Posts Tagged ‘choroba’

W październiku ubiegłego roku ogłosił, że z powodu choroby nowotworowej zawiesza karierę. 2 kwietnia, że pokonał raka i wraca do siatkówki. Reprezentant kraju i atakujący Zaksy Kędzierzyn-Koźle Grzegorz Bociek opowiedział o zmaganiach z chorobą i swoich planach.

5416410-grzegorz-bociek-599-900Tuż przed Wielkanocą dostał pan informację, że pokonał nowotwór układu limfatycznego. To był pewnie jeden z najlepszych dni w pana życiu?

Na pewno. Jak się dowiedziałem, to najpierw się poryczałem, a potem obdzwoniłem wszystkich. Cieszyłem się bardzo. Ale zanim dostałem te dobre wieści, było sporo stresu. Po pierwszym cyklu chemii, a miałem ich w sumie sześć, okazało się, że działa ona bardzo dobrze na ten rodzaj nowotworu. Kolejne wyniki, robione w Opolu, gdzie się leczyłem, też dawały nadzieję, że będzie dobrze. A mimo to, jak doszło do ostatecznych badań, to kołatało mi po głowie, że coś może wyjść nie tak i że na przykład trzeba będzie dołożyć jeszcze ze dwa cykle. Starałem się oczywiście myśleć pozytywnie, ale niepokój był. Kiedy okazało się, że się udało, byłem naprawdę szczęśliwy!

To nie był koniec dobrych wieści. 2 kwietnia został pan też powołany przez Stephane’a Antigę do kadry.

Tak naprawdę byłem cały czas w kontakcie z trenerem Antigą. Mocno mnie wspierał i zagrzewał do walki z chorobą. Mówił, że czeka na dobre wieści, że widzi mnie w swojej drużynie. To mi bardzo pomagało. Więc jak tylko dowiedziałem się, że wyniki są dobre, to zadzwoniłem również do niego. A chwilę później zobaczyłem w internecie, że dostałem powołanie. To było miłe zaskoczenie, bo mimo tych naszych rozmów myślałem, że może jednak postawić na innych zawodników. Bardzo cieszy, że trener wierzy we mnie. Myślę, że poznał mój waleczny charakter. Kiedyś już wracałem na parkiet po długiej kontuzji, gdy zerwałem wiązadła krzyżowe i byłem wyłączony z gry przez 8 miesięcy. Zresztą, gdy dowiedziałem się, że mam nowotwór, to też myślałem tylko o tym, żeby zwalczyć chorobę i grać. Byłem pewien, że gdy się uda wyzdrowieć, to wrócę do siatkówki. Wiedziałem i wiem nadal, że dam radę. Siatkówka to moje życie i wielka pasja. Jeśli będę z niej musiał kiedyś zrezygnować, to chyba tylko ze starości. Ale i wtedy trudno mnie będzie ściągnąć z boiska (śmiech).

Co czuje młody 23-letni zawodnik u progu sportowej kariery, który – gdy zaczyna grać z orzełkiem na piersi w kadrze narodowej – dowiaduje się, że jest chory na raka?

Na początku to do mnie nie docierało. Nie mogłem się z tym pogodzić. Ciągle zadawałem sobie pytania: dlaczego ja? Nie wiedziałem też, co to tak naprawdę znaczy. Mówiłem na przykład Sebastianowi Świderskiemu, że będę przyjmował chemię i grał, że dam radę. Ale chemia to coś naprawdę bardzo niszczącego organizm. Szybko się przekonałem, że jednak nie dam rady występować. Jak już to do mnie dotarło, to byłem bardzo wkurzony. Określałem to wtedy nawet ostrzej (śmiech). Ciągle powtarzałem sobie: za co? dlaczego ja? Z czasem stwierdziłem, że może to jakiś sprawdzian. Uznałem, że Pan Bóg specjalnie mnie wybrał, by na przykład dać nadzieję innym, że taką chorobę jak nowotwór w tych czasach da się zwalczyć. Nie można się tylko poddawać, nie można wątpić i bać się, że się umrze. Trzeba walczyć. W końcu podszedłem do tego jak do testu albo nauczki, z której mam wyciągnąć wnioski. Jak do sprawdzianu od Pana Boga.

