Archive for the ‘Pisarze’ Category

Charles_peguyCharles Peguy, francuski poeta żyjący na przełomie XIX i XX wieku, nie jest postacią znaną ani w Polsce, ani nawet we Francji. Był wprawdzie moment, gdy jego poemat zaliczał się we francuskich szkołach do kanonu lektur, ale te czasy dawno minęły. Ostatnio jednak jest odkrywany na świecie na nowo, a jego poematy są tłumaczone na wiele języków europejskich.

Ideowy socjalista

Życie Charlesa Peguy to historia głębokiej przemiany duchowej i nawrócenia – choć on sam nie używał raczej tego słowa. Urodził się w 1873 roku w Orleanie, był pogrobowcem, jego ojciec nie żył już od kilku miesięcy. Wychowywały go, tak jak umiały najlepiej, matka i babka, proste kobiety. Ponieważ chłopiec był zdolny, więc bez żadnych problemów zdawał do kolejnych klas i otrzymywał stypendia. Chodził też do kościoła i uczył się katechizmu, ale łatwo przyszło mu porzucić wiarę, bowiem w rodzinie nie miał żadnego oparcia religijnego: matka i babka kościół odwiedzały rzadko. Po ukończeniu liceum dostał się na studia w Ecole Normale Superieure w Paryżu, gdzie nawiązał nowe i ważne przyjaźnie. Biografowie podkreślają jego przywódczy charakter, lubił dowodzić i pragnął walczyć. Był przy okazji idealistą żywo zainteresowanym zbawieniem jeszcze nie swoim, a bliźnich. Ta postawa i cechy charakteru zaprowadziły go do… partii socjalistycznej. Charles Peguy przejęty był niedolą ubogich, szczerze cierpiał z powodu niesprawiedliwości społecznej. Jego uczucia jednak nie zwracały się przeciwko władzy, która doprowadziła do takiego stanu prześladowania ubogich, ale ku współczuciu i potrzebie okazywania pomocy. Nie chciał się buntować, chciał pomagać. Brat aktywny udział nawet w katolickim dziele dobroczynnym św. Wincentego a Paulo, ostentacyjnie jednak wyłączając się ze wspólnych modlitw grupy. Nie ma się co dziwić, był to czas, gdy publicznie ogłosił się ateistą. Mówił wprost: „Uważam, że Kościół katolicki nie przynosi nam prawdy”. W 1897 roku powstała jego pierwsza literacka próba, nosząca zaskakujący w tym kontekście tytuł „Joanna d’Arc”. Jest to dramat pisany wierszem, wzorowany na średniowiecznych misteriach. Dedykowany został „wszystkim, którzy poniosą śmierć za ustanowienie powszechnej republiki socjalistycznej”. Joanna w tej sztuce jest niczym działaczka socjalistyczna, symbol uciśnionego ludu Francji, walcząca z całym złem tego świata. Koledzy partyjni jednak patrzyli podejrzliwie na taką „kościelną” bohaterkę. W tym samym czasie poeta ożenił się z socjalistką Charlotte Francoise Baudouin, pochodzącą z ateistycznej rodziny.

Łaska wiary

Dla idealisty Charlesa Peguy najważniejsza była prawda: „Mówić prawdę, tylko prawdę, głosić głupio prawdę wydającą się głupią, aż do znudzenia prawdę, która wydaje się nudna, aż do wywołania smutku prawdę nawet smutną” – mawiał. Okazało się jednak, że socjalistyczna partia nie znosiła prawdy, ona prawdę cenzurowała. Pisarz był do głębi rozczarowany postawą marksistów, co w końcu doprowadziło go do porzucenia partii. Poszukiwanie prawdy i odważne jej głoszenie Charles Peguy od tej pory realizował w założonych przez siebie Zeszytach Piętnastki -„Cahiers de la Quinzaine”. Był ich jedynym szefem, sam wybierał teksty i autorów: pisarzy, dziennikarzy, naukowców, poetów, filozofów. Pierwszy Zeszyt, wydany w 1900 roku, nosił jeszcze tytuł „Triumf Republiki”. Socjalizm Peguy był już jednak daleki od wersji partyjnej, w swoim idealizmie był wręcz mistyczny. Zawsze dla niego liczył się los człowieka, a fakt, że był ateistą, nie znaczył, że nigdy nie zadawał pytań o sprawy ostateczne. Cztery lata później wydał Zeszyt o zaskakującym dla wielu tytule „Zeszyt na Boże Narodzenie i Święto Trzech Króli”, który rozpoczynała ballada Villona do Matki Bożej. W czasie dręczącej go choroby czytał Pascala, a jego myśl można odczytać w kolejnych artykułach. Często zdarzało się, że w chorobie i słabości dokonywał przewartościowania własnego życia. W 1908 roku cierpiący Charles Peguy powiedział do swego przyjaciela: „Odzyskałem wiarę. Jestem katolikiem”. Wkrótce napisał utwór „Dialog pogańskiej duszy z historią”, wyjaśniając dar i naturę łaski, której doświadczył: „Jeśli łaska nie przychodzi prosta, to przychodzi kręta, jeśli zaś nie przychodzi kręta, to przychodzi złamana. (…) Jest też uparta jak kobieta, jak kobieta pewna swego i wytrwała. (…) Jest chyba wolna, ona – źródło wszelkiej wolności. I jeśli woda z tego źródła nie stanie się tryskającą fontanną, może, jeśli zechce, płynąć jak woda, która sączy się potajemnie spod którejś tamy na Loarze” (tłum. Anna Czerwińska).

Trudne doświadczenia neofity

Studiując życiorys Charlesa Peguy, można zauważyć, że był to człowiek cierpiący. Powrót do Kościoła nie łączył się u niego z przyjemnymi doznaniami i beztroską radością. Był w trudnym momencie, dotknęła go ciężka choroba wątroby, mógł bać się śmierci, finansowa sytuacja pozostawiała wiele do życzenia, niektórzy przyjaciele odwracali się od niego. Wszystko to powodowało wielkie osamotnienie i poczucie klęski. W środowisku katolickim także nie mógł czuć się całkiem komfortowo. Kiedy postanowił ochrzcić troje swoich dzieci, okazało się, że nie może, ponieważ z żoną łączy go tylko ślub cywilny. Katoliccy znajomi wymagali od niego życia w czystości i porzucenia żony i dzieci, czego Charles Peguy nie potrafił zrobić. Był niezrozumiany przez ateistyczną rodzinę żony i katolickich intelektualistów. To osamotnienie zbliżyło go do Zbawiciela i Jego Matki. Gdy zachorował na dyfteryt jego synek, pisarz złożył ślub. Po uzdrowieniu dziecka wyruszył na pieszą pielgrzymkę do Chartres, wkrótce stało się to częstą praktyką. Tam oddał swoje serce Maryi i przeżył mistyczne uniesienie czy wręcz mistyczne zaślubiny z Matką Chrystusa.

Cnota nadziei

Cztery lata przed śmiercią Charles Peguy stał się poetą. Po kilku latach milczenia, znany przedtem z pism społecznych i publicystyki, wydał drugą wersję „Joanny d’Arc”, zatytułowaną: „Misterium Miłości Joanny d’Arc”. Jest to pierwsza część przygotowywanego przez niego tryptyku, nawiązującego do średniowiecznych misteriów, który obejmuje poza tym: „Przedsionek Tajemnicy Drugiej Cnoty” z 1911 roku oraz „Misterium Świętych Niewiniątek” z 1912 roku. Nie są to utwory łatwe, charakteryzują się licznymi powtórzeniami i oscylującego wokół jednego motywu. „Lektura tych tekstów okazuje się aktualna także dzisiaj, w świecie, w którym pośpiech, bylejakość i poprawność polityczna zdają się dyktować wszystkim swoje prawa” – powiedział podczas promocji książki „Przedsionek Tajemnicy Drugiej Cnoty” jej tłumacz, prof. Leon Zaręba.

Charles Peguy zmarł 5 września 1914 roku na polu bitwy w Ile-de-France. Był porucznikiem, prowadził swych żołnierzy do ataku.

http://www.opoka.org.pl/biblioteka/Z/ZK/peguy_nadzieja.html

Reklamy

HuysmansJoris-Karl Huysmans (właśc. Charles-Marie-Georges Huysmans; ur. 5 lutego 1848 w Paryżu, zm. 12 maja 1907 tamże) – francuski pisarz, skandalista. Kojarzony z dekadentyzmem.

Fragment książki „Pisarze nawróceni” Josepha Pearce’a

Trudny do przecenienia wpływ na pogrążenie się [Oskara] Wilde’a w dekadencji miało A Rebours (Na wspak)*, dzieło francuskiego powieściopisarza Jorisa-Karla Huysmansa, przyjęte entuzjastycznie jako niezastąpiony przewodnik po libertyńskim stylu życia. Bohater tej książki, Des Esseintes, intelektualny dandys  oddany pogoni za przyjemnością, stał się wzorem do naśladowania dla nowego pokolenia aspirujących buntowników. Niemal natychmiast Whistler pogratulował Huysmansowi jego „cudownej książki”, Paul Valery ogłosił ją swoją „biblią i lekturą do poduszki”, a Paul Bourget, w owym czasie bliski przyjaciel Huysmansa i Wilde’a, wyznał, że jest jej wielkim wielbicielem. Jednak, prawdę mówiąc, niewielu zachwyciło się Na wspak bardziej niż sam Wilde. W wywiadzie udzielonym „Morning Post” stwierdził: „ostatnia książka Huysmansa jest jedną z najlepszych, jakie kiedykolwiek czytałem”. Rozmiary jej wpływu na późniejszą moralność Wilde’a można ocenić na podstawie reakcji Doriana Graya, który czytając książkę przypominającą powieść Huysmansa, odkrywa, iż „bohater, ten wspaniały paryżanin… stał się dla niego jakby prototypem. Istotnie, zdawało mu się, że cała ta książka zawiera dzieje jego życia, spisane wcześniej, niż je przeżył”. Zdaniem Wilde’a bohater Huysmansa „próbuje niejako połączyć w sobie wszystkie nastroje, jakim podlegał duch świata, w równej mierze kochając z powodu ich sztuczności wszystkie owe rezygnacje, które ludzie zwą niesłusznie cnotami, jak i owe naturalne bunty, dziś jeszcze przez mędrców uważane za grzechy”. Według Andre Raffalovicha, Wilde zachwycał się zwłaszcza tą częścią Na wspak, w której jej główny bohater wspomina pewną erotyczną przygodę, różną od wszystkich innych, jakie były jego udziałem, bo homoseksualną.

Nie ulega wątpliwości, że Huysmans wywarł na Wilde’a wpływ tyleż głęboki, co niepoczciwy. W rezultacie doszło do całkowitego odwrócenia funkcji moralnych. Cnoty były teraz czymś sztucznych, podczas gdy grzech – naturalnym buntem. To, co niesłuszne, było słuszne, a to, co słuszne, niesłuszne. Krótko mówiąc, Na wspak „było zatrutą studnią”, z której Wilde pił z prawdziwą przyjemnością. Truciźnie tej nie oparł się również sam Huysmans, który w następnych latach zainteresował się magią, co doprowadziło do powstania powieści La Bas. Satanistyczny mistycyzm tej książki zdawał się zarówno fascynować, jak oburzać jej autora.

Rok po opublikowaniu La Bas w 1891 roku Huysmans w swej autobiografii, En Route (W drodze) pojednał się z Kościołem rzymskokatolickim. Wygląda na to, że ten  dramatyczny powrót do chrześcijaństwa wywarł również pewien wpływ na Wilde’a. Kiedy w 1898 roku Maurice Maeterling poinformował Wilde’a, że Huysmans wstąpił do klasztoru Wilde odpowiedział ze „musi być cudownie oglądać Boga przez witraże. Być może ja również pójdę do klasztoru”.

* Na wspak (fr. À rebours) — wydana w 1884 roku najsłynniejsza powieść francuskiego pisarza Jorisa-Karla Huysmansa i jednocześnie punkt wyjścia dla wszystkich jego późniejszych dzieł. Jest to najwybitniejszy przykład literatury dekadentyzmu (z nawiązaniem do symbolizmu), odważne zerwanie z charakterystycznym dla wcześniejszej twórczości Huysmansa naturalizmem spod znaku Zoli. Głównym bohaterem jest diuk Jan des Esseintes, znudzony życiem jedyny potomek arystokratycznej rodziny. Książka jest właściwie katalogiem gustów prawdziwego dekadenta i w swoim czasie uzyskała nawet określenie „biblii dekadentyzmu”. Inspirował się tym dziełem sam Oscar Wilde, tworząc Portret Doriana Graya. Szerszą sławę Na wspak zdobyła w 1895 roku, podczas procesu Oscara Wilde’a, kiedy określono ją mianem książki „sodomicznej”.

