważyć jeszcze, pewien motyw przewijający się przez cały NT. Jest to motyw naśladowania Chrystusa. Sprawia on, że dla chrześcijan musiało bardzo zależeć na tym, aby jak najwierniej przywoływać przynajmniej słowa i czyny Jezusa.

PS3 Jezus bardzo często mówił językiem poetyckim. Mnóstwo w NT przypowieści czy porównań, które to z pewnością ułatwiają zapamiętywanie. Oprócz tego Jezus najprawdopodobniej wiele ze swoich nauk powtarzał wielokrotnie, gdyż nauczał w wielu miejscowościach.

Anna Świderkówna (1925 – 2008) – polska historyk literatury, filolog klasyczny, papirolog, biblistka, tłumaczka, oblatka tyniecka; profesor Uniwersytetu Warszawskiego, popularyzatorka wiedzy o antyku i Biblii. Ponad 30 lat kierowała Katedrą Papirologii (późniejszym Zakładem Papirologii) UW.

ZOBACZ TAKŻE (ang)–> http://reknew.org/2008/01/how-reliable-was-the-early-churchs-oral-traditions/

A TAKŻE (akapit o historyku Sherwin-White) –> http://www.zajezusem.com/index.php?num=5799

Seria „ARGUMENTY ZA WIARĄ” ma na celu pokazanie, że chrześcijaństwo i ogólnie wiara w Boga nie jest czymś co wymaga całkowitego wyłączenia myślenia. Cykl ten może nie da niezbitego 100% dowodu na istnienie Boga (nie taki jest jego cel), lecz powinien sprawić, aby przynajmniej niektóre osoby niewierzące zmieniły swoją postawę z bezmyślnego wyśmiewania chrześcijaństwa w założenie, że „być może coś w tym jest”. Z kolei osoby już wierzące być może wzmocnią swoją wiarę po kolejnych wpisach z tej serii.

isaiah

Zapis czatu z prof. Anną Świderkówną, który odbył się dnia 09.03.2008

KSIĄDZ: Witamy Panią Profesor. Dzisiaj wielkopostnie – temat o cierpiącym Słudze Jahwe z Izajasza…. Zapraszam do zadawania pytań i rozmowy.

ANNA ŚWIDERKÓWNA: I ja witam Państwa.

PYTANIE: Pieśni Sługi Jahwe powstały 500 lat przed Chrystusem. Kim był Sługa Jahwe według ich autora?

ANNA ŚWIDERKÓWNA: Bardzo chcielibyśmy umieć na to pytanie odpowiedzieć, ale ludzie mądrzejsi ode mnie nie znajdują na nie odpowiedzi. Musimy pogodzić się z faktem, że w Biblii nie wszystko można sobie ładnie wyobrazić.

Pierwszą próbą zrozumienia tego tekstu była xix-wieczna koncepcja Bernarda Duhma – uczonego niemieckiego – który zaproponował, by w rozdziałach 42, 49, 50 i 52-53 Księgi Izajasza wyróżnić Pieśni Sługi Jahwe – najprawdopodobniej cztery pieśni, które zostały do niej włożone. Od razu jednak pojawia się kilka pytań.

Zwykle, jeśli mamy do czynienia z pieśniami, możemy wyróżnić ich granice. W tym przypadku bardzo trudno jest określić zwłaszcza koniec każdej z nich. Wyjątkiem jest tu pieśń IV, której granice są oczywiste.

Drugim znakiem zapytania jest sam autor – pieśni Sługi Jahwe zostały wmontowane w tę część księgi Izajasza, którą nazywamy Drugim Izajaszem. O autorze tym wiemy tylko, kiedy żył – w 538 roku, kiedy Cyrrus zdobył Babilon i pozwolił wrócić Izraelitom do Jerozolimy, i nieco przed tym okresem.

Pytanie trzecie dotyczy właśnie tego, kim jest ów Sługa, i czy jest to ten sam Sługa we wszystkich czterech pieśniach. Jeśli próbujemy czytać Biblię bardzo często jednak okazuje się, że nie wiemy wszystkiego i nie potrafimy odpowiedzieć na nasze pytania. Po prostu trzeba się tym pieśniom przyjrzeć…

W pieśni pierwszej (Iz 42, 1-7) Jahwe sam opowiada o swoim Słudze, któremu dał swojego Ducha, podobnie jak dawał go prorokom i królom. Sługa ma przynieść Prawo narodom i pouczenie wyspom. Trzeba tu powiedzieć, że słowo „narody” w Biblii oznacza zawsze pogan. „Wyspy” również oznaczają pogan – na wyspach na Morzu Egejskim zwykle mieszkali poganie. Sługa ma być przymierzem dla ludzi i światłością dla narodów. Oznacza to, że Jego misja jest skierowana przede wszystkim do pogan.

W pieśni drugiej zabiera głos sam Sługa Jahwe – zwraca się do wysp i ludów najdalszych, mówi o swoim powołaniu z łona matki i o swojej roli narzędzia w planach Bożych. Jednocześnie mówi też o rozterce wewnętrznej: „Próżno się trudziłem, na darmo, i na nic zużyłem swe siły”. Inaczej to jednak wygląda w oczach Jahwe: „A teraz przemówił Jahwe, który mnie ukształtował od początku na Swego Sługę, bym nawrócił do niego Jakuba i zgromadził Mu Izraela”. „Ustanowię Cię światłością dla pogan” – mówi Jahwe do Sługi – „aby moje zbawienie dotarło aż do krańców ziemi”. W tej pieśni jest już mowa o wielkim poniżeniu Sługi i zarazem o jego przyszłej chwale.

Przechodzimy teraz do najważniejszych tekstów: pieśń III (Iz 50, 9-11) przynosi nową wypowiedź Sługi, którego „Bóg obdarzył go językiem wymownym”, i każdego rana „budzi jego ucho, by słuchał jak ci, których uczą”. W tej pieśni znajdujemy jeszcze stwierdzenie, że Sługa – bity, opluwany i znieważany – zachowuje spokój, bo wspomaga go Jahwe.

Pieśń IV (Iz 52,13-53,12) jest najdłuższa i najtrudniejsza w interpretacji, a jednocześnie najbardziej doniosła. W pierwszej jej części (Iz 52, 11-15) mowa jest o „moim Słudze” (słyszymy w tych słowach samego Boga):

„Oto się powiedzie mojemu Słudze, wybije się, wywyższy i wyrośnie bardzo. Jak wielu osłupiało na jego widok, bo nieludzko został oszpecony jego wygląd i postać jego była niepodobna do ludzi. Tak mnogie narody się zdumieją, królowie zamkną przed nim usta, gdyż ujrzą coś, czego nigdy nie opowiadano i pojmą coś niesłychanego.”

Tutaj horyzont jest niezmiernie szeroki, pojawiają się mnogie narody i królowie. Sługa zostaje najpierw oszpecony, czy może okaleczony tak bardzo, że staje się niepodobny do człowieka. Potem jednak, przez jakąś nagłą odmianę sytuacji, dostępuje chwały, która każe wszystkim oniemieć ze zdumienia. To wywyższenie przez najgłębsze, rozpaczliwe poniżenie jest czymś niesłychanym, wydarzeniem bez żadnego precedensu. Otwiera to nową epokę.

Zaczyna się rozdział 53. Z tym początkiem zmienia się osoba mówiącego. Wcześniej podmiotem było „ja” teraz przechodzimy na „my”. Niełatwo odpowiedzieć na pytanie, kto się za tym „my” kryje, a to jest bardzo ważne. Możemy sobie zadać pytanie, czy ta wyjątkowa misja Sługi odnosi się tylko do samego Izraela, czy może do wszystkich narodów.

Druga cześć pierwszego wersetu wydaje się jednak wskazywać na powód, dla którego wydarzenie to jest prawdziwie niesłychane, chodzi o słowa „w kim objawia się ramię Jahwe?”. Ramię, to znaczy moc. Moc Boga objawia się w skrajnej słabości Sługi. Niemniej zadziwiające są dalsze słowa tej pieśni: „Wyrósł przed nami jak młode drzewo i jakby korzeń z wyschniętej ziemi, nie miał też wdzięku ani blasku, żebyśmy zwrócili na niego uwagę, ani wyglądu by się nam podobać. Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, mąż boleści, oswojony z cierpieniem, jak ktoś, przed kim się twarz zakrywa. Wzgardzony tak, że mieliśmy go za nic.”

„A było to nasze cierpienie, którym się obarczył, nasze boleści, które dźwigał, my zaś uznaliśmy, ze Bóg go ukarał, uderzył i upokorzył. Lecz on został przebity za nasze grzechy, zmiażdżony za nasze niegodziwości, spadła nań chłosta, która jest naszym pokojem, a w jego ranach nasze zdrowie. Wszyscy pobłądziliśmy jak owce, każdy z nas zwrócił się ku własnej drodze, a Jahwe zwalił na niego winy nas wszystkich.” (Iz 53, 2-6),

Co jest charakterystyczne: wszystkim, którzy nań patrzą Sługa wydaje się niegodny uwagi (warto zauważyć, że Biblii zwykle, jeśli ktoś jest wybrany przez Boga, Bóg mu daje także piękny wygląd, dla autorów biblijnych piękność jest znakiem Bożego błogosławieństwa). Spadają na niego same ciosy, jest wzgardzony i odepchnięty przez ludzi.