Moment, gdy ogłosił pan w październiku ub. roku w Kędzierzynie-Koźlu, że jest chory i zawiesza karierę, był sporym szokiem dla środowiska i fanów siatkówki. Jak pan ten moment pamięta?

Najbardziej chyba pamiętam to, że gdy mieliśmy konferencję, na której powiedzieliśmy o mojej chorobie, to trudno mi to było wydusić z siebie tę informację. A chciałem o tym powiedzieć sam. Głos wiązł mi w gardle, myślałem, że nerwy puszczą i pojawią się łzy, a nie chciałem pokazać słabości. Chciałem być silny. Muszę też teraz przyznać, że jakiś czas ukrywaliśmy z klubem tę chorobę, by nie robić dużego zamieszania. Tym bardziej że w tamtym czasie miałem też zaplanowany swój ślub. I tak konferencja odbyła się bodaj dwa dni przed weselem. Moja żona uważała zresztą, że powinniśmy się jeszcze kilka dni wstrzymać, ale na szczęście nie było źle.

Miał pan trudne momenty podczas leczenia – takie, gdy na przykład zastanawiał się, co dalej z graniem, z kadrą.

O kadrze w ogóle wtedy nie myślałem. No bo w zasadzie jaki trener weźmie zawodnika, który kilka miesięcy nic nie robił (śmiech). Trudnych chwil nie było w zasadzie dużo. Najgorsze na pewno były pierwsze noce po kolejnych cyklach chemii. Wtedy było strasznie. Wymiotowałem i gorączkowałem. Było mi na przemian koszmarnie zimno i wchodziłem pod gorący prysznic, żeby się rozgrzać; a za chwilę miałem tak gorące stopy, że polewałem je lodowatą wodą. Ale zdarzyły się też dwa czy trzy cykle, które zniosłem bardzo dobrze. Czułem się po nich na tyle dobrze, że zaraz po przyjęciu chemii jechałem na mecz Zaksy.

Sebastian Świderski mówił, że przychodził pan też na treningi – chodził, biegał, chciał grać.

To prawda, strasznie mnie ciągnęło i nadal ciągnie do grania. Prosiłem Sebastiana, żeby mnie wpuszczał na boisko i dał poodbijać. Tylko po tych wszystkich chemiach piłka wydaje się strasznie twarda (śmiech). Ale siatkarskie ciała się do tego przyzwyczajają. Moje też na pewno szybko się znów przyzwyczai.

Jaki pan ma plan na powrót?

Plan jest taki, że od tygodnia po świętach mam indywidualnie pracować z naszym motorykiem Piotrem Pietrzakiem. Będziemy działać powoli. Pierwszy miesiąc to pewnie będą proste rzeczy, by delikatnie zacząć się ruszać i wzmocnić mięśnie. Potem zacznie się kadra. Mam nadzieję, że do tego czasu na sto procent będę mógł wejść w trening i porządnie się przygotowywać. Na pewno trzeba to też będzie robić z głową, by nie zdarzyła się żadna kontuzja. Po chemii mój organizm potrzebowałby więcej czasu na zaleczenie nawet drobnego urazu.

Kończy się panu kontrakt w Zaksie Kędzierzyn-Koźle, w której jest pan od 2013 roku. Świderski, już jako dyrektor sportowy tego klubu mówi, że Zaksa chce pana zatrzymać. Zostanie pan w Kędzierzynie-Koźlu?

