Posts Tagged ‘C.S. Lewis’

John Ronald Reuel Tolkien  (1892 – 1973) − angielski filolog, wykładowca akademicki na Oxfordzie oraz pisarz, członek grupy Inklingów, najbardziej znany ze swych dzieł, Hobbita, Silmarillion i Władcy Pierścieni. Był przyjacielem C.S. Lewisa – twórcy Opowieści z Narnii, który to swoje nawrócenie na chrześcijaństwo w wieku 31 lat zawdzięcza częściowo właśnie J.R.R. Tolkienowi.

garden-of-eden

W niezwykle ciekawym liście nr 96 (z 30 stycznia 1945, do Ch. Tolkiena, syna) Tolkien napisał (pogrubienie od redakcji):

Co do Raju. Sądzę, że większość chrześcijan – poza tymi b. prostymi i niewykształconymi lub chronionymi na inne sposoby – jest od wielu pokoleń poszturchiwana przez samozwańczych naukowców, przez co jakby upchnęła Księgę Rodzaju do lamusa swoich umysłów jak niezbyt modne meble, trochę się wstydząc trzymania ich w mieszkaniu, prawda, kiedy przychodzili z wizytą inteligentni młodzi ludzie: oczywiście mam na myśli nawet fideles, którzy ich nie sprzedali czy nie spalili, gdy tylko zaczęły się szyderstwa nowoczesnych gustów. W związku z tym rzeczywiście (łącznie ze mną), zapomnieli, jak mówisz, piękno tych spraw nawet „jako opowieści”.

Lewis napisał niedawno niezwykle interesujący esej (nie wiem, czy został wydany)*, wykazujący wielką wartość samej opowieści jako pożywki umysłowej – całej opowieści chrześcijańskiej (szczególnie NT). Szydzimy właśnie z obrony takiej postawy: człowieka bojaźliwego, który traci wiarę, ale trzyma się przynajmniej piękna „opowieści”, jako że ma ona jakąś nieprzemijającą wartość. Lewis chciał dowieść, że tacy ludzie mimo wszystko otrzymują w ten sposób strawę i nie są całkowicie odcięci od soków życia: bowiem piękno opowieści niekoniecznie gwarantuje jej prawdę, lecz zawsze jej towarzyszy, a fidelis ma czerpać strawę tak z piękna, jak z prawdy.

Tak więc bojaźliwy „podziwiający” i tak otrzymuje coś, co może nie docierać nawet do wiernych (głupich, niewrażliwych, nieśmiałych). Jednak częściowo dzięki własnym przemyśleniom nad moją pracą (techniczną i literacką), częściowo dzięki kontaktom z C.S.L.-em i rozmaitym innym wpływom, z których nie najmniejszy wywiera mocna, wskazująca kierunek dłoń Alma Mater Ecclesia, wcale nie czuję wstydu ani wątpliwości w związku z „mitem” Raju. Nie jest on oczywiście tak historyczny, jak NT, który właściwie składa się ze współczesnych dokumentów, podczas gdy Księgę Rodzaju dzieli od Upadku nie wiedzieć ile smutnych, wygnanych pokoleń, lecz na tej bardzo nieszczęśliwej ziemi z pewnością istniał Raj. Wszyscy go pragniemy i wszyscy stale dostrzegamy jego przebłyski: nasza cała natura w swych najlepszych i najmniej zniekształconych, najłagodniejszych i najbardziej miłosiernych przejawach, wciąż jest przesiąknięta poczuciem „wygnania”. Jeśli się nad tym zastanowisz, to Twoje (bardzo słuszne) przerażenie głupim morderstwem jastrzębia i uparta pamięć „domu” z idyllicznych czasów (kiedy często powstaje iluzja zatrzymania czasu i rozkładu oraz poczucie łagodnego spokoju) ειθε γενοιμην** „zegar zatrzymał się pięć po czwartej i czy wciąż jest na stole miód do herbaty” – wywodzą się z Raju. Jak tylko sięgamy pamięcią, szlachetniejszą część ludzkiego umysłu wypełniają myśli o pokoju i dobrej woli, oraz myśl o ich utracie. Nigdy ich nie odzyskamy, bo nie tak działa skrucha, która krąży po spirali, a nie po zamkniętym okręgu; możemy odzyskać coś na ich kształt, lecz na wyższym poziomie. Podobnie jak (by porównać jakąś drobnostkę) nawrócony mieszczuch więcej wynosi ze wsi niż zwykły wieśniak, ale nie może stać się prawdziwym ziemianinem, jest zarówno czymś więcej, jak i pod pewnym względem czymś mniej (a w każdym razie mniej prawdziwie związany z ziemią). Oczywiście zapewne – jeśli Bóg pozwoli – cała ludzka rasa (podobnie jak każdy człowiek z osobna) ma wolny wybór nie wznieść się na powrót, lecz zasłużyć na wieczne potępienie i przeprowadzić Upadek aż do gorzkiego końca (podobnie jak może każdy człowiek singulariter***).

W pewnych okresach – a takim wyraźnie jest obecny – wydaje się to wydarzeniem nie tylko prawdopodobnym, lecz bliskim. Ja jednak wierzę, że nastąpi „milenium”, przepowiadane tysiącletnie rządy Świętych, tj. tych, którzy mimo swoich niedoskonałości nigdy w ostatecznym rozrachunku nie ugięli serca i woli przed światem lub złym duchem (we współczesnych, lecz nie uniwersalnych kategoriach: mechanizmem, „naukowym” materializmem, socjalizmem w którejkolwiek z jego frakcji znajdujących się teraz w stanie wojny).

* Chodzi zapewne o tekst „Mit stał się faktem”, który znalazł się w zbiorze C. S. Lewisa pt. „Bóg na ławie oskarżonych”.

** Gr. „jakże chciałbym być”; cytat jak i następne słowa z „The Old Vicarage”, Grantchester Ruperta Brooke’a.

W jeszcze innym miejscu czytamy:

Jest takie miejsce, zwane „niebiosami”, gdzie można dokończyć rozpoczęte tu dobro, gdzie spełniają się nie napisane opowieści i nie spełnione nadzieje.

—————————————————-

Tolkien wierzył w Raj – tzn. wierzył, że w początkach ludzkości nasi prarodzice żyli na Ziemi w pełnej harmonii z Bogiem, w pełnym szczęściu. Traktował to nie jako wysublimowaną duchową metaforę, ale jako (pre)historyczny fakt. Jednocześnie był przeświadczony o tym, że śmierć jest początkiem prawdziwego wiecznego życia w Niebie (lub Piekle – w zależności od naszego wyboru). W jednej z niewielu alegorii, które napisał – w opowiadaniu Liść, dzieło Niggle’a – w bardzo atrakcyjny literacko sposób opisuje tę swoją wiarę. Przedstawia tam swoją wizję Czyśćca i czekających na każdego z nas Niebios. Warto zastanowić się nad tym tekstem, odczytać dla samego siebie głębokie przesłanie owej przypowieści.

Bardzo ciekawy opis Raju, który uzgadnia naukowy ewolucjonizm z Księgą Rodzaju, wyszedł spod pióra innego Inklinga, C. S. Lewisa. W jego książce Problem cierpienia znajdujemy pasjonujący opis Upadku pierwszych ludzi, który streszczono na forum Elendilich (tutaj). Warto też wiedzieć, że finałowa podróż Bilba i Froda (a potem Sama) do Tol Eressëa (jak to opisuje Władca Pierścieni) to nie jest podróż w zaświaty (do Raju), a raczej tylko oczyszczenie i wypoczynek („czyściec”) przed właściwą śmiercią i Podróżą-W-Nieznane… [ARTYKUŁ TUTAJ].

Seria „ARGUMENTY ZA WIARĄ” ma na celu pokazanie, że chrześcijaństwo i ogólnie wiara w Boga nie jest czymś co wymaga całkowitego wyłączenia myślenia. Cykl ten może nie da niezbitego 100% dowodu na istnienie Boga (nie taki jest jego cel), lecz powinien sprawić, aby przynajmniej niektóre osoby niewierzące zmieniły swoją postawę z bezmyślnego wyśmiewania chrześcijaństwa w założenie, że „być może coś w tym jest”. Z kolei osoby już wierzące być może wzmocnią swoją wiarę po kolejnych wpisach z tej serii.

tolkien-lewis

Często można usłyszeć ludzi wypowiadających się krytycznie o Nowym Testamencie i tym co nam on mówi o Jezusie Chrystusie. Powiadają, że wszystko jest mitem, legendą czy po prostu ładną baśnią. Co takiego na ten temat sądzą jednak autorytety w dziedzinie baśni i mitów? Poniżej kilka cytatów z prac najwybitniejszych znawców i autorów fantasy jacy żyli w XX wieku. O kim mowa? O twórcach WŁADCY PIERŚCIENI, OPOWIEŚCI Z NARNII a także WYWIADU Z WAMPIREM. Oprócz tego jeden ciekawy cytat z wybitnego CZŁOWIEKA WIEKUISTEGO autorstwa Gilberta Keitha Chestertona.

CLIVE STAPLES LEWIS – Clive Staples „Jack” Lewis, znany również jako C.S. Lewis; brytyjski pisarz i naukowiec wykładający zarówno na Oxfordzie jak i Cambridge. Znany jest ze swoich prac na temat literatury średniowiecznej, dzieł krytycznoliterackich oraz z zakresu apologetyki chrześcijańskiej, jak również cyklu powieści fantastycznych Opowieści z Narnii. Był jednym z najbliższych przyjaciół J.R.R. Tolkiena, częściowo dzięki któremu nawrócił się na chrześcijaństwo około 30 roku życia.

„Przede wszystkim, bez względu na to, jaką wartość ci ludzie [krytycy biblijni] mogli sobą przedstawiać jako komentatorzy Biblii, nie ufam im jako krytykom. Uważam, że nie mają dostatecznego literackiego wyrobienia i nie dostrzegają istoty czytanych przez siebie tekstów.

To oskarżenie wydaje się dziwne, jeśli zważyć, że wysuwam je przeciwko ludziom, którzy całe swoje życie spędzili na studiowaniu tych ksiąg. Ale właśnie stąd mogą pochodzić ich trudności. Jeśli ktoś całą młodość i wiek dojrzały spędził na badaniu tekstów NT oraz wyników badań innych uczonych, a nie dysponuje przy tym żadną porównawcza skalą, która pozwoliłaby mu dokonać literackiej oceny i którą dać może jedynie głęboka i wszechstronna znajomość szeroko pojętej literatury, ten ktoś moim zdaniem szczególnie łatwo może przeoczyć to, co w tych tekstach jest najważniejsze. Kiedy mi mówi, że jakieś ewangeliczne zdarzenie jest legendą albo zmyśloną opowieścią, chciałbym wiedzieć, ile powieści i legend przeczytał i czy ma dostatecznie wyrobiony smak, by potrafił je wykryć – a nie, ile lat spędził nad Ewangelią” [Ziarna paproci i słonie].

” Całe życie czytałem poematy, powieści, literaturę fantastyczną, legendy i mity. Wiem, jakie są. I nie znam żadnego utworu, który mógłby się równać z tym opisem [Jezus piszący palcem po piasku]. O tym tekście można mieć tylko dwie opinie: albo (choć bez wątpienia może zawierać pewne błędy) jest niemal ścisłym, prawie dorównującym Boswelowi reportażem, albo jakiś nieznany autor z drugiego wieku, bez poprzedników i następców, nagle wyprzedzając epokę, przyswoił sobie całą technikę nowoczesnej, powieściowej, realistycznej narracji. Jeśli ta Ewangelia nie jest prawdą, musi być tego rodzaju opowieścią. Czytelnik, który tego nie widzi, po prostu nie nauczył się czytać. Zaleciłbym mu lekturę Auerbacha” [Ziarna paproci i słonie].

