Posts Tagged ‘boks’

Tyson Fury – pogromca Kliczki.

Posted: 4 kwietnia 2016 in SPORTOWCY
Tagi:

Wielu chrześcijan mówi, że naśladowca Chrystusa nie powinien zajmować się boksem itp. Być może mają oni trochę racji. Faktem jednak jest, że znani celebryci, którzy przyznają się publicznie do Jezusa to rzadkość, dlatego myślę, że należą się wielkie brawa dla Fury’ego za jego słowa.

Reklamy

Marian Krzysztof Kasprzyk (ur. 22 września 1939 w Kołomani koło Kielc) – polski bokser, mistrz olimpijski. Największe sukcesy odniósł na igrzyskach olimpijskich. W Rzymie 1960, walcząc w kategorii lekkopółśredniej, zdobył brązowy medal. W ćwierćfinale pokonał obrońcę tytułu Władimira Jengibariana (ZSRR). Nie stanął do walki półfinałowej ze względu na kontuzję. Na następnej olimpiadzie w Tokio 1964 został mistrzem olimpijskim w wadze półśredniej. W walce finałowej złamał kciuk w pierwszej rundzie, ale mimo to dotrwał do końca, pokonując faworyta turnieju, dwukrotnego (wówczas) mistrza Europy Ričardasa Tamulisa (ZSRR).

5e72408c9e3b65838f610db70dfbb8a4

Czy dużo pan się modli? [pytania zadawała pani Barbara Rak]

„Modlę się prawie cały czas: czekając na umówione spotkanie, spacerując, jadąc autobusem. Dzięki temu owocnie spędzam czas i głęboko przeżywam każdą chwilę. Kiedyś, na początku mojego powrotu, poszedłem do spowiedzi i dostałem za pokutę dziesiątek różańca. Pomyślałem: O matko! Z czym to się je? Nigdy nie miałem w ręku Różańca! Ale szybko odnalazłem tę modlitwę w książeczce i zacząłem się modlić według „instrukcji obsługi”. Modliłem się ponad 3 godziny, bo odmówiłem cały Różaniec 10 razy – bo myślałem, że to jest właśnie dziesiątek! Obracałem te karteczki w książeczce do przodu i do tyłu, tam i z powrotem. Ale pomyślałem sobie, że nie ma co, muszę nauczyć się modlić na Różańcu – dziś jest on moim nieodłącznym towarzyszem. Jak to mówią również w sporcie: Trening czyni mistrza – im więcej się modlę, tym lepiej i owocniej to robię.”

Czym dla pana jest modlitwa?

„Wszystkim! Pomaga mi dojrzale przeżyć całe moje życie. Po chorobie dużo się modliłem, wszystko układało się pomyślnie, i w pewnym momencie zachorowała moja żona Krystyna. Chorowała długo i ciężko, tracąc zdolności poruszania się, a później nawet mowę. Dzięki modlitwie znosiłem ten ciężki okres, pielęgnując ją w chorobie. Nigdy przez ten czas nie skarżyłem się, nie narzekałem. Wszystko przyjmowałem ze spokojem i pokorą. Wiem, że to wiara pomogła mi przez to przejść i dała mi dużo siły…”

„Żona zmarła na moich rękach – to też sobie wymodliłem – bardzo się bałem, że nie będzie mnie przy jej śmierci, że wstanę rano i zobaczę, że ona już nie żyje. Jednak Bóg obdarzył mnie tą łaską bycia przy niej w momencie przejścia. Odchodziła spokojnie, ja trzymałem jej głowę i patrząc na jej twarz widziałem Jezusa. Pomyślałem: <<Jeszcze tylko dodać koronę i byłby Jezus>>. Za kilka minut, kiedy położyłem ją na tapczanie, już tego nie zauważyłem, już ten obraz zniknął. Wdzięczny jestem Opatrzności, że pozwoliła mi to przeżyć. Potęga modlitwy i wiary jest wielka.”