Chciałby temu klubowi dać z siebie tyle, ile oni dali mi w tym mijającym sezonie. A byli naprawdę jak rodzina. Dzięki nim miałem absolutny spokój psychiczny. Jeśli wstaje się rano, mając świadomość, że jest się chorym, a na koncie są pieniądze na zabezpieczenie bytu najbliższych, to daje to olbrzymi komfort. Wiedziałem, że dzięki temu moja żona nie musi iść do pracy, zwłaszcza, że pojawiło się dziecko, że nie musimy szukać pieniędzy na życie. Wspierał mnie zresztą nie tylko klub, ale też koledzy. Dzwonili, pytali jak się czuję, odwiedzali, wspierali, przychodzili na herbatkę. To było dla mnie bardzo ważne. Więc oczywiście, że chciałbym w drużynie zostać. Tym bardziej że to fajny klub – z historią i dużymi ambicjami. Skoro mówią, że chcieliby, żebym został, to rozumiem, że nie muszę szukać awaryjnego wyjścia (śmiech). Jeszcze oczywiście nie rozmawiałem z nikim o pozostaniu w Zaksie, ale też czekałem na te wyniki. Chciałem być wobec klubu uczciwy, wiedzieć, że jestem zdrowy.

W ostatnim roku pokonał pan raka, został powołany do kadry, został tatą i mężem. Czego nauczył pana ten rok?

No tak, moja mała córeczka coraz więcej już rozumie. Wstaje nawet w łóżeczku ze smokiem w buzi nad ranem i delikatnie nas budzi. To bardzo cieszy! A czego mnie ten rok nauczył? Teraz chyba jeszcze ciągle cieszę się dobrą nowiną, że to już koniec walki. Na pewno nauczył mnie pokory i podchodzenia do wielu spraw chłodniej. Choroba wzmocniła też mój charakter.

Co by pan powiedział komuś młodemu, kto usłyszy diagnozę: rak.

Że nie można się poddawać i do wszystkiego trzeba podchodzić pozytywnie, do każdej choroby. Dobre nastawienie bardzo duże daje.

Pisał pan na swoim profilu społecznościowym o dużym wsparciu fanów, środowiska. Ono też pomaga?

Szczerze mówiąc, gdy tylko ogłosiliśmy, że mam nowotwór, to mnie to wszystko bardzo denerwowało. Telefony, esemesy, całe to głaskanie po głowie. Ale – jak mówiłem – wtedy w ogóle miałem w sobie dużo złości na tę sytuację. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że przecież ci wszyscy ludzie chcą dla mnie dobrze. A dostawałem w ostatnim roku mnóstwo listów – ciepłych, serdecznych, czasem bardzo wzruszających. Szczególnie chyba wzruszające i ważne były dla mnie sygnały, że masa ludzi – zupełnie nieznanych mi, obcych – modliła się za mnie. Pisali mi o tym w listach, na Facebooku, w mailach. Msze organizował też mój brat, który jest księdzem. To mi dawało moc. Te wszystkie głosy sprawiały, że i moja wiara w to, że wszystko dobrze się skończy, była coraz większa.

Przed nami Wielkanoc. To będą dla pana dobre święta?

Chyba jedne z najlepszych. W pełni spokojne.

http://eurosport.onet.pl/siatkowka/reprezentacje/grzegorz-bociek-to-byl-moj-sprawdzian-od-boga/nkqvhm

Reklamy

Leandro Castán da Silva (ur. 5 listopada 1986 w Jaú) – brazylijski piłkarz grający na pozycji środkowego obrońcy. Od 2012 roku jest zawodnikiem klubu AS Roma. W 2011 roku wywalczył natomiast z Corinthiansem w którym wówczas grał mistrzostwo Brazylii. W 2012 roku wystąpił w finałowych meczach Copa Libertadores z Boca Juniors (1:1, 2:0), dzięki którym zdobył ten puchar. Kilka miesięcy temu przeszedł poważną operację móżdżku, gdyz w innym przypadku byłby zmuszony zakończyć przedwcześnie karierę.