A.N. Wilson – słynny brytyjski nowelista i biograf. Autor książek o Hillaire Bellocku, C.S. Lewisie, Lwie Tołstoju, Johnie Miltonie i Jezusie Chrystusie. Stracił wiarę w 1980 roku i przez 30 lat był prominentnym ateistą. W między czasie pisał np. o tym, że Jezus wiary nie jest Jezusem historycznym. Przyjaciel Richarda Dawkinsa i Christophera Hitchensa. Wiarę odzyskał ponownie w 2009 roku będąc przekonanym nie tyle poprzez argumenty naukowe czy filozoficzne, jak przez fenomeny: miłości, muzyki czy istnienia języka.

20090402_1309wilson_w
Pamiętam, że przeczytanie „Chrześcijaństwa po prostu” C.S. Lewisa zrobiło ze mnie ateistę – straciłem wiarę nie tylko w wersję chrześcijaństwa przedstawioną przez tego pisarza, lecz w ogóle. W tamtej chwili zrozumiałem, że po okresie życia, kiedy chodziłem do kościoła, cały domek z kart zawalił się dla mnie – poczucie Bożej obecności w życiu człowieka, i pomysł że w ogóle jakikolwiek Bóg istnieje nie wspominając o miłosiernym Bogu w tym okrutnym świecie. Jeśli chodzi o Jezusa, jako założyciela chrześcijaństwa – pomysł ten wydawał mi się całkowicie niedorzeczny. Na podstawie dokumentów, które posiadamy, możemy stwierdzić jasno, że Jezus wierzył, że świat zbliżał się ku końcowi, podobnie jak i pozostali. Tak więc jak mógł on zamierzać dać początek nowej religii dla pogan, nie wspominając o chęci założenia Kościoła i sakramentów? To był nonsens, razem z ideą osobowego Boga, lub kochającego Boga w świecie pełnym cierpień. Nonsens, nonsens, nonsens.

Po odrzuceniu wiary w to wszystko poczułem ogromną ulgę. Przez miesiące chodziłem jak nowo-narodzony. Mniej więcej w tamtym czasie, the Indepentedt on Sunday, wysłał mnie abym przeprowadził wywiad z Billym Grahamem [jeden z większych ewangelizatorów protestanckich], który był na misji w Syracuse. Na spotkaniach tych ludzie nawracali się i przyjmowali chrześcijaństwo, co przynosiło im ogromną ulgę.

Jako wątpiący religijny człowiek nigdy nie wiedziałem jak oni się czuli. Jako nowo narodzony ateista potrafiłem jednak pojąć jaka satysfakcja może być dana człowiekowi po nawróceniu. Po raz pierwszy od 38 lat byłem po tej samej stronie co moje pokolenie. Byłem jednym z Grahamitów, tylko że na odwrót. Jeśli wpadałem do Richarda Dawkinsa (starego kumpla z Oxfordu), lub miałem obiad w Waszyngtonie z Christopherem Hitchensem (jak to miało miejsce podczas odwiedzin Billego Grahama), nie musiałem czuć się nieswojo. Hitchens był podekscytowany, aby powitać nowego konwertytę do swojej niewiary i przeprowadził mnie przez swój katechizm zanim zdążyłem coś zjeść. „Tak więc – absolutnie żadnego Boga?” „Nie,” mogłem odpowiedzieć z gorliwością. „Żadnego przyszłego życia itp.?” „Nie,” odpowiedziałem. W końcu! Mogłem dołączyć do wyznania podzielanego przez wielu (większość?) intelektualistów świata zachodniego – że człowiek jest czysto materialnym stworzeniem (cokolwiek miało by to znaczyć), że Bóg, Jezus i religia są zbiorem bzdur: i co gorsza, przyczyną wielu (nie, idź dalej) większości (dlaczego ograniczać się, idź na całość), całego zła na świecie, od Jerozolimy do Belfastu, od Waszyngtonu do Islamabadu.

Mój wątpiący temperament, sprawił jednak, że byłem bardzo nie przekonywującym ateistą. I nie przekonanym. Mój sąsiad Colin Haycraft, szef Duckworth i mąż Alice Thomas Ellis, miał w zwyczaju mawiać,”Chciałbym, aby Freddie [Ayer] nie latał w kółko mówiąc że jest ateistą. Wskazuje to, że traktuje religię poważnie”.

Wyznanie, ze religia może być obalona w kilku prostych argumentach (wykazanych przez Davida Hume’a w jego świetnym „Dialogues Concerning Natural Religion”) a później wyśmiana trzymało mnie przez kilka lat. Kiedy pojawiały się wątpliwości sięgałem po Hume’a aby pozbierać się z powrotem. Trochę podobnie jak wątpiący chrześcijanie sięgający po żywoty swoich ulubionych świętych.

Religia jednak – po tym jak blask nawrócenia zanika – nie jest tylko i wyłącznie sprawą argumentu. Obejmuje ona całą osobę. W związku z tym, wracałem raz za razem do myśli, że tak wielu ludzi, których podziwiałem i kochałem, czy to w życiu czy poprzez książki, było osobami wierzącymi. Czytając „Życie Mahatmy Gandhi” Louisa Fischera czy autobiografię Gandhiego „The Story of My Experiments With Truth” uznałem, za niemożliwość nie zrozumienie, że całe życie, cała istota, jest czerpane od Boga, jak to można było zobaczyć po przykładzie Gandhiego. Oczywiście istnieją argumenty, które mogą sprawić, że będziesz miał wątpliwości co do miłości Boga. Życie Gandhiego, które było tak głęboko skupione na Bogu, przypomniało mi jednak o tych wszystkich cechach ludzkich, które muszą być zaprzeczone, jeśli przyjmiesz to ponure, pogmatwane wyznanie ateizmu materialistycznego. Czy David Hume jakkolwiek atrakcyjny by nie był wszedł tak głęboko w złożoność ludzkiej egzystencji jak jemu współczesny Samuel Johnson?

Patrzenie jak cała grupa moich przyjaciół i moja własna matka, umarli w krótkim okresie czasu, przekonało mnie, że czysto materialistyczne „wyjaśnienia” dla naszej tajemniczej ludzkiej egzystencji po prostu nie mogą przejść – na samym intelektualnym poziomie. Sam fenomen mowy ludzkiej powinien nas skłonić do refleksji (…) Jak to możliwe, że grupy antropoidalnych małp rozwinęły nadzwyczajną morfologiczną złożoność pojedynczego zdania, nie wspominając o całej gramatycznej tajemnicy, która tak zajmowała Chomskiego i innych? Nie, istnienie języka jest jednym z wielu fenomenów – z których miłość i muzyka są największymi – które sugerują że istoty ludzie są czymś dużo więcej niż kupą mięsa. Przekonują mnie one, że jesteśmy istotami duchowymi, i że religia wcielenia, dowodząca, że Bóg stworzył człowieka na swój obraz, i cały czas przywraca go z powrotem do tego obrazu, jest po prostu prawdą. Jako działające odbicie dla życia, jako szablon wobec którego mierzymy nasze doświadczenie, pasuje.

Kiedy myślę o moich przyjaciołach ateistach, włączając mojego ojca,  wyglądają oni dla mnie jak ludzie, którzy nie mają uszu do muzyki, lub nigdy nie byli zakochani. To nie jest tak (jak oni wierzą), że natrafili oni na jakiś ogromny fałsz religii – prorocy głoszą to w każdym pokoleniu. Powiedział bym raczej, że ci niewierzący przeoczają po prostu coś, co nie jest trudne do wychwycenia. Być może jest to coś zbyt oczywistego, aby zrozumieć; oczywistego jak kochankowie czujący, że ich spotkanie było oczywistością.

Nie wspomniałem jeszcze o moralności, lecz ostateczną rzeczą, która sprawiła, że niemożliwością byłby mój powrót do ateizmu, było napisanie książki o Wagnerze i nazistowskich Niemczech, i zrozumienie jak strasznie niespójny był neodarwinowski bełkot Hitlera, i jak pełna życia opozycja głównie chrześcijan opłacona krwią. Przeczytaj książkę „Etyka” pastora Bonhoeffera i spytaj sam siebie, jak strasznie szalony świat jest tworzony przez tych, którzy myślą, że etyka jest czysto ludzkim konstruktem. Pomyśl o spokoju Bonhoeffera tuż przed tym jak został powieszony, pomimo tego, że był zakochany i miał całe życie przed sobą.

Sposób w jaki opuściłem wiarę był jak nawrócenie w drodze do Damaszku. Mój powrót był powolny i wątpiący. I tak pewnie będzie zawsze. Wiem jednak, że nigdy więcej nie powinienem popełnić tego samego błędu. Gilbert Ryle absurdalnie stwierdził, że Bóg to „category mistake”. Prawdziwym jednak błędem popełnianym przez ateistów, nie jest ten dotyczący Boga, lecz człowieka. Przeczytaj „Table Talk” Samuela Tayora Coleridge’a – „Przeczytaj pierwszy rozdział Genesis bez uprzedzeń i będziesz przekonany od razu… „Pan Bóg ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia”. I potem Coleridge dodał: „‚wskutek czego stał się człowiek istotą żywą’. Materializm nigdy nie wyjaśni tych ostatnich słów”.

http://www.newstatesman.com/religion/2009/04/conversion-experience-atheism

Park Chu-young  (ur. 10 lipca 1985 w Taegu) – koreański piłkarz występujący na pozycji pomocnika lub napastnika, reprezentant Korei i zawodnik klubu Watford, dokąd jest wypożyczony z Arsenalu, do którego trafił w 2011. Na Olimpiadzie w 2012 roku w Londynie zdobył ze swoją reprezentacją brązowy medal, strzelając jedną z bramek meczu o trzecie miejsce przeciwko Japonii.

Park Chu-Young w barwach Korei Pd.

Park Chu-Young w barwach Korei Pd.

Głównym powodem, dla którego Park gra – jak sam mówi – jest mówienie ludziom o Jezusie. Young jest znany z tego, że dając ludziom autograf, przy swoim podpisie pisze także słowa „Jezus Chrystus”. Koreańczyk mówi:

„Pierwszym i głównym powodem, dla którego gram w piłkę nożną, jest ewangelizacja ludzi. Byłbym bardzo szczęśliwy, gdyby chociaż jedna osoba zainteresowała się chrześcijaństwem z mego powodu”.

Często zdarza się, że po strzelonym golu ciężko znaleźć Parka – który jest geniuszem zarówno na jak i poza boiskiem z IQ 150 – wśród cieszących się kolegów, gdyż klęczy na boisku modląc się. Pomimo tego, podczas swojego pobytu w A.S. Monaco reszta drużyny postanowiła rzucić się z radości na Koreańczyka po tym jak ten w stylu Davida Beckhama zdobył gola z rzutu wolnego. W wyniku tego zdarzenia Park odniósł kontuzję kolana:)

Na You Tube można zobaczyć świadectwo Parka… po Koreańsku:)

https://ernestanderson.wordpress.com/2012/03/28/christian-testimony-143/

André Frossard – francuski dziennikarz, pisarz i filozof katolicki pochodzenia żydowskiego (jego babcia była Żydówką), syn Ludwika Oscara Frossarda – założyciela Francuskiej Partii Komunistycznej. Wieloletni felietonista „Le Figaro”. Jako ateista doznał nawrócenia w 1935 roku po przypadkowej wizycie w kościele.

andre-frossardFragment z książki “Pytania o chrześcijaństwo” Vittorio Messoriego.

Przypadek André Frossarda, pisarza i dziennikarza jednego z najsławniejszych we Francji (każdego rana publikuje na pierwszej stronie „Le Figaro” ostry felieton) jest jednym z najbardziej tajemniczych i niepokojących: gwałtowne nawrócenie na katolicyzm, którego w żaden sposób nie było można przewidzieć. Jego babka była Żydówką, matka protestantką, a ojciec nie był nawet ochrzczony. Ten ojciec, Ludwik Oskar Frossard, był zaalpejskim Gramscim: niegdyś lider socjalistów, w 1920 roku założył Francuską Partię Komunistyczną, której był pierwszym sekretarzem generalnym. Syn André, również ateista, w wieku dwudziestu lat, wszedłszy przypadkowo do kościoła katolickiego w poszukiwaniu przyjaciela, został zaskoczony niewysłowionym doznaniem: zasłona, która się rozdziera, widzenie „twarzą w twarz” Boga, zaświatów, życia wiecznego.

— Wszedłem do tej kaplicy przypadkowo, bez metafizycznych niepokojów, zmartwień, problemów osobistych, miłosnych przykrości: byłem tylko spokojnym ateuszem, marksistą, beztroskim młodzieńcem, trochę powierzchownym, który miał na ten wieczór w programie randkę — opowiadał to także mnie. — Wyszedłem stamtąd po dziesięciu minutach, tak bardzo zaskoczony tym, iż stałem się niespodziewanie katolikiem, jak byłbym zdumiony odkrywając, iż jestem żyrafą lub zebrą po wyjściu z ogrodu zoologicznego. Właśnie dlatego, iż wiedziałem, że by mi nie uwierzono, milczałem przez ponad trzydzieści lat, pracowałem intensywnie, aby wyrobić sobie nazwisko jako dziennikarz i pisarz i aby mieć w ten sposób nadzieję, że nie zostanę wzięty za szaleńca, gdybym spłacił swój dług: opowiedział to, co mi się wydarzyło.