„Dziś byłem na pogrzebie kolegi i pocieszałem jego córkę mówiąc, że trzeba dużo się modlić, że w modlitwie znajdzie potrzebne siły. Kiedy się modlę odczuwam obecność Ducha Świętego. Wiem, że kieruje moim życiem, a przez wyciszenie i skupienie łatwiej Go słychać. Teraz czuję w sobie ogromny spokój i radość życia – cieszę się każdym dniem. I bardzo się cieszę, że mogę o tym ludziom mówić, bo to jest piękne. Pewne rzeczy zauważa się dopiero po czasie. Kiedy się analizuje jakieś wydarzenia i widzi się, że czegoś się uniknęło, zaczyna się rozumieć. Niektórzy mówią: <<O, ten to miał szczęście!>> – ja tak nie uważam. Jakie szczęście? To Bóg nami kieruje, a Anioł Stróż pomaga uniknąć złego i wyciąga nas z rozmaitych opresji. To nie ma, moim zdaniem, nic wspólnego ze szczęściem.”

Dzisiaj w wielu kręgach niemodny i niewygodny jest temat modlitwy, wiary, kościoła. Ludzie nie afiszują się ze swoimi poglądami, a nawet szydzą z tych, którzy mówią, że są wierzący…

„Nie wstydzę się swoich poglądów i jestem z nich dumny. Nie wstydzę się przeżegnać, kiedy przechodzę obok kościoła lub widzę krzyż. Nie wstydzę się powiedzieć, że jestem wierzący. Dzisiaj bardzo wiele osób mówi o sobie <<wierzący niepraktykujący>>. To chyba jakaś pomyłka. Moim zdaniem albo jest się wierzącym, albo nie. Bycie katolikiem zobowiązuje – do określonych zachowań, gestów. I nie można być wierzącym bez całej tej otoczki.”

Jaki jest pana sposób na życie?

„Jestem szczęśliwym, spokojnym człowiekiem – najważniejsze, że wiem dlaczego taki jestem! W Bogu znalazłem sens życia, poprzez modlitwę i praktykowanie spełniam swoje życie. Z Bogiem łatwiej jest przełknąć nawet najbardziej gorzką pigułkę, jaka nam się przytrafi. To, co mam i co osiągnąłem – to, że żyję, i to jaki jestem, to co przeżyłem, i to co jeszcze przede mną – zawdzięczam tylko swojemu Stwórcy. W to wierzę, z tym się godzę i temu ufam.”

http://www.tajemnicamilosci.pl/paradoksy-wiary/rozaniec-na-szyi-a-pustka-w-sercu-wiara-w-boga-w-zyciu-gwiazd-sportu.html

466427_JAWORZ201112_HP14_7Sylwester Sikora, pięściarz, lat 42. W 1989 roku zdobył mistrzostwo Polski w wadze lekkopółśredniej. Potem już tylko nokautowało go życie.

Syna Maksymiliana z drugiego małżeństwa ostatni raz widział 12 lat temu, kiedy zaczynał mówić: „mama”, „tata”. – Cały czas myślę, co mu powiem, gdy go spotkam – zastanawia się. – Co ja, ojciec marnotrawny, zrobiłem ze swoim życiem? Czy on wie, że ja istnieję? – Nie powie mu Pan, że go kocha? – pytam. – Nigdy nie byłem wylewny – odpowiada. – Córce Paulince, którą bardzo kocham, rzadko o tym mówiłem. Alkoholikowi trudniej coś takiego powiedzieć, bo nikt mu nie uwierzy. Wszyscy myślą, że jest nieszczery. Zresztą o miłości nie wystarczy mówić, trzeba ją okazywać.

Przestał pić w tym roku przed Bożym Ciałem. – Zrobiłem sobie abstynencję przed przyjazdem do Wspólnoty „Betlejem” w Jaworznie – opowiada. – Aż sam się sobie dziwię, jak to możliwe. Kaca to miałem dwa tygodnie. Zerwanie z piciem było podstawowym warunkiem, żeby tam zamieszkać. Tu wszyscy mają przetrącone życie i trzeba je na trzeźwo naprawiać. Przywiózł go młodszy brat Artur. A że akurat mieszkańcy byli w trakcie zmieniania budynku starej szkoły w niepowtarzalny dom w stylu Hunderwassera, powierzyli mu prace przy mozaikach.