Castan+UC+Sampdoria+v+AS+Roma+GNGOdtrS-y4lKoszmar niemal dobiegł końca. Leo Castan wznowił treningi z Romą po delikatnej operacji móżdżku i wkrótce przejdzie testy sprawnościowe, aby wznowić aktywność sportową. Tymczasem przybliża strach z ostatnich miesięcy, operację i swoją wielką determinację, która pomogła mu w powrocie do bycia piłkarzem.

Jak zaczął się twój koszmar?

– W pierwszej połowie meczu z Empoli wykonałem sprint i poczułem ostry ból w lewej nodze. Chciałem wrócić na boisko, ale Maicon zbliżył się do mnie i powiedział „Naciągnąłeś mięsień, tak?. A ja: „nie, czuję się dobrze”, jednak poradził mi, żebym nie wracał na boisko i zatrzymałem się. Potem, wieczorem miałem zawroty głowy. Myślałem, że jestem zmęczony, poszedłem spać i gdy się obudziłem, nadal kręciło mi się w głowie. Zadzwoniłem do lekarza Romy, który zabrał mnie do okulisty. Wzrok był w porządku, wówczas przeszedłem rezonans i odkryli obce ciało w móżdżku, wielkości truskawki. Przebywałem tydzień w Kampusie Biomedycznym, lekarze mnie badali. Moim zdaniem zrozumieli wszystko w tydzień lub dwa, od razu wykluczyli raka i inne poważne choroby, jednak dopiero po dwóch miesiącach radiolog wyjaśnił mi, co mi naprawdę dolega.

Bałeś się w trakcie okresu oczekiwania?

– Bardzo. Lekarze zapewniali mnie, że nie mam raka, jednak niektórzy pisali o tym w internecie lub kibice pytali mnie bezpośrednio na portalach społecznościowych. Wszyscy wypowiadali to straszne słowo i myślałem: „Mój Boże, umieram”. Pewnego dnia zebrałem mojego ojca, moja żonę i lekarzy, aby poznać prawdę: „Jeśli mam guza, powiedzcie mi, gdyż robię się szalony i ukrywacie coś przede mną”. Powtórzyli mi, że nie mam raka, potem radiolog wszystko mi wyjaśnił.

Kiedy zdałeś sobie sprawę, że musisz poddać się operacji?

– W listopadzie lekarze Włoskiego Komitetu Olimpijskiego i Romy powiedzieli mi, że jeśli nie podam się zabiegowi, nie będę mógł więcej grać. Taka wada, ogólnie, nie powoduje problemów, poza zawrotami głowy, jednak było ryzyko, że zostanę uderzony na boisku, naczyniak pęknie i spowoduje krwiaka. Nikt nie może podjąć takiej odpowiedzialności. Moją pierwszą reakcją było: „Dziękuję, dla mnie to koniec, wracam do Brazylii i tyle”. Rozmawiałem z moim ojcem i zaraz potem udałem się do Sabatiniego. Gdy wszedłem do jego biura, nie pozwolił mi nawet mówić i zapewnił mnie: „Weź tyle czasu ile zechcesz, nie rób niczego w pośpiechu, w każdym razie to zawsze będzie twój dom”. Dziękuję mu, gdyż gdyby nie powiedziałby mi w ten sposób, być może dziś nie byłbym już piłkarzem. Po 4-5 dniach zdecydowałem się na operację. Chciałem to zrobić w styczniu, aby być pewnym spędzenia Świąt Bożonarodzeniowych w Brazylii, ale oglądając mecz w telewizji zrozumiałem, że nie mogę żyć bez piłki nożnej i wówczas przyspieszyliśmy zabieg.

Najgorszy moment?

– Najtrudniejszy był dzień przed operacją. Próbowałem żartować, ale byłem bardzo zdenerwowany. Pytałem chirurga, Giulio Mairę, czy mogę zjeść kanapkę z Mc Donald’s, jakby to miał być mój ostatni posiłek. Potem wczesnym rankiem, gdy byłem na łóżku i udawałem się na salę operacyjną, spojrzałem w oczy mojej rodziny i wszyscy zaczęli płakać. Dziesięć kolejnych minut było straszne. Byłem sam i bałem się oczekiwania. Nigdy tego nie zapomnę.