W wersecie czwartym następuje przedziwna zmiana – ten, kto przemawia, odkrywa niespodziewanie, że to poniżenie ma głęboki sens dla nas samych. Sługa nie jest – jak to sądzili wcześniej – ukarany przez Boga, on dźwiga ich własne cierpienia, został zmiażdżony za ich własne niegodziwości, a wszystko po to, aby przynieść im zdrowie i pokój. Trzeba tylko dodać, że pokój – po hebrajsku szalom – to nie tylko brak wojny, ale ogólna harmonia, obejmująca cały świat.

Czytelnik nie zauważa na ogół rewolucyjności tego tekstu, bo nawet jeśli nie jest chrześcijaninem odruchowo tłumaczy te słowa na sposób chrześcijański, i dlatego nie dziwi się, że Sługa został zabity za cudze grzechy. Chrześcijanie przecież wierzą, że Chrystus umarł za grzechy wszystkich ludzi. Trzeba sobie jednak powiedzieć, że Biblia hebrajska zna ofiary ekspiacyjne, jednak zawsze są to ofiary ze zwierząt. Nie wolno składać ofiar z ludzi. Nigdy tez nie słyszymy, żeby człowiek mógł cierpieć za innych lub wziąć na siebie cudze grzechy.

Warto wrócić jeszcze do pewnych fragmentów tekstu:

„Dręczony, pokornie się poddawał, nawet nie otworzył ust swoich, jak baranek na rzeź prowadzony. Po udręce i sądzie został usunięty, a kto się przejmuje jego losem? Tak, został zabrany z ziemi żyjących, uderzony za grzechy swojego ludu. Grób mu wyznaczono między bezbożnymi, a w śmierci swej był na równi z bogaczami, chociaż nikomu nie wyrządził krzywdy.”

W tym momencie tekst nie jest do końca jasny nawet jeśli czyta się po hebrajsku. Warto jednak przyjrzeć się przynajmniej zakończeniu: „Spodobało się Jahwe zmiażdżyć go cierpieniem. Jeśli wyda swe życie na ofiarę za grzechy ujrzy potomstwo, dni swe przedłuży, a wola Jahwe spełni się przez niego. Po udrękach swej duszy ujrzy światło i nim się nasyci. Będąc sam sprawiedliwy usprawiedliwi wielu, ponieważ dźwigał ich nieprawość. Dlatego w nagrodę przydzielą mu tłumy i posiądzie możnych jako zdobycz, ponieważ sam się na śmierć ofiarował i policzony został pomiędzy przestępców. On zaś wziął na siebie grzech wielu i wstawia się za przestępcami (Iz 53,10-12).

Oczywiście nie mamy czasu, by analizować każde słowo. Najważniejsze jest jednak to, co powraca wielokrotnie – że Sługa cierpi, a nawet umiera. Śmierć Sługi nie oznacza jednak końca wszystkiego. Autorowi – jak się wydaje – brak jeszcze słów, żeby wypowiedzieć to, co chyba chciałby powiedzieć. Nie ma jeszcze słów na zmartwychwstanie.

Pojecie zmartwychwstania dojrzeje dopiero w II wieku przed Chrystusem i po raz pierwszy zostanie sformułowane w Księdze Daniela (Dn 12, 2) i w drugiej Księdze Machabejskiej (2 Mch 7, 9.14 oraz 12, 43)

O samym Słudze słyszymy niewiele – że ujrzy potomstwo i dni swe przedłuży, co znaczy, że będzie żył otoczony błogosławieństwem Boga. Ale jak może żyć, skoro umarł i został pogrzebany?

Trzeba się zastanowić, kim w takim razie jest ten cierpiący Sługa Jahwe, a przede wszystkim, kim on był dla autora owych pieśni? Były takie pomysły, że skoro autor nie chciał nam tego powiedzieć, to może tego nie dochodźmy, trudno się jednak pogodzić z taką niewiedzą. Pytanie pozostaje. Niektórzy sądzą, że Sługa jest osobowością zbiorową – że chodzi o lud Izraela lub przynajmniej tzw. Resztę – ci nieliczni, którzy pozostali wierni Bogu. Pomysłów tu jest bardzo dużo.

Chrześcijanom narzuca się widzenie tej w postaci Chrystusa. W Dziejach Apostolskich, w rozdziale 8, Filip – jeden z diakonów – słyszy głos Anioła, który każe mu udać się na drogę prowadzącą do Gazy. Tam spotyka urzędnika dworskiego królowej Etiopii. Eunuch ten wraca z Jerozolimy, dokąd się udał złożyć pokłon Jahwe, należał bowiem do „bojących się Boga” – pogan, którzy nie chcieli przyjąć wszystkich zasad judaizmu, ale przyjeżdżali do Jerozolimy oddać pokłon Bogu.

Ten pobożny Etiop czytał właśnie IV pieśń Sługi Jahwe – a w starożytności jeśli ktoś czytał, to zawsze czytał głośno. Wtedy podszedł do niego Filip i zapytał: Czy rozumiesz, co czytasz? Na to Etiop odpowiedział: „Skąd mam wiedzieć, skoro mnie nikt nie pouczył?” Wtedy Filip zaczyna go pouczać, przekazuje mu Dobrą Nowinę o Jezusie wychodząc właśnie od tekstu Izajasza.

Jeszcze nie ma spisanej żadnej Ewangelii, a Filip wykorzystuje Księgę Izajasza, by wytłumaczyć temu barbarzyńcy najgłębsze prawdy zbawienia i Jezusa. W czasach, gdy jeszcze nie było Nowego Testamentu, pierwsi chrześcijanie posługiwali się z upodobaniem drugą księgą Izajasza by wyjaśnić Dobrą Nowinę

PYTANIE: W Pieśniach Sługi Jahwe nie ma utożsamienia tej postaci z Mesjaszem – pomazańcem. Czy Sługa Jahwe ma cechy Mesjasza, albo czy można odnaleźć Jego rysy w innych proroctwach mesjańskich?

ANNA ŚWIDERKÓWNA: W tym kontekście warto zajrzeć do tzw. drugiego Zachariasza. Jest to druga część tej niewielkiej księgi (Za 9-14). Ten tekst najprawdopodobniej powstał w końcu IV wieku przed Chrystusem, i na pewno nie jest dziełem proroka Zachariasza, który działał w Jerozolimie na przełomie VI i V wieku przed Chrystusem.

W tej księdze ten, w którym niewątpliwie Zachariasz upatrywał Mesjasza, ma trzy oblicza: jest Królem, ale pokornym królem pokoju, który wjeżdża do Jerozolimy na oślątku, źrebięciu oślicy (Za 9, 9-10). Jest też dobrym Pasterzem (Za 11, 4-17), a Pasterz ten zostanie odrzucony i zabity, i jego ofiara przyczyni się do odnowienia przymierza. Jest też Kimś nienazwanym, zostaje przebity i jest opłakiwany, a stanie się źródłem Ducha Łaski.

Tu padają znamienne słowa, które wracają pod koniec Ewangelii według Św. Jana: „Będą patrzeć na tego, którego przebodli, i boleć będą nad nim, jak się boleje nad jedynakiem, i płakać będą nad nim, jak się płacze nad pierworodnym. W owym dniu wytryśnie źródło dla domu Dawida i dla mieszkańców Jerozolimy, na obmycie grzechu i zmazy” (Za 12,10 i 13,1).

Otóż w tym szczególnym tekście łatwo jest rozpoznać rysy cierpiącego Sługi Jahwe. Trudność polega na tym, że bibliści do dziś nie potrafią rozstrzygnąć, czy ta postać ma charakter królewski, czy profetyczny, i nie wiadomo, czy można ją powiązać z tradycją mesjaniczną. Wydaje się jednak niewątpliwe to, że autor drugiej części księgi Zachariasza znał pieśni Cierpiącego Sługi Jahwe i takie powiązania widział i starał się ukazać.

KSIĄDZ: I tyle na dzisiaj 🙂 Jak widać problematyka jest na tyle skomplikowana, że odpowiedzi na pytania wymagają niemalże całego wykładu.

PODSUMOWANIE

Do dzisiaj zaskakuje tak duża precyzja proroctwa i niektóre sformułowania wręcz rewolucyjne jak na czasy, w których zostały napisane. Opisane w czwartej części wywyższenie Sługi poprzez jego poniżenie było rzeczą absolutnie bez precedensu wśród żydów, którzy wierzyli, iż łaska Boga objawia się powodzeniem w doczesnym życiu, a choroby i cierpienie spotykające człowieka są karą za grzechy. Sługa był oszpecony, wzgardzony i odtrącony przez ludzi. A jednak nie była to kara za grzechy, tylko ofiara za występki i grzechy wszystkich ludzi. Wszystko po to, aby przynieść tym ludziom pokój. Wyjaśnić należy, iż hebrajskie słowo szalom (pokój) ma dużo szersze znaczenie niż w języku polskim. W języku hebrajskim słowo to zawiera w sobie również takie znaczenia jak: dobrobyt, szczęśliwy los, zdrowie itd. Zatem hebrajski pokój to pełna harmonia we wszystkich sferach życia. Sługa Jahwe niesie więc ludziom szczęście poprzez ofiarę z samego siebie. I właśnie ta ofiara jest drugą niespotykaną wśród ludu Izraela rzeczą. Bo choć Stary Testament zna ofiary ekspiacyjne, to jednak zawsze są one pod postacią zwierząt. Nie składano ofiar przebłagalnych z ludzi. Tymczasem Sługa Jahwe bierze na siebie grzechy jego ludu i ginie.