Pierwszy napis, jaki wykleił z kafelków, brzmiał „Per aspera ad astra” (Przez trudności do gwiazd). – Bierze pani płytkę, rzuca na posadzkę, ona się rozbija i z tych kawałków klei się mozaikę – pokazuje kolorowe kawałki. – Tak jest z moim życiem. Najpierw je rozbiłem, teraz muszę sklecić.

Chudy, a mocny

– Całkowicie odsunąłem się od Boga – opowiada. – „Jak trwoga to do Boga” mówią. Jak czułem strach, ot, trochę się modliłem. – Kiedy odczuwał Pan strach? – dopytuję. – Jak trzeźwiałem – nawet się nie zastanawia. – Myślałem z przerażeniem, co zrobiłem poprzedniego dnia. Koledzy mi mówili: „Sylwek, zrobiłeś to i tamto”. Jak ktoś był dla mnie grzeczny, to byłem jak na ranę przyłóż. Ale jak ktoś pod moim adresem coś powiedział, albo na moich kolegów, to stawałem się agresywny. Coraz częściej zaczęli mi powtarzać: „Sylwek, my z tobą nie pijemy, bo wstajesz od stołu i ludzi bijesz”. Modliłem się, żeby już więcej nie pić.

Myślałem: „Gdzie ten Bóg? Nie pomaga mi przestać”. Sam nie zauważyłem, kiedy się w to wciągnąłem. Od dziecka miał smykałkę do sportu. Trenował sztuki walki: judo, karate, kickboxing, kung-fu. – Tata pracował w hucie. Prosiłem go, żeby mi hantle porobił – wspomina. – Jeździłem na wieś do dziadków do Rogoźnika koło Staszowa. Tam nie było worka bokserskiego, brało się normalny worek, wypełniało piaskiem i boksowało. Zaczynałem u bokserskiej sławy – śp. Stanisława Dragana. Mój trener miał powiedzenie, że tylko idiota nie odczuwa strachu. W trakcie walk się nie bałem. Wiedziałem, że albo ktoś mnie znokautuje, albo ja jego. Najszybciej udało mi się pokonać przeciwnika w ciągu 3 sekund. W wadze lekkopółśredniej zawodnik musi trzymać wagę do 62,5 kilo. Przez to teraz nie mogę przytyć. Ważę 70 kilo i ani grama więcej. Wtedy tylko trzeba było biegać i biegać. No i trzymać dietę. Koledzy chodzili na dyskoteki, a ja trenowałem.

To trwało 9 lat. W którymś momencie zaczęło mi odbijać. Czułem się pewny, że każdemu dam radę. Zostałem bramkarzem na dyskotekach. Mówili o mnie: „najmniejszy, ale najbardziej skuteczny”. „Ty, chudy, idź ich uspokój” – prosili, jak była zadyma.

Kochałem chmiel

Kiedy wziął ślub, jeszcze trenował. Potem wciągnęły go imprezowanie i praca. – Zacząłem być pracoholikiem i alkoholikiem – przyznaje. – Nie ma pracy, której bym nie zrobił. Ktoś mi każe spawać – spawam, ktoś flizować – flizuję, ktoś zbroić – zbroję. Nawet mebelki potrafię zrobić. Lata przepracował na budowach. – Obowiązywała tam zasada: „Nie pijesz, znaczy, że do nas nie pasujesz” – opowiada.

– Potrafiłem zrobić wszystko. Jak nikt nie chciał na wysokość wchodzić, to Sylwek wchodził. Ale dopiero wtedy, kiedy wypił pół litra wódki – dodaje z przekąsem. Namówił brata Artura do założenia wspólnej firmy: – Wciągnąłem go w instalacje wodne i gazowe, a brat był przedtem kelnerem. Mam wyuczony zawód mechanik maszyn budowlanych, ale zostałem monterem instalacji wodno-kanalizacyjnych. Dobrze nam szło, bo lubiłem pracować. Już jako 13-latek na wsi u dziadków kosiłem równo z dorosłymi. Pracowałem po 16 godzin, ale zawsze dopingiem był dla mnie browar. Mówili, że jestem ze stali, a sił dodawała butelczyna.