A po przebudzeniu?

– Miałem problemy z całą lewą stroną ciała. Gdy przechylałem się na tę stronę, widziałem przez mgłę. Gdy tylko wstałem na nogi musiałem nauczyć się chodzić, później biegać. Prawa noga poruszała się sama, lewa nie: musiałem się koncentrować, aby ją poruszyć. Byłem o tym uprzedzony wcześniej, na szczęście nie doszło do trwałego uszkodzenia i wszystko wróciło do normalności.

Teraz w jakim jesteś punkcie?

– Nadal nie wiem kiedy wrócę, chcę to zrobić ze spokojem, bez błędów i wrócić w stu procentach. W lipcu muszę być na poziomie moich kolegów, aby rozpocząć przygotowania. Byłoby wielką radością, gdyby udało mi się usiąść przynajmniej raz na ławce w końcówce tego sezonu. Wróciłem już do pracy z kolegami, teraz mogę uderzać piłkę głową. Za 15-20 dni przejdę testy sprawnościowe. Polecano mi stosowanie kasku w pierwszym tygodniu, ale wolałem tego nie robić. Ryzykowałbym przyzwyczajenie się do niego i nigdy już bym go nie zdjął.

Owe doświadczenie ciebie wzmocniło?

– Los umieścił mnie naprzeciwko wyzwania i wygrałem. Zwycięstwem zakończył się pierwszy mecz, w którym grałem: moje życie jest normalne tylko wtedy, gdy jest w nim piłka nożna.

Roma potrzebuje ciebie bardzo w derbach w przedostatniej kolejce. To niemożliwe?

– To marzenie, zobaczymy, jednak nie chcę dawać daty mojego powrotu, gdyż nie chcę nikogo rozczarować.

Jaki wpływ na was ma Lazio przed wami w tabeli?

– To ciężki okres, moim zdaniem najgorsze już minęło, zagraliśmy dobrze w Turynie, mecz dał nam pewność siebie. Oni przeżywają pozytywny moment, jednak pozostało 8 meczów i jak powiedział Garcia, ważne jest kto będzie drugi na koniec sezonu.

Patrząc z zewnątrz, co przydarzyło się tej drużynie?

– Ciężko powiedzieć. Mieliśmy wiele kontuzji. Mówi się, że zabrakło mnie i Strootmana? Jednak my praktycznie nie graliśmy, a Roma grała dobrze w pierwszych sześciu miesiącach.

Porto pokonało Bayern w Lidze Mistrzów, wy straciliście siedem goli.

– Przeciwko nam grali w pełnym składzie, ale na pewno mogliśmy zagrać lepiej. Awansu nie przegraliśmy w tym meczu, po prostu nie byliśmy gotowi do Ligi Mistrzów. Ja, dla przykładu, nigdy w niej nie grałem. Trzeba było zdobyć doświadczenie, musimy spróbować w przyszłym sezonie i bez wątpienia spiszemy się lepiej.

Najpierw jednak musicie zakończyć sezon na drugim miejscu.

– To może być rewanż za 26 maja. To był najgorszy mecz w mojej karierze. Przez trzy lata w Corinthians rozegrałem wiele derbów, jednak w Sao Paulo są cztery drużyny. Tutaj są tylko dwie i stąd jest to mecz jeszcze mocniej odczuwalny przez kibiców, być może za bardzo. Zrozumiałem to gdy tylko przyszedłem i również ja dostałem się do klimatu derbów: nie jestem tu, aby być za ich plecami.

Twoje zdanie odnośnie zderzenia między Pallottą i kibicami?

– Nie mogę powiedzieć tego, co naprawdę myślę, jednak zgadzam się z prezydentem: w piłce nożnej nie może być rasizmu i przemocy. Resztę zatrzymam dla siebie.