Zrobił to, zachęcony między innymi przez Francois Mauriaca, dopiero w 1969 roku, kiedy wyszła książka (wszędzie natychmiast tłumaczona, stała się głośnym bestsellerem, którego sukces jeszcze trwa) Dieu existe, je l’ai rencontré (Bóg istnieje, spotkałem Go) 1. Ze zdziwieniem, świat odkrył apologetę chrześcijaństwa o nadzwyczajnej skuteczności i prestiżu; kogoś, kto, gdy mówił, nie robił tego na podstawie teorii lub rozumowania, ale ponieważ „widział i dotykał”. Nie przypadkiem pewnego dnia Jan Paweł II polecił wezwać André Frossarda i powiedział mu: „Proszę mi zadać jakieś pytania”. Powstał z tego pierwszy w historii wywiad z papieżem, drugi światowy bestseller pod znamiennym tytułem: Nie lękajcie się!

Byłem redaktorem odpowiedzialnym działu prasowego wydawnictwa, które opublikowało włoskie wydanie Bóg istnieje, spotkałem Go. Do mnie więc należało organizowanie autorowi konferencji prasowych, wywiadów, dyskusji. Znaliśmy się więc; nigdy jednak nie mogliśmy porozmawiać w cztery oczy, o jego nadzwyczajnym doświadczeniu, tak osobliwym dla kogoś, kto poszukuje prawdy chrześcijaństwa, ponieważ pali argumentacje i dowody teoretyczne, aby uczynić ją konkretnością życia. Nadarzyła mi się okazja, kiedy Frossard po obwieszczeniu, że „Bóg istnieje”, i po chęci udowodnienia, że istnieje życie pozagrobowe (Il y a un autre monde 2), zamierzał także dowieść istnienia diabła, publikując kolejną książkę pod prowokacyjnym tytułem: 36 preuves que le diable existe 3.

Udałem się więc, aby odwiedzić go w jego domu przy głównej alei paryskiego przedmieścia Neuilly-sur-Seine. Kiedy taksówka przemierzała Étoile z Łukiem Triumfalnym, aby skierować się na Défense, skupiska drapaczy chmur, gdzie Paryż małpuje Nowy Jork, myślałem, że nie jest łatwo uporać się z Frossardem. „Konwertyci bywają zawadą i są nudni: dla niewierzących, ale również dla niektórych wierzących”, stwierdził kilkakrotnie. Dla jednych ten człowiek jest problemem, dla innych zagadką: dziennikarz obdarzony sukcesem, jeden z najbardziej znanych i budzących lęk we Francji (jeden jego artykuł może wpędzić w kłopoty potężnych w kraju), wydający książkę, w której oznajmia, z nieugiętą pewnością, że Bóg jest oczywistością, faktem, Osobą spotkaną nieoczekiwanie na ulicy!…

Pewnie, może zdarzyć się czytanie podobnych rzeczy: ale w broszurach drukowanych prywatnie, pod firmą nieznanych wizjonerów; nie w książkach publikowanych przez największych wydawców świata i podpisanych przez mającego stałą kolumnę dziennikarza, oklaskiwanego i ironicznego. Jest zrozumiałe, dlaczego wielu byłoby zainteresowanych pozbyciem się tego człowieka: niektórzy katolicy, ponieważ takie tajemnicze nawrócenie nie wchodzi w zakres schematu chrześcijaństwa obecnie zracjonalizowanego, które wyklucza „piorun” z Nieba; wielu laików, ponieważ samo istnienie Frossarda stanowi niepokojący znak zapytania. Coś, co skłania niemało ludzi do stawiania sobie pytania, może z dreszczem niepokoju: „A jeżeli to jest prawda? A jeżeli Frossard ma rację?”

Za wielkimi szybami jego domu rozmawialiśmy o reakcjach (odmiennych, ale zawsze skrajnych, entuzjazmach i wybuchach gniewu), jakie wywołują jego książki.

— Ale co ja mogę zrobić? — powtarza wsuwając któryś z kolei papieros w czarną cygarniczkę (tylko groźba ekskomuniki ze strony papieża mogłaby go skłonić do zaprzestania… — mówi żona). — Co mogę zrobić, skoro Bóg istnieje, skoro chrześcijaństwo jest prawdziwe, skoro jest życie pozagrobowe? Co mogę tutaj zrobić, skoro istnieje Prawda i ta Prawda jest Osobą, która chce być poznaną, która nas kocha i która nazywa się Jezus Chrystus? Nie mówię tego na podstawie hipotez, w sposób wyrozumowany, na podstawie tego, co słyszałem, iż mówiono. Mówię o tym z doświadczenia. Widziałem. Nie wiem, dlaczego wybrano właśnie mnie, abym był świadkiem naocznym tego, co się ukrywa za powierzchownością świata. Wiem tylko, że mam obowiązek świadczenia.

I jeszcze:

— Jestem skazany na mówienie, jestem przynaglany z łagodnością, ale uporczywie potrzebą recytowania lekcji, jakiej Bóg mi udzielił w owym wstrząsającym spotkaniu, latem 1935 roku, w nieznanej kaplicy w centrum Paryża.

Potem, jakby skandując słowa:

— Kiedy się wie, że Bóg istnieje, że Jezus jest jego Synem, że jesteśmy oczekiwani po śmierci, że na tej ziemi nigdy nie będzie innej nadziei poza Ewangelią; kiedy się to wie: trzeba o tym mówić. Zrobiłem to i w dalszym ciągu będę to robił, aż do chwili, kiedy pójdę kontemplować na zawsze to, co było mi dane zobaczyć podczas owych minut, kiedy czas został dla mnie zatrzymany.

Podczas tego nadzwyczajnego doświadczenia (ale, chwilami, także przez jakiś czas potem) Frossard „widział” tamten świat, który jest ledwie za zasłoną, rzeczywistość, która czeka nas wszystkich:

— Na ulicach spostrzegałem wyraźnie, że przechodnie chodzili na krawędzi nieskończoności, że prędzej lub później wpadną w to światło niezniszczalnego kryształu, nieskończonej przeźroczystości, jasności i słodyczy nie do zniesienia, które było mi dane zobaczyć, rozumiejąc natychmiast, że było to światło Tego, którego chrześcijanie nazywają Ojcem naszym.

— Ale dlaczego — zapytałem go — ten dostrzeżony Bóg był Bogiem chrześcijańskim, a nie Bogiem innych monoteizmów: judaizmu, islamu?

— Nie, nie mógłbym spotkać Allacha: jego się nie spotyka, jest Niedostępny z definicji. Ani Jahwe, Boga Izraela (a w jednej czwartej jestem Żydem), tego, który co kilka wieków mówił do jakiegoś proroka, który wywoływał w nim przede wszystkim okropny strach. Tylko Bóg chrześcijański czyni spotkanie możliwym: jest jedynym Bogiem, qui se proportionne à nous 4, Bogiem tak bardzo pokornym, że daje się nam na pokarm. Bóg Starego Testamentu ukazuje się spowity i oddzielony od nas zasłoną Sacrum. Właśnie tylko dzięki Chrystusowi kurtyna świątyni, która zasłaniała Sancta Sanctorum, się rozdziera. Dzięki niemu alliance, przymierze z Izraelem, staje się alliage (mianowicie stopem, jakby metalu), w którym Bóg i cała ludzkość są stopieni w sposób nierozerwalny.

Ale czy był umieszczony przez Jezusa, czy jedynie przez Boga w tym wstrząsającym zjawisku, w którym wszystko stało się dla niego jasne na zawsze?

— Tylko Ojciec był przedmiotem oczywistości. Chrystus był konieczną konsekwencją wyciągniętą z doświadczenia tego Boga.

Przeszedł więc do Boga chrześcijańskiego: ale dlaczego on, młody Frossard, syn szefa komunistów, również komunista, dał się nagle poznać, całkowicie, na zawsze, jako katolik, a nie protestant, prawosławny lub członek jakiejkolwiek innej wspólnoty o tradycji, która powołuje się na Chrystusa?

— Nie wiem: wiem, że nie wybrałem naprawdę niczego. Ani wiary, ani tym bardziej Kościoła katolickiego. Mogę tylko powiedzieć, że poczułem z absolutną wyrazistością, iż ten Kościół stał się odtąd na przyszłość moim adresem domowym. Po tym przeżyciu pewien ksiądz objaśnił mi katechizm: odkryłem w ten sposób, że Rzym już od wieków ujął w formuły to, co ja zobaczyłem nagle w kaplicy. Wiedziałem już wszystko, jeszcze przed uczeniem się: byłem szukającym po tym, jak już znalazłem.

Przybywszy tutaj, do tego mieszkania na spokojnym przedmieściu leżącym na obrzeżach paryskiego chaosu, z powodu pomyłki co do godziny spotkania, musiałem trochę czekać. Odbywał się akurat ruch ludzi: mężczyzn i kobiet, młodych i w podeszłym wieku. Z dyskrecją, ale z wytrwałością, Frossard jest doradcą duchowym dusz chwiejnych, przeżywających kryzys, poszukujących. Odkryłem, że przez ten dom przewijają się księża, siostry zakonne, chrześcijanie, ale także sławne i będące poza podejrzeniem nazwiska z kultury „laickiej”. Przychodzą tutaj, często anonimowo, aby znaleźć siłę lub szukać drogi, przyciągani przez wiarę, która opiera się na oczywistości. Wiarę, poza tym, wypróbowaną przez ponad pół wieku doświadczenia i świadectwa.

— Frossard bulwersuje, niewątpliwie — mówił paryski pisarz agnostyk. — Ale gdyby „spotkanie”, o którym mówi, było tylko złudzeniem, pomyłką, czy jego skutki nie rozwiałyby się szybko? A tymczasem przez pięćdziesiąt lat ten człowiek żyje tak, jak w ciągu tych kilku minut mu „wskazano”. Jest to może jedyny możliwy dowód na to, że się nie pomylił.

Frossard, powiedziałem mu, jest oskarżany coraz częściej o to, że jest jak te stare wina, które nie znoszą dojrzewania, mówią o nim, że staje się coraz bardziej agresywny w artykułach i książkach, powiadają, że teraz popisuje się pesymizmem. Odpowiedział spokojnie:

— Jeżeli pesymistą jest ktoś, kto uważa, że rzeczy nie będą mogły skończyć się dobrze, wtedy chrześcijanin nie może być pesymistą. Chrześcijanin jest optymistą: ale apokaliptycznym. Wie, że w każdym przypadku wszystko skończy się dobrze. Ale nie tutaj. Tak, liberté, fratérnité, égalité skończą się triumfalnie, ale po spełnieniu pewnej małej formalności. Mianowicie po przejściu nie tylko przez koniec naszego życia ziemskiego, ale przez koniec samej ludzkości: przez drugi, ostateczny powrót Chrystusa. Oto czego oczekują wszyscy chrześcijanie, zgodnie z ich wiarą, w przyszłości, a co natomiast Kościoły „oficjalne” usiłują dzisiaj niejako ukryć, pozostawiając w ten sposób wolne pole dla rozpętywania się fantazji i majaczeń eschatologicznych sekt.

Jego stosunki z niektórymi francuskimi katolikami nie są dobre, ale jak się wydaje, zupełnie go to nie martwi:

— Dzisiaj w Kościele francuskim wielu, nawet biskupów, nie lubi Jana Pawła II. Tak więc, nie ośmielając się mówić o nim źle wprost, zdobywają się na to wobec przeprowadzającego z nim wywiad. Lub nawet wobec jego prefekta Kongregacji Wiary, kardynała Ratzingera, strzegącego ortodoksji katolickiej, którą wielu chciałoby dzisiaj zniszczyć.

— Wielu jednak zarzuca mu — zauważyłem — że nie bierze dostatecznie na serio Soboru.

— Wiem, wiem, i uważam to za bardzo śmieszne. Znudziłem się marksizmem już w 1935 roku: dostatecznie wcześnie, aby widzieć pierwszych księży zakochujących się w Karolu Marksie. To prawda, nie bardzo się podniecałem tym, co określano jako „rewolucyjne nowości” Soboru: wolność myśli, koniec antysemityzmu, ekumenizm, tolerancja… W sumie cały bagaż rewolucji francuskiej, odkryty przez katolików z prawie dwustuletnim opóźnieniem. Jeżeli byłem trochę nieuważny, to dlatego, że to były „nowości” może dla klerykałów, ale bynajmniej nie dla mnie. Byłem przekonany o tych rzeczach, odkąd zacząłem rozumieć, dzięki mojemu ojcu oraz ludzi ze środowiska socjalistycznego i komunistycznego. Proszę zważyć, że nikt nie może oskarżać mnie o to, iż jestem „tradycjonalistą”, ponieważ moją tradycją życiową i kulturalną nie są dekrety Soboru Trydenckiego, lecz Kapitał Marksa.