Tu pojawia się trzeci i najbardziej zaskakujący element tekstu. Śmierć i pogrzebanie sługi nie oznaczają ostatecznego końca. Autor Pieśni jeszcze nie potrafi w pełni wyrazić tego co, jak się wydaje, pragnie czytelnikowi przekazać. Pojęcie zmartwychwstania pojawi się bowiem dopiero 4 wieki później – w II w. p.n.e. – w Księgach Daniela i 2 Machabejskiej. A jednak Sługa Jahwe będzie oglądał potomstwo i dni swe przedłuży. Nie tylko więc będzie żył, ale będzie się cieszył szczególnymi względami Boga: oglądać będzie światłość, poznaniem Jahwe będzie nasycony oraz odziedziczy wielkie rzesze jako zdobycz. Sens tej przepowiedni jest absolutnie unikalny w całym Starym Testamencie. Żadna inna starotestamentowa zapowiedź mesjańska nie obejmuje żadnego z tych trzech, tak ważnych dla chrześcijan, elementów [1]:

[A] wywyższenia poprzez poniżenie,
[B] złożenia samego siebie w ofierze za grzechy ludzi,
[C] zwycięstwa poprzez śmierć i zmartwychwstanie.

———————————

Któż uwierzy temu, cośmy usłyszeli?
Na kimże się ramię Jahwe objawiło?
On wyrósł przed nami jak młode drzewo
i jakby korzeń z wyschniętej ziemi.
Nie miał On wdzięku ani też blasku,
aby na Niego popatrzeć,
ani wyglądu, by się nam podobał.
Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi,
mąż boleści, oswojony z cierpieniem,
jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa
wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic.
Lecz On się obarczył naszym cierpieniem,
On dźwigał nasze boleści,
a myśmy Go za skazańca uznali,
chłostanego przez Boga i zdeptanego.
Lecz On był przebity za nasze grzechy,
zdruzgotany za nasze winy.
Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas,
a w Jego ranach jest nasze zdrowie.
Wszyscyśmy pobłądzili jak owce,
każdy z nas się obrócił ku własnej drodze;
a Jahwe zwalił na Niego
winy nas wszystkich.
Dręczono Go, lecz sam się dał gnębić,
nawet nie otworzył ust swoich.
Jak baranek na rzeź prowadzony
jak owca niema wobec strzygących ją,
tak On nie otworzył ust swoich!
Po udręce i sądzie został usunięty;
a kto się przejmuje Jego losem?
Tak! zgładzono Go z krainy żyjących;
za grzechy mego ludu został zbity na śmierć.
Grób Mu wyznaczono między bezbożnymi,
i w śmierci swej był [na równi] z bogaczem,
chociaż nikomu nie wyrządził krzywdy
i w Jego ustach kłamstwo nie postało.
Spodobało się Jahwe zmiażdżyć Go cierpieniem.
Jeśli wyda swe życie na ofiarę za grzechy,
ujrzy potomstwo, dni swe przedłuży,
a wola Jahwe spełni się przez Niego.
Po udrękach swej duszy,
ujrzy światło i nim się nasyci.
Zacny mój Sługa usprawiedliwi wielu
ich nieprawości On sam dźwigać będzie.
Dlatego w nagrodę przydzielę Mu tłumy,
i posiądzie możnych jako zdobycz,
za to, że Siebie na śmierć ofiarował
i policzony został pomiędzy przestępców.
A On poniósł grzechy wielu.
i oręduje za przestępcami (Iz 53).

Była to ostatnia z czterech pieśni o tzw. Cierpiącym Słudze Jahwe.

[1] http://www.studiuje-biblie.pl/index.php?co=piesn_o_sludze

http://biblia.wiara.pl/doc/422890.Cierpiacy-Sluga-Jahwe

Seria „ARGUMENTY ZA WIARĄ” ma na celu pokazanie, że chrześcijaństwo i ogólnie wiara w Boga nie jest czymś co wymaga całkowitego wyłączenia myślenia. Cykl ten może nie da niezbitego 100% dowodu na istnienie Boga (nie taki jest jego cel), lecz powinien sprawić, aby przynajmniej niektóre osoby niewierzące zmieniły swoją postawę z bezmyślnego wyśmiewania chrześcijaństwa w założenie, że „być może coś w tym jest”. Z kolei osoby już wierzące być może wzmocnią swoją wiarę po kolejnych wpisach z tej serii.

DRUGI TYTUŁ: ZARZUTY „Zmartwychwstanie Chrystusa jest tylko plagiatem mitologii pogańskiej”. CZ I

huge.99.499698Wszystko, co dotyczy zmartwychwstania Jezusa, było już od samego początku kwestionowane i podawane w wątpliwość. Jedni oskarżali apostołów o zwykłe oszustwo: ukradli ciało Ukrzyżowanego i sfabrykowali cudowną historię zmartwychwstania. Inni podejrzewali ich jedynie o zbytnią łatwowierność: Jezus nie umarł, ale był w letargu, albo groby zostały pomylone, halucynacje zaś wzięto za rzeczywistość. Jest jednak rzeczą charakterystyczną, iż pusty grób nie odgrywa żadnej roli w najstarszych świadectwach o Zmartwychwstałym. W Ewangelii św. Mateusza zarzut wykradzenia ciała przypisany jest kapłanom i faryzeuszom (Mt 28,13), co każe przypuszczać, że nieco później w taki sposób władze żydowskie próbowały przeciwstawić się rosnącej popularności chrześcijaństwa. Większość formułowanych aż do dzisiaj teorii wypływa zresztą z mało dokładnej znajomości świadectw chrześcijańskich i środowiska Nowego Testamentu, jak również z nieporozumień dotyczących religioznawstwa porównawczego. Ta właśnie dyscyplina dostarczyła w początkach naszego stulecia najsilniejszych, jak się zdawało, argumentów przeciw rzeczywistości Zmartwychwstania.

Wysunięto hipotezę, że pierwsi chrześcijanie, świadomie lub nieświadomie, kształtowali historię Jezusa według legend i kultów misteryjnych takich bogów pogańskich, jak Attis, Adonis, Ozyrys czy Dionyzos, którzy corocznie schodzili do podziemnego świata śmierci, by corocznie powracać znów do świata żywych (przeważnie były to bóstwa związane, przy­najmniej pierwotnie, z wegetacją, cyklicznie obumierającą i budzącą się ponownie do życia).

Otóż hipoteza ta ignorowała całkiem odmienny charakter Zmartwychwstania Jezusa, gdyż jej twórcy i zwolennicy sprowadzili pojęcie zmartwychwstania do języka mitu. Sądzę, że warto tu przytoczyć zdanie wybitnego historyka religii greckiej, profesora Uniwersytetu Genewskiego, Jean Rudhardta. Zasługuje on może tym bardziej na naszą uwagę, że właśnie badania nad religią grecką IV w. przed Chr. skłoniły go w latach pięćdziesiątych do porzucenia zdecydowanego ateizmu na rzecz bliżej jeszcze nie określonego deizmu. Powiedział mi przy ostatnim naszym spotkaniu, że „dostrzegł za tym wszystkim jakąś rzeczywistość”. Chrześcijaninem jednak, przynajmniej wówczas, jeszcze nie był. Przeszedłszy natomiast na emeryturę, zaczął czytać Nowy Testament w taki sam sposób, w jaki poprzednio czytał pogańskich autorów greckich. I tutaj zafascynowało go zmartwychwstanie Jezusa. Oczywiście, religioznawca, zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że wiele jest bóstw zstępujących do świata umarłych, aby potem z niego powrócić. Zawsze jednak, jak mi powiedział, dzieje się to na płaszczyźnie mitu, całkowicie ahistorycznej (lub pozahistorycznej). Jezus jest natomiast konkretnym, historycznym człowiekiem, żyjącym w określonym środowisku i czasie. I to właśnie – zdaniem szwajcarskiego historyka religii – jest zjawiskiem niezwykłym i fascynującym.

Należałoby do tego jeszcze dodać, że dla chrześcijanina, zmartwychwstanie Jezusa nie jest – jak w micie – Jego powrotem do dawnego życia, lecz przejściem przez śmierć w rzeczywistość całkiem nową.

Co więcej, to przejście dotyczy także nas samych, naszego własnego zmartwychwstania. Taka jest przynajmniej treść wiary wierzących, choć wielu z nich nie zdaje sobie z tego sprawy, nie rozumiejąc najczęściej do końca, o co naprawdę chodzi.

Uczniowie Jezusa nieśli swym współrodakom i poganom niewzruszoną pewność, że spotkali się ze swym Mistrzem, zmartwychwstałym i żywym. Temu, że taką pewność mieli niemal żaden z poważnych badaczy dzisiaj już nie zaprzecza, i to bez względu na to, jak będzie to „spotkanie” interpretować, czy uzna je za zjawisko obiektywne, czy też za czysto subiektywne przeżycie. Trzeba tu jednak uświadomić sobie, że nie wszystko, co rzeczywiste, poddaje się analizie naukowej, nie wszystko można stwierdzić czy udowodnić posługując się ściśle naukowymi metodami. Wymykają się im bez reszty choćby uczucia ludzkie, wiele wewnętrznych doznań, lecz także i niektóre zewnętrzne doświadczenia. Jeżeli na przykład ktoś znajomy opowiada nam o niezwykłych przygodach, jakie spotkały go w podróży po Afryce, możemy mu tylko wierzyć, albo nie wierzyć. Zależy to przede wszystkim od zaufania, jakim tego człowieka darzymy, swoich bowiem nawet najbardziej realnych doświadczeń nie będzie mógł nam udowodnić. Uczniowie Jezusa również nie udowodnią nam niczego w sposób naukowy. Pozostaje otwarte pytanie: wierzyć czy nie wierzyć?