„To się wydarzyło – konkretnego dnia, w konkretnym miejscu i miało możliwe do zaobserwowania konsekwencje w historii. Przechodzimy od Baldura i Ozyrysa, o których nikt nie wie gdzie i kiedy umarli do historycznej Osoby ukrzyżowanej (wszystko jest we właściwym porządku) pod Poncjuszem Piłatem. Stając się rzeczywistością, to nie przestaje być mitem” [Mit stający się faktem].

JOHN RONALD REUEL TOLKIEN – angielski pisarz oraz profesor filologii i literatury staroangielskiej na University of Oxford. Jako autor powieści Władca Pierścieni, której akcja rozgrywa się w mitycznym świecie Śródziemia, spopularyzował literaturę fantasy. Opublikował ponad 100 prac z dziedziny filologii i literatury dawnej, współpracował przy powstaniu największego słownika języka angielskiego, wydawanego zaraz po I wojnie, Oxford English Dictionary. Znał (w różnym stopniu) ponad 30 języków, głównie wymarłych, germańskich i celtyckich: m.in. łacinę, starożytną grekę, hebrajski, gocki, nordycki, staroislandzki, anglosaski, staroirlandzki, średniowieczny i współczesny walijski, niemiecki, niderlandzki, szwedzki, duński, norweski, hiszpański, francuski, lombardzki, włoski, fiński, esperanto, rosyjski, uczył się także polskiego, lecz uważał go za trudny język i nie potrafił się nim dobrze posługiwać.

W liście do syna Christophera z 7-8 listopada 1944 r. (Listy nr 89, tłum. Agnieszka „Evermind” Sylwanowicz), pisząc o cudach uzdrowienia, J.R.R. Tolkien zastanawia się nad pojęciem szczęśliwego zakończenia:

I nagle zdałem sobie sprawę, co to jest: właśnie to, co próbuję wyjaśnić w eseju o baśniach, który tak bardzo chcę, żebyś przeczytał, że chyba Ci go wyślę. Na jego potrzeby ukułem słowo eukatastrofa – nagły szczęśliwy zwrot w opowieści, który przeszywa radością sprowadzającą łzy (co moim zdaniem jest najwyższym zadaniem, jakie mają pełnić baśnie). Nabrałem przekonania, że wywiera on swój szczególny efekt dlatego, że stanowi nagły przebłysk Prawdy i cała natura człowieka, spętana materialnym łańcuchem przyczyny i skutku, łańcuchem śmierci, odczuwa nagłą ulgę, jakby wybita kończyna nagle wskoczyła na swoje miejsce. Dostrzega ona – jeśli opowieść ma na drugim planie „prawdę” literacką (o tym przeczytasz w eseju) – że tak właśnie toczą się sprawy w Wielkim Świecie, dla którego została stworzona nasza natura. Zakończyłem stwierdzeniem, że Zmartwychwstanie było najwspanialszą z możliwych eukatastrofą w najwspanialszej Baśni – i że wzbudza ono to najważniejsze uczucie: chrześcijańską radość wywołującą łzy, ponieważ jest ona w swej istocie tak podobna do smutku, jako że pochodzi z miejsc, gdzie Radość i Smutek stanowią jedno pogodzone ze sobą, tak jak samolubstwo i altruizm giną w Miłości.

(…) Schodząc do pomniejszych spraw: poznałem, że stworzyłem w Hobbicie wartościową opowieść, kiedy czytając go (gdy już zestarzał się na tyle, bym mógł nabrać obiektywizmu), doznałem nagle dość silnego poczucia eukatastrofy na okrzyk Bilba: „Orły! Orły nadlatują!”… [1]

Warto w tym miejscu także przypomnieć ważne słowa Profesora z jego rozprawy O baśniach (str. 73-74):

Nietrudno wyobrazić sobie owo niezwykłe podniecenie i radość, jakie stałyby się naszym udziałem, gdyby jakaś szczególnie piękna baśń okazała się prawdziwa w „pierwotnym” sensie tego słowa, gdyby jej fabuła objawiła się jako zdarzenia historyczne, nie tracąc przy tym owego mistycznego i alegorycznego znaczenia, które miała jako baśń. Nietrudno, gdyż nie byłoby to doświadczenie o zupełnie nowej, nie znanej nam jakości. Byłaby to ta sama radość (choć na pewno mniej intensywna), którą wywołuje szczęśliwy „zwrot” baśniowej akcji: ma ona posmak pierwotnej prawdy (w przeciwnym razie nie nazywałaby się radością). Wybiega naprzód (…) ku wielkiej Eukatastrophe. Taka jest też i gloria – radość chrześcijanina – choć o wiele bardziej (nieskończenie bardziej, gdyby nie nasze ograniczone możliwości) wzniosła i promienna. Bo też i sama opowieść [o Wcieleniu i Zmartwychwstaniu Pana Jezusa] jest bardziej wzniosła – i jest prawdziwa. Sztuce nadano wymiar prawdy. Bóg jest panem aniołów i ludzi, i elfów. Legenda i historia spotkały się i zlały w jedno.

(…) Ewangelia nie zniosła legend, ale je uświęciła, a szczególnie uświęciła „szczęśliwe zakończenie” [2].

ANN RICE – autorka głównie literatury grozy. Druga córka Irlandczyków, Katherine i Howarda O’Brienów. Autorka bestsellerowego cyklu Kroniki wampirów, który wywarł duży wpływ na subkulturę gotycką. Pisała także pod pseudonimami Anne Rampling oraz A.N. Roquelaure.

Ann Rice była jedną z osób, które z zaskoczeniem odkryły, jak słabe są dowody wspierające pogląd o wyłącznie „ludzkim”, „historycznym Jezusie”. Rice zasłynęła jako autorka Wywiadu z wampirem i innych dzieł, które można określić mianem „horroró erotycznych”. Wychowana jako katoliczka, porzuciła wiarę w czasie studiów, wyszła za mąż za ateistę i wzbogaciła się pisząc powieści o Lestacie wampirze i gwieździe rocka.Świat literatury i media były w szoku, kiedy Rice ogłosiła, że powróciła do wiary w Jezusa.

Dlaczego to zrobiła? W posłowiu do swej nowej powieści Chrystus Pan: Wyjście z Egiptu wyjaśnia, że rozpoczęła swoje dogłębne badania na temat „historycznego Jezusa” od lektury dzieł badaczy jednej z najznamienitszych instytucji akademickich. Ich główna teza mówiła o nikłej wiarygodności historycznej dokumentów biblijnych. Z zaskoczeniem jednak stwierdziła, jak słabe są przytaczane przez ich argumenty – poniżej cytat:

Niektóre książki były jedynie zbiorem przypuszczeń zbudowanych na przypuszczeniach. (…) Wnioski były wyciągane na podstawie fragmentarycznych danych ub zupełnie bez jakichkolwiek podstaw. (…) Cały argument na rzecz nie-boskiego Jezusa, którego os rzucił do Jerozolimy i który w wyniku splotu nieszczęsliwych okoliczności trafił na krzyż (…) – ten obraz rozpowszechniany w liberalnych kręgach, w któych jako ateistka obracałam sie przez trzydzieści lat, nie miał żadnych podstaw. Nie tylko nie miał podstaw, ale w tej dziedzinie zetknęłam się chyba z najgorszymi i najbardziej uprzedzonymi  pracami naukowymi jakie miałam okazję przeczytać [3].

GILBERTH KEITH CHESTERTON – pisarz angielski; był mistrzem groteski, paradoksu i humoru absurdalnego. Występował w publicznych polemikach m.in. przeciwko G.B. Shawowi i H.G. Wellsowi. W młodości przejawiał postawę agnostyczną; z czasem zmienił poglądy i włączył się w nurt odnowy duchowej Kościoła anglikańskiego. W 1922 przeszedł z anglikanizmu na katolicyzm. Swoją drogę do poznania wiary opisał w monumentalnym dziele Ortodoksja. Był sympatykiem Polski (którą odwiedził w 1927), co przyczyniło się do jego popularności w tym kraju już w dwudziestoleciu międzywojennym.

Jest w NT wiele rzeczy, których nikt by nie wymyślił, bo nikomu nie mogłyby się przydać; rzeczy, o których nie wspomina się wcale, a jeśli już, to tylko w charakterze zagadek. W życiu Chrystusa jest na przykład długi, trwający aż do trzydziestki okres milczenia. Jest to najdłuższe i najbardziej działające na wyobraźnię milczenie Chrystusa. Nie jest to jednak rzecz, którą ktokolwiek skłonny byłby wymyślić, aby udowodnić swoją rację; nikt jak dotąd, o ile mi wiadomo, nie starał się na jej podstawie niczego udowodnić. Jest to coś, co robi wrażenie jako fakt, natomiast nie jest szczególnie popularnym ani oczywistym elementem baśni. Kult bohaterów i prądy mitotwórcze zwykle skłaniały się ku czemuś wręcz przeciwnemu [Chesterton – „Człowiek Wiekuisty”].

NA SAM KONIEC CYTAT Z KSIĄŻKI HUMPHREYA CARPENTERA – „J.R.R. TOLKIEN WIZJONER I MARZYCIEL”:

Rzecz dotyczy C.S. Lewisa: Jego dyskusje z Tolkienem odbywały się zwykle w poniedziałki rano, kiedy rozmawiali przez godzinę czy dwie, a potem szli na piwo do pobliskiego pubu „Eastgate”. W sobotę 19 września spotkali się jednak wieczorem. Lewis zaprosił Tolkiena na kolację do kolegium Magdalen. Jego drugim gościem był Hugo Dyson, którego Tolkien poznał w kolegium Exeter w 1919 r. Dyson wykładał teraz literaturę i angielską na uniwersytecie w Reading. Często odwiedzał Oksford. Był chrześcijaninem i odznaczał się błyskotliwym dowcipem. Po kolacji Lewis, Tolkien i Dyson wyszli odetchnąć świeżym powietrzem.

Była to wietrzna i zimna noc, oni jednak szli po Addison’s Walk, dyskutując nad tym, jaki jest cel mitu. Lewis, chociaż wierzył już w Boga, nie potrafił jeszcze pojąć funkcji Chrystusa w chrześcijaństwie, nie potrafił zrozumieć znaczenia Ukrzyżowania i Zmartwychwstania. Stwierdził, że musi zrozumieć cel tych wydarzeń jak później wyraził to w liście do przyjaciela: „w jaki sposób życie i śmierć Kogoś Innego (kimkolwiek by on był) dwa tysiące lat temu może nam pomóc tu i teraz, wyłączywszy to, ze mógłby pomóc nam jego przykład.”

W miarę upływu nocy Tolkien i Dyson wykazywali Lewisowi, że domaga się czegoś, co nie jest konieczne. Kiedy zetknął się z koncepcją ofiary w mitologii pogańskiej, podziwiał ją i był nią poruszony. Od czasu przeczytania opowieści, której bohaterem był skandynawski bóg Baldr, pojęcie umierającego i odradzającego się boga zawsze oddziaływało na jego wyobraźnię. Ale od Ewangelii, dowodzili mu Tolkien i Dyson, wymagał czegoś więcej: czystego znaczenia wykraczającego poza mit. Czy nie mógłby przenieść swego bez krytycznego uznania dla figury ofiary z mitu na tę prawdziwą opowieść?

„Ale mity to kłamstwa, choćby i zaprawione słodyczą, powiedział Lewis „Wcale nie”, odparł Tolkien. I wskazując na szarpane wiatrem gałęzie wielkich drzew Magdalen Grove, zmienił kierunek argumentacji. Nazywasz drzewo drzewem, powiedział, i więcej się nad tym wy razem nie zastanawiasz. Nie było ono jednak „drzewem”, dopóki ktoś nie nadał mu tej nazwy. Nazywasz gwiazdę gwiazdą i mówisz, że to tylko kula materii poruszająca się ściśle wytyczoną trasą. Jest to jednak zaledwie twój sposób widzenia gwiazdy. Nazywając rzeczy opisując je, wynajdujesz tylko własne terminy na ich określenie. A podobnie jak mowa określa przedmiot i pomysły, tak mit określa prawdę.