W tym pełnym życia człowieku jest jakby nadmiar pasji, duch polemiczny, który z trudem ulega ewangelicznemu napominaniu do łagodności.

— Dzisiaj krążą różne typy katolików — mówił między innymi. — Są urzędowi, dla których tym, co się liczy, jest aparat, machina kościelna; tradycjonaliści, którzy zamykają się w swojej wieży z kości słoniowej coraz bardziej grożącej zawaleniem; postępowcy, którzy rozpraszają wiarę w polityce i oklepanych frazesach socjologji. I następnie są ci, najliczniejsi, wzięci między wiele ogni, niepewni i skonsternowani. To właśnie wśród nich znajduję uszy skłonne do słuchania mnie. Interesuję się chrześcijaninem anonimowym, tym, który nie interesuje nikogo i jest przez wszystkich opuszczony. Walczę o zdrowy rozsądek w Kościele, o prostotę wiary, przeciwko mitom i utopiom oraz komplikacjom próżnującego intelektualisty.

— Czy chodzi o całą tę dyskusję o relacjach ze „światem”, o ponowne chrześcijańskie odkrycie, że Wcielenie wymaga, aby historia ludzi była traktowana na serio?

— A tymczasem nie, nie przypisuję światu całej powagi, jakiej żądałby od nas. Gdy spotyka się Boga, pierwszym odkryciem jest nieważność wszystkich rzeczy, które jeszcze dzisiaj chrześcijanie, z wyjątkiem oczywiście świętych, tak śmiesznie traktują na serio.

— Ale problemy społeczne, engagement, zaangażowanie polityczne wierzącego?

— Sądzę, że Bóg chrześcijański potrafi liczyć tylko do jednego: nie interesuje się masami, nie chodzi na kongresy ani tym mniej na zgromadzenia. Interesuje się tylko poszczególnymi, konkretnymi osobami. Pracuje za kulisami, w ciszy, sam na sam. Jest jedna historia, którą wszyscy widzimy, historia krwi, zamieszania, wściekłości. I jest historia ukryta, niewidzialna, z którą tylko co pewien czas zdarza się nam spotkać: historia miłosierdzia, miłości Boga do człowieka i miłości człowieka do Boga i do braci. To jest jedyny wymiar historii, który mnie interesuje.

Jak Frossard czyta Biblię, on, który mówi, iż odnajduje w niej wymiar, jaki poznał przez bezpośrednie doświadczenie?

— Czytam Pismo Święte w sposób możliwie najbardziej dosłowny, z prostego rozumowania: albo jest ono natchnione, a więc jest dziełem samego Boga, który posługuje się ludźmi jako pośrednikami; albo też nie jest natchnione. I wtedy jest książką historyczną, jak inne, chociaż dużo starszą, bardziej malowniczą.

— Ten sposób podchodzenia do Biblii — zwracam mu uwagę — wygląda tak, jakby ignorował całą mozolną pracę egzegetyczną ostatnich dwóch wieków.

— No tak, niektórzy bibliści, biedaczyska, często nie mają żadnego wyczucia tego, co Boskie. Zamknięci w uczonych badaniach, nie mają żadnego pojęcia o wspaniałości Boga. Ci panowie, którzy chcą „demitologizować” Biblię! Ils me font rigoler, sprawiają, że umieram ze śmiechu! Chcą Pismo Święte przekształcić w pewnego rodzaju La Fontaine’a tamtych czasów. Uważają, iż uczynią je bardziej zrozumiałe, a tymczasem czynią je niezrozumiałe i niepotrzebne, chyba że dla siebie i dla swoich katedr.

Śmieje się:

— Dziękuję Ci, Ojcze, że ukryłeś te rzeczy przed intelektualistami, a więc przed pewnymi teologami, przed pewnymi egzegetami!

Wierzyć we „wszystko” w Piśmie Świętym, czytać je w sposób tak dosłowny, to znaczy wierzyć także w diabła; poświęcił mu książkę, w której chce ostrzec przed jego okropnym powrotem do nas.

— Pewnie, że wierzę w diabła: jak można być chrześcijaninem i nie traktować poważnie rzeczywistości, która jest 147 razy wymieniona w Ewangeliach? I niech sobie gadają tak zwani eksperci, którzy, jak zwykle, mówią o „formach wyobrażeniowych”, o mitach związanych z pojęciami czasów starożytnych, ale dla uspokojenia przede wszystkim siebie.

— Jak Frossard widzi przyszłość chrześcijaństwa?

— Żyjemy w momencie nadzwyczaj poważnym, trzeba poświęcić wiele uwagi obronie wiary tych, którzy ją zachowali. Wierzyć dzisiaj z pewnością nie jest łatwo, wierzyć i chcieć postępować jak ryba, która wychodzi z wody, aby mieć wyobrażenie o świecie istniejącym ponad morzem.

Nowe zainteresowanie młodych, powrót do Sacrum rozczarowanych pokoleń?

— Młodzi są otwarci, ale, wydaje mi się, niezbyt przyciągani przez chrześcijaństwo. Może dlatego, że nie potrafimy przedstawić go, może dlatego, że zagubiliśmy już pasję przekonywania, świadczenia, nawracania.

— Jaka stronica, jakie słowo Chrystusa jest panu najbardziej drogie?

— Wszystkie, wszystkie: każde ma coś do powiedzenia każdemu człowiekowi, w każdej chwili życia. Powiem więcej: jak jestem przekonany o tym, iż Bóg zwraca się do jednostki, tak jestem również przekonany, że w Piśmie Świętym znajduje się jakieś słowo natchnione specjalnie dla każdego z nas. Ale gdybym został naprawdę przyciśnięty i musiał wybrać jedną przypowieść, wtedy opowiedziałbym się za przypowieścią o niewiernym włodarzu, o słudze, który kradnie i zostaje pochwalony przez pana. To jest wspaniałe: jest to wspaniałomyślność Boga nieskończenie bogatego, który chce być okradanym.

Zastanawia się w milczeniu, a potem mówi:

— Jest słowo Jezusa, które sprawia, iż zagłębiam się w otchłani. Mówiłem, że w moim doznaniu, tam w kaplicy, tylko Bóg był oczywistością, do Chrystusa musiałem dochodzić przez analogię, przez dedukcję. A więc, jest jedno jego słowo, które przekonało mnie na zawsze o jego boskości. Jest to owo straszne: „Boże mój, Boże mój, dlaczegoś mnie opuścił?” Czyż teologia nie twierdzi, że w osobie Jezusa współistniały dwie natury: boska i ludzka? A więc, na krzyżu — to on sam woła — że Bóg go opuścił. Przeto zrezygnował także ze swojej części boskości, ze swojego kontaktu z Ojcem. Tylko Bóg może posunąć się aż do tego stopnia rezygnacji, może uczynić z siebie dar tak całkowity. My zawsze zatrzymujemy coś dla siebie. On nie zachował niczego.

Chciał powrócić do owej większości wierzących, do owego fundamentu katolickiego, któremu pragnie pomóc w ocaleniu wiary, narażonej na niebezpieczeństwo także przez ataki mniejszości postępowców i konserwatystów.

— Chce pan wiedzieć, czym się różnią między sobą? „Postępowiec” jest to ktoś, kto spełnia wolę wszystkich, oprócz woli Boga; „konserwatysta” natomiast to ktoś, kto zawsze spełnia wolę Boga, czy Bóg chce, czy nie…

Ten człowiek złośliwy, o inteligencji bystrej i kpiarskiej, w rodzaju Voltaire’a, ten autor artykułów żrących jak kwas, sprawia rzeczywiście wrażenie pokonanego ateisty, nagiętego do wierzenia w to, w co bez tego mocnego uderzenia nigdy by nie wierzył.

— Jak może pozostać żywym człowiek, na którym spoczęło spojrzenie Boga? — pytał siebie współczesny filozof. Kieruję to pytanie do Frossarda. Śmieje się, odprowadzając mnie do drzwi:

— Wystarczy nie brać siebie na serio. Wystarczy zdawać sobie sprawę z tego, że jest się mało znaczącym pionkiem w tajemniczej grze, której reguł nie znamy.

1 Polskie wydanie pt. Spotkanie Boga, Paryż 1972.
2 Franc. — Istnieje inny świat, wydanie polskie — Wrocław 1988 i 1991.
3 Franc. — 36 dowodów na istnienie diabła, wydanie polskie — Poznań 1987 i 1988.
4 Franc. — który przystosowuje się do nas (przyp. tłum.).

http://mateusz.pl/ksiazki/vm-poch/poch_07.htm

—————————

W 1935 r. dwudziestoletni André Frossard pracował w Paryżu jako początkujący dziennikarz. Chociaż był ateistą, to jednak zaprzyjaźnił się z praktykującym katolikiem Andrzejem Villeminem, który bezskutecznie starał się doprowadzić go do wiary w Boga. Ósmego czerwca 1935 r. Villemin zaprosił Frossarda na obiad. Pojechali do centrum Paryża rozklekotanym samochodem. Zatrzymali się na rue d’Ulm przed małym kościołem, w którym trwała nieustająca adoracja Najświętszego Sakramentu. Villemin poprosił Frossarda, aby na niego poczekał kilka minut, ponieważ ma ważną sprawę do załatwienia w kościele. Po pewnym czasie zniecierpliwiony czekaniem Frossard wszedł do kościoła. Stanął z tyłu i patrząc na klęczących ludzi, bezskutecznie próbował odnaleźć swojego przyjaciela.

Kiedy spojrzał na główny ołtarz, jego uwagę przykuł wystawiony Najświętszy Sakrament. Nie wiedział, co to jest, gdyż po raz pierwszy w życiu widział monstrancję z Najświętszym Sakramentem. Nagle, w sposób niewytłumaczalny i całkowicie niezależny od niego, Frossard czuje, że w jego wnętrze wnika jakaś tajemnicza moc, która uwalnia go od duchowej ślepoty spowodowanej przez ateizm i umożliwia mu doświadczenie istnienia innego świata, bardziej rzeczywistego aniżeli ten, który poznajemy naszymi zmysłami. „Przede wszystkim zostają mi dane słowa duchowego życia – pisze Frossard – (…) słyszę je jakby wypowiadane obok mnie cichym głosem przez osobę, która widzi, czego ja jeszcze nie widzę”. Po usłyszeniu tych słów Frossard zostaje ogarnięty nadprzyrodzoną rzeczywistością, promieniującą wprost od Najświętszego Sakramentu. „Jest to niezniszczalny kryształ o nieskończonej przejrzystości – próbuje opisać to doświadczenie A. Frossard – jasności prawie nie do zniesienia lekko niebieskiego światła (jeden stopień więcej byłby mnie uśmiercił). To jest inny świat o takim blasku i realności, że nasz świat wydaje się przy nim podobny do rozwiewających się cieni sennych marzeń. Tę nową rzeczywistość i prawdę widzę z ciemnego brzegu, na którym stoję. To jest ład we wszechświecie, a na jego szczycie jest Oczywistość Boga, która jest Obecnością i Osobą. Jeszcze przed sekundą zaprzeczałem Jej istnienia. Chrześcijanie nazywają ją »naszym Ojcem«. Doświadczam Jej łagodnej dobroci i łaskawości, której nie jest w stanie dorównać żadna inna. Łagodność ta jest zdolna przemienić każde ludzkie serce – również takie, które jest twardsze od najtwardszego kamienia. Temu wtargnięciu rzeczywistości Boga towarzyszy radość, która jest entuzjazmem uratowanego od śmierci, w samą porę wydobytego z oceanu rozbitka. Dopiero teraz uświadamiam sobie, w jakim błocie byłem pogrążony, i dziwię się, jak mogłem tam żyć i oddychać. Jednocześnie zostałem obdarowany nową rodziną, a jest nią Kościół katolicki. Jego zadaniem jest prowadzenie mnie tam, dokąd muszę iść, gdyż pozostaje mi do przebycia jeszcze kawał drogi (…). Kościół jest wspólnotą; w niej obecny jest Jedyny, którego imienia nigdy więcej nie będę mógł napisać bez trwogi, że zranię Jego miłość. Stoję przed Nim jak dziecko, któremu przypadło w udziale szczęście otrzymania przebaczenia” (Istnieje inny świat, ss. 39-40).

A. Frossard wielokrotnie opisywał swoje doświadczenie spotkania z nadprzyrodzoną rzeczywistością, gdyż miał świadomość, jak bardzo ubogi i nieporadny jest w tym względzie ludzki język. Warto zapoznać się z innym opisem jego nawrócenia, w którym zostały uwydatnione inne aspekty tego nadzwyczajnego doświadczenia. W książce Bóg i ludzkie pytania czytamy: „Wszedłem do kaplicy jako ateista, a w kilka minut później wyszedłem z niej jako chrześcijanin – i byłem świadkiem swojego własnego nawrócenia, pełen zdumienia, które ciągle trwa”.