Chrześcijanin podchodzi do tego problemu nieco inaczej. I dobrze, jeśli o tej inności podejścia będzie pamiętał również ten, kto się za chrześcijanina nie uważa. Jeśli nie możemy nieraz dowieść drugiemu człowiekowi prawdy tego, co sami przeżyliśmy, to niewątpliwie tam, gdzie mamy do czynienia z Bogiem, gdzie chodzi o Jego objawienie, to, co rzeczywiste, musi niejednokrotnie przekraczać granice tego, co można historycznie stwierdzić. Moje zaufanie do opowiadającego mi o swoich przygodach podróżnika opiera się na tym, co o nim samym wiem z całą pewnością, co zostało mi już niejako „historycznie udowodnione”. Trochę podobnie (choć tu porównanie naturalnie kuleje) w pełni historyczne przesłanki pomagają chrześcijaninowi przyjąć tajemnicę Zmartwychwstania. Właśnie: przyjąć! Bo tajemnicy się nie dowodzi, można ją przyjąć, albo odrzucić.

Anna Świderkówna (1925 – 2008) – polska historyk literatury, filolog klasyczny, papirolog, biblistka, tłumaczka, oblatka tyniecka; profesor Uniwersytetu Warszawskiego, popularyzatorka wiedzy o antyku i Biblii. Ponad 30 lat kierowała Katedrą Papirologii (późniejszym Zakładem Papirologii) UW.

——————————-

Do powyższych słów prof. Anny Świderkówny można jeszcze dodać jedną rzecz:

Jezus został ukrzyżowany na początku lat 30 n.e. Faktem historycznym jest natomiast, że wiara w to, że Chrystus zmartwychwstał była sercem wiary chrześcijan już od samego początku. Co prawda być może nie mamy niepodważalnego dowodu na to, że w tym roku, w którym Jezusa ukrzyżowano chrześcijanie wierzyli, że zmartwychwstał (to tak czysto teoretycznie). Wiemy jednak, że jeszcze zanim powstał pierwszy tekst NT (I List do Tesaloniczan – rok 50/51), czyli najpóźniej w latach 40 n.e. chrześcijanie głosili zmartwychwstanie Jezusa. Wiemy to natomiast dzięki św. Pawłowi, który w swoim I Liście do Koryntian (połowa lat 50) zamieścił wyznanie wiary, które to na 100% – jak mówią uczeni – nie zostało stworzone przez niego:

Przekazałem wam na początku to, co przejąłem: że Chrystus umarł – zgodnie z Pismem – za nasze grzechy, 4 że został pogrzebany, że zmartwychwstał trzeciego dnia, zgodnie z Pismem: i że ukazał się Kefasowi, a potem Dwunastu, 6 później zjawił się więcej niż pięciuset braciom równocześnie; większość z nich żyje dotąd, niektórzy zaś pomarli. 7 Potem ukazał się Jakubowi, później wszystkim apostołom. 8 W końcu, już po wszystkich, ukazał się także i mnie jako poronionemu płodowi [1Kor 15:3-8].

Anna Świderkówna: „Św. Paweł pisze do Koryntian może zapewne między 55 a 57 rokiem, powtarzając im raz jeszcze to, czego nauczał ich kilka lat wcześniej. Nauka owa nie stanowi jednak jego własności, on ją sam kiedyś przejął, a później przekazał Koryntianom. Apostoł posługuje się tutaj technicznymi terminami z języka rabinów. Użyte przez niego czasowniki to po hebrajsku odpowiednio gibbel i masar. Okre­ślały one sposób, w jaki uczeń przejmował tradycję od swego mistrza, aby następnie przekazać ją z kolei własnym uczniom. To czteroczęściowe zdanie z 15 rozdziału 1 Listu do Koryntian stanowi niewątpliwie wyznanie wiary. Paweł przekazał je korynckim chrześcijanom, a niezmiernie interesującą rzeczą byłoby wiedzieć, kiedy on sam to wyznanie otrzymał. Wydaje się prawdopodobne, że sta­ło się to przy jego własnym chrzcie, a zatem pewno koło lat 35–36, ale może i później, już w Antiochii, przed rozpoczęciem podróży misyjnych, gdzieś w latach 45–49. W każdym bądź razie jesteśmy tu jeszcze bardzo blisko śmierci Jezusa”.

To co tutaj jest najistotniejsze to właśnie ten bardzo krótki okres jaki dzieli ukrzyżowanie Jezusa a wiarę w Jego zmartwychwstanie. Jeżeli rezurekcja była tylko wymysłem zaczerpniętym z pogańskiej mitologii to wszystko to dziać się musiało dużooo szybciej niż to zazwyczaj ma miejsce w obrastaniu danej postaci historycznej w legendę. Kilka, kilkanaście lat to jest nic. Tym bardziej, że pierwsi chrześcijanie byli przecież żydami, a więc ostatnimi ludźmi na ziemi, którzy mieliby skłonności do kopiowania pogańskich wierzeń. To oni przecież jako jedyni w tamtych czasach uważali, że istnieje tylko jeden Bóg. Ich nietolerancja wobec innych bóstw była tak duża, jak to tylko możliwe. Poganie wobec siebie nawzajem byli z kolei bardzo tolerancyjni.

>>> Na sam już koniec jeszcze trzy małe uwagi. W czasach starożytnych istniała ogromna ilość najróżniejszych bóstw. Egipt, Rzym, Grecja, Sumer, Babilon, Akkad, Asyria itp. posiadały swoje mitologie z całym panteonem bogów. Dodatkowo w przypadku wielu z tych bóstw istniało wiele wariantów mitu. Biorąc to pod uwagę czy to tak niezwykłe, że niektóre motywy z NT pokrywają się z elementami mitologii starożytnej? Poza tym, kto powiedział, że tylko to, co jest całkowicie oryginalne jest prawdą, a cała reszta nie? Przecież rzecz niepowtarzalna może okazać się fałszem, a coś znane również skąd indziej być natomiast prawdą.

Po drugie zastanówmy się: mity starożytne od samego początku były pisane językiem mitycznym/ bajkowym (wystarczy rzut oka i porównać to do Ewangelii); twórcy NT takiego języka unikali (sam fakt występowania cudów nie determinuje bajkowości/realności danego opisu; widać to najbardziej w zadziwiającym braku jakiegokolwiek opisu największego cudu NT – Zmartwychwstania), im zależało na tym, aby Jezus z Nazaretu był postacią w pełni historyczną, żyjącą w określonym czasie i miejscu. W takiej sytuacji nawet jeśliby ewangeliści znali te wszystkie postacie (i szczegóły z ich życia, np. zmartwychwstanie Attisa po 3 dniach) do których porównuje się Jezusa, to czy kopiowali by te detale? Przecież właśnie coś takiego sprawiłoby, że ktoś mógłby podważyć to, co zawarli w NT (a przecież im zależało, aby wszystko wyglądało na prawdę historyczną). Dużo bardziej prawdopodobne jest, ze jeżeli rzeczywiście istnieje jakiś paralelizm pomiędzy danym słowem czy czynem Jezusa, a szczegółem z życia jakiegoś bóstwa, to jest on całkowicie niezależny/przypadkowy. Oczywiście celowe nawiązania NT do ST do inna bajka.

Poza tym, jeśli Bóg istnieje, to świat stworzony przez Niego nie byłby światem powstałym na chybił trafił. Kto wie, być może cykliczność, którą widzimy w naturze – a której obserwacja przyczyniła się do powstawania w czasach starożytnych mitów o umierającym i powstającym bogu – została stworzona po to, aby rozbudzać pragnienie nieśmiertelności obecne już w człowieku i w ten sposób – że tak powiem – formować świat pogański, aby przygotować go na przyjęcie chrześcijaństwa, które wtedy byłoby spełnieniem właściwych oczekiwań/pragnień pogan, skierowanych wcześniej po prostu w złym kierunku. Benedykt XVI pisał w swoim „Jezusie z Nazaretu”: Mity czekały na tego, w którym przedmiot pragnień stał się rzeczywistością.

Cóż, być może coś w tym jest. Być może pogańskie religie to po prostu – w pewnym sensie – takie roztrzaskane chrześcijaństwo, które było od zawsze odwieczną prawdą. O tym trochę będzie można poczytać w kolejnym artykule.

http://ps-po.pl/zagadka-pustego-grobu/ http://www.firstthings.com/article/1996/04/002-are-the-gospels-mythical

 

Seria „ARGUMENTY ZA WIARĄ” ma na celu pokazanie, że chrześcijaństwo i ogólnie wiara w Boga nie jest czymś co wymaga całkowitego wyłączenia myślenia. Cykl ten może nie da niezbitego 100% dowodu na istnienie Boga (nie taki jest jego cel), lecz powinien sprawić, aby przynajmniej niektóre osoby niewierzące zmieniły swoją postawę z bezmyślnego wyśmiewania chrześcijaństwa w założenie, że „być może coś w tym jest”. Z kolei osoby już wierzące być może wzmocnią swoją wiarę po kolejnych wpisach z tej serii.

IsaiahProrok jako rzecznik Jahwe towarzyszy od początku królom, by powściągać ich naturalne dążenie do absolutyzmu. Już za Saula, pierwszego króla ludu wybranego, dochodzi do otwartego konfliktu między nim a Samuelem (1 Sm 13 i 15), później znów Dawidowi przeciwstawia się Natan (2 Sm 12) i Gad (2 Sm 24,11-13; 1 Krn 21,9-13). I nic się nie zmienia aż do upadku Jerozolimy: Izajasz występuje z krytyką Achaza (Iz 7-8), Jeremiasz zaś toczy otwartą walkę z Jojakimem (Jr 35).