Pochodzimy od Boga (ciągnął Tolkien) i stworzone przez nas mity, choć zawierają błędy, w sposób nieunikniony będą odbijały drobny, rozszczepiony fragment prawdziwego świata, wiecznej prawdy, która jest u Boga. Tylko tworząc mity, tylko stając się „stwórcą wtórnym” [podkreatoremi i wymyślając opowieści, człowiek może osiągnąć stan doskonałości, który znał przed Upadkiem. Być może nasze mity błądzą, lecz mimo wszystko zdążają ku prawdziwemu portowi, podczas gdy materialistyczny „postęp” prowadzi jedynie do ziejącej otchłani i Żelaznej Korony potęgi zła.

Wyjaśniając tę wiarę w wewnętrzną prawdę mitologii, Tolkien wydobył na jaw jądro swej filozofii jako pisarza, przekonanie leżące w centrum Silmarilliona.

Lewis słuchał, a Dyson na swój własny sposób potwierdził słowa Tolkiena. Lewis zapytał, czy w takim razie opowieść o Chrystusie jest prawdziwym mitem, który działa na nas tak samo jak inne, tyle że ten mit zdarzył się naprawdę? W takim razie, powiedział Lewis, zaczynam rozumieć.

W końcu wiatr zapędził ich pod dach. Rozmawiali w kwaterze Lewisa do trzeciej nad ranem, kiedy to Tolkien poszedł do domu. Odprowadziwszy go do High Street, Lewis i Dyson spacerowali przed krużgankami kolegium Magdalen, rozmawiając do świtu.

W dwanaście dni później Lewis napisał do swego przyjaciela Arthura Greevesa: „Właśnie przeszedłem od wiary w Boga do zdecydowanej wiary w Chrystusa — w chrześcijaństwo. Spróbuję Ci to wyjaśnić kiedy indziej. Miała z tym wiele wspólnego moja długa nocna rozmowa z Dysonem i Tolkienem.”

Tymczasem Tolkien prowadził egzaminy i pisał długi poemat streszczający to, co powiedział Lewisowi. Zatytułował go „Mythopoeia”, „tworzenie mitów”.

[1] http://www.elendilion.pl/2009/04/11/tolkien-o-zmartwychwstaniu-chrystusa-jezusa/
[2] http://www.elendilion.pl/2014/04/20/skruszona-czarna-brama/
[3] http://www.coffeehousetheology.com/anne-rice-atheist-christ/

Co było na początku? Materia i bezosobowa natura wszechświata, czy też może Rozum – Inteligencja – Umysł? Chrześcijanie razem z wybitnymi myślicielami Starożytności powiedzieli by Logos. Seria NA POCZĄTKU BYŁO SŁOWO… ma pomóc czytelnikowi w odpowiedzi na to pytanie. W tym miejscu jednak jedna uwaga. Staraj się patrzeć drogi czytelniku na całą serię przede wszystkim w sposób całościowy.

harvey-shadow

Czy nie można żyć uczciwie bez wiary w chrześcijaństwo?” Oto pytanie, jakie mi postawiono, prosząc o odpowiedź, lecz zanim podejmę próbę jej udzielenia, chciałbym poczynić jedną uwagę. Pytanie brzmi tak, jakby zadawane było przez kogoś, kto powiedział sobie: „W gruncie rzeczy nie obchodzi mnie, czy chrześcijaństwo głosi prawdę, czy nie. Nie interesuje mnie, czy rzeczywisty świat jest bardziej zbliżony do tego, co mówią chrześcijanie, niż do tego, co mówią materialiści. Jedno, co mnie interesuje, to uczciwe życie. Wyboru przekonań dokonam nie z uwagi na ich prawdziwość, lecz ze względu na ich użyteczność”.

Szczerze mówiąc, jest mi trudno znaleźć zrozumienie dla takiego sposobu myślenia. Jedną z cech, która różni człowieka od innych stworzeń, jest to, że chce on posiąść wiedzę, chce dla samej chęci poznania dojść do tego, jaka jest rzeczywistość. Kiedy to pragnienie zostaje w kimś stłumione, to według mnie staje się on czymś mniej niż człowiekiem. Nie sądzę jednak, by ktokolwiek z was rzeczywiście stracił to pragnienie.

Bardziej prawdopodobne jest to, iż niemądrzy kaznodzieje przez ciągłe powtarzanie, jak bardzo chrześcijaństwo może wam pomóc i jak jest ono pożyteczne dla społeczeństwa, pomogli wam zapomnieć, iż chrześcijaństwo nie jest opatentowanym lekarstwem. Chrześcijaństwo rości sobie prawo do wyjaśniania faktów – do mówienia, jaki jest rzeczywisty świat. Jego wyjaśnienia na temat świata mogą być prawdziwe lub nie, a kiedy raz zostanie postawione pytanie, wtedy naturalna ciekawość musi prowokować chęć poznania odpowiedzi. Jeżeli chrześcijaństwo jest nieprawdziwe, to żaden uczciwy człowiek nie będzie chciał mu wierzyć, choćby nie wiem jak było przydatne; jeśli jest prawdziwe, każdy uczciwy człowiek zechce mu uwierzyć, nawet gdyby nie udzieliło mu w ogóle żadnej pomocy.

Kiedy zdamy sobie z tego sprawę, uświadomimy sobie jeszcze coś innego. Gdyby przypadkiem chrześcijaństwo było prawdziwe, to jest raczej rzeczą niemożliwą, by ci, którzy znają tę prawdę i ci którzy jej nie znają, byli w równym stopniu przygotowani do prowadzenia dobrego życia. Znajomość faktów musi skutkować różnicą w czynach. Załóżmy, że ktoś znajduje człowieka przymierającego głodem i pragnie właściwie postąpić. Gdyby nie posiadał żadnych wiadomości z zakresu medycyny, prawdopodobnie dałby mu duży, solidny posiłek, a rezultatem byłaby śmierć. Oto co powoduje działanie po omacku.

Na tej samej zasadzie chrześcijanin i niechrześcijanin mogą mieć obaj dobre intencje w stosunku do swoich bliźnich. Jeden wierzy, że ludzie będą żyli wiecznie, że zostali stworzeni przez Boga i skonstruowani w taki sposób, iż prawdziwe i trwałe szczęście mogą znaleźć jedynie przez zjednoczenie z Bogiem; że zeszli z właściwego toru i jedyną drogą powrotu jest ufna wiara w Chrystusa. Drugi wierzy, że ludzie są przypadkowym rezultatem ślepego działania materii, że zaistnieli jako proste zwierzęta i mniej lub bardziej równomiernie rozwinęli się, że będą żyć przeciętnie około siedemdziesięciu lat, że ich szczęście jest całkowicie osiągalne za sprawą dobrych instytucji społecznych i organizacji politycznych, a wszystko inne (np. wiwisekcję, regulację urodzin, system sądownictwa, edukację) należy oceniać jako „dobre” lub „złe” po prostu w zależności od tego, na ile sprzyjają lub przeszkadzają temu rodzajowi „szczęścia”.

Ci dwaj ludzie mogliby się zgodzić co do bardzo wielu działań na rzecz swoich współobywateli. Obaj pochwaliliby właściwie działające szpitale i kanalizację oraz zdrowe wyżywienie. Wcześniej czy później jednak różnica ich przekonań spowodowałaby różnice w propozycjach praktycznych. Obaj na przykład mogliby być wielkimi zwolennikami edukacji; lecz rodzaje edukacji, jakich by sobie życzyli, oczywiście bardzo się będą różniły. Znowu tam, gdzie pytanie materialisty co do proponowanej akcji brzmiałoby po prostu: „Czy powiększy ona szczęście większości?”, chrześcijanin być może musiałby powiedzieć: „Nawet jeżeli rzeczywiście powiększy ona szczęście większości, to nie możemy jej przeprowadzić; jest bowiem niesprawiedliwa”. I tak przez cały czas jedna zasadnicza różnica będzie przenikać wszystkie ich dążenia. Dla materialisty sprawy takie jak narody, klasy, cywilizacje muszą być ważniejsze niż jednostki, ponieważ jednostka żyje jakieś tam siedemdziesiąt lat z okładem, a grupa może trwać przez wieki. Dla chrześcijanina natomiast jednostki są ważniejsze, ponieważ to one żyją wiecznie; a rasy, cywilizacje i tym podobne struktury są w tym zestawieniu tworami przelotnymi.

Chrześcijanin i materialista żywią różne przekonania co do świata. Nie mogą mieć obaj racji. Ten, który jest w błędzie, będzie działał w sposób, który nie odpowiada rzeczywistemu światu. Wskutek tego przy najlepszej na świecie woli będzie popychał swoich współbraci do zguby.

Przy najlepszej na świecie woli… zatem nie będzie to chyba jego wina? Z pewnością Bóg (założywszy, że Bóg istnieje) nie będzie karał człowieka za płynące z uczciwych pobudek pomyłki? Ale czy w tym leży cały problem? Czy jesteśmy gotowi podejmować ryzyko działania po omacku przez całe nasze życie i wyrządzać nieskończone szkody z powodu czyichś zapewnień, iż nic nam nie grozi, że nikt nas nie ukarze ani nie zgani? Nie wierzę, by czytelnik mógł szczerze w ten sposób rozumować, a gdyby tak było, to trzeba mu coś wyjaśnić.

Pytanie stojące przed każdym z nas nie brzmi: „Czy możliwe jest, żeby ktoś żył uczciwie bez chrześcijaństwa?” Brzmi ono: „Czy ja mogę?” Wiadomo wszystkim, że istnieli dobrzy ludzie, którzy nie byli chrześcijanami; ludzie tacy jak Sokrates i Konfucjusz, którzy nigdy o chrześcijaństwie nie słyszeli, lub ludzie tacy jak J.S. Mill, którzy całkiem uczciwie nie mogli w nie uwierzyć. Zakładając, że chrześcijaństwo jest prawdziwe, ludzie ci byli pogrążeni w stanie uczciwej niewiedzy lub uczciwego błędu. Jeżeli ich intencje były tak dobre, za jakie je mam (bo oczywiście nie jestem w stanie odgadnąć tajników ich dusz), to mam nadzieję i ufam, że mądrość i miłosierdzie Boga zaradzą złu, które ich niewiedza, pozostawiona sama sobie, mogła naturalnie przynieść zarówno im, jak i tym, na których mieli wpływ.

Lecz człowiek, który zapytuje mnie: „Czy nie mogę żyć uczciwie bez wiary w chrześcijaństwo?”, oczywiście nie jest w tym samym położeniu. Gdyby nie słyszał o chrześcijaństwie, nie postawiłby tego pytania. Gdyby usłyszawszy o nim i porządnie się zastanowiwszy, doszedł do wniosku, że nie jest ono prawdziwe, to również by tak nie spytał. Człowiek, który zadaje to pytanie, słyszał o chrześcijaństwie i wcale nie jest przekonany o jego nieprawdziwości. W istocie pyta on: „Czy muszę sobie zawracać tym głowę? Czy nie mogę po prostu pominąć tej kwestii, zwyczajnie nie wywoływać wilka z lasu i żyć dalej uczciwie? Czyż dobre intencje nie wystarczą, by zapewnić mi spokój i zabezpieczenie przed naganą, bez pukania do tych rodzących lęk drzwi i upewniania się, czy w środku ktoś jest czy nie?”

Takiemu człowiekowi być może wystarczyłoby odpowiedzieć, że faktycznie prosi on o to, by pozwolić mu żyć dalej „uczciwie”, zanim zrobił, co w jego mocy, by dowiedzieć się, co oznacza to „uczciwie”. Na tym jednak sprawa się nie kończy. Nie musimy dochodzić tego, czy Bóg ukarze takiego człowieka za jego tchórzostwo i lenistwo: tacy ludzie sami się ukarzą. Ów człowiek wymiguje się. On umyślnie stara się nie wiedzieć, czy chrześcijaństwo jest prawdziwe czy fałszywe, ponieważ przewiduje niekończące się kłopoty, gdyby okazało się prawdziwe. Przypomina kogoś, kto umyślnie „zapomina” spojrzeć na tablicę ogłoszeń, ponieważ gdyby to zrobił, mógłby tam znaleźć swoje nazwisko i wyznaczony mu jakiś nieprzyjemny obowiązek. Przypomina osobę, która nie sprawdza swojego konta bankowego, ponieważ boi się tego, co może na nim znaleźć. Przypomina człowieka, rezygnującego z wizyty u lekarza w momencie, kiedy po raz pierwszy poczuje tajemniczy ból, gdyż obawia się tego, co lekarz może mu oznajmić.