Frossard podkreśla, że to doświadczenie nie było jakimś odkryciem intelektualnym, ale miało charakter doświadczenia fizycznego i prawie laboratoryjnego: „Byłem (…) ateistą, kiedy przechodziłem przez drzwi kaplicy, i pozostawałem nim nadal w jej wnętrzu. Obecni tam ludzie, widziani pod światło, rzucali tylko cienie, między którymi nie mogłem odróżnić swojego przyjaciela, i coś w rodzaju słońca promieniowało w głębi kaplicy. Nie wiedziałem, że był to Najświętszy Sakrament. Nie doznałem nigdy zmartwień miłosnych ani niepokoju, ani ciekawości. Religia była starą chimerą, a chrześcijanie gatunkiem opóźnionym na drodze historycznej ewolucji. (…) Jeszcze dzisiaj widzę tego dwudziestoletniego chłopca, którym wtedy byłem. Nie zapomniałem jego osłupienia, kiedy nagle wyłaniał się przed nim z głębi tej skromnej kaplicy świat, inny świat – o blasku nie do zniesienia, o szalonej spoistości, którego światło objawiało i jednocześnie zakrywało obecność Boga, tego samego Boga, o którym jeszcze przed chwilą przysięgałby, że istnieje tylko w ludzkiej wyobraźni. Jednocześnie spływała na niego fala słodyczy zmieszanej z radością – o mocy, która może skruszyć serce i której wspomnienie nigdy nie zaniknie, nawet w najgorszych chwilach życia, niejednokrotnie przenikniętych lękiem i nieszczęściem. Odtąd nie stawia sobie innego zadania, jak tylko świadczyć o tej słodyczy i o tej rozdzierającej czystości Boga, który mu pokazał owego dnia przez kontrast, z jakiego błota został ulepiony… Owym światłem, którego nie ujrzałem cielesnymi oczyma, nie było to, jakie nas oświeca lub powoduje opalanie. To było światło duchowe, tzn. światło pouczające – jakby żar prawdy. Odwróciło ono definitywnie porządek rzeczy. Od chwili kiedy je ujrzałem, mógłbym powiedzieć, że dla mnie tylko Bóg istnieje, a wszystko inne jest jedynie hipotezą (…). Podkreślam: to było obiektywne doświadczenie, prawie z dziedziny fizyki, i nie mam nic cenniejszego do przekazania, jak tylko to: poza tym światem, który nas otacza i którego cząstką jesteśmy, odsłania się inna rzeczywistość, nieskończenie bardziej konkretna niż ta, w której na ogół pokładamy ufność. Jest ona ostateczną rzeczywistością, wobec której nie ma już pytań” (ss. 21-24).

http://www.milujciesie.org.pl/nr/temat_numeru/istnieje_inny_swiat.html

ZOBACZ TAKŻE INNE PRZYPADKI NAWRÓCEŃ ZNANYCH ATEISTÓW, NIECHRZEŚCIJAN W WYNIKU DOŚWIADCZEŃ MISTYCZNYCH:

### Paul Cloudel – wybitny dramatopisarz francuski końca XIX wieku: http://www.recogito.pologne.net/recogito_12/poczta1.htm

### Alfons Ratyzbone ze słynnej bankierskiej rodziny żydowskiej: http://www.pch24.pl/nawrocenie-alfonsa–ratisbonnea-,19318,i.html

### Eugenio Zolli – Wielki Rabin Rzymu: http://www.tajemnicamilosci.pl/znani-ateisci/wielki-rabin-rzymu-nawrocil-sie-na-katolicyzm.html

Malcolm Muggeridge był jednym z najwybitniejszych angielskich dziennikarzy. Przez długie lata pracował w BBC i największych angielskich i amerykańskich gazetach. W swoich programach miał za swoich rozmówców postacie z pierwszych stron gazet: Gandhiego, de Gaulle’a, Chruszczowa, Nixona, Eisenhovera czy Kennedy’ego. Jego ojciec – socjalista wychowywał go w duchu ateistycznym. Malcolm nawrócił się jednak na chrześcijaństwo, by pod koniec swego życia zostać katolikiem, z wielką odwagą zwalczającym wszelkie przejawy moralnego relatywizmu. Niebagatelną rolę w jego nawróceniu odegrała Matka Teresa z Kalkuty.

malcolm-muggeridge-e1385012069439„Prawda” i prawda

Sowiecka rzeczywistość okazała się zupełnie inna niż to, o czym marzył i to, o czym czytał w peanach zachodnioeuropejskich „intelektualistów”, bolszewickiej „Prawdzie” i kłamliwych artykułach dziennikarzy, dla których „mistrzem” był skorumpowany przez Sowietów Amerykanin Walter Duranty.

Rozczarował się, ale opisał prawdę – stalinowskie okrucieństwa kolektywizacji i „rozkułaczania”, ludobójczy głód w „spichlerzu Europy” jakim była niegdyś Ukraina, dokąd wyruszył łamiąc obowiązujące obcokrajowców przepisy. Pisał o „wieśniakach klęczących w śniegu i proszących o chleb”, o więźniach wtłaczanych do bydlęcych wagonów, o ludziach ginących bezpowrotnie za bramą więzienia na Łubiance. Angielski dziennikarz otrzymał wówczas niezapomnianą lekcję, czym jest w istocie realny socjalizm i komunizm ucieleśniony w „wielkim radzieckim eksperymencie” „robotniczym raju”, jak z sympatią podówczas pisano. Oczywiście w Anglii uznano, że w swoich „histerycznych tyradach” przesadza i przejaskrawia. Wielu uznało, że… kłamie. Wrócił do Anglii. W 1934 na podstawie swoich przeżyć napisał nowelę „Winter in Moscow”. Za rzetelne opisanie Wielkiego Głodu na Ukrainie został pośmiertnie nagrodzony przez prezydenta Ukrainy w 2009.

„Święte krowy” i „ziemskie raje”

Kolejnym etapem kariery Muggeridge’a była praca w „Calcutta Statesman”. W czasie II wojny światowej Muggeridge służył w wywiadzie we Włoszech, Mozambiku i Francji. W 1942 r. dostrzegł bezsens swojego dotychczasowego życia i usiłował popełnić samobójstwo. Po wojnie został waszyngtońskim korespondentem londyńskiego „Daily Telegraph” i zapoczątkował współpracę z radiem i telewizją. W latach 1953-57 został szefem znanego angielskiego czasopisma satyrycznego „Punch”. Dał się wkrótce poznać jako satyryk i prześmiewca – jedna z najbardziej kontrowersyjnych postaci ówczesnego czasu. Nie oszczędzał nikogo – nie wyłączając angielskich „świętych krów” – Winstona Churchila czy rodziny królewskiej. Bezlitośnie obnażał ludzką głupotę i duchową pustkę. Potrafił być również poważny.

Współpracując z BBC i największymi gazetami w Anglii i Ameryce miał za swoich rozmówców postacie z pierwszych stron gazet: Gandhiego, de Gaulle’a, Chruszczowa, Nixona, Eisenhovera czy Kennedy’ego. Znał wszystkich, jeździł po całym świecie. Nie było wydarzeń, o których by nie napisał i których by nie skomentował swoim ciętym językiem. Jednocześnie Muggeridge przyglądał się z uwagą panującym na świecie ideologiom. Uznał wkrótce, że wszystkie wizje utworzenia ziemskiego raju czynią życie „koszmarem”. Prawdziwe, odrażające oblicze socjalizmu, komunizmu, narodowego socjalizmu i imperializmu poznał jeszcze w młodości. Potem przyszła pora na liberalizm (w 1950 pisał o nim jako o „destrukcyjnej sile tego wieku” i systemie opartym na błędnej – zbyt optymistycznej – wizji człowieka) i teorie państwa opiekuńczego („Państwo opiekuńcze – pisał – jest pewnego rodzaju ogrodem zoologicznym, który zapewnia swoim podopiecznym komfort i wygodę, czyniąc ich nieprzystosowanymi do życia w ich naturalnym środowisku”). Za największych niszczycieli chrześcijańskiej cywilizacji zachodniej uznał Marksa i Freuda – „pierwszego z nich za zastąpienie ewangelii miłości ewangelią nienawiści, drugiego – za podważenie podstawowej zasady odpowiedzialności człowieka.” Podążając od jednego rozczarowania do drugiego, krok po kroku odkrywał Inny Świat – królestwo Chrystusa. Duże wrażenie wywierały na nim lektury – Chesterton a zwłaszcza „Mere Christianity” (Chrześcijaństwo po prostu) Clive’a S. Lewisa.

„Duchowy syn” Matki Teresy

Przełomowy okazał się dla niego koniec lat 60. Jako dziennikarz zainteresował się wówczas fenomenem Misjonarek Miłosierdzia. Zastanawiał się co przyciąga młode kobiety do tego zgromadzenia, co powoduje, że potrafią poświęcić wszystko i służyć najbiedniejszym, z troską opatrywać śmierdzące rany, pochylać się nad ludźmi pogardzanymi i wyrzuconymi przez ten świat na „śmietnik”. W ich motywacji dostrzegł coś więcej niż tylko współczucie. W 1969 r. zrealizował program dokumentalny „Coś pięknego dla Boga” („Something Beautiful for God”), w którym objawił całemu światu współczesną świętą – Matkę Teresę z Kalkuty. Zaprzyjaźnił się z nią. Poprzez swoje listy, modlitwę i przykład ofiarnego życia skromna, zupełnie „niemedialna” misjonarka zmieniła dumnego ateistycznego prześmiewcę w apologetę chrześcijaństwa. Stopniowo jego wiara stawała się coraz mocniejsza. Z „religijnego maniaka bez religii”, „zauroczonego religią, w którą nie może uwierzyć” stał się wierzącym chrześcijaninem. Przez długi czas miał jednak mieszane uczucia w stosunku do katolicyzmu. Odstręczała go instytucjonalna, powierzchowna, ludzka strona Kościoła. Nie podobały mu się sekularyzacyjne trendy drążące Kościół po Soborze Watykańskim II.

Matka Teresa przekonywała go w swoich listach, że „to, co dzieje się dziś na powierzchni Kościoła przeminie”. Przez długie lata Muggeridge zastanawiał nad jej słowami: „Jesteś dla mnie niczym Nikodem… dopóki nie staniesz się dzieckiem… Jestem pewna, że wszystko świetnie zrozumiesz, gdybyś tylko stał się dzieckiem w rękach Boga… Ta drobna trudność, która masz wobec Kościoła, ma skończony wymiar. Pokonaj to co skończone nieskończonym.

Niezwykle ważna dla jego duchowego rozwoju była również służbowa podróż do Ziemi Świętej w 1967 r.. „To wtedy, gdy przebywałem w Ziemi Świętej dla nakręcenia trzech programów TV dla BBC, owładnęła mnie niezwykła, niemalże magiczna pewność dotycząca narodzenia Jezusa, Jego nauczania i Ukrzyżowania… Uświadomiłem sobie, że naprawdę był człowiek, Jezus, który także był Bogiem – czułem Jego obecność. On naprawdę wyrzekł te wzniosłe słowa – ja je słyszałem. On naprawdę umarł na krzyżu i powstał z martwych. W przeciwnym razie jakże mogło by być możliwe, aby Go spotkać – tak jak ja Go spotkałem?… Słowa, które wyrzekł Jezus, to słowa żywe, tak odpowiednie dzisiaj, jak i wtedy, kiedy zostały wypowiedziane po raz pierwszy; światło, które rozsiewa, dalej lśni jasnym blaskiem, jak zawsze – pisał w „Jesus Rediscovered”.

Wypływanie na głębię

Za którą wizją się opowiadamy? Z jednej strony – jako wzór naszej wspólnej egzystencji – mamy hodowlę brojlerów lub przemysłową farmę, gdzie chodzi wyłącznie o dobrą fizyczną kondycję bydła oraz finansowy zysk przedsięwzięcia; z drugiej – ludzkość jako rodzinę, której wszyscy członkowie, bez względu na swoje fizyczne czy duchowe walory lub ułomności jednakowo zasługują na uwagę w oczach swojego Stwórcy, i których istnienie ma wartość, nie samo w sobie ani wyłącznie w relacji do historii, ale w odniesieniu do przeznaczenia sięgającego poza czas do wieczności. Albo mówiąc prościej – z jednej strony jakość życia, z drugiej – jego świętość.