Środowisko Romy naprawdę wpływa na wyniki?

– Tutaj trzeba być bardzo ostrożnym, gdyż gdy się wygrywa, wszyscy są fenomenami, a gdy się przegrywa, wszyscy są gównem. Jest niebezpieczniej gdy sprawy idą dobrze: gdy myślisz, że jesteś zbyt dobry ryzykujesz, to jest moment na ciężką pracę.

Gracze słuchają radia?

– Być może Włosi, ale niewielu. Ja, szczerze mówiąc, nie. Mam przyjaciół, rzymian, którzy przybliżają mi po trosze to, co mówią w radio. Zespół przyjmuje więcej krytyki, gdy jest na Olimpico. Kibice chcą, żebyśmy grali dobrze. Wiemy, że tego nie robimy i teraz zależy od nas, aby przyciągnąć ludzi z powrotem na naszą stronę.

Obrona bez ciebie nie funkcjonuje tak jak wcześniej.

– Nie mogę wychodzić naprzeciw moim kolegom i nie myślę, że spisują się aż tak źle, wystarczy popatrzeć na liczby. To nie jest jedynie kwestia obrońców, musimy pracować wszyscy razem, aby wrócić na poziom z poprzedniego sezonu.

Para Manolas-Castan jest warta tyle samo co Benatia-Castan?

– Nie mogę w tej chwili powiedzieć, zagraliśmy razem zaledwie 45 minut w Empoli. Kostas jest mocny, nie wystarczy ustawić obok siebie dwójki dobrych graczy, potrzeba, aby znaleźli porozumienie. Z Bentią od razu rozumieliśmy się dobrze. Zobaczymy, gdy wrócę, są również Astori i Mapou, wróci Romagnoli, który może stać się świetny tak jak Marquinhos. Już jest klasowym graczem.

Garcia się zmienił?

– Nie, jest po prostu zły, gdyż nie ma wyników. Nie ma innej rzeczy jak kontynuowanie z nim. Pierwszy sezon był świetny, teraz jesteśmy trzeci i możemy być drudzy. Reszta to rozmowy, które nie istnieją. Gdy przybyłem do Romy nie graliśmy nawet w Lidze Mistrzów, teraz jesteśmy bliscy, aby to zrobić, drugi sezon z rzędu. Nie widzę dlaczego trener miałby odejść.

Relacje z Sabatinim?

– Zanim mnie pozyskał, zaczął dzwonić do mnie w lutym. Lubię go, gdyż ściągnął mnie do Włoch i był blisko mnie w tym okresie. Chcę wrócić na boisku również po to, aby mu pomóc, gdyż razem z Garcią cierpi bardziej niż kibice dla Romy.

Powiedziałeś wiele razy: „jestem tutaj, aby zdobyć mistrzostwo”.

– Jeśli odejdę bez wygranej to będzie tak, jakbym nigdy nie grał w Romie. Nie chcę, żeby za 10-15 lat wspominano mnie jako chłopaka, który poddał się operacji mózgu. Nie, muszą mnie pamiętać jako jednego z tych, którzy zdobyli scudetto.

Wy, Sportowcy Chrystusa często prosicie o pomoc Boga. Ale nie wydajesz się „bardzo religijny” w konfrontacji z przeciwnikami.

– Nigdy nie prosiłem, aby sprawił, żebym wygrał lub przegrał ktoś inny, ale o to, aby wyzwolił mnie od złego. Dalej oczywiście, jeśli pochodzisz do strzelania karnego i modlisz się, mówisz: „Boże pomóż mi, żebym nie popełnił błędu, inaczej umrę!”.

W waszej grupie jest również Felipe Anderson.

– Tak, to dobry gracz i  świetny chłopak, ale nie skończy na drugim miejscu, przykro mi… Ja będę drugi, gdyż pierwszy jest Bóg.

http://asroma.pl/news/Castan-Myslalem-ze-umieram-10303