Człowiek, który dla takich powodów pozostaje ateistą, nie jest w stanie uczciwego błędu. Jego stan można określić mianem nieuczciwego błędu, a ta nieuczciwość będzie rozprzestrzeniać się poprzez wszystkie jego myśli i działania, rodząc w rezultacie jakiś fałsz, czający się nieuchwytny niepokój, przytępienie jasności umysłu. Ten człowiek utracił swoje intelektualne dziewictwo. Uczciwe odrzucenie Chrystusa, mimo że błędne, będzie przebaczone i uleczone – „Każdemu, kto mówi jakieś słowo przeciw Synowi Człowieczemu, będzie przebaczone” . Lecz unikać Syna Człowieczego, odwracać się w przeciwnym kierunku, udawać, że się nie zauważyło, zainteresować się nagle czymś po drugiej stronie ulicy, odłożyć słuchawkę telefonu, ponieważ to On mógł dzwonić, pozostawić nie otwarte pewne listy zaadresowane nieznanym charakterem pisma, ponieważ mogłyby pochodzić od Niego – to już inna sprawa. Można jeszcze nie mieć pewności, czy się powinno być chrześcijaninem, ale wiadomo na pewno, że powinno się być człowiekiem, nie strusiem chowającym głowę w piasek.

A jednak – ponieważ honor intelektualny bardzo nisko upadł w naszych czasach – słyszę kogoś skamlącego dalej swoje pytanie: „Czy to mi pomoże? Czy da mi to szczęście? Czy naprawdę myśli pan, że byłbym lepszy, gdybym został chrześcijaninem?” No, jeżeli jest to konieczne, to odpowiem krótko: „Tak”. Na tym etapie jednak nie lubię dawać jakiejkolwiek odpowiedzi. Oto drzwi, za którymi – zdaniem niektórych ludzi – czeka na ciebie tajemnica świata. Albo jest to prawdą, albo nie. Jeżeli nią nie jest, w takim razie drzwi te w rzeczywistości kryją największe oszustwo, najkolosalniejszy zawód dla nadziei, o jakim słyszała historia. Czyż nie jest obowiązkiem każdego człowieka (człowieka, a nie królika!) próbować dojść do prawdy, a potem poświęcić całą energię służbie na rzecz tego olbrzymiego sekretu lub demaskowaniu i niszczeniu tak gigantycznego oszustwa? Czyż mając przed sobą taki problem, można rzeczywiście pogrążyć się całkowicie w swoim błogim „rozwoju moralnym”?

W porządku, podsumujmy: chrześcijaństwo przyniesie ci dobro – dużo więcej dobra niż go kiedykolwiek pragnąłeś czy oczekiwałeś. A pierwszym dobrem będzie to, że wbije ci do głowy (i nie będzie to dla ciebie przyjemne!) fakt, iż to, co dotychczas nazywałeś „dobrem” – wszystko to o „przyzwoitym życiu” i „byciu miłym” – nie jest zupełnie tą wspaniałą i największej wagi sprawą, za jaką ją miałeś. Nauczy cię ono, że w rzeczywistości nie możesz być „dobry” (a w każdym razie nie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę), opierając się na swoich własnych wysiłkach moralnych. A potem nauczy cię, że nawet gdybyś był taki „dobry”, to ciągle nie osiągnąłbyś celu, dla którego zostałeś stworzony. Życie nie kończy się na zwykłej moralności. Zostałeś stworzony do czegoś zupełnie innego. J.S. Mill i Konfucjusz (Sokrates był dużo bliżej rzeczywistości) po prostu nie wiedzieli, na czym polega życie. Ci ludzie, którzy nie przestają pytać, czy nie mogą wieść przyzwoitego życia bez Chrystusa, nie wiedzą, na czym życie polega; gdyby wiedzieli, oczywiste byłoby dla nich, że „przyzwoite życie” jest tylko czymś mechanicznym w porównaniu z tym, do czego my, ludzie, tak naprawdę zostaliśmy stworzeni. Moralność jest niezbędna; ale Boże Życie, które samo się nam ofiarowuje i które wzywa nas, abyśmy byli dziećmi Boga, przeznacza dla nas coś, co wchłonie bez śladu całą naszą moralność. Trzeba nas przetworzyć na nowo. Cały królik w nas musi zniknąć – zarówno ten zatroskany, sumienny, etyczny królik, jak i ten tchórzliwy i zmysłowy. Będziemy krwawić i lamentować, kiedy pełnymi garściami wypadać z nas będzie futro; a potem niespodziewanie znajdziemy pod tym wszystkim coś, czego nigdy dotąd sobie nie wyobrażaliśmy: prawdziwego człowieka, wiecznie młodego boga, syna Boga prawdziwego, silnego, promieniującego, mądrego, pięknego i przepełnionego radością.

„Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, zniknie to, co jest tylko częściowe” . Idea osiągnięcia „uczciwego życia” bez Chrystusa opiera się na podwójnym błędzie. Po pierwsze, jest niewykonalna, a po drugie, wyznaczając sobie „uczciwe życie” jako ostateczny cel, gubi się samą istotę egzystencji. Moralność jest górą, której nie da się zdobyć tylko za pomocą samodzielnych wysiłków, a gdyby nawet udało się tego dokonać, to tylko po to, by stracić życie wśród lodów szczytu i w nienadającym się do oddychania powietrzu, z powodu braku skrzydeł, których wymaga dalszy ciąg podróży. Dopiero stamtąd bowiem rozpoczyna się prawdziwa wspinaczka. Na nic tu już liny i czekany, reszta jest sprawą skrzydeł.

C.S. Lewis – Człowiek czy królik.

Seria „ARGUMENTY ZA WIARĄ” ma na celu pokazanie, że chrześcijaństwo i ogólnie wiara w Boga nie jest czymś co wymaga całkowitego wyłączenia myślenia. Cykl ten może nie da niezbitego 100% dowodu na istnienie Boga (nie taki jest jego cel), lecz powinien sprawić, aby przynajmniej niektóre osoby niewierzące zmieniły swoją postawę z bezmyślnego wyśmiewania chrześcijaństwa w założenie, że „być może coś w tym jest”. Z kolei osoby już wierzące być może wzmocnią swoją wiarę po kolejnych wpisach z tej serii.

god-touches-adam

Skorzystajmy z okazji, żeby sobie przypomnieć, jak ważne prawdy przekazuje nam ten pozornie naiwny opis stworzenia człowieka, jaki znajduje się w Piśmie Świętym. Otóż zupełnie rewolucyjna, w porównaniu do różnych mitów pogańskich, jest tu prawda, że stworzeniem człowieka zajął się sam Bóg. Przypomnijmy sobie mnogość mitów greckich o początkach człowieka, a w żadnym z nich ludzie nie odważali się nawet pomyśleć o tym, że sam Bóg najwyższy mógłby postanowić nasze pojawienie się na tym świecie. Pierwszego człowieka ukształtował – według jednego mitu – Hefajstos, według innego – Prometeusz. Według jeszcze innego mitu pierwsi ludzie urodzili się z kamieni, jakie rzucali za siebie tytani Deukalion i Pyrra. Istnieje nawet taki szczególnie pesymistyczny mit, według którego pierwsi ludzie wyrośli z zasadzonych w ziemi zębów smoka, czyli z czegoś najbardziej odrażającego co się da pomyśleć.

Tymczasem biblijny opis stworzenia człowieka przeniknięty jest dogmatem, że człowiek jest tym Bożym stworzeniem, na którym spoczęła szczególna miłość Boga. Opis przekazuje nam to w ten sposób, że nie tylko sam Bóg powołał człowieka do istnienia, ale jego stworzeniu poświęcił szczególnie wiele uwagi.

Co więcej, w tym pozornie naiwnym opisie znalazł się głęboki teologicznie przekaz, że człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo samego Boga.

Jeszcze więcej odsłonił nam ten prosty tekst biblijny, kiedy bibliści odkryli jego odniesienia do babilońskiego mitu o powstaniu człowieka. Mianowicie według poematu „Enuma Elisz” pierwsi ludzie zostali ukształtowani z krwi sprzyjającego smokowi Tiamat boga Kingu (według innej wersji, z gliny zmieszanej z krwią tego boga). Od razu widzimy skrajnie pesymistyczną ideę tego mitu: ludzie to takie nieszczęsne istoty, które już od samego początku są przeniknięte ciemnością i chaosem. Myślę, że teoria ewolucyjnego pochodzenia człowieka, jeśli ją połączyć z materialistycznym dogmatem o rzekomo czysto zwierzęcej naturze człowieka, ma sporo pokrewieństwa z tym babilońskim mitem. W innym języku wyraża to samo przeświadczenie, jakoby niemoralność i duchowy chaos były w człowieku pierwotne w stosunku do tego wszystkiego, co w naszym własnym człowieczeństwie uważamy za najcenniejsze.

Jakżeż jasna i radosna jest na tle mitu babilońskiego prawda biblijna: Sam Bóg stworzył człowieka! A stworzył dlatego, że chciał nam udzielić podobieństwa do samego Siebie! Kiedy zaś stworzył, nie miał najmniejszej wątpliwości, że „wszystko, co uczynił, było bardzo dobre” (Rdz 1,31)! Z ręki Stwórcy człowiek wyszedł bowiem jako święty i bezgrzeszny, grzech pojawił się w nas dopiero później, z naszej winy, choć nie bez wpływu grzechu popełnionego w świecie stworzeń wyższych od człowieka (Rdz 3,1-6).

Obraz Boga lepiącego człowieka z gliny wydaje się wielu ludziom naiwny. A oto jakie głębie dostrzegł w tym obrazie święty Ireneusz (w roku mniej więcej 180!): „Bóg ukształtował człowieka własnymi rękami, to znaczy przez Syna i Ducha Świętego… i wycisnął na ukształtowanym ciele własną formę, w taki sposób, aby nawet to, co widzialne, miało Boski kształt”.

EWOLUCJA MÓWI NAM, ŻE CIAŁO CZŁOWIEKA POWSTAŁO Z ZIEMI/MATERII NIEOŻYWIONEJ. BIBLIA TEMU NIE PRZECZY.

Natomiast ten szczegół opisu biblijnego, że człowiek został ukształtowany z ziemi, przypominał nauczycielom Kościoła, że człowiek jest częścią przyrody i jako taki został szczególnie wezwany do tego, żeby być kapłanem wszystkich stworzeń nierozumnych, powołanym do oddawania Bogu chwały w imieniu całej ziemi i wręcz całego kosmosu. Zarazem Ojcowie Kościoła wciąż przypominali o tym, że człowiek jest kimś więcej niż częścią przyrody, bo przecież w glinę jego ciała sam Bóg tchnął ducha.

Z niezliczonych świadectw patrystycznych na ten temat przytoczę tu dwa. Święty Ambroży (+397) pisze na temat duszy człowieka mniej więcej to samo, o co tak wyraźnie dopominał się Pius XII, kiedy w encyklice „Humani generis” wskazywał na możliwość pogodzenia teorii ewolucji z wiarą w Boga Stwórcę.

„Oczywista rzecz – wyjaśnia Ambroży w swoim dziełku pt. O dobrach przynoszonych przez śmierć, 38 – iż dusza nie umiera razem z ciałem, bo nie jest z ciała, jak o tym w wielu miejscach poucza Pismo. Albowiem Adam [bezpośrednio] od Pana Boga naszego otrzymał ducha życia i stał się człowiekiem, istotą żyjącą”.