„Powrót do domu”

„To właśnie niewzruszona postawa Kościoła Katolickiego przeciwna antykoncepcji i aborcji ostatecznie zadecydowała o moim przyjęciu katolicyzmu… Postawa Kościoła jest całkowicie słuszna. Wieczna mu chwała za przeciwstawianie się antykoncepcji, nawet jeśli to nie przynosi sukcesu. Sądzę, że z perspektywy historii ludzie uznają, że były to szlachetne wysiłki dla zapobieżenia moralnej katastrofie” – pisał. Wstąpienie do Kościoła katolickiego było jednym z najważniejszych etapów jego chrześcijańskiej drogi. Nastąpiło ono 27 listopada 1982 r. w kaplicy Matki Bożej Wspomożycielki Wiernych w niewielkiej wiosce Hurst Green, niedaleko ich domu. Wraz z nim na ścieżkę prawdziwej wiary wkroczyła jego żona. „Nasze przystąpienie do Kościoła jest postanowione, przez co odczuwam nie tyle radosne podniecenie, co głęboki pokój duszy, aby zacytować moje własne słowa: poczucie powrotu do domu, podjęcia nici zagubionego życia, odpowiedzenia na głos od dawna dźwięczącego dzwonu, zajęcia miejsca przy stole, które od dawna stoi puste” – napisał w ostatniej swej książce – „Confessions of 20th-Century Pilgrim”. Pod koniec życia Malcolm Muggeridge został publicystą katolickiego czasopisma „New Oxford Review”. W lipcu 1990 r. w ciężkim stanie trafił do szpitala. „Ojcze, przebacz mi!” – wołał w nocy leżąc na szpitalnej sali. Opatrzony sakramentami angielski dziennikarz zmarł nad ranem 14 listopada 1990 r.

Henryk Bejda, (tłum. cytatów z książek Muggeridge’a – ZRK)

http://www.cudaboze.pl/2004/rozdzial.php?numer=9&rozdzial=2

Louis Pauwels – francuski dziennikarz i pisarz, piszący dla takich dzienników jak Esprit czy Variété. Założyciel magazynu Planete. Dyrektor „Le Figaro Magazine” z którego zrobił najbardziej poczytny tygodnik we Francji. Nawrócony w Acapulco w Meksyku.

louis-pauwelsFragment z książki „Pytania o chrześcijaństwo” Vittorio Messoriego.

Od konwertyty z lewicy, z marksizmu, z ateizmu, jakim jest André Frossard, do innego konwertyty — także z zaskoczenia, nieoczekiwanie — ale z radykalnej prawicy, z religijności pogańskiej. Spotkanie miało miejsce także w Paryżu.

Wypadało mi przejść przez liczne sita — woźnych, sekretarki — aby dotrzeć do biura innego z pisarzy najbardziej znanych, dziennikarzy najpotężniejszych, ludzi najbardziej niepokojących we Francji: Louisa Pauwelsa, charyzmatycznego dyrektora „Le Figaro Magazine”. Z tego, co było tylko starym dodatkiem do dziennika paryskiego mieszczaństwa, Pauwels zrobił tygodnik najbogatszy, najbardziej poczytny, najbardziej wpływowy w kraju. Tygodnik popularny, zarazem kulturalny i polityczny, z dokładnie określonym kierunkiem rozwijanym w każdym numerze: zwalczanie lewicy, socjalistycznej i komunistycznej, oraz spór o zasady nowoczesnego liberalizmu. Wiedząc, że jestem w Paryżu i pragnąc zadać mi kilka pytań na temat mojej książki dopiero co przetłumaczonej na francuski, Pauwels przekazał mojemu wydawcy chęć spotkania się ze mną.

Poszedłem; nieco uprzedzony, z różnymi wątpliwościami. Jego książki są znane w całym świecie, ale towarzyszy im — jak to powiedzieć? — pewien zapach siarki, atmosfera tajemnicy, silna woń pogaństwa. Z okultystą i ezoterystą Jacques Bergierem (również z zespołu międzynarodowego pisma „Planète”) Pauwels firmował bestsellery fascynujące a zarazem gwałtownie dyskutowane, jak Poranek magów lub Człowiek wieczny. Dzieła, które stanowią część ekwipunku owej Nowej Prawicy, która chciałaby skończyć z chrześcijaństwem i powrócić do indoeuropejskich bogów i herosów, w klimacie naznaczonym okultyzmem, jaki Pauwels uprawiał. Stąd moja sceptyczna ostrożność, której jednak towarzyszyła ciekawość: od jakiegoś czasu mówiło się o niespodziewanym nawróceniu pisarza na katolicyzm. Czy to możliwe? Sprawa, którą sami księża francuscy uważają za „niemodną” — i rzeczywiście niekiedy, to zadziwiające, do niej zniechęcają — jak nawrócenie? A poza tym, na katolicyzm? I to tego najbardziej zażartego międzynarodowego obrońcę pogaństwa? Podczas rozmowy poprosiłem więc samego Pauwelsa o potwierdzenie tych pogłosek. I zaskoczony, usłyszałem go mówiącego z prostotą: „Oui, je suis un converti. Tak, jestem nawróconym”. A więc także on, jak Frossard, ale przychodząc z „prawicy”, odkrył nagle chrześcijaństwo w jego pełni. A nawet najbardziej ortodoksyjny katolicyzm.

Po tym nieoczekiwanym wyznaniu, spontanicznie, bez nalegania z mojej strony (był jeszcze w tej fazie żarliwości, w której jest pragnienie podzielenia się z tak wielu, jak tylko możliwe, wiadomością, iż odkryło się radość) Pauwels dodał:

— Ten, kto mnie podejrzewał, iż jestem poganinem, miał rację. W tradycji judeochrześcijańskiej, ja, Europejczyk pochodzenia celtyckiego, instynktownie wyczuwałem coś radykalnie obcego. Jako bliskich odczuwałem filozofów epikurejskich, stoików grecko-rzymskich, byłem zafascynowany hinduizmem (najbardziej zhierarchizowaną i „rasistowską” spośród religii, z systemem kastowym), ale byłem alergicznie uczulony na profetyzm semicki. Proszę pomyśleć, kiedy stała się ta „Sprawa”, pisałem powieść pod tytułem Le malheur de famille: tym „nieszczęściem rodziny” był później syn patrycjusza rzymskiego z II wieku, który miał nieszczęsny pomysł nawrócenia się na chrześcijaństwo. Nie trzeba mówić, że stałem po stronie rodziców, którzy starali się wszelkimi sposobami zniechęcić młodzieńca do tego…

„Sprawa” wydarzyła się w Południowej Ameryce, na kongresie: upadek na cementowe obrzeże basenu, złamanie, bardzo długie oczekiwanie na pomoc.

— Byłem sam, wszyscy powrócili do hotelu na obiad. Gdy waliłem się na ziemię, czułem, że nie upadam przypadkowo: poczułem wyraźnie, że „Ktoś” mnie popchnął. I zrobił to, aby mi „coś” powiedzieć. Leżałem opuszczony na cemencie, połamany, ból był rozdzierający: a jednak byłem owładnięty ogromną, niewytłumaczalną radością. Kiedy wreszcie ktoś przybiegł i wyniesiono mnie na noszach, ciało było zranione, ale dusza nie posiadała się z radości. Było tak, jak gdyby narodzenie Chrystusa wydarzyło się dla mnie, w tym samym momencie: było to moje Boże Narodzenie, Boże Narodzenie we wrześniu. Po raz pierwszy w moim życiu doznawałem radości.

Tylko jego twarz wyrafinowanego i sławnego intelektualisty była oświetlona abażurem na stylowym stoliku. Za drzwiami słychać było zamieszanie sekretarek, redaktorów, gońców, których posyłano po korekty i depesze z agencji. Nacisnął guzik, powiedział, że nie chce, aby mu przeszkadzano.

— Poszedłem odwiedzić arcybiskupa Paryża, Lustigera. On także jest konwertytą: on z judaizmu, ja z pogaństwa. Zrozumiał mnie, podczas gdy wielu tak zwanych chrześcijan drwiło sobie ze mnie. Na koniec rozmowy, kardynał Lustiger powiedział, że chce mi podarować książkę, która jest mu bardzo droga. Myślałem, że chodzi o jeden z wielu jego esejów. Tymczasem był to egzemplarz katechizmu Soboru Trydenckiego. Wybór, który mi się bardzo spodobał: przez całe życie przeciwstawiałem się ideom konformistów; a na pewno nie jest konformistą kardynał dający ci w prezencie katechizm trydencki, który kształtował katolików przez ponad cztery wieki, teraz zaś jest wyrzucany na śmieci przez wielu wierzących posoborowych.

Jeżeli przedtem zaskakiwał, teraz stawał się niepokojący:

— Istnieje światowy spisek sił antychrześcijańskich, które dążą do osłabienia (a jeżeli to możliwe, do rozpuszczenia w humanizmie pięknych, ale bezsilnych słów), wiary katolików, do podzielenia Kościoła, do doprowadzenia do schizmy.

Nie mogłem przynajmniej nie wyrazić mojego zakłopotania tego rodzaju „zakulisologią”.

— Écoutez — odpowiedział prędko. — Proszę posłuchać: ja także byłem, i to przez całe życie, wrogiem chrześcijaństwa, Kościoła. Może mi pan wierzyć, gdy mówię o sprzysiężeniu potężnych sił, które knują w cieniu. Mówię to ze znajomością rzeczy. Nie dodaję niczego. Pan, który coś wie o mojej przeszłości, potrafi zrozumieć. Teraz, gdy prawda została mi dana, chcę poświęcić cały czas, jaki mi pozostaje, na bronienie przed wrogami zewnętrznymi i wewnętrznymi starego, cudownego Kościoła katolickiego. Dla tego, kto jest na zewnątrz, wydaje się on największą przeszkodą do przyjęcia Ewangelii. Przez długi czas tak było także dla mnie. Ale w chwili, w której „popchnięto mnie” abym upadł, zrozumiałem, jak w przebłysku, że tam teraz jest mój nowy, prawdziwy dom. Tak, właśnie Kościół jest trwałym cudem, który mnie teraz przyciąga. Pod warunkiem, że się uwolni od złudzenia, za którym gonili w tych latach niektórzy jego ludzie, iż zdobędą na nowo masy, wybierając łatwość, powierzchowność. W życiu duchowym nigdy nie zdobywa się w szerokości tego, co się traci w głębokości i w wysokości.

Staliśmy już, zielone światło wreszcie zwalniało tłumek za drzwiami. Ale coś jeszcze leżało mu bardzo na sercu, chciał mi to powiedzieć:

— Kiedy byłem młody, słyszałem jak mówiono, że chrześcijaństwo powinno być także społeczne. Później mówili mi, że powinno być przede wszystkim społeczne. Teraz, ktoś mówi, że powinno być wyłącznie społeczne. Co do mnie, nie zgadzam się z tym. Nie wybrałem, że zostanę chrześcijaninem, zostałem popchnięty (dosłownie) przez Kogoś, abym odkrył Ewangelię, której tak bardzo nie ufałem, abym wszedł do Kościoła. I abym w ten sposób zbawił się na wieczność, a nie bym zaczął być syndykalistą lub partyzantem. Dla historii wystarcza polityka: istotnie, po nawróceniu niczego nie zmieniłem w swoich dziennikarskich artykułach wstępnych. Dla życia pozagrobowego potrzebna i niezbędna jest religia.

Milczałem, zakłopotany. Powiedział jeszcze, otwierając drzwi:

— W wierze to, co jest proste, jest słuszne; to co jest skomplikowane, jest fałszywe. Zrozumienie tego otrzymałem w jednej chwili, na obrzeżu owego południowoamerykańskiego basenu.

http://mateusz.pl/ksiazki/vm-poch/poch_07.htm

Seria “ARGUMENTY ZA WIARĄ” ma na celu pokazanie, że chrześcijaństwo i ogólnie wiara w Boga nie jest czymś co wymaga całkowitego wyłączenia myślenia. Cykl ten może nie da niezbitego 100% dowodu na istnienie Boga (nie taki jest jego cel), lecz powinien sprawić, aby przynajmniej niektóre osoby niewierzące zmieniły swoją postawę z bezmyślnego wyśmiewania chrześcijaństwa w założenie, że “być może coś w tym jest”. Z kolei osoby już wierzące być może wzmocnią swoją wiarę po kolejnych wpisach z tej serii.

sprzeciw_od_wyroku_nakazowego„To, co było przed Chrystusem, może być piękne, ale to umarło. O Cezarze, w jego epoce, było o wiele głośniej niż o Chrystusie, zaś Platon przekazywał więcej wiedzy niż Jezus. I chociaż dyskutuje się o jednym i drugim, to któż się zacietrzewia w dyskusji za lub przeciw Cezarowi? I gdzie są dzisiaj platończycy i antyplatończycy? Tymczasem Chrystus żyje w nas. Jedni Go kochają, inni nienawidzą. Jedni miłują mękę Chrystusa, inni zniszczenie. A to, że wszyscy atakują Go zajadle, dowodzi, że On jeszcze nie umarł”.