Prorocy atakują zresztą nie tylko królów, ale i cały lud, a zwłaszcza możnych i bogatych, którzy wykorzystują bezlitośnie wszystkich słabych i ubogich. Uparci świadkowie niewidzialnego Jahwe powtarzają im wciąż na nowo, że nie może liczyć na wierność Boga ten, kto sam nie dochowuje mu wierności, i że ta wierność, o jaką tu chodzi, nie sprowadza się wyłącznie do składania przepisanych Prawem ofiar.

Prorocy Izraela przypominają niewątpliwie pod wieloma względami swoich pogańskich odpowiedników, zwłaszcza tych z Mezopotamii, Syrii czy Kanaanu. Jeśli jednak poznamy ich trochę lepiej , łatwo przekonamy się, jak bardzo się od nich różnią. Tutaj możemy zwrócić uwagę jedynie na różnice najważniejsze. Tylko prorocy biblijni stworzyli nowy, szczególny gatunek literacki, wchodząc na zawsze do historii literatury światowej. Jeśli nawet bywali niekiedy, tak czy inaczej, powiązani z kultem, to – inaczej niż prorocy pogańscy – sami jako tacy tego kultu nie sprawowali. Jeśli ekstaza lub wizję odgrywały w ich życiu pewną rolą, nie stanowiły one nigdy ani istotnej treści, ani potwierdzenia ich posłannictwa.

Kształtowali natomiast w rozstrzygający sposób teologię i myśl religijną Izraela, głosili jako pierwsi wielkie idee etyczne i niezdezaktualizowane do dzisiaj zasady współżycia społecznego. Niczego podobnego nie znajdujemy w profetyzmie pogańskim. Toteż ich znaczenie w dziejach kultury podkreślali niejednokrotnie nawet myśliciele zdecydowanie ateistyczni. Według E. Renana [1] Grecja nauczyła nas myśleć, Rzym rozbudował prawo, lecz to właśnie Jerozolimie zawdzięczamy rozbudzenie sumienia i poczucie sprawiedliwości. K. Marks chciał widzieć w prorokach swego rodzaju prekursorów socjalizmu. Inni jeszcze dopatrywali się pokrewieństwa duchowego z francuskimi encyklopedystami…[2]

Wszystkie te i tym podobne mniej lub bardzie chybione pomysły są wynikiem spekulacji oderwanych od tekstów samych proroków. Do nich trzeba też powrócić, jeśli chcemy znaleźć odpowiedź na pytanie, co dla tych ludzi było w ich życiu i działalności istotnie pierwotne i najważniejsze. Czytając ich księgi, nie można nie zauważyć, że powtarzają oni ustawicznie, przy każdej okazji: Tak mówi Jahwe; wyrocznia Jahwe. Chcą najwyraźniej przekazać swoim współczesnym coś, co my dzisiaj nazwalibyśmy może „punktem widzenia Jahwe”, Tego, który jest dla nich Bogiem Abrahama, Izaaka i Jakuba, Bogiem Mojżesza. Kiedy interweniują, a czynią to nader często, w dziedziny życia według naszej terminologii „świeckiego”, czy chodzi tu o politykę, czy stosunki społeczne, czy nawet o strategię lub choćby codzienne obyczaje, nie występują nigdy w imię własnej wiedzy fachowej, własnych umiejętności, inteligencji czy lepszego rozeznania sytuacji. Nie jest wcale wykluczone, że koncepcje polityczne na przykład Izajasza lub Jeremiasza, nie były zawsze najskuteczniejsze. Im jednak chodziło o co innego. Jeżeli prorocy interweniowali z całym zaangażowaniem i namiętnością, narażając się nieraz na prześladowania, wynikało to z przeświadczenia, iż również w tych dziedzinach życia żadnego problemu nie sposób rozwiązać niezależnie od Boga, ignorując Jego wolę i zamysły. Takie było w każdym razie ich niewzruszone przekonanie, ono kierowało wszystkim, co robili i mówili, toteż od niego trzeba zacząć, by zrozumieć właściwie i działalność biblijnych proroków, i ich księgi.

[1] Ernest Renan – francuski pisarz, historyk, filolog i filozof, orientalista, znany semitolog i badacz historii religii, zwłaszcza chrześcijaństwa. Jego najbardziej znanym dziełem stało się Vie de Jésus („Życie Jezusa”) – 1863, w którym przedstawił Jezusa jako człowieka, pomijając aspekt religijny. Publikacja uzyskała wielki sukces czytelniczy, ale wywołała też skandal. Papież Pius IX nazwał autora europejskim bluźniercą, a minister edukacji, Victor Duruy, odwołał wykłady Renana. Głosił „postawę widza” i hedonizm. Religie traktował jako fenomen psychologiczny, który należy badać bez odwoływania się do czynników nadprzyrodzonych.

[2] Encyklopedyści – grupa francuskich filozofów, naukowców i literatów, twórców Wielkiej encyklopedii francuskiej. Utworzenie tej encyklopedii było jednym z największych przedsięwzięć epoki oświecenia i wyrazem oświeceniowego światopoglądu. Uważa się, że encyklopedyści przygotowali podłoże intelektualne Wielkiej Rewolucji Francuskiej.

Anna Świderkówna (1925 – 2008) – polska historyk literatury, filolog klasyczny, papirolog, biblistka, tłumaczka, oblatka tyniecka; profesor Uniwersytetu Warszawskiego, popularyzatorka wiedzy o antyku i Biblii. Ponad 30 lat kierowała Katedrą Papirologii (późniejszym Zakładem Papirologii) UW.

———————————–

O Starym Testamencie i wizji Boga, który nam maluje można by wiele powiedzieć. Czasami można nawet usłyszeć jaki to Jahwe jest okrutny i jak bardzo widoczny jest kontrast pomiędzy ST a Nowym Testamentem i nauką miłości głoszoną przez Jezusa z Nazaretu. Do takiego jednak wniosku można dojść tylko i wyłącznie poprzez bardzo powierzchowne patrzenie na Biblię lub jej nieznajomość. Co do Jezusa to w NT (poza ogromnym miłosierdziem bijącym z tej Postaci) można znaleźć wiele twardych mów Nazarejczyka. Tak samo jest w ST. Znajdują się tam opisy, które mogą powodować palpitacje serca. Faktem jest jednak, że główną rzeczą jaką można by powiedzieć o Bogu jest to, że pragnie on miłosierdzia i sprawiedliwości, a kara zawsze jest rezultatem utrzymującej się nieprawości. W największym stopniu widać to właśnie u proroków, przez których to w najbardziej bezpośredni sposób przemawia Bóg w całym ST. Spójrzmy chociaż na dwie pierwsze księgi prorockie, czyli Amosa i Ozeasza (VIII w. p.n.e.) działających w Izraelu:

>>>BÓG DOMAGA SIĘ SPRAWIEDLIWOŚCI<<<

Am 2:6-7

6 Tak mówi Pan: Z powodu trzech występków Izraela i z powodu czterech nie odwrócę tego [wyroku], gdyż sprzedają za srebro sprawiedliwego, a ubogiego za parę sandałów; 7 w prochu ziemi depcą głowy biednych i ubogich kierują na bezdroża; ojciec i syn chodzą do tej samej dziewczyny, aby znieważać święte imię moje.

Am 5:14-15

14 Szukajcie dobra, a nie zła, abyście żyli. Wtedy Pan, Bóg Zastępów, będzie z wami, tak jak to mówicie. 15 Miejcie w nienawiści zło, a miłujcie dobro! Wymierzajcie w bramie sprawiedliwość! Może ulituje się Pan, Bóg Zastępów, nad Resztą pokolenia Józefa.

Am 3:9-11

Głoście w pałacach w Aszdodzie i na zamkach w ziemi egipskiej!  Mówcie: «Zbierzcie się na górach Samarii, zobaczcie wielkie w niej zamieszanie i gwałty pośród niej!» 10 Nie umieją postępować uczciwie – wyrocznia Pana – gromadzą nieprawość i ucisk w swych pałacach. 1Dlatego tak mówi Pan Bóg: Nieprzyjaciel otoczy kraj;
zniszczona będzie moc twoja i ograbione twoje pałace.

Oz 4:1-2

1 Słuchajcie słowa Pana, synowie Izraela, On bowiem spór wiedzie z mieszkańcami kraju, gdyż zaginęły wierność i miłość i znajomość Boga na ziemi. 2 Przeklinają, kłamią, mordują i kradną, cudzołożą, popełniają gwałty, a zbrodnia idzie za zbrodnią.

Oz 10:12-13

12 Posiejcie sobie sprawiedliwość, a zbierzecie miłość; karczujcie nowe ziemie! Nadszedł czas, by szukać Pana, aż przyjdzie, by sprawiedliwości was nauczyć. 13 Dlaczego uprawiacie zło, zbieracie nieprawość i spożywacie owoce kłamstwa?

Oz 12:6-7

6 Pan jest Bogiem Zastępów, Pan jest imieniem, które wspominał. 7 Ty zaś powróć do Boga swojego – strzeż pilnie miłości i prawa i ufaj twojemu Bogu!

>>>BÓG NIE CIERPI FAŁSZYWEJ POBOŻNOŚCI<<<

Am 5:21-24

21 Nienawidzę, brzydzę się waszymi świętami. Nie będę miał upodobania w waszych uroczystych zebraniach. 22 Bo kiedy składacie Mi całopalenia i wasze ofiary, nie znoszę tego, na ofiary biesiadne z tucznych wołów nie chcę patrzeć. 23 Idź precz ode Mnie ze zgiełkiem pieśni twoich, i dźwięku twoich harf nie chcę słyszeć. 24 Niech sprawiedliwość wystąpi jak woda z brzegów i prawość jak potok nie wysychający wyleje!