Zaczęły się bójki i konflikty z prawem. – Wtedy jeszcze miałem siłę, mogłem się bić – mówi. – Zbił Pan kogoś mocno? – pytam. – Niejednokrotnie. W pierwszym akcie oskarżenia napisali mi: pobicie funkcjonariuszy policji i zniewaga. Jestem po dwóch rozwodach. Z pierwszego małżeństwa mam 20-letnią córkę Paulinkę, z drugiego – 14-letniego syna Maksymiliana. Paulinka słabo pamięta tatę trzeźwego. Zwykle spędzała święta Bożego Narodzenia z nim i jego rodzicami, ale w zeszłym roku zaprotestowała, że nie przyjdzie ze względu na ojca. Kiedy coś od niego potrzebowała, spotykała się z nim w knajpie, gdzie pił z kolegami. – Wiem, że się mnie wstydziła, ale zawsze grzecznie się do mnie odzywała – mówi.

– Rodzice przyjmowali mnie w domu. Nigdy nie spałem na ulicy, ale albo w wynajętym mieszkaniu, albo u nich. Teraz przynajmniej wiedzą, gdzie jestem, wtedy stale się martwili. Mama Zofia tyle nocy przeze mnie nie przespała, że szkoda mówić. Z reguły unikałem rozmów, dlaczego piję. Przychodziłem pijany, jadłem i kładłem się spać. Nigdy mnie nie wygonili. Człowiek wolał wydać pieniądze na alkohol niż na jedzenie. Jak się piło trzy, cztery dni, zaczęły się zaniki pamięci. Kiedy bójki zdarzały się za często, postanowiłem unikać imprez. Zamykałem się w domu, nie otwierałem nikomu i piłem sam. Po prostu lubiłem chmiel, dziennie szła jedna zgrzewka. Takich dni było za dużo.

Blizna

– Dobiłem do dna i postanowiłem się odbić – mówi. – Chciałem, żeby już szlag mnie trafił, bo bym wreszcie matce z ojcem nie przynosił wstydu. Kiedy brat Artur przywiózł go do Wspólnoty „Betlejem”, przeszedł poważną rozmowę z ks. Mirosławem Toszą – jej szefem i założycielem.

– Wcześniej księży traktowałem jak normalnych pracowników na budowie, niczym się nie różnili od innych, wykonujących swoje zawody – przyznaje. – Nie słuchałem kazań. A teraz słucham, co mówi ks. Mirek. W młodości znałem jeszcze ks. Józefa Łuszczka, który przygotowywał mnie do I Komunii. Potem nieraz chodziłem do niego rozmawiać o początkach picia. – Ale te rozmowy nie pomogły? – wtrącam. – Sam sobie nie chciałem pomóc – ripostuje. – Oprócz rodziny nikt mi nie podawał ręki, tylko ks. Józef i ks. Mirek.

Odkąd tu przyszedłem, ks. Mirek powtarza mi: „Sylwek, w tobie jest potencjał”. Kiedy tu zamieszkał, ze zdenerwowania nie jadł nic przez kilka dni. Jednego z pierwszych dni osłabiony stracił przytomność podczas pracy na dworze. Przewrócił się nieszczęśliwie, tak, że została mu na czole blizna. Jakby widoczny znak walki z sobą samym. Chodzi na spotkania AA i za kilka dni pojedzie na 6-tygodniową terapię w ośrodku zamkniętym. – Cały czas jestem na etapie pierwszych kroków – opowiada. – Przyznałem, że jestem bezsilny i przestałem kierować życiem. Postanowiłem powierzyć je Bogu.