Wypowiedź świętego Cypriana (+258) przytaczam głównie dlatego, że stanowi ona niezwykle oryginalne odczytanie prośby Bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi: „Skoro mamy ciało z ziemi, a ducha z nieba, i modlimy się, (znaczy to, że) sami jesteśmy ziemią i niebem, toteż modlimy się, by w obydwóch, to znaczy w ciele i w duchu spełniała się wola Boga” (O Modlitwie Pańskiej, 16).

Dokładnie to samo, w języku nam współczesnym, przypomniał Jan Paweł II, właśnie w owym przesłaniu z października 1996 na temat teorii ewolucji, które tak Pana poruszyło. Mówi tam Ojciec Święty, że niektóre teorie ewolucji „są nie do pogodzenia z chrześcijańską antropologią”, te mianowicie, w których „ducha ludzkiego uważa się za stworzonego przez siły materii ożywionej lub też jako zwykły epifenomen tej materii. Są one nie do pogodzenia z prawdą o człowieku, są one również niezdolne do określenia godności osoby ludzkiej” (Biuletyn KAI, 1996 nr 44 s.17). [o. Jacek Salij]

csl krok w ewolucji został juz zrobionyhttp://www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TD/praca_nad_wiara/stworzenie.html# — grafika z https://www.facebook.com/templumchristi

ZOBACZ–> https://znanichrzescijanie.wordpress.com/2014/11/27/argumenty-za-wiara50a-czlowiek-zostal-stworzony-na-obraz-boga/

A TAKŻE–> https://znanichrzescijanie.wordpress.com/2014/12/27/argumenty-za-wiara50b-pesymizm-enuma-elisz-i-atrahasis/

Seria „ARGUMENTY ZA WIARĄ” ma na celu pokazanie, że chrześcijaństwo i ogólnie wiara w Boga nie jest czymś co wymaga całkowitego wyłączenia myślenia. Cykl ten może nie da niezbitego 100% dowodu na istnienie Boga (nie taki jest jego cel), lecz powinien sprawić, aby przynajmniej niektóre osoby niewierzące zmieniły swoją postawę z bezmyślnego wyśmiewania chrześcijaństwa w założenie, że „być może coś w tym jest”. Z kolei osoby już wierzące być może wzmocnią swoją wiarę po kolejnych wpisach z tej serii.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERACZŁOWIEK CZUJE, ŻE JEŻELI BÓG ISTNIEJE TO MUSI BYĆ CZYMŚ WIĘCEJ NIŻ OSOBĄ

W dzisiejszych czasach niemało ludzi stwierdza: „Wierzę w Boga, ale nie w Boga osobowego”. Ludzie ci mają odczucie, że owa tajemnicza istota, leżąca u podstaw wszystkiego, musi być czymś więcej niż osobą. Chrześcijanie właściwie zgadzają się z tym — i jako jedyni proponują pewne wyobrażenie tego, czym może być istota wykraczająca poza ramy osobowości. Wszyscy inni, choć twierdzą, że Bóg jest więcej niż tylko osobą, w istocie myślą o Nim jako o kimś nieosobowym, to jest jako o czymś mniej niż osoba.

Jeśli jednak szukasz czegoś ponadosobowego, czegoś więcej niż osoba, to nie wchodzi tu w rachubę wybór pomiędzy ideą chrześcijańską i pozostałymi. Idea chrześcijańska nie znajduje swego konkurenta.

Jeszcze inni ludzie sądzą, że po tym życiu, a być może po kilku kolejnych egzystencjach, dusze ludzkie zostają „wchłonięte” przez Boga. Gdy jednak próbują wyjaśnić, o co im chodzi, wygląda na to, że nasze wchłonięcie w Boga wyobrażają sobie na podobieństwo jednej rzeczy materialnej wchłanianej w drugą. Ludzkie życie porównują do kropli wody wpadającej do morza. Ale to oczywiście oznacza koniec kropli. Jeśli rzeczywiście przydarza się nam coś takiego, to wówczas wchłonięcie okaże się niczym innym, jak kresem istnienia. Chrześcijanie jako jedyni mają pewne pojęcie o tym, w jaki sposób dusze ludzkie mogą się stać częścią życia Bożego, a mimo to pozostać sobą — a nawet stać się sobą znacznie bardziej niż do tej pory.

Ostrzegałem, że teologia jest rzeczą praktyczną. Owo stanie się częścią Bożego życia to jedyny cel, dla którego istniejemy — a błędne wyobrażenia na ten temat utrudniają sprawę. Dlatego na kolejnych kilka minut muszę poprosić Czytelników o skupienie.

Wiemy, że w przestrzeni można się poruszać na trzy sposoby: w prawo i w lewo, w górę i w dół, albo do przodu i do tyłu. Każdy kierunek ruchu albo mieści się w jednym z tych trzech, albo też jest jakimś kompromisem pomiędzy nimi. Nazywamy to trzema wymiarami przestrzeni. Zauważ: przy użyciu tylko jednego wymiaru da się narysować jedynie linię prostą. Używając dwóch, można narysować figurę, na przykład kwadrat. Kwadrat składa się z czterech prostych linii. Teraz zróbmy kolejny krok. Posiadając trzy wymiary, można zbudować coś, co nazywamy bryłą — na przykład sześcian, coś jakby kostkę cukru czy kość do gry. Sześcian składa się z sześciu kwadratów.

Rozumiesz? Jednowymiarowy świat byłby linią prostą. W dwuwymiarowym świecie nadal mamy linie proste, ale z wielu takich linii otrzymujemy figury. W trójwymiarowym świecie nadal mamy figury, jednak kilka figur tworzy jedną bryłę. Innymi słowy, przechodząc na coraz to bardziej realne i skomplikowane poziomy, nie pozostawiasz za sobą rzeczy, które znalazłeś na poziomach prostszych — są one nadal obecne, ale w nowych połączeniach. Połączeniach, które byłyby dla ciebie niewyobrażalne, gdybyś znał tylko prostsze poziomy.

Otóż chrześcijańskie wyjaśnienie Boga opiera się na tej samej zasadzie. Poziom ludzki jest poziomem nieskomplikowanym i raczej pustym. Na poziomie ludzkim jedna osoba jest jedną istotą, a dwie osoby to za każdym razem dwie odrębne istoty — tak jak w dwóch wymiarach (powiedzmy na kartce) jeden kwadrat jest jedną figurą, a dwa kwadraty to zawsze dwie odrębne figury. Na boskim poziomie nadal istnieją osoby, lecz tam odkrywamy je w nowych połączeniach, których — nie żyjąc na tamtym poziomie — nie potrafimy sobie wyobrazić. W boskim wymiarze, jeśli to można tak ująć, znajdujemy Istotę, która jest trzema Osobami, choć pozostaje jedną Istotą, podobnie jak sześcian to sześć kwadratów, które mimo to pozostają jednym sześcianem. Oczywiście nie możemy w pełni pojąć takiej Istoty — podobnie jak nigdy nie umielibyśmy poprawnie wyobrazić sobie sześcianu, gdybyśmy potrafili postrzegać tylko dwa wymiary przestrzeni. Możemy jednak wyrobić sobie o niej choćby nikłe pojęcie — a wówczas po raz pierwszy w życiu zdobywamy pojęcie, choćby i nikłe, czegoś ponadosobowego — czegoś więcej niż osoba. Jest to coś, na co sami nigdy byśmy nie wpadli, choć słysząc o tym, uznajemy, że właściwie powinniśmy, skoro tak dobrze pasuje to do innych rzeczy, które znamy (…)

Gdyby chrześcijaństwo było naszym wymysłem, oczywiście dałoby się je uprościć. Nie jest nim jednak. Pod względem prostoty nie możemy konkurować z wynalazcami nowych religii. To niemożliwe — zajmujemy się faktami. Każdy potrafi mówić prosto, jeśli nie musi się martwić o fakty.

DLA CZŁOWIEKA MIŁOŚĆ ZAWSZE INTUICYJNIE WSKAZYWAŁA NA BOGA

Najróżniejsi ludzie z lubością powtarzają chrześcijańskie stwierdzenie, że „Bóg jest miłością”. Ale jakby nie zauważają przy tym, że słowa „Bóg jest miłością” nie mają właściwie żadnej treści, o ile w Bogu nie mieszczą się co najmniej dwie Osoby. Miłość to coś, co jedna osoba żywi wobec drugiej. Jeśli Bóg jest jedną osobą, to przed stworzeniem świata nie był miłością. Oczywiście mówiąc to, ludzie ci mają na myśli coś zupełnie innego: chodzi im o to, że „miłość jest Bogiem”. Chcą przez to powiedzieć, że nasze uczucia miłości, niezależnie od czasu i okoliczności, w których powstają, a także niezależnie od przynoszonych skutków, mają być traktowane z wielkim szacunkiem. Może i tak — ale to coś zupełnie różnego od chrześcijańskiej treści stwierdzenia, że „Bóg jest miłością”. Mówiąc tak, chrześcijanie wierzą, że w Bogu od zawsze trwa żyjące i dynamiczne działanie miłości, które stworzyło wszystko inne.

Przy okazji — być może najważniejsza różnica pomiędzy religią chrześcijańską a wszystkimi innymi polega na tym, że w chrześcijaństwie Bóg nie jest czymś statycznym (ani nawet osobą), a dynamiczną, pulsującą aktywnością, życiem, niejako dramatem. A nawet, jeśli nie zostanie to uznane za brak szacunku z mojej strony, wręcz pewnego rodzaju tańcem.

csl Trójca

CHRZEŚCIJAŃSTWO PO PROSTU – C.S. LEWIS

ZOBACZ MOŻE TAKŻE –> https://znanichrzescijanie.wordpress.com/2014/10/12/argumenty-za-wiara42a-ewangelie-synoptyczne-wyraznie-o-jezusie-jako-bogu/

Seria „ARGUMENTY ZA WIARĄ” ma na celu pokazanie, że chrześcijaństwo i ogólnie wiara w Boga nie jest czymś co wymaga całkowitego wyłączenia myślenia. Cykl ten może nie da niezbitego 100% dowodu na istnienie Boga (nie taki jest jego cel), lecz powinien sprawić, aby przynajmniej niektóre osoby niewierzące zmieniły swoją postawę z bezmyślnego wyśmiewania chrześcijaństwa w założenie, że „być może coś w tym jest”. Z kolei osoby już wierzące być może wzmocnią swoją wiarę po kolejnych wpisach z tej serii.

miracles-of-jesus1

Owszem, Jezus dokonywał licznych cudów, ale po pierwsze: nie wszyscy je widzieli, więc mogli traktować wieści o nich jako nie sprawdzone pogłoski, a po drugie, ważniejsze: było i jest wielu ludzi, którzy dokonywali różnych dziwnych rzeczy graniczących z cudami, i to wcale nie mocą Bożą! Byli przecież ludzie, jak chociażby Cagliostro czy współcześni bioenergoterapeuci, którzy może również dokonywali niezwykłych wyczynów.

Nie przepisałem tego fragmentu Pańskiego listu, z którego wynika, że jest Pan osobiście człowiekiem głęboko wierzącym, a pragnie Pan tylko bronić dobrej woli tych, którzy w Jezusa nie uwierzyli. Ze swej strony dziękuję Panu za danie mi okazji do zastanowienia się nad cudami Pana Jezusa.

Za punkt wyjścia niech nam posłuży uwaga, jaką w roku ok. 178 rzucił na ten temat Celsus, autor pierwszego w dziejach traktatu przeciwko chrześcijanom. Porównał on Pana Jezusa do kuglarzy jarmarcznych i magików egipskich, „którzy za kilka oboli sprzedają na rynku swe cudowne umiejętności, wypędzają z ludzi demony, zamawiają choroby, wywołują dusze bohaterów, pokazują stoły zastawione drogimi potrawami i przysmakami, które w rzeczywistości nie istnieją, wprawiają w ruch martwe przedmioty, tak że wskutek złudzenia poruszają się one jak żywe istoty” (Orygenes, Przeciw Celsusowi, 1,68). I pyta Celsus zjadliwie: „Czyż musimy uważać od razu za synów Bożych ludzi, którzy dokonują takich rzeczy?”