Powyższe słowa wypowiedział Giovanni Papini. Swego czasu bluźnierca wyśmiewający Boga i wiarę w Niego. W 1911 roku, w wieku trzydziestu lat, opublikował okropną książkę zatytułowaną Pamiętnik Pana Boga. Papini ironicznie uczynił bohaterem tej książki samego Boga i w Jego usta włożył takie błuźniercze słowa:

„Ludzie: stańcie się wszyscy ateistami, stańcie się nimi czym prędzej! Sam Bóg, wasz Bóg, Bóg wasz syn prosi was o to z całej duszy!”.

W dwa lata później w założonym przez siebie piśmie „Lacerba” opublikował artykuł jeszcze nikczemniejszy, zatytułowany Cristo peccatore (Chrystus grzesznik). Znieważał w nim Chrystusa w słowach do tego stopnia wulgarnych, nie nadających się do powtórzenia, że arcybiskup Florencji zakazał wiernym czytania tego pisma.

Kilka lat później Papini nawrócił się, co uczyniło go jednym z największych konwertytów swoich czasów.

PPaul_Claudel_01aul CLAUDEL (1868–1955), francuski poeta, dramatopisarz, dyplomata; długo pozostawał pod wpływem symbolistów, później Biblii, mistyków hiszpańskich i wschodnich.; pisał dramaty oraz poezje, a także prace teoretyczne o poezji. Jest autorem m.in. „Punktu przecięcia” 1905, „Sztuki poetyckiej” 1907 „Zwiastowania” 1912, „Dziennika 1904–1955”. Jego utwory na język polski tłumaczyli Stefan Napierski i Adam Ważyk.

Niezwykłe świadectwo nawrócenia, jakie pozostawił po sobie Paul Claudel, jest zarazem swoistą mini-autobiografią, zapisem duchowych poszukiwań poety i dramaturga, autora wielu szkiców poświęconych Biblii i sztuce religijnej. W 105 lat, jakie minęły od wydarzenia z paryskiej katedry Notre-Dame, „Moje nawrócenie” zachowuje szczególną świeżość i siłę przekonywania.

MOJE NAWRÓCENIE

Urodziłem się 6 sierpnia 1868 roku. Moje nawrócenie dokonało się 25 grudnia 1886.  Miałem wtedy osiemnaście lat. Ale charakter mój był już wówczas wyraźnie  skrystalizowany.  Choć  zarówno po mieczu jak i po kądzieli wywodziłem się z pokoleń wierzących, które dały Kościołowi kilku księży, rodzina moja była religijnie obojętna, a po przybyciu do Paryża oddaliła się zupełnie od spraw wiary. Przedtem przystąpiłem do pierwszej komunii, która (jak dla większości chłopców) była jednocześnie uwieńczeniem i zakończeniem praktyk religijnych.

Wychowywałem się, a raczej kształciłem najpierw u nauczyciela szkoły katolickiej, potem w jednym z laickich gimnazjów prowincjonalnych, wreszcie w liceum Ludwika Wielkiego.  Zaraz po przestąpieniu progu tej uczelni straciłem wiarę, która wydawała mi się nie do pogodzenia z Wielością Światów (!!!). „Życie Jezusa” Renana dostarczyło mi nowych argumentów dla tej zmiany pokoleń, którą zresztą wszystko wokół mnie ułatwiało i  pobudzało.

Wspomnijmy te smutne lata u schyłku XIX wieku, epokę pełnego rozkwitu literatury naturalistycznej. Nigdy jarzmo materii nie ciążyło twardym  brzemieniem. Wszystko, cokolwiek w sztuce, w nauce, w literaturze cieszyło się wzięciem, było z gruntu areligijne. Wszyscy (rzekomo) wielcy ludzie tej  epoki  wyróżniali  się  w  pierwszym rzędzie wrogim stosunkiem do Kościoła. Renan królował. On to przewodniczył ostatniemu rozdawnictwu nagród w liceum Ludwika Wielkiego, w którym brałem udział i ja, i zdaje mi się, że odznaczył mnie własnoręcznie. Victor Hugo zstąpił z widowni w apoteozie. A więc mając osiemnaście lat wierzyłem w to, w co wierzyła większość ówczesnych tak zwanych  wykształconych ludzi. Mocne pojęcie osobowości i konkrety były we mnie przyćmione w całej rozciągłości, wierzyłem, że wszystko poddane jest  „Prawom”  i  że  świat ten polega  na  mocnym  sprzężeniu przyczyn i skutków, które nauka rychło  najgruntowniej  rozplącze.

Wszystko razem wydawało mi się zresztą nader smutne i nudne. Co do pojęcia kantowskiego, które w nas wpajał profesor filozofii  F. Burdeau, przyznam się, że jakoś nigdy  nie  mogłem  go strawić. Wiodłem zresztą życie niemoralne i stopniowo grzęzłem w rozpacz. Śmierć dziadka, którego na moich oczach przez długie miesiące toczył rak żołądka,  napełniła mnie głębokim przerażeniem i myśl o śmierci nie opuszczała mnie odtąd ani na chwilę. Religia stała mi się czymś zupełnie obcym; nie miałem zresztą o niej zielonego pojęcia. Pierwszy przebłysk prawdy dało mi zetknięcie z dziełami wielkiego poety, któremu jestem  winien wdzięczność  dozgonną i który na kształtowanie mojej myśli wywarł wpływ zasadniczy: mam na myśli Artura Rimbaud. Lektura „Zachwyceń”, a parę miesięcy potem „Pobytu w piekle” stała się dla  mnie  zdarzeniem kapitalnym. Po raz pierwszy książki te zrobiły wyłom w mojej katordze materialistycznej, dając mi wrażenie żywe i niemal fizyczne nadprzyrodzonego świata. Mimo to trwałem nadal w otępieniu i rozpaczy. Tak wyglądał biedny chłopiec, który w dniu 25 grudnia 1886 roku wstąpił do katedry Notre-Dame, by przyjrzeć się nabożeństwu. Właśnie wówczas zaczynałem pisać i sądziłem, że w katolickich obrzędach znajdę podnietę i materiał do dekadenckich gryzmołów.

W takim nastroju, potrącany łokciami i rozgniatany przez tłum, z mierną uciechą przetrwałem sumę. Po południu, nie mając nic lepszego do roboty, poszedłem na nieszpory. Chłopcy chóru katedralnego w białych komeżkach przy współudziale seminarzystów śpiewali właśnie, jak później się dowiedziałem „Magnificat”. Stałem w tłumie  przy drugim  filarze u wejścia do chóru, na prawo po stronie zakrystii.

Wtedy to zdarzył się fakt, który przesądził o całym moim życiu. W mgnieniu oka serce moje zostało porażone i UWIERZYŁEM. Uwierzyłem z taką mocą przekonania, z takim porywem całego jestestwa, z przeświadczeniem tak dogłębnym, z taką oczywistością nie dopuszczającą cienia wątpliwości, że od tej chwili żadne książki, żadne dowodzenia, żadne przygody burzliwego życia nie zdołały zachwiać mojej wiary, czy też  choćby jej  naruszyć.  Owładnęło mną nagle rozdzierające uczucie niewinności, wiekuistego dziecięctwa Bożego: niewysłowione doznanie! Gdy próbuję, po raz nie wiadomo który, odtworzyć sobie  sekundy,  które  nastąpiły bezpośrednio do tej chwili nie pojętej,  znajduję  tylko  porwane myśli,  które  wszakże wówczas stanowiły jeden błysk, jedną broń w ręku Boga, by porazić i rozewrzeć nareszcie serce biednego, zrozpaczonego chłopca: ,,Jakżeż szczęśliwi są ci, którzy wierzą! – A gdyby to jednak była prawda? – To jest prawda! – Bóg istnieje, jest tam. To ktoś tak konkretny jak ja, osoba. – On kocha mnie, woła mnie”. Z oczu moich trysnęły łzy, a rzewny śpiew kolędy „Adeste” potęgował jeszcze moje wzruszenie. Wzruszenie  jakże  słodkie, choć zmieszane z uczuciem przestrachu i niemal grozy. Albowiem moje przekonania filozoficzne pozostały nietknięte. Bóg zlekceważył je po prostu; nie widziałem, co by można w nich zmienić, religia katolicka wydawała mi się nadal istnym stekiem niedorzecznych klechd, księża i wierni budzili we mnie tę samą odrazę, która dochodziła do nienawiści i niemal wstrętu. Gmach moich poglądów i wiadomości stał niezachwiany i nie  widziałem  na  nim  żadnej rysy. I tylko tak się złożyło, że wyszedłem zeń ja. Objawił mi się ktoś nieznany i groźny, z przeraźliwymi wymaganiami w stosunku do młodzieńca i artysty we mnie i ja nie wiedziałem, jak go pogodzić z otaczającym mnie światem. Byłem jak człowiek, którego żywcem odarto by ze skóry i przeniesiono w obce ciało, w nieznany świat: oto jedyne porównanie, które narzuca mi się, ilekroć próbuję wyrazić ten stan dogłębnej rozterki. Co było najwstrętniejsze dla  moich poglądów i dla moich upodobań, właśnie było prawdą, właśnie z tym, chcąc nie chcąc, miałem się pogodzić. Muszę się przyznać, że zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, by stawić opór. Ten opór trwał cztery lata. Śmiem rzec, że była  to piękna  obrona,  walka lojalna i na całego. Nie zaniedbałem żadnego środka: jedna po drugiej wysuwała mi się z ręki bezskuteczna broń. Byt to największy przełom w moim życiu, ta ,,agonia  myśli”,  o  której  Artur Rimbaud pisze: ,,Walka duchowa jest tak brutalna jak trud bitewny. Twarda noc! Wyschła krew dymi na obliczu!” Młodzi ludzie, którzy tak łatwo rzucają wiarę, nie zdają sobie sprawy, jak ciężko ją odzyskać i za cenę jakich mąk! Idea piekła,  a  także  myśl  o  tych wszystkich przyjemnościach i urokach, których musiałbym się wyrzec, oto główne moje hamulce na drodze do prawdy. A jednak zaraz owego pamiętnego dnia, w katedrze Notre-Dame, gdy nareszcie powróciłem do domu słotnymi ulicami, które teraz oto wydały mi się takie inne, takie dziwne, wziąłem do rąk Biblię protestancką podarowaną ongiś mojej siostrze Kamili przez przyjaciółkę Niemkę i po raz pierwszy usłyszałem ten słodki i nieugięty głos, który odtąd nigdy już nie przestał rozbrzmiewać w moim sercu. Znałem tylko za pośrednictwem Renana historię Jezusa i – zgodnie z myślą tego oszczercy – nie wiedziałem nawet, że mienił się Synem Bożym.

Każde słowo, każdy wiersz z dostojną prostotą zadawały kłam bezwstydnym twierdzeniom apostaty i  zdzierały mi łuski z oczu. To prawda, wyznawałem wraz z setnikiem, tak, Jezus jest Synem Bożym. Mnie, Pawła, wpośród  wszystkich  innych  poraziła łaska; mnie przyrzekł swoją miłość. Lecz jednocześnie, o ile nie chciałbym iść za Nim, nie pozostawiał mi innego wyjścia krom potępienia. Ach, nie trzeba było mi tłumaczyć, czym jest piekło, sprawdziłem na sobie, co znaczy w nim ,,Pobyt”! Wystarczyło mi tych kilka godzin, by zrozumieć, że piekło jest wszędzie, gdzie nie ma Pana Jezusa. Cóż mnie obchodził cały świat wobec tego  gościa natrętnego, który wdarł się w mój dom? Tak mówił we mnie ,,nowy” człowiek, ale ,,stary” wierzgał ze wszystkich sił i nie chciał wyrzec się za nic tego życia, które stało przed nim otworem. Mamże być szczery? W gruncie rzeczy najbardziej hamował mnie w wyznaniu moich nowych przekonań ludzki wzgląd. Na samą myśl, że będę musiał przyznać się do swego nawrócenia, powiedzieć rodzicom, że chcę pościć w piątki, ogłosić się jednym z tych katolików tak zjadliwie wyszydzanych, oblewał mnie zimny pot; toteż gwałt, jaki mi zadawano, budził we mnie rzetelne oburzenie. Lecz czułem na sobie twardą rękę!

Nie znałem w ogóle księdza. Wśród moich przyjaciół nie było ani  jednego  katolika.  Zacząłem studiować religię z rosnącym zainteresowaniem. Rzecz znamienna!  Dusza  budziła się we mnie jednocześnie z talentem, na przekór  moim  uprzedzeniom i dziecinnym  lękom.  Wtedy to właśnie napisałem pierwszą wersję dwu dramatów: „Złotą Głowę” i „Miasto”. Choć jeszcze nie praktykowałem, już brałem udział w życiu Kościoła; oddychałem nareszcie i życie wstępowało we mnie wszystkimi porami. Spośród książek najbardziej dopomogły mi wówczas „Myśli” Pascala – nieocenione dzieło dla  szukających wiary, choć wpływ jego niekiedy bywał szkodliwy; „Rozmyślania o Ewangelii” Bossueta oraz inne jego dzieła; poemat Danta i prześliczne opowieści Siostry Emmerich. „Metafizyka” Arystotelesa wymiotła mi umysł i wprowadziła mnie w świat prawdziwego rozumu. „Naśladowanie” było jeszcze na poziomie zbyt wysokim.