Zawsze lubił czytać. „Ojca chrzestnego” przeczytał aż sześć razy. – To opowieść o mafii – wyjaśnia. – A ja mieszkałem w Nowej Hucie, tam rządziły różne grupy. Teraz czytam Nowy Testament, który dał mi ks. Mirek. Najpierw przeczytałem cały, teraz codziennie po kilka stron i codziennie coś dla siebie odkrywam. Ostatnio na spotkaniu AA rozmawialiśmy o asertywności. Jak odmówić picia alkoholu. Nie potrafię odmówić, jak ktoś mnie prosi. Jak mnie ksiądz prosił, żebym pracował przy budowie kominka i widziałem, jak się cieszy, to choć padałem na pysk – pracowałem. Teraz dbam o ten kominek jak o dziecko. Codziennie go czyszczę, myję. O siebie dopiero zaczynam dbać – zamyśla się.

– Nawet czasem się cieszę, że jestem alkoholikiem. Jak piłem, byłem egoistą, znieczulałem się, inni byli mi obojętni. Teraz ich zauważam. No i mama z tatą się ze mnie cieszą. I babcia Stasia w niebie. No i moja córka Paulinka.

http://gosc.pl/doc/1792775.Powrot-ojca-marnotrawnego

Kiedy sportowy świat myślał o walce Pacquiao vs. Mayweather, sam bokser skupiał się na odnowie swojej wiary i walce z grzechami. Bokser jest znanym obrońcą małżeństwa i przeciwnikiem aborcji. Po raz kolejny opowiedział w wywiadzie o swojej duchowej przemianie.

Manny-Pacquiao

Manny Pacquiao.

Znakomity bokser powiedział w wywiadzie dla ABS-CBN, że wyrzekł się swoich grzechów i zaczął mocniej studiować Pismo Święte. Na dodatek chce on więcej czasu spędzać ze swoją żoną i dziećmi. „Gdybym umarł w ostatnich dwóch latach to może nie poszedłbym od razu do piekła. Moja wiara w Niego jest stuprocentowa, ale jednak byłem w pewnym stopniu adwokatem diabła”- mówi i dodaje, że mimo wiary robił wiele złych rzeczy. Bokser opowiadał w wywiadzie o swoim nawróceniu, które przyszło po walce z Meksykaninem Juanem Manuelem. Pacquiao opowiada jak we śnie zobaczył jasne światło i usłyszał głos, który go zapytał: “dlaczego ode mnie odchodzisz?”. „Obudziłem się płacząc. Moja poduszka była mokra od łez”- opowiada.

Natychmiast sięgnął po Biblię i odkrył, że Bóg mówił w przeszłości do ludzi w snach. Według boksera zmiana w jego życiu nie miała miejsca dlatego, że on tak chciał, ale dlatego, że taka była wola Boga.

„Bycie chrześcijaninem oznacza akceptacje Chrystusa jako naszego zbawiciela i Boga”- mówi.

Filipiński bokser stara się przekładać swoją wiarę na działalność publiczną. Gdy Filipiny zdecydowały się zalegalizować rozwody i ułatwić aborcję z powodu biedy i „przeludnienia”, bokser stanowczo wsparł filipińskich biskupów katolickich.

„Prawo dotyczące reprodukcji nie jest odpowiedzią na biedę. Odpowiedzią jest zakończenie korupcji, ponieważ ona naprawdę niszczy ludzi i jest przyczyną ubóstwa” – powiedział bokser.

Na pytanie dlaczego jest przeciwnikiem aborcji, Manny przyznał ,że: „Nie mogę popierać tej propozycji, ponieważ jestem wierzący. Boję się Boga. Bóg jest moim szefem. Nie chcę być nieposłuszny Jego przykazaniom”. Mistrz dodał również ,że gdyby proponowana ustawa obowiązywała on nigdy by się nie urodził, ponieważ jego rodzice byli biedni i nie mieli pracy.

Manny Pacquiao jest aktualnym mistrzem świata WBO w wadze półśredniej oraz byłmy mistrz świata organizacji WBC w wadze muszej, IBF w wadze junior piórkowej, WBC w wadze junior lekkiej, WBC w wadze lekkiej oraz WBC w wadze junior średniej.

http://www.fronda.pl/a/znany-bokser-wyrzeka-sie-zla-i-odnawia-wiare-w-jezusa,17195.html