Pożytecznie jest nieraz przypatrzeć się myśleniu kogoś, kto – jak Celsus – z góry odrzuca chrześcijaństwo i wyklucza samą nawet możliwość, że Jezus jest Synem Bożym i Zbawicielem. W tym przypadku spróbujmy spokojnie ustalić, czego w cudach Pana Jezusa Celsus, w swoim antychrześcijańskim daltonizmie, w ogóle nie był w stanie zauważyć.

Mógł Celsus nie wierzyć w Pana Jezusa, mógł odrzucać realność Jego cudów albo ich moc przekonującą, ale jednego nie mógłby nie zauważyć, gdyby Ewangelie czytał rzetelnie: że Pan Jezus był postacią par excellence religijną i wszystkie Jego cuda (co by Celsus o nich nie sądził) są w Ewangeliach przedstawione w kontekście Jego religijnego posłannictwa. Toteż porównując Go do kuglarzy jarmarcznych, Celsus daje tylko świadectwo swojej nonszalancji i nieuczciwości.

Zobaczmy więc, co w opisach cudów Pana Jezusa powinien zauważyć nawet Celsus, człowiek chrześcijaństwu nieżyczliwy, gdyby Ewangelię czytał uczciwie. Po pierwsze, nie znajdziemy w cudach Pana Jezusa nawet śladu popisywania się, chęci budzenia podziwu, a nawet zyskiwania sobie zwolenników. Do popisywania się kusił Go na pustyni szatan, podsuwając Mu pomysł efektownego skoku ze szczytu świątyni (Mt 4,5n). Do jakiegoś cudu na zawołanie próbowali Go namówić faryzeusze (Mk 8,11n), a kiedy wisiał na krzyżu, wrogowie szyderczo obiecywali Mu, że w Niego uwierzą, jeśli potrafi zstąpić z krzyża (Mt 27,42n). Trudno sobie nawet wyobrazić, że Syn Boży mógłby podjąć tak niegodne propozycje.

Jezus nie tylko nigdy nie uczynił cudu dla samego cudu, ale z całą świadomością zmniejszał zasięg oddziaływania swoich cudów, jeśli istniało niebezpieczeństwo, że ludzie nie zauważą w nich dzieła Bożej miłości. Toteż świadkom cudu oraz cudownie uzdrowionym Jezus nieraz zakazywał mówić o tym (Mk 1,44; 5,43; 7,36), unikał bowiem taniej popularności zwłaszcza gdyby ona miała wzmacniać jakieś rozpowszechnione wówczas fałszywe wyobrażenia na temat Mesjasza. Dlatego też, kiedy po cudownym rozmnożeniu chleba chciano „Go porwać i obwołać królem” (J 6,15), Jezus zdemaskował całą powierzchowność takiej fascynacji swoją Osobą (J 6,26) i pokazał głęboki, sięgający życia wiecznego, sens dokonanego cudu, co zresztą doprowadziło do gwałtownego spadku Jego popularności (J 6,60-66).

Po wtóre, celem cudów Jezusa jest zawsze dobro człowieka. „Dobrze uczynił wszystko – zapisuje Ewangelista Marek reakcję tłumu na uzdrowienie głuchoniemego – nawet głuchym słuch przywraca i niemym mowę” (7,37). Jednak Jezus czyniący cuda nie jest dobroczyńcą tylko doczesnym, Jego cuda są darem zbawczym, darem na życie wieczne. Dlatego oczekuje od uzdrowionych nowego życia: „Oto wyzdrowiałeś – mówi uzdrowionemu z paraliżu – nie grzesz już więcej, aby ci się coś gorszego nie przydarzyło” (J 5,14). Warto zauważyć, że bardzo podobne słowa usłyszała cudzołożnica, którą Zbawiciel uwolnił od jej prześladowców (J 8,11).

Dary, jakich Pan Jezus udzielał ludziom swoimi cudami, były często znakiem lub zapowiedzią darów daleko większych, przynoszących życie wieczne. Przede wszystkim daru wiary. Udzielał Jezus tego daru w sposób głęboko zgodny z naszą ludzką godnością, wzywając zainteresowanych do aktywnego ubiegania się o ten dar (Mt 9,28; Mk 5,36; <MI> 9,23) lub dobrotliwie wypominając im niedowiarstwo (Mt 8,26; 14,31). Z kolei niewidomy, którego Zbawiciel obdarzył wzrokiem, otrzymał dar wiary jako nieoczekiwane uwieńczenie doznanego cudu (J 9,35-38).

Jednak ostatecznym darem, którego obietnicę zawierały w sobie cuda Pana Jezusa i na którego przyjęcie przygotowywały, był On sam. To bardzo znamienne, że po rozmnożeniu chleba Jezus wypowiada słowa, które odsłaniają najgłębszy sens tego cudu: „Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba; jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki” (J 6,51). Analogiczne słowa poprzedzają cud uzdrowienia niewidomego: „Ja jestem światłością świata; kto idzie za Mną, nie będzie chodził w ciemności, lecz będzie miał światło życia” (J 8,12). Bardzo podobne słowa zabrzmiały tuż przed wskrzeszeniem Łazarza: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem; kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie” (J 11,25).

To prawda, że nie tylko Jezus czynił cuda. Miłość ze swojej natury lubi czynić cuda. Każdy, kto stara się żyć według programu miłości, jakoś wie o tym z własnego doświadczenia. Jednak Pan Jezus jest nie tylko kimś kochającym, On jest Synem Bożym i naszym Zbawicielem. Toteż Jego cuda nie tylko obdarzały dobrem. One obdarzały dobrem skierowanym aż ku życiu wiecznemu. Mało tego: dobro, jakie otrzymywali ludzie dzięki cudom Jezusa, stanowiło zapowiedź, że ostatecznie chce On im udzielić w darze samego Siebie.

To prowadzi nas do trzeciej istotnej cechy cudów Pana Jezusa: one jawnie zwracały ludzi do Boga i kończyły się Jego uwielbieniem. Ewangeliczne opisy cudów rozbrzmiewają wysławianiem Boga. „Tłumy zdumiewały się widząc, że niemi mówią, ułomni są zdrowi, chromi chodzą, niewidomi widzą. I wielbiły Boga Izraela” (Mt 15,31). Tłumy wielbiły Boga po uzdrowieniu paralityka (Mt 9,8) i po wskrzeszeniu młodzieńca z Nain (Łk 7,16). Uzdrowiony pod Jerychem „szedł za Nim, wielbiąc Boga; tak że cały lud, który to widział, oddał chwałę Bogu” (Łk 18,42). Zgrzytem w epizodzie uzdrowienia dziesięciu trędowatych było to, że aż dziewięciu zapomniało uwielbić za to Boga, toteż wprawdzie dziesięciu zostało uzdrowionych na ciele, ale tylko jeden z nich doznał również uzdrowienia duchowego (Łk 17,17-19).

Podsumujmy: nie w tym, że Jezus czynił cuda, należy szukać potwierdzenia Jego posłannictwa i Jego nauki, ale w tym, że czynił takie cuda, w taki sposób i z takimi skutkami duchowymi.

Jezus cały był Świadkiem miłości Ojca Przedwiecznego do nas ludzi – o miłości Bożej do nas świadczyły nie tylko Jego cuda, również Jego nauka, Jego postępowanie i całe Jego życie. „Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca” (J 14,9) – powiedział kiedyś sam o Sobie. Toteż Samarytanie uwierzyli w Niego, choć nie widzieli żadnego cudu. „Wierzymy nie dzięki twemu opowiadaniu – powiedzieli swojej krajance, dzięki której mogli zaprosić Jezusa do siebie – ale na własne uszy usłyszeliśmy i jesteśmy przekonani, że On jest prawdziwie Zbawicielem świata” (J 4,42).

Czyż my, którzy wierzymy w Jezusa dzisiaj, nie odczuwamy podobnie, jak owi Samarytanie? Przecież Jezus wywiązuje się ze swojej obietnicy i rzeczywiście jest z nami po wszystkie dni, aż do skończenia świata. Naucza nas dróg Bożych, uzdrawia nas z naszej ślepoty i trądu, i paraliżu, karmi nas własnym Ciałem. Również my sami możemy mówić to, co napisał kiedyś Apostoł Jan: że wierzymy w to, „co było od początku, cośmy usłyszeli o Słowie życia, co ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały ręce nasze – bo Życie nam się objawiło” (1 J 1,1n).

Jeśli dobrze wgłębimy się w okoliczności i cel cudów Jezusa, sami będziemy umieli odróżniać cuda prawdziwe od fałszywych. Pozostawmy na boku, jako dla naszego tematu mniej ważne, różne wydarzenia nadzwyczajne, które zdają się nie mieć żadnego sensu, ani bożego, ani bezbożnego. Otóż sam Pan Jezus przestrzegał nas przed fałszywymi mesjaszami i fałszywymi prorokami, którzy „działać będą wielkie znaki i cuda, by w błąd wprowadzić, jeśli to możliwe, także wybranych” (Mt 24,24). Apostoł Paweł fałszywe cuda przypisywał szatanowi (2 Tes 2,9-11). W Apokalipsie wyraźnie mówi się o tym, że celem fałszywych cudów jest doprowadzenie ludzi do tego, ażeby zaczęli kłaniać się Bestii (13,13n; 16,13n).

Krótko mówiąc, fałszywość cudów poznaje się zwłaszcza po tym, że wprowadzają one zamęt w nasze relacje z Bogiem, a nawet podpowiadają nam odejście od Boga do takich lub innych służb bałwochwalczych. Dodatkowym kryterium fałszywości cudu jest egocentryzm cudotwórcy lub jego daltonizm na prawa miłości oraz na obietnicę życia wiecznego.

http://www.nonpossumus.pl/biblioteka/jacek_salij/praca_nad_wiara/49.php

———————————————

Cuda dokonywane przez Chrystusa Pana nie były typu: zamiana krzesła w wielbłąda czy rozpłynięcie się w powietrzu. Odzwierciedlały one głównie procesy, które naprawdę występują w naturze tylko w wolniejszym tempie.

Istnieje działalność Boga sprawowana w świecie stworzonym, powiedzmy sobie, całościowa działalność, której ludzie nie chcą rozpoznać. Cuda dokonane przez Boga wcielonego, który żył jako człowiek w Palestynie, dotyczą dokładnie tych samych rzeczy co całościowa działalność, tyle że dokonują się w innym tempie i na mniejszą skalę. Jednym z ich głównych celów jest to, by ludzie zobaczywszy rzecz dokonaną przez indywidualną, osobową moc w małej skali, mogli uznać – kiedy ujrzą tę samą rzecz dokonaną w dużej skali – że moc stojąca za nią jest również osobową i że w rzeczywistości chodzi tu o tę samą Osobę, która żyła pośród nas dwa tysiące lat temu. Cuda są w istocie rzeczy przepisywaniem drobnymi literkami dokładnie tej samej historii, która jest pisana w całym świecie literami zbyt dużymi, by niektórzy z nas mogli je zobaczyć. Z tego dużego zapisu część jest już widoczna, część wciąż pozostaje przed nami zakryta. Innymi słowy, niektóre z cudów sprawiają w wymiarze ograniczonym to, co Bóg już uczynił w skali uniwersalnej, inne dotykają tego, czego On jeszcze nie uczynił, lecz niechybnie sprawi. W tym sensie, i z naszego ludzkiego punktu widzenia, niektóre są przypomnieniami, a inne proroctwami.