Oz 6:6

6 Miłości pragnę, nie krwawej ofiary, poznania Boga bardziej niż całopaleń.

Oz 8:11-13

11 Wiele ołtarzy Efraim zbudował, ale mu służą jedynie do grzechu. 12 Wypisałem im moje liczne prawa, lecz je przyjęli jako coś obcego. 13 Lubią ofiary krwawe i chętnie je składają, lubią też mięso, które wówczas jedzą, lecz Pan nie ma w tym upodobania. Wspominam wtedy na ich przewinienia i karzę ich za grzechy – niech wrócą znów do Egiptu!

ZOBACZ TAKŻE–> https://znanichrzescijanie.wordpress.com/2014/12/21/zarzuty-bog-starego-testamentu-jest-okrutny/

Seria „ARGUMENTY ZA WIARĄ” ma na celu pokazanie, że chrześcijaństwo i ogólnie wiara w Boga nie jest czymś co wymaga całkowitego wyłączenia myślenia. Cykl ten może nie da niezbitego 100% dowodu na istnienie Boga (nie taki jest jego cel), lecz powinien sprawić, aby przynajmniej niektóre osoby niewierzące zmieniły swoją postawę z bezmyślnego wyśmiewania chrześcijaństwa w założenie, że „być może coś w tym jest”. Z kolei osoby już wierzące być może wzmocnią swoją wiarę po kolejnych wpisach z tej serii.

spotkac-zmartwychwstalego-622x374

Na to, by wyznać, że Jezus jest Panem, trzeba uwierzyć, że Bóg Go wskrzesił z martwych (Rz 10,9).

Chrześcijaństwo narodziło się z niezłomnego przekonania uczniów Ukrzyżowanego, że ich Mistrz zmartwychwstał i żyje, bo – jak mówi św. Paweł – jeśli nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara (1 Kor 15,14). Innymi słowy nie jest chrześcijaninem ten, kto tej podstawowej prawdy nie uznaje.

Ewangelie przynoszą opowieści o wielu wydarzeniach z życia Jezusa, mówią o Jego czynach, przytaczają Jego słowa. Nigdzie jednak nie znajdziemy opisu Zmartwychwstania. Autorzy Ewangelii pozwalają nam uczestniczyć w pośpiesznym pogrzebie (zaraz zaczynał się Wielki Szabat Paschalny), a Mateusz dodaje jeszcze wzmiankę o straży, o jaką arcykapłan miał prosić Piłata. A potem jest już zaraz „świt pierwszego dnia tygodnia” (tj. niedzieli), kamień wielki odwalony sprzed wejścia i grób pusty.

Tam, gdzie Ewangelie kanoniczne milczą, tylko apokryficzna Ewangelia przypisywana św. Piotrowi jest mniej dyskretna:

Ale w nocy, gdy świtał dzień Pański [niedziela], a grobu strzegły straże, kolejno po dwóch, odezwał się wielki głos w niebie. I ujrzeli, jak otwarło się niebo i dwóch mężów zstąpiło stamtąd odzianych wielkim blaskiem i zbliżyli się do grobu. A ów kamień, który zamykał wejście, stoczywszy się sam odsunął się na bok i grób się otworzył i obydwaj młodzieńcy weszli doń. Gdy więc owi żołnierze ujrzeli to i obudzili centuriona i starszych […] i gdy opowiedzieli im to, co ujrzeli, zobaczyli znowu tych mężów wychodzących z grobu, dwu podtrzymywało trzeciego, krzyż im towarzyszył. A głowy dwóch sięgały aż do nieba, podczas gdy głowa Tego, który był przez nich prowadzony, przewyższała niebo. I usłyszeli głos z nieba mówiący: «Czy zwiastowałeś tym, którzy śpią?» I dała się słyszeć odpowiedź z krzyża: «Tak».

Jest to jeden z wielu przykładów, które pozwalają nam obserwować, jak ludzka ciekawość i fantazja uzupełniają po swojemu zachowane przekazy. Można jeszcze dodać, że tu przynajmniej obraz zachowuje pewną powagę, czego się nie da powiedzieć o wielu innych apokryfach.

Tak więc w niedzielę rano grób był pusty. To zdaje się nie ulegać wątpliwości, skoro później usiłowano zwalczać młode chrześcijaństwo historyjką wykradzionego ciała, nikt jednak nie próbował twierdzić, że ciało to znalazł. Pusty grób nie stanowi jednak dowodu zmartwychwstania, znamienne jest choćby to, że św. Paweł o nim w ogóle nie wspomina. Może być co najwyżej znakiem, a w pewnym sensie również znakiem zapytania.

Ewangelie przynoszą nam sześć różnych opowiadań o znalezieniu tego pustego grobu i pojawieniu się Zmartwychwstałego. Są to cztery pierwotne zakończenia Ewangelii (Mk 16,1–8; Mt 28,1–20; zob. s. 58–65; Łk 24,1–53; J 20,1–31) oraz dwa dorzucone nieco później uzupełnienia (Mk 16,9–20; zob. s. 65–67; J 21,1–23). Pusty grób znajdują zawsze kobiety, co wskazuje na historyczność wydarzenia. Nikt by tego nie wymyślił w świecie, gdzie świadectwo kobiety nie miało żadnej wartości. One też otrzymują polecenie przekazania uczniom wieści o Zmartwychwstaniu, a u Mateusza i w drugim zakończeniu Marka także udania się do Galilei.

Jezus pojawia się potem również uczniom, których wreszcie rozsyła na cały świat, by zanieśli Jego naukę wszystkim narodom. Obraz tego, co dzieje się po Zmartwychwstaniu, jest jednak jakby nieostry i wszelkie próby uzgodnienia przekazów ze sobą prowadzą tylko na manowce. Nie można ustalić, gdzie miało miejsce owe ostatnie, uroczyste spotkanie, utożsamiane – przynajmniej przez Łukasza i Markowe późniejsze zakończenie – z wniebowstąpieniem – w Galilei czy Jerozolimie? Nie sposób rozstrzygnąć.

Ów „brak ostrości” znajduje również swój wyraz w trudnościach, jakie mają zarówno kobiety jak i uczniowie, z rozpoznaniem Zmartwychwstałego. Dotyczy to także najbliższych, jak by się zdawało, Jezusowi osób. Maria Magdalena bierze Go za ogrodnika (J 20,15), co usiłowano nawet wytłumaczyć wczesna porą i mgłą poranną… Nie poznają Go na drodze do Emaus dwaj uczniowie, chociaż idzie z nimi i rozmawia dość długo (Łk 24,13–32). W ostatnim zaś rozdziale Ewangelii św. Jana, kiedy po cudownym połowie znaleźli się już na brzegu jeziora, żaden z uczniów nie odważył się zadać Mu pytania: «Kto Ty jesteś?», bo wiedzieli, że to jest Pan (J 21,12). Jest to zdanie co najmniej dziwne: jeśli „wiedzieli”, to dlaczego mieliby Go pytać: „Kim jesteś?” Wreszcie pod sam koniec Ewangelii św. Mateusza, w Galilei na górze, jesteśmy świadkami uroczystego spotkania ucz­niów z pełnym chwały Zmartwychwstałym, który za chwilę powie: Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi. Tymczasem uczniowie gdy Go ujrzeli, oddali Mu pokłon. Niektórzy jednak wątpili (Mt 28,16–18). Chciałoby się tutaj zawołać: jakże mogli wątpić? A jeśli już znaleźli się tacy niegodni i słabej wiary, po co Ewangelista w ogóle o nich wspomina?

Jedno jest pewne: Gdyby pisano po to, żeby dowieść, iż Jezus naprawdę zmartwychwstał, cóż prostszego niż usunąć wszelkie tego rodzaju wzmianki? Przyszłe zaś pokolenia skrybów, te teksty przepisujących, mogły rów­nie dobrze uzgodnić ze sobą ostatecznie wszystkie opowiadania o Zmartwychwstaniu.

Wzmianki te miały jednak i nadal mają bardzo ważną rolę do spełnienia. Zmartwychwstały Jezus to ten sam Jezus, z którym Jego uczniowie chodzili po drogach Palestyny, ten sam, lecz zarazem, w jakiś niepojęty sposób, inny. Poznaje Go najłatwiej miłość (Maria Magdalena i „uczeń umiłowany”), a ci, co Go odrzucili lub nigdy nie znali, niczego nie zobaczą. Uczony żydowski, Pinchas Lapide, w swojej pracy o „Zmartwychwstaniu jako żydowskim doświadczeniu wiary” stwierdza całkiem słusznie, że Jezus po swym zmartwychwstaniu nie ukazał się żadnemu poganinowi, zdaje się wszakże zapominać, że nie ukazał się też żadnemu z czcigodnych członków Sanhedrynu, nawet arcykapłanowi Kajfaszowi! Nie rozstrzygała tu godność czy niegodność, ani takie czy inne pochodzenie, potrzebna była natomiast choćby uśpiona chwilowo gotowość uwierzenia, gotowość rozpoznania Znajomego w Nieznajomym. P. Grelot napisał, że gdyby nawet Piłat lub Kajfasz byli w wieczerniku w chwili, kiedy Jezus pojawił się uczniom, i tak by nic nie zobaczyli. Nie darmo zakończenie Ewangelii św. Marka podkreśla, że ukazał się dwom swym uczniom w innej postaci (Mk 16,12).