Pierwsze dwie księgi wydały mi się okrutnie surowe. Lecz wielką księgą, która stała przede mną otworem, podręcznikiem moim szkolnym byt Kościół. Niechaj będzie pochwalona na wieki ta Matka dostojna, u której kolan nauczyłem się wszystkiego, co umiem! Spędzałem niedziele w katedrze Notre-Dame, a w ciągu tygodnia wpadałem tam jak mogłem najczęściej. Bytem wówczas nieukiem i tyle wiedziałem o swojej religii, co o buddyzmie, i oto święty dramat rozgrywał się przede mną z przepychem przerastającym wszelkie moje wyobrażenia. Ach, nie byty to już ubogie ględy książek dewocjonalnych, lecz najgłębsza, najwspanialsza poezja, najwznioślejsze gesty, jakie kiedykolwiek zostały zawierzone człowiekowi. Nie mogłem się napatrzeć widowisku mszy i każdy ruch księdza wrażał się głęboko w mój umysł i serce. Liturgia Zaduszek i Bożego Narodzenia,  obrzędy  wielkotygodniowe, przecudny hymn „Exsultet”, przy którym najzawrotniejsze strofy Pindara i Sofoklesa wydały mi się  mdłe  –  wszystko to przepełniało mnie czcią, radością, wdzięcznością, skruchą i uwielbienie.

Stopniowo, powoli i z trudem świtało w sercu moim myśl, ze sztuka l poezja to także Boska rzecz, i ze rozkosze zmysłowe nie tylko nie są tu nieodzowne, lecz przeciwnie, wręcz szkodliwe. Jakżeż zazdrościłem wiernym, którzy komunikowali! Co do mnie, ledwie śmiałem wślizgnąć się pomiędzy tych, którzy w piątki wielkopostne całowali Koronę Cierniową?

Tymczasem lata mijają i położenie moje stawało się coraz nieznośniejsze. Modliłem się do Boga w tajemnicy i ze łzami, lecz nie śmiałem otworzyć ust. A jednak z każdym dniem trudności moje topniały, a Boże wymagania stawały się bardziej naglące. Ach, jakżeż dobrze znałem te chwile, jakżeż działanie Jego w mojej duszy było mocne! Skąd wziąłem siły, by stawiać Mu opór? W trzecim roku przeczytałem „Pisma pośmiertne” Beaudelaire’a i ujrzałem, ze poeta najbliższy mi wśród francuskich wieszczów odnalazł wiarę w ostatnich latach swego życia i szamotał się z tymi samymi trudnościami i z tymi samymi wyrzutami, co ja. Zebrałem się wreszcie na odwagę i pewnego popołudnia podszedłem do konfesjonału w moim kościele parafialnym Saint-Médard. Chwile oczekiwania na księdza należą chyba do najcięższych w moim życiu. Ksiądz, poczciwy staruszek, niezbyt przejął się historią, która mnie wydawała się taka interesująca; mówił mi o ,,wspomnieniach mojej pierwszej komunii” (ku mojemu głębokiemu rozdrażnieniu) i kazał mi przed rozgrzeszeniem wyznać rodzinie swoje nawrócenie:, w czym dziś muszę mu przyznać rację. Wyszedłem z drewnianego pudla upokorzony i zagniewany, i powróciłem dopiero po roku, gdy izostatem ostatecznie przyparty do muru i doprowadzony do ostateczności.

Tam, w tymże samym kościele Saint-Médard, zastałem młodego i miłosiernego kapłana, pełnego braterskiego współczucia, który pojednał mnie z Bogiem, później zaś księdza Villaume, który był moim kierownikiem i ojcem umiłowanym i którego opiekę z nieba, gdzie dziś się znajduje, wciąż czuję nad sobą. Po raz drugi w życiu przystąpiłem do komunii świętej w tym samym dniu Bożego Narodzenia, 25 grudnia 1980 roku, w katedrze Notre-Dame.

Paul CLAUDEL
Przełożyła Maria WINOWSKA

„Moje nawrócenie” ukazało się w „Naszej Rodzinie” 7-8 (454-455) 1982, s. 11-12.

http://www.recogito.pologne.net/recogito_12/poczta1.htm

W Boże Narodzenie 1931 roku Clive Staples Levis, przyszły twórca „Opowieści z Narnii” oraz autor wielu popularnych esejów o chrześcijaństwie, po raz pierwszy od kilkunastu lat przystąpił do komunii świętej. Nawrócenie nastąpiło w czasie długiej nocnej rozmowy ze swoim przyjacielem J.R.R. Tolkienem, innym przyszłym wybitnym twórcą fantasy.

cs-lewis-2

C.S. Lewis

Jeszcze w 1916 r. 18-letni Lewis tak pisał w liście do przyjaciela, gdy ten wspomniał mu coś o Bogu:

„Sądziłem, że stopniowo uwolniłeś się od dawnych przekonań. Chyba wiesz, że ja nie wyznaję żadnej religii. Nie znajduję na jej potwierdzenie jakichkolwiek dowodów, a z filozoficznego punktu widzenia chrześcijaństwo nie jest nawet najlepszą z nich. Wszystkie religie, a właściwie wszystkie mitologie, nazywając rzecz po imieniu, są po prostu wytworem człowieka”.

Specjalista od pogańskich sag

Lewis wychowany był w Belfaście w rodzinie protestantów, dla których w religii ważniejsze od metafizyki było stawianie oporu irlandzkim „papistom”. Śmierć matki sprawiła, że porzucił wiarę jeszcze jako nastolatek. Uznał, że skoro Bóg pozwala na niesprawiedliwość i nieszczęście, to jest tak, jakby go w ogóle nie było, a wszystkie modlitwy trafiają w pustkę z braku adresata.

Młody C.S. Lewis wyznawał specyficzną odmianę ateizmu, bardzo popularną sto lat temu – ludzi osobiście rozwścieczonych na Boga za to, że Go nie ma. Jako młody intelektualista fascynował się mitologią antyczną i wierzeniami pogańskimi. I na każdym koku wykazywał ich wyższość nad chrześcijaństwem.

Interesowali go szczególnie bogowie występujący w pogańskich sagach nordyckich: Odyn, Loki i Baldr. Ta fascynacja zdecydowała o wyborze studiów i specjalizacji. W połowie lat 20. Lewis zaczął wykładać literaturę staroangielską w Oksfordzie. Tu poznał innych intelektualistów, podobnie jak on zafascynowanych pogańskimi sagami. Wśród nich był J.R.R. Tolkien, z którym Lewisa połączyła głęboka przyjaźń.

Bo się kobiet bał

Kto wie, czy nie była to najważniejsza przyjaźń w dziejach literatury XX wieku? Tolkien pisał o tej przyjaźni jako o „długu niemożliwym do spłacenia”. Lewis był pierwszą osobą, którą zapoznał z wymyślaną przez siebie krainą mitów – Śródziemiem – i gdyby nie entuzjastyczne zainteresowanie Lewisa, Tolkien być może nigdy nie zabrałby się do rozwijania jej do „Władcy Pierścieni”. Dla obu przyjaźń był ucieczką od problemów osobistych. Życie rodzinne Tolkiena – ojca czwórki dzieci – pozornie było wzorowe. Jednak między bujającym w chmurach pisarzem a jego zapracowaną przy dzieciach żoną narastał chłód. Paradoksalnie, Tolkien nawrócił na chrześcijaństwo Lewisa w momencie, w którym wiarę straciła jego żona – nie miał z nią jednak kontaktu dość bliskiego, by nawrócić i ją.

Lewis z kolei ze swojego okresu dojrzewania wyniósł wiele traumatycznych doświadczeń. Molestowany w szkole przez starszych kolegów stał się panicznym homofobem: chodził w pogniecionych spodniach, bo uważał, że tylko homoseksualiści używają żelazka. I jednocześnie chorobliwie bał się kobiet – zła wiedźma z „Opowieści z Narnii” to jedna z wielu takich postaci w jego literaturze. Szukał więc towarzystwa mężczyzn, ale najlepiej żonatych i dzieciatych, by uniknąć wszelkiego podejrzenia.

W sobotę 19 września 1931 r. Lewis zaprosił na kolację Tolkiena i Henry’ego Dysona z uniwersytetu w Reading. Przeibeg wydarzeń znamy wyjątkowo dokładnie, jej trzej uczesnicy zostawili bowiem liczne opisy: Tolkien i Lewis napisali o niej wiersze. Wiesz Tolkiena zatytułowany był „Mythopoeia” (dosłownie „Tworzenie mitów”), wiersz Lewisa „Addison’s Walk”, od ścieżki, którą trzej przyjaciele spacerowali podczas rozmowy – która stała się dla Lewisa jego drogą do Damaszku.

Podczas kolacji i późniejszego spaceru przyjaciele rozmawiali o micie i metaforze. Lewis zawsze doceniał rolę mitu w literaturze, upierał się jednak przy tym, że mit z definicji nie może być prawdziwy. Mity są „bezwartościowymi kłamstwami, chociaż zaprawionymi słodyczą”. Tolkien protestował: „O nie, to nie są kłamstwa!”. Powiew wiatru przerwał im rozmowę, strącając z drzew tak wiele liści, jakby padał ich deszcz. Tolkien wykorzystał to do ilustracji swojego rozumowania.

„Patrzysz na drzewa, nazywasz je ‘drzewami’, wcale się nad tym nie zastanawiając – powiedział. – Dla ciebie drzewo jest po prostu rośliną, ale tę nazwę nadali mu ludzie, dla których świat roił się od mitologicznych istot, dla których ziemia była łonem, z którego wyszło wszelkie życie, w tym drzew”.

Lewis zgadzał się z tym, ale podkreślił, że to wciąż nie dowodzi prawdziwości mitu. „Skoro człowiek pochodzi od Boga, to także pochodzą od niego wytwory jego wyobraźni” – ciągnął Tolkien, z czym Lewis zgodził się, w 1929 roku już bowiem dopuszczał istnienie Boga, choć nie w wydaniu chrześcijańskim. „Tworząc mity, człowiek współtworzy więc Boże dzieło, a jego mity mają w sobie coś z wiecznej prawdy”.

Bóg jako poeta

Dla Lewisa najważniejszym mitem jednak był mit Chrystusa-odkupiciela. „W jaki sposób życie i śmierć Kogoś Innego (kimkolwiek by był)( dwa tysiące lat temu może zbawić nas tu i teraz?” – ironizował. Tolkien w odpowiedzi odwołał się do pradawnego mitu umierającego Boga obecnego w wielu kulturach. Lewis od dawna fascynował się pogańskim mitem skandynawskiego umierającego i odradzającego się boa Baldra. – To jest przykład mitu – powiedział Tolkien – w którym w roli poety wystąpił sam Bóg.

„Dyson i Tolkien dowiedli mi – opisywał to potem Lewis – że zupełnie nie miałem nic przeciwko idei ofiary, jeżeli natrafiłem na nią w jakimś pogańskim opowiadaniu (…) gdziekolwiek poza Ewangeliami. Otóż historia Chrystusa jest po prostu prawdziwym mitem. Mitem oddziałującym na nas w ten sam sposób co pozostałe, lecz z tą kolosalną różnicą, że on wydarzył się naprawdę”.

Około trzeciej w nocy Lewis był już przekonany.

W krótce napisał do przyjaciela – tego samego, któremu w 1916 roku dowodził nieistnienia Boga – taki list: „Właśnie przeszedłem od wiary w Boga do zdecydowanej wiary w Chrystusa – w chrześcijaństwo. Spróbuję Ci to wyjaśnić kiedy indziej. Miała z tym wiele wspólnego moja długa nocna rozmowa z Dysonem i Tolkienem”.

Od kolacji do fantasy

Bez tej nocnej rozmowy nigdy nie powstałyby „Opowieści z Narnii”. W książkach z tego cyklu wyraźnie widać podejście Lewisa do mitu i religii. W Narnii występują fantastyczne istoty zaczerpnięte z różnych kultur (centaury, taury, fauny, minotaury), które jednocześnie żyją w świecie będącym kolejnym wcieleniem prawdziwego mitu Ewangelii – mitu Boga, który umiera po to, by się odrodzić.

Dla Tolkiena ta rozmowa też oznaczała więcej niż tylko inspirację do napisania wiersza o prawdziwości mitu. On sam również dzięki niej zrozumiał, po co właściwie od kilku lat szkicuje do szuflady mitologię nieistniejącej krainy co po latach zaowocuje „Hobbitem” i „Władcą Pierścieni”.

http://prorok.pl/lewis/art-1044,0.html