Bóg stwarza winorośl i uczy ją, by przez korzenie wciągała wodę do góry i żeby z pomocą słońca zamieniała wodę w sok, który sfermentuje i nabierze określonych właściwości. W ten sposób co roku od czasów Noego po dziś dzień Bóg zamienia wodę w wino. Tego ludzie nie potrafią dostrzec. Albo – jak poganie – wiążą ten proces z jakimś określonym duchem, Bachusem czy Dionizosem, albo też – jak współcześni – przypisują rzeczywistą i ostateczną przyczynowość chemicznym i innym materialnym zjawiskom, które są wszystkim, czego nasz umysł może się w tym dopatrzyć. Lecz kiedy Chrystus w Kanie przemienia wodę w wino, zdejmuje zasłonę z całego tego procesu . Jeżeli cud ten przekonuje nas jedynie o tym, że Chrystus jest Bogiem, to jego oddziaływanie na nas jest połowiczne: będzie ono pełne, gdy patrząc na winnice albo pijąc wino, za każdym razem będziemy pamiętać, że to działa On, Ten, który był na przyjęciu weselnym w Kanie. Co roku Bóg zamienia małą ilość zboża w dużą; sieje się ziarno, ono się rozmnaża, a ludzie, zgodnie ze zwyczajem swojej epoki, mówią: „Oto Ceres, oto Adonis, oto Król Zboża”; lub też: „Oto prawa natury”. Skondensowaną, przetransponowaną formą tego corocznego cudu jest nakarmienie pięciu tysięcy . Chleb nie powstaje tam z niczego. Nie jest zrobiony z kamieni, jak to pewnego razu na próżno diabeł proponował Chrystusowi Panu . Mała ilość chleba zostaje zamieniona w dużą ilość chleba. Syn nie uczyni niczego, jeżeli nie widzi, by czynił to Ojciec. Istnieje tu coś, co można nazwać rodzinnym, familijnym stylem.

Cuda uzdrawiania są podporządkowane tej samej zasadzie. Bywa to czasem niezrozumiałe dla nas z powodu nieco magicznego punktu widzenia, jaki mamy w odniesieniu do zwykłego lekarstwa. Lekarze patrzą na to inaczej. Siła magiczna nie spoczywa w lekarstwie, lecz w ciele pacjenta. Rola lekarza polega na stymulowaniu naturalnych funkcji organizmu lub na usuwaniu przeszkód. W pewnym sensie, choć wygodniej jest nam mówić o wyleczeniu rany, każda rana leczy się sama; żaden opatrunek nie spowoduje, by skóra zasklepiła się nad raną na ciele zmarłego. Ta sama tajemnicza siła, którą nazywamy grawitacyjną, gdy steruje planetami, i biochemiczną, kiedy leczy ciało, stanowi przyczynę sprawczą wszystkich wyzdrowień, a jeżeli Bóg istnieje, to siła ta, pośrednio lub bezpośrednio, należy do Niego. Wszyscy, którzy zostają wyleczeni, są wyleczeni przez Niego, uzdrowiciela od wewnątrz. Lecz kiedyś zechciał On to uczynić w sposób widzialny; jako Człowiek spotykający się z człowiekiem.

Proszę sobie nie wyobrażać, że staram się uczynić cuda mniej cudownymi. Nie dowodzę, że są one bardziej prawdopodobne przez to, że są mniej niepodobne do zdarzeń naturalnych; próbuję odpowiedzieć tym, którzy uważają je za arbitralne, teatralne, niegodne Boga, bezsensowne zakłócenia ogólnego porządku. Dla mnie pozostają w pełni cudami. Uczynienie w sposób natychmiastowy z ziarnem, które jest już nieżywe i upieczone w bochenki, tego, co normalnie dzieje się powoli z żywym ziarnem, jest cudem tak samo wielkim jak zrobienie chleba z kamieni; cudem równie wielkim choć innego rodzaju. Na tym rzecz polega.

Kiedy otwieram karty książek Owidiusza czy braci Grimm, znajduję ten rodzaj cudów, które rzeczywiście byłyby arbitralne. Drzewa mówią, domy zamieniają się w drzewa, magiczne pierścionki wyczarowują w odludnych miejscach stoły suto zastawione jedzeniem, statki stają się boginiami, a ludzie przemieniają się w węże, ptaki lub niedźwiedzie. Przyjemnie się to czyta, ale najmniejsze podejrzenie, iż rzecz naprawdę miała miejsce, zamieniłoby tę przyjemność w koszmar. Tego rodzaju cudów nie znajduje się w Ewangeliach. Takie rzeczy, gdyby istniały, świadczyłyby o tym, że jakaś obca moc dokonała inwazji na naturę; w najmniejszym stopniu nie mogłyby one być dowodem na to, iż była to ta sama moc, która stworzyła naturę i kieruje nią każdego dnia. Prawdziwe natomiast cuda wyrażają nie po prostu jakiegoś boga, ale Boga: tego, który jest poza naturą nie jako ktoś obcy, lecz jako jej monarcha. Cuda te ogłaszają nie tylko, że jakiś król odwiedził nasze miasto, lecz iż jest to ten Król, nasz Król.

„Bóg na ławie oskarżonych” – C.S. Lewis

—————————

PS Na sam koniec jedno spostrzeżenie. Wrogowie chrześcijaństwa w starożytności nie zaprzeczali temu, że Jezus czynił cuda lub coś, co na nie wyglądało. Uważali po prostu, że była to tylko jakaś magia, iluzja, sztuczki itp. Załóżmy jednak, że Jezus nie czynił żadnych cudów i to co opisują ewangeliści zostało przez nich wymyślone. O cudach napisali tylko po to, aby dodać niezwykłości Nazarejczykowi. W Ewangeliach znajdują się pewne dwa ciekawe fragmenty związane z cudami. Jednym z nich jest pewnego rodzaju niepowodzenie* Jezusa w dokonaniu cudów w jego rodzinnej Galilei. Drugim wydarzeniem nas interesującym jest ten cud, który jest największy – Zmartwychwstanie. Otóż co zobaczymy jak spojrzymy na opis tego drugiego cudu w NT? Nic. Największy, najbardziej spektakularny cud nie jest w ogóle opisany. Ani jednego słowa. Po prostu stwierdzono, że grób jest pusty. I teraz pytanie. Czy ludzie wymyślający cuda w życiu Chrystusa, aby podkreślić Jego wyjątkowość, umieściliby jednocześnie dwa tak dziwne opisy wydarzeń? Co ich powstrzymywało (poza uczciwością), przed stworzeniem jakiegoś spektakularnego opisu Jezusa opuszczającego grób. Po co wzmianka o niepowodzeniu Chrystusa w Galilei w dokonywaniu cudów?

* Jezus nie czynił cudów dla popisywania się. Ich celem miało być nawrócenie ludzi ku Bogu i odstąpienie od grzechu.  Niestety usposobienie moralno-duchowe niektórych ludzi jest takie, że nawet cud ich nie zmieni. Jezus to wiedział, dlatego nie czynił cudów w Galilei. Nie dałyby one żadnych owoców. „Nie rzucajcie pereł między wieprze”.

Seria “ARGUMENTY ZA WIARĄ” ma na celu pokazanie, że chrześcijaństwo i ogólnie wiara w Boga nie jest czymś co wymaga całkowitego wyłączenia myślenia. Cykl ten może nie da niezbitego 100% dowodu na istnienie Boga (nie taki jest jego cel), lecz powinien sprawić, aby przynajmniej niektóre osoby niewierzące zmieniły swoją postawę z bezmyślnego wyśmiewania chrześcijaństwa w założenie, że “być może coś w tym jest”. Z kolei osoby już wierzące być może wzmocnią swoją wiarę po kolejnych wpisach z tej serii.

reconstruction-of-jerusalem-750x393

„Mówcie sobie, co chcecie – ktoś nam powie – ale przecież apokaliptyczne wierzenia pierwszych chrześcijan okazały się błędne. Z Nowego Testamentu jasno wynika, że oni wszyscy oczekiwali powtórnego przyjścia Chrystusa jeszcze za swego życia. Co gorsze, mieli do tego powód i to taki, który na pewno sam uznasz za nader kłopotliwy. Powiedział im to Nauczyciel. Nie tyko podzielił ich rozczarowanie, ale sam wprowadził ich w błąd. Oznajmił dosłownie: „Nie przeminie to pokolenia, aż się to wszystko stanie”. I pomylił się. Jasne jest zatem, że sam wiedział o końcu świata nie więcej od innych”.

Jest to z pewnością najbardziej kłopotliwy werset Biblii. Ale nie mniej zastanawia nas fakt, że kilka słów dalej następuje inne oświadczenie: „Lecz o dniu owym lub godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec.” Jawny błąd i wyznanie własnej niewiedzy sąsiadują ze sobą. Jest całkowicie pewne, że słowa te, i w tej formie, wyszły z ust samego Jezusa i że nie przypisał Mu ich żaden kronikarz. Gdyby ten kronikarz nie był bezgranicznie uczciwy, za nic w świecie nie zanotowałby w ogóle tego wyznania Chrystusowej niewiedzy. Nie mógł mieć żadnego innego motywu, poza chęcią powtórzenia całej prawdy. I gdyby następni kopiści nie byli równie uczciwi, nigdy nie przekazaliby owej (pozornie) błędnej przepowieści o „tym pokoleniu”, gdy upływ czasu w pełni wykazał jej (pozory) błąd. Ten werset (Mk 13:30-32) i okrzyk [na krzyżu]: „Czemuś mnie opuścił?” (Mk 15:34) stanowią najpotężniejsze świadectwo, że Nowy Testament jest historycznie w pełni wiarygodny. Ewangeliści odznaczali się najważniejszą i największą zaletą uczciwych świadków – zapisywali fakty na pierwszy rzut oka szkodliwe dla głównej, prezentowanej przez nich treści.

„Ostatnia noc świata” – C.S. Lewis

——————————–

C.S. Lewis używa słowa „pozornie” gdyż tak naprawdę nie wiadomo do końca, kogo Jezus miał na myśli mówiąc „to pokolenie” i jakie konkretnie zdarzenia miały się zdarzyć, zanim ono przeminie. Jest to najbardziej skomplikowany fragment NT, w którym Jezus wypowiada się o dwóch zdarzeniach (zburzenie Jerozolimy, które nastąpiło 40 lat po ukrzyżowaniu Chrystusa i koniec świata). Dla apostołów zburzenie Jerozolimy kojarzyło się automatycznie (nie koniecznie słusznie) z końcem świata. Jezus nie wyprowadził ich z błędu, tym bardziej, że sam się przyznał, że tylko Ojciec w niebie wie kiedy będzie koniec świata. Dlatego właśnie, aby dokładniej określić, kiedy koniec może przyjść należy spojrzeć na wszystkie mowy Chrystusa, a nie tylko jedną i to najbardziej skomplikowaną. Takie spojrzenie całościowe na mowy Nazarejczyka wskazuje raczej na to, że przed końcem świata wiele rzeczy musi się wydarzyć, jak rozproszenie żydów po całym globie i przede wszystkim głoszenie ewangelii wszystkim narodom świata, jak i zanik wiary przy samym końcu („Czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę…”).

Dodać do tego jeszcze należy wiele przypowieści Jezusa w których mówi często o czuwaniu, o przyjściu Pana „jak złodziej w nocy” czy powolnym rośnięciu obok siebie kąkolu i pszenicy.  Koniec przyjdzie niepostrzeżenie („kiedy będą mówić pokój i bezpieczeństwo…”), a to wyklucza zrównanie w czasie zburzenia Jerozolimy i końca świata.

33 Uważajcie, czuwajcie, bo nie wiecie, kiedy czas ten nadejdzie. 34 Bo rzecz ma się podobnie jak z człowiekiem, który udał się w podróż. Zostawił swój dom, powierzył swoim sługom staranie o wszystko, każdemu wyznaczył zajęcie, a odźwiernemu przykazał, żeby czuwał. 3Czuwajcie więc, bo nie wiecie, kiedy pan domu przyjdzie: z wieczora czy o północy, czy o pianiu kogutów, czy rankiem. 3By niespodzianie przyszedłszy, nie zastał was śpiących. 3Lecz co wam mówię, mówię wszystkim: Czuwajcie!».[Mk 13:33-36]

>>> Dodatkowo pomiędzy jednym i drugim zdarzeniem istnieje przestrzeń czasowa, tzw. „czas pogan” o którym wspominał min. Benedykt XVI w swoim „Jezusie z Nazaretu”.