Być może, iż coś z tej „odmienności” wyjaśnia nam św. Paweł w tymże samym, niedawno cytowanym 15 rozdziale Pierwszego Listu do Koryntian (zob. s. 54nn), gdzie próbuje ludziom, wychowanym w greckiej kulturze, przybliżyć w jakiś sposób tajemnicę ludzkiego ciała, przemienionego w zmartwychwstaniu. Posłużył się w tym celu porównaniem do ziarna. Zasiane, ginie ono w ziemi po to, aby dać początek nowemu „ciału” (tj. nowej postaci widzialnej) rośliny lub drzewa, z jakich pochodzi. Podobnie rzecz się ma ze zmartwychwstaniem. Zasiewa się zniszczalne – powstaje zaś niezniszczalne; […] zasiewa się ciało zmysłowe – powstaje ciało duchowe (1 Kor 15,42.44). Paweł znał tylko jednego Zmartwychwstałego i w ten sposób zapewne tłumaczył własne doświadczenie. W takim ciele, przemienionym Duchem, pojawiał się Chrystus uczniom po swoim Zmartwychwstaniu i dlatego zarazem poznają Go i nie poznają. W takim też ciele, jak tłumaczy Paweł Koryntianom, i my też mamy powstać z martwych.

Nie dziwmy się zatem, że uczniowie nie od razu poznawali swego Mistrza. Najbliższym Mu zresztą groziło jeszcze inne niebezpieczeństwo. Łatwo mogli szukać spotkania z takim Jezusem, jakiego dotychczas znali, mogli chcieć Go zatrzymać przy sobie, w swoim własnym ciasnym światku, uznać, że po prostu powrócił do nich i pragnąć, żeby znów było wszystko jak dawniej. Zapewne dlatego właśnie Maria Magdalena usłyszy od Zmartwychwstałego Nie zatrzymuj Mnie (J 20,17). Trudno było pogodzić się z faktem, że ten Jezus, którego znali i kochali, pozostanie z nimi wprawdzie nadal, lecz pozostanie w sposób całkiem nowy i niepojęty, nie mieszczący się w ich dotychczasowych doświadczeniach.

A mimo wszystko uczniowie byli pewni, że sami spotkali się ze Zmartwychwstałym, że to On im się ukazywał, a może raczej, tłumacząc dokładniej tekst grecki, dawał im się widzieć. Tak mówi dosłownie św. Paweł w swej długiej liście pojawień Chrystusa (1 Kor 15,5–8). W podobny też sposób opowiada św. Piotr w domu Korneliusza w Cezarei Nadmorskiej: Bóg wskrzesił Go trzeciego dnia i pozwolił Mu ukazać się nie całemu ludowi, ale nam, wybranym uprzednio przez Boga na świadków, którzyśmy z Nim jedli i pili po Jego zmartwychwstaniu (Dz 10,40–41). Tak więc inicjatywa spotkania należy jedynie do Boga, lecz przecież obecność Zmartwychwstałego nie jest zależna od „widzenia”, przynajmniej widzenia oczami cielesnymi.

Jest to bowiem Obecność szczególna, choć całkiem realna, a dla młodych wspólnot chrześcijańskich w pełni oczywista. Wszyscy zaś, którzy tego nie przeżyli, którzy „nie widzieli” – i my dzisiaj również – możemy po prostu wierzyć lub nie wierzyć owym „z góry wybranym świadkom”, przy czym jeden z nich, św. Paweł przemawia do nas sam bezpośrednio w swoich listach. Świadectwo pozostałych, przekazują nam Ewangeliści, a św. Łukasz także i w Dziejach Apostolskich.

Treść jest wszędzie jedna, choć podawana na różny sposób: Ukrzyżowany zmartwychwstał i żyje, a tym samym Bóg potwierdził Jego posłannictwo, a z nim razem całą Jego naukę i wszelkie, nawet najbardziej zaskakujące roszczenia. Ewangeliści, opowiadając o tym, nie są zgodni w wielu szczegółach, lecz wszyscy czterej podkreślają wspólnie zwątpienie i niewiarę uczniów, którzy najwyraźniej nie tylko niczego już się nie spodziewali, lecz nawet wprost bali się jakichś nowych złudzeń. A jeśli tak to wyglądało, nasuwa się pytanie, skąd zatem wziął się Kościół? Francuski uczony E. Charpentier odpowiada: „Spotkało ich coś, co ich zmusiło do przekroczenia własnego zwątpienia”. Inaczej owa radykalna zmiana postawy byłaby nierozwiązalną zagadką. „Powstanie pierwszej wspólnoty chrześcijańskiej jest zatem pierwszym znakiem historycznym wskazującym na tajemnicę paschalną. Chodzi tu o jedyne w swo­im rodzaju doświadczenie, z którego narodził się Kościół”.

Po tych słowach biblisty chrześcijańskiego posłuchajmy jeszcze, co ma nam do powiedzenia Pin­chas Lapide, biblista żydowski. Pisze on w swo­jej książeczce o Zmartwychwstaniu:

„W tym, co trzeciego dnia ongiś wydarzyło się w Jerozolimie, chodzi ostatecznie o doświadczenie Boga, które – jak sam Bóg – sięga w to, czego dowieść nie można, otwiera się zaś jedynie dla wiary”. Nieco dalej czytamy jeszcze: „Bez przeżycia Synaju, nie byłoby judaizmu, bez przeżycia Wielkiej Nocy, nie byłoby chrześcijaństwa”. „W jakikolwiek sposób będziemy na to patrzeć, musiało tu zajść coś takiego, co możemy nazwać wydarzeniem historycznym, ponieważ historyczne są jego skutki”.

Pośród historycznych skutków tego, co w ową Paschę wydarzyło się w Jerozolimie, nie można pominąć powstania Nowego Testamentu, zbioru 27 pism, których autorzy i redaktorzy wiernie kontynuowali pracę swych poprzedników z Biblii hebrajskiej i Septuaginty. Dla nich jednak to właśnie Zmartwychwstanie było punktem centralnym dziejów wszechświata, ono też nadawało sens ostateczny zarówno życiu i śmierci Jezusa Chrystusa, jak też temu wszyst­kiemu, co Bóg wcześniej objawił Izraelowi. Nadaje też – dzisiaj również – sens życiu każdego z nas. Śmierć nie jest już końcem, lecz bramą, początkiem Nowego Stworzenia. Zrozumieć wszak­że coś z tej tajemnicy, która stanowi jedno z tajemnicą Zmartwychwstania, może naprawdę tylko ten, kto jak św. Paweł – sam spotkał się ze Zmartwychwstałym.

Anna Świderkówna (1925 – 2008) – polska historyk literatury, filolog klasyczny, papirolog, biblistka, tłumaczka, oblatka tyniecka; profesor Uniwersytetu Warszawskiego, popularyzatorka wiedzy o antyku i Biblii. Ponad 30 lat kierowała Katedrą Papirologii (późniejszym Zakładem Papirologii) UW.

——————————————–

1. Pogrzeb Jezusa przez Józefa z Arymatei – członka Sanhedrynu. Mało prawdopodobne, aby ktoś wymyślił sobie to, gdyż Sanhedryn był najbardziej wpływową instytucją Izraela w tamtym czasie, a jego członkowie byli znani.

2. Rozpaczliwy okrzyk Jezusa na krzyżu: Boże mój, Boże dlaczegoś mnie opuścił! sugerujący niepowodzenie misji Jezusa.

3. Pusty grób odnaleziony przez kobiety, których zeznania w tamtym czasie miały niewielką wagę. Dodatkowo faktem historycznym jest powstanie pierwszej gminy chrześcijańskiej w Jerozolimie, czyli tam, gdzie dokonano ukrzyżowania Jezusa. Trudno sobie wyobrazić, aby uczniowie Chrystusa głosili Jego zmartwychwstanie, jakby grób nie był pusty.

4. W Ewangeliach widzimy wiele opisów cudów jakie dokonywał Jezus. Tego najważniejszego (Zmartwychwstania) jednak nie ma.

5. Opisy ukazywań zmartwychwstałego Jezusa zawierają praktycznie za każdym razem wątpliwości tych, którzy go widzieli. Z czasem Go jednak poznawali. Jest to dodatkowo jedna z kluczowych różnic pomiędzy Zmartwychwstaniem Jezusa, a tym co znajdujemy w mitologii pogańskiej, gdzie bóstwo po powrocie ze świata umarłych powraca do swojego starego życia, a nie przejścia do nowego jak to jest w przypadku Nazarejczyka.

http://ps-po.pl/spotkac-zmartwychwstalego/

ZOBACZ TAKŻE–> https://znanichrzescijanie.wordpress.com/2015/01/02/argumenty-za-wiara52a-zmartwychwstanie-chrystusa-a-adonis-ozyrys-i-reszta-towarzystwa/

A TAKŻE–> http://wroclaw.biblista.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=476:czy-kobieta-jest-wiarygodnym-wiadkiem-zmartwychwstania&catid=24:teksty&Itemid=66

Seria „ARGUMENTY ZA WIARĄ” ma na celu pokazanie, że chrześcijaństwo i ogólnie wiara w Boga nie jest czymś co wymaga całkowitego wyłączenia myślenia. Cykl ten może nie da niezbitego 100% dowodu na istnienie Boga (nie taki jest jego cel), lecz powinien sprawić, aby przynajmniej niektóre osoby niewierzące zmieniły swoją postawę z bezmyślnego wyśmiewania chrześcijaństwa w założenie, że „być może coś w tym jest”. Z kolei osoby już wierzące być może wzmocnią swoją wiarę po kolejnych wpisach z tej serii.

god-touches-adam

Szósty dzień przynosi stworzenie zwierząt lądowych i człowieka. Pozwala to sądzić, że autor zdawał sobie sprawę z naszego pokrewieństwa z tą właśnie częścią świata zwierzęcego. Człowiek zostaje jednak potraktowany w sposób całkiem odmienny od wszystkiego, co Bóg stworzył przed nim. Stwórca podejmuje tutaj najwyraźniej decyzję wyjątkowej wagi i dlatego zapewne przemawia w liczbie mnogiej:

Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam (Rdz 1,26).

Ze wszelkich prób wyjaśnienia tej niezwykłej formy najprawdopodobniejsze wydaje się przypuszczenie, że jest to tzw. pluralis deliberatio­nis, liczba mnoga wyrażająca proces zastanawiania się, podejmowania decyzji (my też czasem mówimy do siebie, nawet wtedy, gdy jesteśmy sami: Zastanówmy się, co mam zrobić). Szczególną doniosłość tego ostatniego dzieła stwórczego podkreśla może jeszcze mocniej wer­set 27:

Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boga go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę (Rdz 1,27).

Aż trzykrotnie występuje tu ów nader rzadki i „zastrzeżony” wyłącznie dla Boga czasownik bara’.

Słowa mówiące o stworzeniu człowieka na obraz Boga odegrały w dziejach naszej kultury rolę, jakiej ich autor nie mógł z pewnością przewidzieć. Stały się one bowiem punktem wyjścia dla niezliczonych komentarzy, rozważań, całych systemów teologicz­nych, filozoficz­nych i antropologicznych, budowanych nieznużenie przez blisko dwa i pół tysiąca lat. Bez względu jednak na wszelkie dalsze możliwe do wysnucia wnioski dość łatwo jest, jak się zdaje, uchwycić własną, podstawową myśl autora. To podobieństwo do Boga łączy on przecież w sposób wyraźny z nakazem panowania nad całym światem zwierzęcym (Rdz 1,26 i 28). Człowiek, stworzony na obraz Boga, staje się niejako namiestnikiem, sprawującym w imieniu Stwórcy władzę nad resztą stworzenia. A tego rodzaju władza – jak władza każdego namiestnika ustanawianego przez króla – oznacza przede wszystkim odpowiedzialność.

Człowiek, hebrajski ha’adam, to podobnie jak po polsku zarówno jeden określony człowiek, jak i cały rodzaj ludzki. P [autor pierwszego opisu stworzenia] nie próbuje opowiedzieć, w jaki sposób Bóg stwarzał człowieka, mówi natomiast, że stworzył go mężczyzną i niewiastą, dosłownie nawet istotą męską i żeńską. Tekst ten zakłada podstawową równość mężczyzny i kobiety, co w świecie P było pojęciem rewolucyjnym. Wskazuje również, że człowiek jest stworzony jeden dla drugiego, stworzony do wspólnoty i dla wspólnoty. A można nawet odgadywać, że właśnie to stworzenie „dla” czyni zeń obraz Boga (jest przecież stworzony również dla innych stworzeń, do panowania nad nimi).

Stworzony przez Boga, człowiek także otrzymuje Boże błogosławieństwo. Dotyczy ono (jak i w przypadku zwierząt) przede wszystkim płod­ności. Stoi też u początku długiego łańcucha następujących po sobie pokoleń (por. genealogie w Rdz 5 i 10). Odmiennie jednak od zwierząt, te następujące po sobie ludzkie pokolenia – to również długie szeregi imion. A takie kolejno po sobie notowane imiona – to już pierwsza, nieporadna jeszcze, karta historii. Można by więc powiedzieć, że w pewien sposób cała historia ludzkiej rodziny wyrasta z owego błogosławieństwa, jakiego Bóg udzielił człowiekowi „na początku”.

A gdy [Bóg] ukończył w dniu szóstym swe dzieło, nad którym pracował, odpoczął dnia siódmego po całym swym trudzie, jaki pod­jął (Rdz 2,2).

Czasownik hebrajski mówi tu jednak nie tyle o odpoczynku, co raczej o radosnym świętowaniu zakończenia pracy. Bóg jest jak artysta, który odłożywszy wreszcie pędzel lub dłuto siada przed swoim dziełem, by je z radością w spokoju kontemplować. I dlatego też pobłogosławił ów siódmy dzień i uczynił go świętym.

Anna Świderkówna (1925 – 2008) – polska historyk literatury, filolog klasyczny, papirolog, biblistka, tłumaczka, oblatka tyniecka; profesor Uniwersytetu Warszawskiego, popularyzatorka wiedzy o antyku i Biblii. Ponad 30 lat kierowała Katedrą Papirologii (późniejszym Zakładem Papirologii) UW.

http://ps-po.pl/uczynmy-czlowieka-na-nasz-obraz/

ZOBACZ TAKŻE–> https://znanichrzescijanie.wordpress.com/2014/11/13/argumenty-za-wiara50-zadziwiajaca-geneza-czlowieka-w-biblijnym-opisie-stworzenia/

Seria „ARGUMENTY ZA WIARĄ” ma na celu pokazanie, że chrześcijaństwo i ogólnie wiara w Boga nie jest czymś co wymaga całkowitego wyłączenia myślenia. Cykl ten może nie da niezbitego 100% dowodu na istnienie Boga (nie taki jest jego cel), lecz powinien sprawić, aby przynajmniej niektóre osoby niewierzące zmieniły swoją postawę z bezmyślnego wyśmiewania chrześcijaństwa w założenie, że „być może coś w tym jest”. Z kolei osoby już wierzące być może wzmocnią swoją wiarę po kolejnych wpisach z tej serii.

adam-and-eve

Typową ilustracją ważności tej zasady jest historia interpretacji opowiadania o stworzeniu kobiety (2,21–23). Chyba żadne inne wersety Biblii nie stały się źródłem tylu żartów, mniej lub więcej wybrednych dowcipów, rysuneczków, karykatur itp. Grzęźniemy w niezrozumiałej dla nas warstwie słownej tekstu, nie dostrzegając w ogóle jego sensu. Można by sądzić, że Bóg występuje tutaj w roli chirurga, który najpierw daje pacjentowi narkozę, by następnie wyciąć mu żebro. W końcu robi jednak coś, czego najlepszy nawet chirurg dokonać nie potrafi: z jednego żebra „buduje” całą kobietę.

Otóż ów „głęboki sen”, w jaki zostaje pogrążony mężczyzna (sen taki spotykamy jeszcze i gdzie indziej w Biblii), oznacza przede wszystkim, że to, co się stanie za chwilę, dzieje się całkowicie poza świadomością człowieka. Kiedy się obudzi, ujrzy przed sobą kobietę, nie mając pojęcia, skąd się ona wzięła. Wie jednak od razu, że właśnie w niej znajduje swoje dopełnienie. Woła więc z ogromną radością: Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała! Jest to stwierdzenie najbliższego pokrewieństwa, a nawet równości. W podobny sposób przemówią do króla Dawida zgromadzeni w Hebronie przedstawiciele wszystkich pokoleń Izraela: Oto myśmy kości twoje i ciało (2 Sm 5,1). I ta właśnie prawda zawarta jest w obrazie budowania kobiety z kości wyjętej z ciała mężczyzny. Nie bardzo wprawdzie wiadomo, dlaczego musiało to być żebro. Niektórzy badacze upatrują w tym okruch prastarej tradycji, sięgającej nawet III tysiąclecia, w języku Sumerów bowiem ti znaczy zarówno żebro, jak i życie. Jest to jednak przypuszczenie niezbyt pewne.

Mężczyzna wita kobietę nie tylko jako odpowiednią dla siebie pomoc, tę, która pozwala mu w pełni zrealizować siebie, lecz także jako takiego samego, jak on, człowieka. Jeśli poprzednio skłonni byliśmy dziwić się tam, gdzie w rzeczywistości nie było powodów do zdziwienia, tu z kolei nie znajdujemy zazwyczaj nic dziwnego. A przecież Jahwista żył w świecie, gdzie kobieta nie była bynajmniej uważana za człowieka równego mężczyźnie, lecz bardzo często po prostu za jego niewolnicę. Autor biblijny będzie zatem szukał wyjaśnienia tego stanu w opowieści o błędnym wy­borze i grzechu pierwszych ludzi. Na początku wszakże pragnie podkreślić, że w zamyśle Boga Stwórcy kobieta i mężczyzna są sobie równi.

Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swoją żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem (2,24).

Hebrajskie słowo ba­sar („ciało”) ma jednak znaczenie o wiele szersze niż jego polski odpowiednik i nie przeciwstawia się duszy czy duchowi, wskazując przede wszystkim na ziemskie uwarunkowanie człowieka. Koniec przytoczonego wyżej zdania można by przetłumaczyć: „Stają się jedną istotą ludzką”. Jest w tych słowach pełna afirmacja związku mężczyzny i kobiety we wszystkich jego wymiarach, tak fizycznym, jak i duchowym.

Anna Świderkówna (1925 – 2008) – polska historyk literatury, filolog klasyczny, papirolog, biblistka, tłumaczka, oblatka tyniecka; profesor Uniwersytetu Warszawskiego, popularyzatorka wiedzy o antyku i Biblii. Ponad 30 lat kierowała Katedrą Papirologii (późniejszym Zakładem Papirologii) UW.

http://ps-po.pl/kobieta-i-mezczyzna/