…jedni polegną od miecza, a drugich zapędzą w niewolę między wszystkie narody. A Jerozolima będzie deptana przez pogan, aż czasy pogan przeminą. [Łk 21:24]

A ta Ewangelia o królestwie będzie głoszona po całej ziemi, na świadectwo wszystkim narodom. I wtedy nadejdzie koniec.[Mt 24:14]

Lecz najpierw musi być głoszona Ewangelia wszystkim narodom. [Mk 13:10]

Dodatkowo tradycja o Ewangelii głoszonej wszystkim narodom to nie był wymysł ewangelistów piszących swoje teksty 35-60 lat po ukrzyżowaniu Jezusa. Jest ona widoczna już u św. Pawła, który pisał swoje listy 20-30 lat po Męce Pańskiej:

…zatwardziałość dotknęła tylko część Izraela aż do czasu, gdy wejdzie [do Kościoła] pełnia pogan. [Rz 11:25]

Seria “ARGUMENTY ZA WIARĄ” ma na celu pokazanie, że chrześcijaństwo i ogólnie wiara w Boga nie jest czymś co wymaga całkowitego wyłączenia myślenia. Cykl ten może nie da niezbitego 100% dowodu na istnienie Boga (nie taki jest jego cel), lecz powinien sprawić, aby przynajmniej niektóre osoby niewierzące zmieniły swoją postawę z bezmyślnego wyśmiewania chrześcijaństwa w założenie, że “być może coś w tym jest”. Z kolei osoby już wierzące być może wzmocnią swoją wiarę po kolejnych wpisach z tej serii.

pragnienieWiększości z nas bardzo trudno jest w ogóle pragnąć „nieba” — chyba że najwyżej w sensie ponownego spotkania ze zmarłymi przyjaciółmi. Częściowo dzieje się tak z braku wprawy — całe nasze kształcenie sprawia, że skupiamy umysły na świecie doczesnym. Inna przyczyna to fakt, że nawet gdy autentyczne pragnienie nieba jest w nas obecne, my go nie rozpoznajemy. Gdyby większość ludzi nauczyła się naprawdę patrzeć we własne serce, zdałaby sobie sprawę z rzeczywistego i dotkliwego pragnienia czegoś, co nie jest dostępne na tym świecie. Jest bowiem na nim wiele rzeczy, które to coś obiecują, jednak nigdy do końca nie spełniają obietnicy. Pragnienia rodzące się w nas, kiedy po raz pierwszy zakochujemy się, po raz pierwszy myślimy o jakimś odległym kraju czy po raz pierwszy zajmujemy się interesującym nas tematem, to pragnienia, których do końca nie zaspokoi żaden ślub, żadna podróż, żadne wykształcenie. Nie mam tu na myśli tego, co zwykle nazywa się nieudanymi małżeństwami, podróżami czy karierami naukowymi. Mówię o małżeństwach, podróżach czy karierach najlepszych z możliwych. W pierwszej chwili pragnienia zdołaliśmy uchwycić coś, co w rzeczywistym świecie po prostu znika. Chyba każdy rozumie, o co mi chodzi. Zona może i jest dobrą żoną, hotele czy widoki może i były znakomite, a chemia może być fascynującym zawodem — jednak coś umknęło. Można sobie z tym radzić na trzy sposoby, z czego dwa są błędne.

### (1) Sposób głupca. — Głupiec wini rzeczy same w sobie. Przechodzi przez życie, sądząc, że gdyby tylko spróbował z inną kobietą, pojechał na droższe wakacje czy co tam jeszcze, dopiero wtedy zdołałby uchwycić owo tajemnicze coś, do czego wszyscy dążymy. Do tego typu należy większość znudzonych, bogatych malkontentów z całego świata. Tacy ludzie przez całe życie gonią za kolejnymi kobietami (często poprzez sprawy rozwodowe), zjeżdżają wszystkie kontynenty, przeskakują od jednego hobby do drugiego, nieustannie wierząc, że kolejna, najświeższa rzecz będzie tą, o którą chodziło — i wiecznie się rozczarowują.

### (2) Sposób odartego ze złudzeń „człowieka rozsądnego”. — Szybko dochodzi on do wniosku, że wszystko to było czystym fantazjowaniem. „To naturalne — stwierdza — że człowiek młody tak się właśnie czuje. Ale w moim wieku wyrosłem już z pogoni za drugim końcem tęczy”. Stawia więc na umiar, uczy się trzymać na wodzy własne oczekiwania i tłumi tę część siebie, która kiedyś — jak sam to ujmuje — „pragnęła gwiazdki z nieba”. To oczywiście znacznie lepszy sposób niż pierwszy — czyni człowieka znacznie szczęśliwszym i mniej uciążliwym dla otoczenia. Najczęściej prowadzi do zadzierania nosa (człowiek taki bywa skłonny do wyższości wobec ludzi, których nazywa „młokosami”), jednak na ogół pozwala spokojnie wtopić się w społeczeństwo. Nie byłoby lepszego sposobu, gdyby ludzie nie mieli żyć wiecznie. Ale przypuśćmy, że nieskończone szczęście naprawdę istnieje i na nas czeka. Co wtedy, jeśli można jednak znaleźć drugi koniec tęczy? Wówczas szkoda byłoby przekonać się poniewczasie (chwilę po śmierci), że „zdrowy rozsądek” zdusił w nas zdolność do cieszenia się nim.

### (3) Sposób chrześcijański. — Chrześcijanin stwierdza: „Żadna istota nie rodzi się z takim pragnieniem (mowa o pragnieniach wewnętrznych, powszechnych dla całej ludzkości, a nie uwarunkowanych zewnętrznie jak chęć zostania Supermenem itp.) dla którego nie istniałoby jakieś zaspokojenie. Dziecko odczuwa głód — istnieje pożywienie. Kaczątko chce pływać — istnieje woda. Ludzie odczuwają pożądanie seksualne — istnieje seks.

Skoro więc odnajduję w sobie pragnienie, którego nie może zaspokoić żadne doświadczenie na tym świecie, najprawdopodobniej oznacza to, że zostałem stworzony dla innego świata.

Jeśli mojego pragnienia nie zaspokajają żadne ziemskie przyjemności, wszechświat nie musi wcale być szalbierstwem. Zapewne ziemskie przyjemności od początku nie miały go zaspokajać, a tylko rozbudzić je i wskazać na jego prawdziwy przedmiot. Skoro tak, z jednej strony muszę się starać nie gardzić ziemskimi błogosławieństwami i być za nie wdzięczny, a z drugiej nie mylić ich z tym czymś, czego są jedynie kopią, echem czy mirażem. Muszę pielęgnować w sobie tęsknotę za prawdziwą ojczyzną, której nie odnajdę aż do śmierci. Nie wolno mi dopuścić, aby ta tęsknota gdzieś zapodziała się i znikła. Moje życie powinno się skupiać na wytrwałej wędrówce do tamtej ojczyzny i na pomocy udzielanej innym, którzy tam również zmierzają”.

Nie należy przejmować się żartownisiami, którzy usiłują ośmieszyć chrześcijańską nadzieję „nieba”, twierdząc, że ani im w głowie „w nieskończoność grać na harfie”. Takim ludziom można odpowiedzieć, że skoro nie rozumieją książek dla dorosłych, nie powinni o nich rozmawiać. Wszelkie biblijne obrazy (harfy, korony, złoto itd.) to przecież nic innego, jak symboliczna próba wyrażenia tego, co niewyrażalne. Instrumenty muzyczne wzięły się stąd, że wielu (choć nie wszystkim) ludziom muzyka najsilniej ze wszystkich rzeczy tego świata kojarzy się z ekstazą i nieskończonością. Korony mają sugerować, że ludzie zjednoczeni z Bogiem w wieczności mają udział w Jego blasku, radości i mocy. Złoto ma sugerować ponadczasowość nieba (złoto nie rdzewieje) i jego drogo- cenność. Ktoś, kto rozumie te symbole dosłownie, równie dobrze mógłby uznać, że Chrystus — nakazując nam być podobnymi do gołębic — chciał, abyśmy składali jaja.

„CHRZEŚCIJAŃSTWO PO PROSTU” – C.S. LEWIS

Seria “ARGUMENTY ZA WIARĄ” ma na celu pokazanie, że chrześcijaństwo i ogólnie wiara w Boga nie jest czymś co wymaga całkowitego wyłączenia myślenia. Cykl ten może nie da niezbitego 100% dowodu na istnienie Boga (nie taki jest jego cel), lecz powinien sprawić, aby przynajmniej niektóre osoby niewierzące zmieniły swoją postawę z bezmyślnego wyśmiewania chrześcijaństwa w założenie, że “być może coś w tym jest”. Z kolei osoby już wierzące być może wzmocnią swoją wiarę po kolejnych wpisach z tej serii.

walkaNiektóre z nadesłanych do mnie listów pokazują, że wielu ludziom z trudem przychodzi zrozumienie, czym właściwie jest owo prawo ludzkiej natury, to prawo moralne czy też zasada przyzwoitego postępowania. Na przykład pytano mnie w listach: „Czy to, co Pan nazywa prawem moralnym, nie jest po prostu instynktem stadnym, który rozwinęliśmy w sobie tak samo jak inne instynkty?”

Cóż, nie przeczę, że możemy posiadać instynkt stadny: nie mam go jednak na myśli, mówiąc o prawie moralnym. Wiemy wszyscy, jakie to uczucie, kiedy kieruje nami instynkt — miłość macierzyńska, instynkt seksualny czy instynkt łaknienia. Oznacza to, że czujemy silne pragnienie lub pożądanie, aby zachować się w określony sposób. I rzeczywiście, nieraz odczuwamy takie właśnie pragnienie, aby komuś pomóc: niewątpliwie pragnienie to wynika z instynktu stadnego. Jednak czuć pragnienie niesienia pomocy to coś zupełnie innego niż czuć, że należałoby pomóc — czy się tego chce, czy nie. Załóżmy, że słyszysz wołanie o pomoc osoby będącej w niebezpieczeństwie. Prawdopodobnie odczujesz wtedy dwa pragnienia — jedno będzie pragnieniem udzielenia pomocy (wynikającym z naszego instynktu stadnego), drugie pragnieniem uniknięcia niebezpieczeństwa (wynikającym z instynktu samozachowawczego). Obok tych dwóch impulsów znajdziesz jednak w sobie również coś trzeciego, co mówi, żeby pójść za impulsem niesienia pomocy, natomiast impuls ucieczki stłumić. To coś, co rozsądza pomiędzy dwoma instynktami i decyduje, który z nich jest pożądany, nie może samo być jednym z nich. Równie dobrze można twierdzić, że nuty, które w danej chwili każą naciskać ten a nie inny klawisz fortepianu, same są jednym z klawiszy. Prawo moralne podaje melodię, którą mamy grać — nasze instynkty to jedynie klawisze fortepianu.

O tym, że prawo moralne nie jest tylko jednym z obecnych w nas instynktów, można się przekonać w jeszcze inny sposób. Otóż jeśli walczą ze sobą dwa instynkty, a w umyśle nie ma nic oprócz nich, wówczas oczywiście zwycięży instynkt silniejszy. Jednak w tych chwilach, w których najwyraźniej uświadamiamy sobie prawo moralne, na ogół każe nam ono stanąć po stronie słabszego impulsu. Prawdopodobnie znacznie silniej pragniemy własnego bezpieczeństwa, niż pomagać tonącemu — mimo to prawo moralne każe udzielić pomocy.

Powyższy tekst jest kontynuacją innego: https://znanichrzescijanie.wordpress.com/2013/11/05/argumenty-za-wiara23-realnosc-prawa-moralnego/

„Chrześcijaństwo po prostu” – C.S. Lewis